Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 3 ). Samotny bój o dostęp do edukacji .

Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                               pow. Oszmiański

Mój życiorys. Część pisana przed II wojną światową.

    Wiosna roku 1919 była dla mnie najprzykrzejszym okresem czasu, jaki w swoim życiu miałem. Był to okres głodu i panowania w naszej wsi choroby- krwawki ( czerwonki  ). Maluczko było zasiane u nas zboża ubiegłego roku, bo nie mieliśmy czym siać, to też i zebraliśmy niewiele. Jadłem chleb w osiemdziesięciu procentach z plewami, bo, nawet jego nam zabrakło w miesiącu czerwcu.

A więc odżywiałem się wraz – już ośmiu rodzeństwem tj. czterema braćmi i tyloma siostrami, zacieraczką na pół z plewami i trawami.

Wczesną wiosną, gdy mieszkańcy naszej wsi odkopywali jamy, do których żołnierze rosyjscy zlewali nie zjedzoną zupę- biwakując w lesie, towarzyszyłem im w tej pracy, biorąc czynny udział. 

Nie do uwierzenia – ci ludzie , po odkryciu takiej jamy pomyjnej, w której było do połowy- na metr lub więcej kaszy –  jedli ją z apetytem. Ja także , od odkryciu takiej jamy, spróbowałem ( skosztowałem) jeden raz chleba leżącego przez przeszło półtora roku w ziemi. Połknąć jednak nie zdołałem tego smakołyku dla innych . A więc wydobywałem tę tak zwaną przez nas” kaszę” nie dla siebie, ale dla świń.

Ta kasza, którą nosiłem najczęściej na plecach do domu, stała się dla mnie nieszczęściem, aż do czwartego kursu seminarium. Dźwiganie ciężarów w okresie, kiedy byłem odżywiany prawie trawą zabielaną bez chleba, spowodowało rozruszenie kanału  pachwinowego. A więc miałem przepuklinę, którą u nas na wsi nazywają „ kiłą”. Pomimo, że kryłem się z tą wadą , jednak wszyscy na wsi o tym wiedzieli i przy każdej nadarzającej się okazji nazywali mię „ kiłem” co było dla mnie największą obrazą. Za takie nazwanie mnie biłem każdego czym mogłem. Było to dla mnie prawdziwą męczarnią duchową – obcując z kolegami, rówieśnikami, którzy ironicznymi uśmiechami dawali mi do zrozumienia, że wiedzą jakim ja jestem.

Ażeby dalszemu rozruszaniu się kanału zapobiec, kupił mi ojciec w Wilnie pas, który nosiłem od 13 do 22 roku życia. Noszenie pasa krępowało mię wobec kolegów, z którymi się bawiłem i kąpałem. Będąc bez pasa, mogłem niejednego przekonać, że nie jestem takim, jakim mnie nazywają, gdyż przepuklina była niewielka i dla nie znających się na tym nie spostrzegalna. Trudno natomiast było przekonać któregoś, gdy spostrzegł , że noszę jakąś sprężynę. Ponadto ten pas po pewnym czasie stał się bardzo dokuczliwy , bo wrzynał się w mięśnie aż do krwi swoim żelazem, pozbawionym obszycia, chroniącego przed zadawaniem bólu. Nieraz z płaczem siedząc w kryjówce owijałem tę sprężynę szmatami, by się tak nie wrzynała w ciało. A ileż zabiegów musiałem przedsiębrać przy rozbieraniu się do naga, by nie dać poznać, że jestem z tą wadą.

       Będąc w takim stanie, nawiedziła mnie krwawa ( czerwonka), na którą nawiasem mówiąc chorowała cała wieś. Ta choroba, która trzymała mnie w swoich kleszczach przez przeszło dwa tygodnie, przyczyniła się jeszcze więcej do rozszerzenia kanału pachwinowego.

      Po powrocie do zdrowia nie miałem szczęścia do odpoczynku i wzmocnienia się na siłach. Musiałem zająć się pracą, którą wykonywała matka, gdyż ona- matka zapadła obłożnie na zdrowiu. Rolę gospodyni domu pełniłem od maja do późnej jesieni. Rola ta przypadła mi dlatego, że najwięcej wśród rodzeństwa wykazywałem zdolności do tej pracy. Ojciec mój nie potrafił sobie nawet słoniny rozkraszyć, a brat starszy odziedziczył właśnie cechy ojca w tej dziedzinie.

Praca moja przy kuchni ograniczała się do pieczenia blinów i gotowania prymitywnych potraw, jak kapuśniaka, kartoflanki i samych kartofli. Pomocnikami w tej pracy były małe siostry. Pełnienia obowiązków gospodyni, gdy nosiłem pas od przepukliny, było dla mnie męczarnią.

Ponadto byłem przez cały czas choroby matki pod wrażeniem, że ona może lada dzień umrzeć. Nie było w ciągu całego miesiąca prawie jednego dnia w któryby nie pogrzebano kogoś z niedawno zapadłych na zdrowiu.

Po skończonej pracy w kuchni siadałem na framudze okiennej i przyglądałem się zaledwie poruszającym się osobom o spuchniętych nogach, rękach i twarzy od głodu. Widziałem niejednego nieboszczyka, wiezionego na pobliski cmentarz i postępujących za nim paru osób, podobnych raczej do bałwanów ( z powodu opuchlizny)  , niż do ludzi. Te kondukty żałobne posuwające się co pewien krótki czas napawały mnie strachem, że moja matka też za niedługo odejdzie w zaświaty.

