czwartek, 12 stycznia 2012 7:22
Poza czasem, gdy urodziłam się w gorzowskim szpitalu, nigdy nie byłam w tym miejscu, nawet nikogo tam nie odwiedzałam.
Byłam już w klasie maturalnej a moja decyzja by zostać lekarzem była niezmienna. Ponieważ Mama tego nie akceptowała, pewnego dnia wpadła na pomysł, który mógł mnie zniechęcić. Poprosiła dr Kaczmarka by umożliwił mi obejrzenie wnętrza szpitala z blokiem operacyjnym włącznie. Doktor zgodził się.
I tak znalazłam się po raz pierwszy w miejscu dla mnie niezwykłym. Byłam przejęta, bo miałam wrażenie, że dotykam jakiejś tajemnicy.
I w tym gorzowskim szpitalu po raz pierwszy otworzyła się przed mną Wielka Biel. Poczułam charakterystyczny szpitalny zapach. Widziałam pacjentów niekiedy skulonych na swoich łożach boleści.
I wreszcie znalazłam się na bloku operacyjnym. Emocje narastały. Z drżeniem ubrałam się w specjalne fartuchy. Dr Kaczmarek ijego asystent już zaczynali operację. Wstrzymywałam oddech, gdy nacinano skórę, powięzi i zobaczyłam najprawdziwszą kość. Kość żywego człowieka. Gdy rozpoczęto nawiercanie kości, poczułam się nieswojo. Lekarze używali najprawdziwszego wiertła, prawie takiego, jakich używano w budownictwie. Teraz zagłębiało się powoli i z kości leciały wióry. Ten widok jak i okropny dźwięk tego wiertła spowodował, że poczułam się tak jak kiedyś w kościele, tzn nadszedł zamęt w głowie, gwiazdy nawet zobaczyłam. By nie zemdleć, wyszłam na własnych ale miękkich już nogach z sali operacyjnej….
Jednak decyzji nie zmieniłam. W dalszym życiu, wracały do mnie klimaty gorzowskiego szpitala…
