Magiczne miejsca z mojego dzieciństwa. Miejsce nad śmietnikiem.

Magiczne miejsca z dzieciństwa. Miejsce nad śmietnikiem.

 

Z tego okresu wspominam podwórko z cherlawym bzem nad śmietnikiem.

Śmietnik , położony prawie centralnie , był w zamierzeniu ulokowany pod ziemią i przykryty metalową płaską pokrywą z otwieranymi okienkami. I pewnie tak wyglądał w czasach kiedy miasto należało do Niemców.  Jednak w wydaniu Polski komunistycznej wypełniał się śmieciami po wręby i wyrastał wysoko ponad poziom, stanowiąc dla nas, dzieci szczególnie interesujące miejsce. Lokowałyśmy się z Bajką, przyjaciółką serdeczną, na konarach bzu i wpatrywałyśmy się w tę cuchnącą górę bawiąc się przy okazji, która z nas wypatrzy coś ciekawszego. A bywały tam przeróżne skarby. Różne kawałki chleba ciekawie pokryte  wzorami z pleśni, które próbowałyśmy rozszyfrowywać . Najczęściej owe wzory przypominały nowe lądy, co pachniało tajemnicą podróżniczą ale także nagle wyłaniał się zarys jakiegoś zwierzaka czy śmiesznego ludzika. Bywało, że zauważyłyśmy pojedynczy but na wykrzywionym obcasie. A więc od razu przypominałyśmy bajkę o Kopciuszku z zagubionym butem i Królewiczem. Czasami w papierzydłach zaszeleścił najprawdziwszy wąsaty i łysogoniasty stwór. Potem się dowiedziałyśmy, że był to szczur, stały mieszkaniec śmietnika.

Gdy już wyczerpałyśmy tematy związane ze znaleziskami na śmietniku, zajmowałyśmy się zrywaniem dorodnych liści bzu z których wyrywałyśmy różnokształtne dziurki, uzyskując wspaniałe serweteczki, nieomal takie, jakie wyszywała moja Mama.

 

Teksty brata-Zenona Łukaszewicza. Na moją prośbę….

Na moją prośbę Zenon napisał krótki tekst, który jest Jego własnym wspomnieniem lat dziecięcych i wczesnomłodzieńczych.  

Miał wtedy ponad 70 lat, był schorowany i już nie zachwycał stylem, tak jak kiedyś.

Ale powstał krótki dokument dawnych czasów, trochę odbiegający od tego co zapamiętałam z opowieści naszej Mamy. Teraz to już nie ma znaczenia, pamięć ludzka przecież jest ułomna, każdy inaczej postrzega i interpretuje nawet te same wydarzenia.

Ale ogólnie jest to właściwie potwierdzenie tego, co zamieściłam w tym blogu już wcześniej.

Urodziłam się po wojnie, więc opierałam się na opowieściach moich Rodziców, ale głównie Mamy. Lubiła opowiadać. Każda historia miała zawsze początek, rozwinięcie i ciekawe zakończenie. Powtarzała te opowieści wielokrotnie, ja słuchałam, czasami tylko jednym uchem, ale jednak pozostały we mnie.

Przepisuję słowa Brata ze wzruszeniem, gdyż w 20111 roku odszedł już do innego świata , przepisuję z  żalem, że już nie możemy pogadać…..

Śladami mojego Taty. Tato z trzyletnią córeczką- pupilką a ona znudzona i nadąsana.

 

Rok 1950. Spotkanie z obozowym kolegą Taty, panem Moszczyńskim.

 

Od wczesnych dziecięcych lat powtarzałam, że mamusia ma mojego brata- Zenona, a ja jestem tatusia.

Coś w tym było. Czy, jak uważają niektórzy,  przyciąganie płci odmiennej  mimo bliskiego pokrewieństwa czy najzwyklejsze  ciepło mojego ojca, które otrzymał w swoim rodzinnym domu i wyczuwałam je na odległość. Nie wiem.

Na pewno na kolanach taty czułam się bezpiecznie… albo gdy chodziłam z nim za rękę na jakieś spacery… a gdy byłam już nastolatką ujmowałam go pod pachę i szliśmy do gorzowskiego czerwonego kościółka.  Aż nawet któregoś dnia doniesiono mojej Mamie, że jej mąż ma jakąś  młodocianą znajomą.;-(

Działo się to we wczenych latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, wówczas już Mama miała poważne problemy ze stawami i na dalekie wyprawy z nami się nie wybierała.