    Życie więc było istną męczarnią duchową i cielesną. Pociecha znikąd nie nadchodziła. Karmiłem młodsze rodzeństwo kartoflami oblanymi rzewnymi łzami z powodu wielkiego nieszczęścia. W takim stanie zdrowia i niepewności przeżyłem trzy miesiące.

    Skoro matka wracała do zdrowia, u mnie wracała energia do życia. Gdy wreszcie matka objęła swoje obowiązki przy kuchni, zdawało się, że wróciłem z piekła do nieba.

Czułem się naprawdę szczęśliwym dzieckiem. Wszystko się teraz do mnie uśmiechało.

I gdyby nie ten pas krępujący moje ciało i ruchy, byłbym dzieckiem szczęśliwym nadal przy boku matki. Ale wrzynanie się pasa w ciało, odbierało mi chęć do życia. Po roku życia w takim stanie przyzwyczaiłem  do takiego trybu życia. Przy cięższych pracach starałem się wyręczyć bratem lub ojcem. Zajęciem moim w 13, 14, piętnastym roku życia było odpasywanie kolejki za krowy, jeżdżenie na „ nocleg”( pasanie krów w nocy) i pomoc rodzicom przy uprawie roli.

       Tak upływają mi dni wiosną, latem i jesienią. Zimą pomagam ojcu młócić, karmić trzodę i krowy, rżnąć sieczkę , a wieczorami chodzę na wieś do rówieśników lub starszych chłopców, z którymi gram w karty na pieniądze albo bez pieniędzy.

       W 15 roku życia zacząłem myśleć o nauczeniu się jakiegokolwiek rzemiosła, bo pracy na roli i przy gospodarce nienawidziłem. Może i dlatego, ze byłem z pasem na biodrach, który mi mocno dokuczał przy każdej pracy wymagającej ruchu nóg i bioder.

Faktem było, że starszy brat cieszył się z dużej ilości zboża w stodole, ja wzdychałem patrząc na nie, bo wiedziałem, że trzeba będzie młócić cepami przez kilka tygodni.

       Jak mogłem, tak się wykręcałem od pracy potrzebującej dużego wysiłku z mojej strony. Ale pokazać ojcu, który pędził mnie do pracy, bez względu na mój stan zdrowia, że nie próżnuję , robiłem buty drewniane, wiązałem pantofle z powrozików, obszywałem różne sukmany i chodaki. Ta praca dawała mi zadowolenie, bo po jej dobrym wykonaniu zawsze dostawałem pochwałę od kogoś. Z największym umiłowaniem  wyplatałem koszyki pasąc czy to krowy , czy też konie. Wszystkie te prace wykonywałem co prawda z chęcią, ale nie dawały one mi nic na przyszłość. Zdawałem sobie sprawę, że rolnikiem nie zostanę. Po pierwsze dlatego, że ziemi miał ojciec mało- 4 ha, a po drugie jak już wspomniałem, nie lubiłem tej pracy.

     Rozpocząłem więc w 15 roku życia uczyć się u szewca, u jednego z szewców będących w mojej wsi. Chwalił mię majster za moją pilność i pojętność. Za parę miesięcy nauczyłem się zelować buty i nakładać łaty na nie. Po okresie zimowym nauka została przerwana na czas prac wiosennych i letnich.

     W tymże roku w jesieni została założona szkoła polska w naszej wsi. Otóż na prośbę moją oddał mnie ojciec do szkoły, która mieściła się w naszym domu. Przyjął mnie nauczyciel- były sierżant wojsk polskich – do drugiej klasy. Uczyłem się bardzo pilnie i wykazywałem bardzo dobre postępy w nauce. Jakimś prawem przesadził mnie nauczyciel z  klasy drugiej do trzeciej po czterech miesiącach nauki. I w tej klasie dawałem sobie radę. A więc w ciągu jednego roku szkolnego ukończyłem dwie klasy. W następnym roku uczęszczałem do klasy czwartej , mając już szesnaście lat. Byłem w tej klasie jednym z najlepszych uczniów, jeśli chodzi o opanowanie materiału.

Ojciec, który początkowo zaganiał mnie do pracy, odrywając od książki, w czwartej klasie już zachęcał do nauki. Ba, nawet prosił nauczyciela, by ten uczył mnie jeszcze po lekcjach. A więc przez prawie miesiąc pobierałem naukę dodatkowo, by być lepiej przygotowanym do wstąpienia do gimnazjum lub innej jakiejś szkoły. Nauczyciel mój miał się zająć doprowadzeniem mnie do egzaminu i ulokowaniem w jakiejś szkole. Po ukończeniu czterech klas szkoły powszechnej z wynikiem bardzo dobrym czekałem przez całe wakacje na swego pana, który, odjeżdżając na wakacje, obiecał przyjechać po mnie i zawieść do średniej szkoły.      Wakacje minęły i rozpoczął się rok szkolny 1923/24, a ja pozostałem w domu ze swymi marzeniami, bo” pan „zapomniał o obietnicy.

Gdy nadchodził początek roku szkolnego, prosiłem ojca, by się dowiedział, do jakiej szkoły można wstąpić, ale ten zajęty pracą i nie znający się na tych sprawach , zbywał mnie powiedzeniem :„  jak chcesz się uczyć, to idź, szukaj szkoły”- mówił po białorusku. Z bólem w sercu i łzami w oczach pasłem to krowy to konie i myślałem, czymże ja jestem gorszy od tych, którzy się uczą. Mocno zazdrościłem uczniom, którzy w różne święta wracali skądś w mundurkach do domu koło naszej wsi, a ja musiałem paść trzodę.

    Prosiłem Boga cichutko, by mi przyszedł z pomocą w urzeczywistnieniu marzeń- wstąpienia do szkoły średniej. Ani prośba do Boga ani też płacz, którym chciałem zmusić ojca do poszukania dla mnie szkoły, nic mi nie dały. Musiałem szukać sam czegoś. Było mi bardzo trudno, bo nie miałem nikogo znajomego, kto by mnie poinformował o bliskich szkołach średnich- o warunkach przyjęcia.

Sam byłem jeszcze za mało rozwinięty. Oprócz wsi własnej i pobliskiego miasteczka nie widziałem większych osiedli. Prawda, pociągiem jeździłem parę razy, gdy miałem jeszcze osiem lat. Mimo to, rozpocząłem sam poszukiwania.

      Któregoś dnia jesiennego- pewnie w niedzielę , gdyż w powszednim dniu nie miałem czasu, wybrałem się do pobliskiego miasteczka- Smorgoń- do księdza, z prośbą o poradę, gdzie znajdują się jakie szkoły, i jak się  dostać do którejś z nich. Dobra dusza ksiądz wskazał mi seminarium w Święcianach, które miało powstać dopiero. Mało tego. Poprosił w moim imieniu organistę , by ten się zwrócił z zapytaniem piśmiennie o warunkach przyjęcia. Poszedł więc list do dyrekcji nowo- powstającego seminarium nauczycielskiego. Ja z radością wprost nie do opisania wróciłem do domu i z biciem serca czekałem odpowiedzi. A gdy ta szybko nie nadchodziła, niecierpliwiłem się mocno i każdej niedzieli przez miesiąc chodziłem do organisty z zapytaniem, czy już nie nadeszła odpowiedź. W czwartą niedzielę powiedział mi organista, że  odpowiedź nadeszła na mój list i że nie jest ona wesoła, gdyż  seminarium w tym roku nie założono jeszcze, a ma ono powstać prawdopodobnie w następnym roku szkolnym. Było to dla mnie strasznym ciosem, ale nie traciłem nadziei, że mi się uda kiedyś osiągnąć mój cel.

    Na razie, gdy nadeszła zima, wybłagałem ojca, by mnie oddał do szewca do Smorgoń. Nie z tą myślą szedłem do szewca, by się nauczyć szyć buty, ale, żeby być blisko gminy. Zapoznać się z urzędnikami w gminie i później poprosić ich przyjęcie mnie na jakiegoś pracownika w biurze. Miałem o sobie zdanie, że potrafię ładnie pisać i załatwiać niektóre sprawy.

      Marzenie moje o wstąpieniu do gminy na pracownika spełzły na niczym.

       Praca u szewca nie zadawalała mnie, jednak przetrwałem przy tym warsztacie całą zimę. Z chwilą wiosny porzuciłem swego majstra i rozpocząłem szukać szkoły.

       Pewnej niedzieli pojechałem po raz pierwszy do Wilna ze znajomą przekupką z myślą, że mi się uda zapisać do jakiejś szkoły. ( Muszę wspomnieć, że jechałem bez zezwolenia rodziców. Pieniędzy na podróż nakradłem od krewniaka, który mieszkając u nas handlował krowami) . Gdy moja towarzyszka podróży sprzedawała swój towar, ja udałem się na poszukiwanie szkoły. Spotkałem jakiegoś chłopaka na wąskiej ulicy i zapytałem go szkołę średnią. Wyjaśniłem mu moją wielką chęć wstąpienia do szkoły i uczenia się. Chłopiec- do posług- zrozumiał mnie i zaprowadził do jakiegoś dużego gmachu, gdzie uczyli się klerycy. Długo tam czekałem i nie doczekałem się na przybycie przełożonego tego seminarium duchownego. Cudem jakimś wróciłem do swojej towarzyszki, bo wychodząc z kamienicy na ulicę naprawdę nie wiedziałem, którędy mam iść.

       Nie wskórawszy nic musiałem wracać do domu. Za posiadane pieniądze , a noszone w czapce pod podszewką, kupiłem pięć butelek półlitrowych wódki na sprzedaż. Z wódką zawiniętą  w chustki, w których miałem chleb na drogę, wróciłem do domu w nocy.

    Na pytanie rodziców, gdzie byłem tak długo, powiedziałem prawdę. Rodzice byliby nie uwierzyli, gdyby nie dowód- wódka.

     Przywiezioną wódkę prędko sprzedałem, zarabiając sto procent. Taki wielki zysk zachęcił mnie do powtórnego wyjazdu do Wilna po wspomniany napój. Tym razem zakupiłem już 10 półlitrówek i po przywiezieniu szczęśliwym udało mi się również prędko rozprzedać i zarobić nie mniej niż poprzednio. Ale ku mojemu utrapieniu nastąpiła dewaluacja marki polskiej. Za skarb swój mogłem kupić już tylko pięć butelek półlitrowych wódki. Jeszcze przywoziłem kilka razy wódkę z Wilna. Ale, gdy przekonałem się, że nie mam z tego handlu żadnego zysku , a przeciwnie ponoszę straty, zarzuciłem to zajęci, pozostając z bardzo małą ilością gotówki.