A moja młodzieńczość wybuchła tak nagle, że ludziska nie identyfikowali szarego „kaczorka” z pannicą w rozkwicie.

I stąd te śmieszne podejrzenia o których napisałam powyżej.

Takie to były czasy….gesty, przytulenia Rodziców odeszły w przeszłość.

„To se nie wrati”- jak mówią Czesi.

Na medycznej ścieżce. Pierwsze kroki.

niedziela, 01 stycznia 2012 11:08

Rodzice mojej Mamy byli góralami beskidzkim. Uprawiali ziemię, hodowali piękne czerwone krowy i kochali konie. Mama została nauczycielką. Rodzice Taty to kresowa szlachta herbowa . Ojciec ojca – Tomasz był organistą . Tata  uwielbiał kolej i został inżynierem dróg i mostów. Mój brat – Zenon był dziennikarzem a także  dość cenionym krytykiem .

W rodzinie nie było żadnego osobnika zajmującego się zdrowiem ludzi.

 

A ja od dzieciństwa marzyłam , by zostać lekarzem .

Właściwie to nie wiem dlaczego.

Może dlatego, że  przebyta wojna zostawiła ślady na zdrowiu rodziców.  Mieli już  40 lat  i bardzo się o nich bałam. I pewnie wtedy pomyślałam, żeby w przyszłości im pomagać .

Sama też często chorowałam i dostawałam zastrzyki . Wykonywał je niski gruby pielęgniarz. Miał strzykawkę zakończoną grubą igłą. To nie było przyjemne, ale zaciskałam zęby, ponieważ  czułam, że po tych zastrzykach zdrowieję. I że wreszcie będę  mogła wyjść  na podwórko.

 

Ukochane podwórko było moim wielkim  światem. Rozciągało się pomiędzy  dużymi  kamienicami i miało jedyne drzewo. Był to  cherlawy ale dość rozłożysty bez, który rósł  nad wielkim śmietnikiem. Na tym bzie przesiadywałyśmy z przyjaciółką Bajką. Ulubionym zajęciem było wyrywanie dziurek w liściach bzu. Powstawały wtedy piękne, misterne serwetki. Obserwowałyśmy też, czy nie wyjrzy ze śmietnika szczur. Poza tym na śmietniku widziałyśmy bardzo ciekawe przedmioty. Stare buty, pudełka , dziwne szmatki i inne rupiecie.

Ponieważ przesiadywanie nad śmietnikiem oraz zabawy  w błocie polegające na lepieniu z niego pączków, było zajęciem bardzo miłym, znosiłam cierpliwie ból zastrzyków wykonywanych grubą igłą…..

Podziel się



Komentarze do wpisu

Skocz do dodawania komentarzy

  • dodano: 13 stycznia 2012 19:47

    …wybrałaś własną drogę i poszłaś nią…często właśnie w dzieciństwie pojawiają się pierwsze myśli nt. tego coby się chciało robić w przyszłości…jeśli dobrze rozumiem Rodzice nie narzucili Ci swojej drogi…nie zabraniali, a mi niestety tak…bardzo chciałam pójść w ślady Mamy, Ona mi odradziła, do dziś żałuję…

    A podwórko? Oj, miałam do swej dyspozycji prawie pół ha ziemi, kilkunastu kolegów i koleżanek i nasze zabawy były nieco inne…bardziej ruchowe…eh żal:(

    autor Meg

  • dodano: 08 stycznia 2012 13:22

    … a moim podstawowym zajęciem było… pałaszowanie rosnących na podwórku „chlebków”. Chyba nie wyszło mi to na zdrowie.

    autor Maria

    blog: bakhitaa.bloog.pl/

  • dodano: 05 stycznia 2012 19:03

    A wiesz, że też robiłam z koleżanką z liści bzu serwetki??? Zupełnie o tym zapomniałam, dopiero czytając przypomniałam sobie:)
    Odnoszę takie wrażenie (może się mylę), że Ci lekarze Twojego pokolenia są zupełnie inni, niż Ci którzy rozpoczęli swoją drogę zawodową kilka lat temu. Nie wiem, ale jakoś nie mam do nich zaufania…

    autor rodorek

    blog: rodorek.bloog.pl