   Znowu wróciłem myślami do wstąpienia do szkoły. Ale, gdy przyszedłem do przekonania, że nie uda mi się to, postanowiłem zapisać się do wojska na ochotnika.

    Pewnej niedzieli letniej, a może powszedniego dnia, wybrałem się do Urzędu Gminnego znajdującego się o 12 km od mojej wsi z myślą zapisania się na ochotnika do wojska. Tam dowiedziałem się , że jeszcze nie czas na zapisywanie się na ochotnika.

Żona sekretarza- nauczycielka tamtejszej szkoły powszechnej , zaczęła mnie wypytywać skąd jestem i co mię skłania do tak wczesnego pójścia do wojska. Wytłumaczyłem jej swoje powody. Ona mi poradziła bym lepiej wstąpił do seminarium nauczycielskiego, które powstaje dopiero w Święcanach. Ta kochana pani obiecała pomóc mi do wstąpienia do tego seminarium.

   Po powrocie do domu opowiedziałem to ojcu i następnego dnia z dwuzłotówką w chusteczce od nosa poszedłem na bosaka po metrykę do księdza w Smorgoniach. Ponieważ metryki mojej nie było w tej parafii, więc bez odpoczynku udałem się do księdza w Doniuszewie, położonego o piętnaście kilometrów od Smorgoń, a od mojej wsi o 10 km. Głodny i zmęczony do ostatka, z bólem nogi od przebicia kolczastym drutem, bo szedłem na bosaka, wróciłem z metryką do domu.  Nazajutrz, skoro świt, poniosłem dokumenty potrzebne do podania dla p. nauczycielki, mieszkającej o 12 km od mojej wsi, która to pani zawiozła moje podania do dyrekcji państwowego seminarium nauczycielskiego.

      Działo się to wszystko tuż przed wakacjami. Powróciwszy do siebie od wspomnianej pani nauczycielki zapadłem na zdrowiu i musiałem leżeć w łóżku niemal przez cały tydzień. Przyczyną choroby było nadwerężenie przebitej przez drut nogi.

      Z chwilą, gdy ból w pachwinie się zmniejszył i guzy zaczęły maleć, udałem się do swojej pani nauczycielki , by się dowiedzieć, jak stoją sprawy mego przyjęcia do seminarium nauczycielskiego. Gdy moja opiekunka zobaczyła mnie u siebie, mocno się zdziwiła , że nie jestem w tej chwili na egzaminach wstępnych, które właśnie w tych dniach się odbywały.

Wiadomość ta , że jestem dopuszczony do egzaminu na kurs wstępny z jednej strony ucieszyła mnie, a z drugiej zmartwiła, że może być już za późno. Podziękowałem swej opiekunce jak umiałem, złożyłem jej podarunek pod postacią kawałka- jakie 1/3 kg słoniny, wziętej bez wiedzy rodziców i spiesznie wróciłem do domu z radością w sercu.

Tu spotkała mnie kara za oderżnięty kawał słoniny. Ojciec uderzył mnie tak mocno kawałkiem słoniny, że zaprzysiągłem zemstę.

Kiedy rozgniewany ojciec uspokoił się, opowiedziałem mu, że jutro muszę jechać do Święcian na egzaminy i nie mam na drogę pieniędzy. Początkowo nie chciał temu wszystkiemu wierzyć, ale, gdy wytłumaczyłem mu i przekonałem go, poskrobał się po głowie i zaczął medytować. Umyślił sprzedać niedużego i ostatniego wieprzka na moje potrzeby. Dopiero na drugi dzień po sprzedaniu prosiaka dał mi ojciec tyle gotówki, ile było trzeba na bilet, z czym wyruszyłem sam jeden do Święcian.

     Z kawałkiem chleba razowego i odrobiną słoniny w torbie ruszyłem do wspomnianego seminarium. Pomimo, że nie byłem w tym miasteczku nigdy i nie wiedziałem nawet dobrze, gdzie robić przesiadkę, wyruszyłem we wspomnianą drogę, licząc na to, że się dowiem wszystkiego od pasażerów. Tak się też i stało.

Kupując bilet na pierwszej stacji podsłuchałem rozmowę pewnej pary młodych, którzy wspominali miasteczko Święciany – cel mojej drogi. W wagonie dowiedziałem się od tych państwa, że jadą do Święcian. Więc pilnowałem się tej pary przy przesiadkach i dzięki jej przyjechałem do miejsca przeznaczenia.

Miałem tu też niemały kłopot z noclegiem- nie wiedziałem, gdzie można przenocować. Na szczęście trafił mi się jakiś Żydek, który też poszukiwał noclegu. Z tym Żydkiem zaszedłem do jakiejś piwiarni i na jednym tapczanie po jedną kołdrą- kocem- przespałem noc.

Nazajutrz bez  posiłku udałem się do seminarium nauczycielskiego. Długo szukałem samego lokalu, a jeszcze dłużej kancelarii. Nareszcie znalazłem się w kancelarii i wyjaśniłem swój cel przybycia.

Krótko mi oświadczyli, że już są egzamina skończone i będę mógł składać je dopiero w jesieni. Było to dla mnie gorsze, niż uderzenie obuchem w głowę. Wiedziałem, że gdy teraz nie zostanę przyjęty, ojciec nie puści mnie- nie da pieniędzy, na wyjazd w jesieni. Z drugiej strony bałem się szyderstw mieszkańców mojej wsi, którzy nie wierzyli, że syna chłopa mogą przyjąć do szkoły średniej.

      Postanowiłem po krótkim namyśle pójść do samego dyrektora i błagać- by mnie przyjął. Odnajduję dyrektora we własnym mieszkaniu, i z płaczem tłumaczę mu, że nie przyjęcie mnie teraz do szkoły, zmusi do dalszej męczarni w domu.

Na pytanie dyrektora, czy będę chciał się uczyć przez sześć lat, z uniesieniem oświadczyłem, że choćby i przez 20 lat.

Gdy dyrektor przekonywał mnie, że przyjmie mnie w jesieni, jeśli zdam egzamina, rzuciłem mu się do całowania rąk z płaczem i błaganiem, by jednak rozstrzygnął tę sprawę. Uległ dyrektor mojej rozpaczliwej prośbie i wydał polecenie podwładnym mu nauczycielom , by przeegzaminowali mnie. Egzamin  na kurs wstępny złożyłem ze wszystkich przedmiotów z wynikiem pomyślnym, z wyjątkiem rachunków, które teoretycznie znałem bardzo dobrze, ale jak przyszło się wytłumaczyć , jak to działanie zrobiłem, nie potrafiłem tego wyjaśnić. Rezultat- przyjęty zostałem zastrzeżeniem z rachunków- z których miałem składać jeszcze egzamin w jesieni.

     Muszę zaznaczyć, że do egzaminu zupełnie się nie przygotowywałem i że składałem go po rocznej przerwie po ukończeniu czterech oddziałów.

        Wakacje po egzaminie upłynęły mi na marzeniach o szkole, jak będę się uczył, czy dam sobie radę, skąd wezmę pieniądze na utrzymanie, gdy ojciec ich nie ma. Nieraz całą noc spędziłem nad rozmyślaniem- będąc na noclegu. Były to myśli miłe i zarazem przykre, że po rozpoczęciu nauki, jeśli nie wykażę się dobrymi postępami, nie dadzą mi zapomogi i będę zmuszony przerwać swe studia. Z góry przysięgałem sobie w duchu , że muszę być jednym z najlepszych uczniów tak jak byłe w szkole powszechnej.

    Wakacje dobiegały końca.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 2 ). Czas Pierwszej Wojny Światowej.

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie . Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony- Heleny z d. Wojciul….

                                                                              Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                                pow. Oszmiański

Mój życiorys. Pierwsza Wojna Światowa ( spisane przed II wojną).

    W jesieni , gdy już toczy się walka na zachodzie i południu, dowiaduję się i ja o tej wojnie z ust starszych gospodarzy. Mam 8 lat.

Myśląc, że wojna nazajutrz będzie u nas, rozdaję kolegom jabłka uzbierane w nocy w ogrodzie sąsiada.

W kilka dni po tym fakcie zobaczyłam na własne oczy żołnierzy niemieckich konnych. Był to wywiad. Wieczorem tego dnia najechało konnicy niemieckiej moc! Leżąc pod kożuchem trząsłem się jak osika i ukradkiem spoglądałem jednym okiem, jak chodzili po naszej chacie, w czapkach stalowych.

 Nazajutrz, gdy wojsko opuściło wieś, udałem się z rodzicami na wozie, pełnym różnych, najpotrzebniejszych gratów, do pobliskiego lasu, gdzie wykopał ojciec jamę , przykrył ją chrustem i ulokował nas w niej. Ponieważ zabranego jedzenia prędko nam zabrakło , gdyż było nas tylko samych dzieci pięcioro, a do tego rodzice i babka, więc ja z matką, babką poszedłem do wsi, aby coś wziąć do jedzenia. Pozwolono nam wyjść z lasu ale, gdyśmy wracali, żołnierz niemiecki na koniu dopędził nas i kazał pod karą śmierci wracać do swojej chaty we wsi. Zły na Niemca wracałem z babka do niedawno opuszczonej chaty, bo matka, gdy Niemiec trochę odjechał  umknęła do lasu.

Wróciłem do swojego okopu z babką wieczorem. Siedzieliśmy w tym lesie  przez miesiąc. Po oswojeniu się z hukiem i gwizdami strzałów, często wychodziłem z lasu na pole po kartofle nie zważając, że na tym polu była pierwsza linia okopów niemieckich. W lesie widywałem żołnierzy rosyjskich – kozaków, którzy wypytywali mnie , gdzie się znajdują wojska niemieckie.

    Po miesięcznym pobycie w jamie wykopanej w  lesie udaliśmy się do krewnych, mieszkających o 10 km od nas. Zabrał nas czworo ojciec na wóz, pozostawiając tylko do pilnowania dobytku babkę i starszego brata. Jadąc gościńcem nie widziałem żadnego Niemca. Gdy dotarliśmy do celu, byliśmy szczęśliwi.

Ale trwało to niedługo bo oto po paru godzinach najechało dużo wojska do tej małej wioseczki. Nie było i tu schronu. Nie czekając długo, wracamy do swojej kryjówki leśnej. Lecz jazda była już trudniejsza bo oto, co kilka kilometrów przebytych, żołnierze- strażnicy niemieccy robili rewizję w naszym wozie, poszukując szpiegów. Z trudem dotarliśmy do lasu, przed którym stała wioseczka, będąca pierwszą linią okopów niemieckich.

Do lasu straż niemiecka nie wpuściła nas. Próbował ojciec jeszcze przedrzeć się krzakami na koniu, ale gdy tylko zawrócił z gościńca i zatrzaskały gałęzie, zatrajkotał karabin maszynowy, zmuszając do odwrotu.

Wracamy z gościńca do wioski, by przenocować u znajomych. Po chwili przekonujemy się , że we wsi nie ma żywej duszy. Ojciec szuka dalej, a ja pilnuję konia. Wreszcie znajdujemy znajomych i nocujemy tam, śpią jedno na drugim, gdyż zwykła jama, nakryta deskami. Była bardzo mała.

Nazajutrz byłem świadkiem ataku wojsk rosyjskich na niemieckie. Armaty rosyjskie bez ustanku od rana do ciemna grzmiały. Pociski na szczęście przelatywały nad nami i spadały na chaty , zapalając wieś. Przez otwór założony poduszkami staczały się tylko kule ołowiane , któremi bawiłem małe siostrzyczki, by zapomniały o wodzie, której się domagały, a o którą było tak trudno. Koń nasz, który był mocno przywiązany do wozu, dłuższy czas rzucał się jak szalony, aż wreszcie  Niemiec porżnął  powróz i uwolnił go od tej straszliwej męki.

Ogniem armatnim zmusili Rosjanie Niemców do cofnięcia się. Niemcy odstępując sami, zmuszali i ludność cywilną do cofania się. Dużo jej- ludności- popędzili do przodu , ale my , pomimo, że nas także zmuszali nie ruszyliśmy się z miejsca, bo za małe były dzieci.

Z chwilą, gdy ściemniało posłyszałem krzyki : ura, ura! Wojsko rosyjskie było do ataku. Niedługo byli przy naszych i w naszych okopach, poszukiwali Niemców. Widziałem po wyjściu z okopu, jak zabierano rannych i zabitych, słyszałem ich jęki.

       Tego samego wieczora wróciliśmy na piechotę do swoich okopów, czyli do jamy  w lesie. Nie zastaliśmy tam nikogo, więc udaliśmy się do swojej wsi, w której jak się później przekonaliśmy, stał już obóz wojsk rosyjskich

       Zaledwie tydzień minął, i już znowu musiałem uciekać z rodzicami do lasu, bo wojska niemieckie posunęły się w kierunku naszej wsi i mogły z łatwością  pociskami armatnimi zasypać ją.

Byłem tu świadkiem, jak wojska rosyjskie ( tabor) uciekało na łeb na szyję z naszej wioski do lasu.

 Ja z ojcem, pędząc świnie przed sobą szedłem do lasu dość spokojnie przyglądając się z furią uciekającym żołnierzom.

Od tego czasu już nie wróciłem z rodzicami do swojego domu. Byłem jeszcze raz sam jeden i widziałem dziury w ścianach od pocisków armatnich i pocisk leżący na środku mieszkania. Jeszcze od czasu do czasu wychodziłem z lasu na pole, by nakopać ziemniaków i popatrzeć na swą ukochaną wieś .

Przebywając w lesie przez kilka tygodni bez dostatecznej ilości żywności , niemal codziennie chodziłem do żołnierzy rosyjskich po chleb, którym karmiłem całą rodzinę. 

Jednego razu o mało nie przekroczyłem pasa neutralnego i nie przedostałem się na stronę niemiecką. Czujka, znajdująca się blisko okopów niemieckich zatrzymała mię i pod groźbą kary śmierci kazała mi więcej się nie pokazywać. Chociaż głód parł mię do żołnierzy, ale strach przed śmiercią pohamował mnie.

Nie mając czego jeść i odczuwając dotkliwie dokuczliwe zmiany jesiennej słoty, wyjechaliśmy do Konstanpola , siedziby stryja, który z całą rodziną został wygnany do Niemiec. W Konstanpolu , znajdującym się o 10 km od naszej wsi i o sześć km od pierwszej linii okopów niemieckich, przeżyłem z rodzicami cztery lata.

Z tego trzy lata spędziłem w otoczeniu żołnierzy rosyjskich, którzy w naszej chacie mieli odpoczynek po 1 tygodniowym lub dwutygodniowym pobycie w okopach na pierwszej linii. Oni to byli pierwszymi moimi nauczycielami śpiewu i gry w karty. Pamiętam do dziś dnia niektóre piosenki przez nich śpiewane. Umiejętności gry w oczko na pieniądze i innych bez pieniędzy nauczyłem się od nich, stojąc u nich za plecami, gdy grali. Nieraz do północy śledziłem ich ruchy z kartami i nikt mi tej przyjemności nie przerwał, gdyż całe rodzeństwo spało. Tak upływały mi wieczory zimowe.

 Dnie spędzałem na grze w karty- w zapałki z kolegami i na zbieraniu chleba wśród żołnierzy dla swojego rodzeństwa. Żołnierze , litując się nade mną, dawali mi nie  tylko chleb, ale i cukier, pieniądze. Dlatego też chętnie odwiedzałem swoich chlebodawców- żywicieli, ale każdego dnia innych. Na takim zajęciu upłynęła pierwsza zima w domu stryja.

     Huk armat, trajkot karabinów maszynowy i gwizd bomb spadających z samolotów , początkowo mię  przerażały, ale po trzech miesiącach oswoiłem się z tym wszystkim i traktowałem to jako zwykłą rzecz, która nie robiła silniejszego wrażenia. Nieraz, to było wiosną, gdy spadnie pocisk armatni na ziemie i jeszcze z miejsca jego zarycia się unosi się dym, ja już oglądam jego ślady.

     Wiosną roku 1915 po raz pierwszy poznałem zapach gazu duszącego, puszczonego przez Niemców. Nie uległem jego szkodliwemu działaniu, bo był on już słaby zanim przepłynął przestrzeń sześciokilometrową.

Wiosna wspomnianego roku upłynęła mi na pasaniu na powrozie jedynej krowy i noszeniu chleba od żołnierzy.

W chwilach wolnych od tych zajęć grałem ze starszymi i rówieśnikami w karty na pieniądze, które zdobywałem- kradłem od ojca z pudełka, do którego ten składał po otrzymaniu od żołnierzy za biały chleb lub papierosy rozsprzedane.  Drugim źródłem dochodu były jałmużny od oficerów i podoficerów w gotówce- w kopiejkach. W grze byłem zawsze oszukiwany pomimo, że umiałem grać.

      Dzięki grze w oczko nauczyłem się liczyć do 25- i  wykonywania działań dodawania i odejmowania w pamięci.

Tegoż roku w lecie ojciec powierzył mi funkcję sprzedawania chleba białego żołnierzom w ich koszarach. Co drugi dzień z bratem starszym nosiłem chleb- piróg- do okopów i tam rozprzedawałem i odważając na ręcznej wadze żądane porcje. Po rozprzedaniu białego chleba szedłem z bratem do innego oddziału żołnierzy i prosiłem o pieniądze i cukier. Bardzo rzadko wracałem z pustymi kieszeniami i brakiem supełka w chusteczce do nosa , który to supełek oznaczał, że pieniądze są. Chleba razowego, którym żołnierze obdzielali mnie, często nie brałem, za co łajali ( rugali) mię żołnierze. Na takich zajęciach mija mi rok 1915. Mam 9 lat.

     W roku 1916 wiosną wyjechałem z ojcem do Krasnego- na linii Mołodeczno- Mińsk, gdzie zamierzał ojciec zostawić mię w ochronce polskiej dla dzieci  wygnańców.  Byłem w tej ochronce przez dwa dni, a na trzeci, rozbeczałem się tak mocno, że ojciec zabrał mnie z powrotem do domu.

     Po pewnym czasie odjechałem wraz z kolegami z tej wsi pod opieką jednego z ich ojców do ochronki także polskiej w Radoszkowicach. Tu przebyłem około trzech tygodni.

Po raz pierwszy posłyszałem mowę polską, która mi się bardzo podobała. Starałem się łamać swój język białoruski, mówiąc po polsku. Nauczyłem się tu kilku liter łacińskich pisać, poznałem parę gier w piłkę, i zapamiętałem parę bajek. Gdyby nie dokuczał w tym zakładzie brak jedzenia, byłbym z pewnością dłużej w tej szkole.

    Muszę nadmienić, że z powodu słabego odżywiania nas, ja byłem zmuszony do wynalezienia sposobu zaspokojenia głodu. Otóż gdy wszystko bractwo posnęło w pokoju i kucharki już chrapały w kuchni, szedłem po zdobycz- po razowy chleb na kuchnię. Każda nocna wycieczka była udana, a żołądek na całą dobę zaspokojony. W tymże samym miasteczku na współkę z kolegami kradłem od Żydów słodycze, że kraść od Żyda nie jest grzechem.

    Po powrocie z ochronki uczęszczałem do niedawno założonej szkoły rosyjskiej , znajdującej się o 3 km od mojej wsi w miejscowości Macewicze- gmina Wojstom pow. Wilejski. W szkole tej było prowadzone dożywianie dzieci wygnańców. Więc, jako wygnaniec także otrzymywałem obiad, składający się z dobrej zupy i jeszcze lepszego drugiego dania. Ponieważ przy tej szkole prowadzony był niewielki internat dla dzieci z dalszych miejscowości, więc dawano tu i śniadanie, na które ja mocno starałem się zdążyć, gdyż był na nim pieróg i słodka herbata.

      Nauka w szkole szła mi łatwo, gdyż dużo liter już znałem, a z rachunków więcej umiałem niż  trzeba było umieć  w klasie pierwszej. Dlatego też po paru tygodniach prowadziła mnie nauczycielka ( nauczycielek było trzy) do klasy drugiej. A gdy nie dawałem rady z czytaniem w kl. II, postanowiła nauczycielka tak, że czytać będę z klasą I-szą a rachować z II-gą. Tam nauczycielka prowadziła dwie klasy. Do szkoły uczęszczałem przez dwa lata i skończyłem dwie klasy.

Z chwilą wybuchu rewolucji w Rosji zamknięto tę szkołę.

W tym samym budynku po kilku tygodniach  zorganizowano szkołę polską, do której chodziłem większą chęcią niż do rosyjskiej, pomijając to, że w tamtej smaczniej dawali jeść. W krótkim czasie pokochałem swoje panie i starałem się im nie dokuczać tak, jak dokuczałem nauczycielkom rosyjskim.  

Język polski , jakim one się posługiwały  w rozmowach z nami – miał coś  w sobie pięknego przyjemnego i rozbrajającego . Delikatnością , której nigdy nie doświadczyłem od nauczycielek rosyjskich, zdobyły mię nauczycielki polskie.

Szkoda wielka, że do tej szkoły ( polskiej) chodziłem tylko parę miesięcy, bo z chwilą wiosny, musiałem paść krowę, a jeszcze w miesiącu marcu jeździłem z ojcem, bratem i stryjem budować dom na zgliszczach swej siedziby w Kołpiei.

 Do szkoły już nie wróciłem- aż do roku 1922….

     Byłem zajęty przy budowie chaty. Jeździłem z ojcem do lasy po drzewo na budulec. Woziłem z nim i starszym bratem deski z okopów rosyjskich. Zbierałem po schronach ramy ze szkłem, łopaty, topory, słowem to, co było potrzebne do naszej gospodarki.

      Gdy jeszcze matki- gospodyni nie było przy stawianiu prowizorycznej chaty, ja ją zastępowałem, gotując kartoflaną z kawałkiem słoniny lub zakraszając ją słoninką dla pracowników. Po nakarmieniu ich pomagałem skrobać drzewo na dom. Przy takiej pracy spędziłem trzy miesiące.

      Zwrot w moich zajęciach nastąpił z chwilą, gdy matka przeniosła się z pięciorgiem dzieci młodszych ode mnie do chałupy nowo-zbudowanej. Ona więc zajęła się kuchnią, a ja musiałem paść jedyną karmicielkę- Ryżulę. Pasłem ją po sąsiednich ogrodach, których gospodarze jeszcze nie wrócili, po sadach i łąkach. Smutno mi było z Ryżulą. Ona porykiwała tęskno, a ja, trzymając ją na powrozie, prosiłem ją , by jadła i rzewnie, cichutko popłakiwałem. Codzienne pasanie krowy przeze mnie , było dla mnie istną męczarnią. Toteż nie było chyba dnia, w którym bym nie oblał się łzami wyprowadzając ją na paszę. W niektórych dniach, by się uwolnić choć na jeden dzień od tego ciężkiego obowiązku, udawałem chorego i nie wstawałem z łóżka. Skoro ktoś popędził krowę na pastwisko, wstawałem ze swojego barłoga i prosiłem matkę by mi dała jeść. Gdy zaś nie było jej w chałupie , sam właziłem do pieca, wyciągałem kaszę z ziemniaków. Wstawanie moje zaraz po wyprowadzeniu krowy przez starszego brata, który był bardzo potrzebny do pomocy ojcu przy budowie, dało do zrozumienia że ja symulowałem chorobę.

Po kilku takich wypadkach nie wierzyli mi rodzice i rózgą podnosili z łóżka. Krowę pasłem tylko na ranku i pod wieczór. W czasie, gdy krowa stała w chlewie, ja pomagałem w pracy mamusi, albo szedłem z koszem na ryby, których po wojnie było moc w rzece. Pomoc moja w pracy matce polegała ba zbieraniu trawy dla świń, suszeniu tej zieleniny i karmieniu nią  czworonożnych zwierząt..

       W święta i niedziele w zajęciach moich była zmiana. Polegała ona na tym, że zamiast krowy, pasłem konia albo bawiłem się, pilnowałem domu z  pięciorga małymi., gdy matka szła do kościoła do Smorgoń. Natomiast, gdy matka była w domu, szedłem na ryby, grzyby, orzechy w zależności od pogody lub okresu czasu.

     Tak minęło mi : lato i jesień po powrocie do swojej wsi.

     O zimie roku 1918 nie mam wiele do pisania. Minęła ona mi na tarciu słomy dla krowy, skrobaniu ziemniaków na śniadanie i kolację. Wieczorami grałem z kolegami- towarzyszami starszymi od siebie w karty i zapałki , w tzw” kogucika” na pieniądze. W grze nic mi się nie powodziło- bo rzadko kiedy wygrałem a stale przegrywałem. Pomimo to, że przegrywałem nieomalże za każdym razem i byłem karany przez ojca, siła namiętności pchała mię zawsze do tego rodzaju rozrywki. Było to już nałogiem mocno zakorzenionym nie tylko we mnie, ale u wszystkich mężczyzn powojennych , którzy podczas wojny nie mając nic do roboty, grali tylko w kart. Nałóg do gry w karty towarzyszył mi aż do chwili nauki w seminarium nauczycielskim na pierwszym kursie. …..

c.d.n.

Gdy w 1914 roku rozpoczęła się I Wojna Światowa Jan miał 8 lat, gdy skończyła- 12. Jako dziecko już tyle przeżył….

W tym czasie zginęło 14 milionów  ludzi. Po raz pierwszy w historii użyto w niej broni chemicznej, samolotów, okrętów podwodnych, czołgów i ciężarówek. To tyle z Wikipedii.

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 11 ) . Jeszcze jedna opowieść z Gniezna .

Mała Mariolka  m.in. w sytuacji poważnie intymnej ( lewy górny róg pierwszego zdjęcia 🙂 .  Na kolejnym-  w otoczeniu panów nieźle sobie radzi, jak widać – miejsce centralne zajmuje 🙂 . Zdjęcia z Rodzinnego Albumu Marii J. Nowakowskiej. 

a to ode mnie dla Marioli- dmuchawiec –  tak piękny delikatny jak ludzkie życie – ot takie mi przyszło skojarzenie, nie wiadomo skąd

Świetna historyjka, tak kiedyś napisałam  po kolejnej opowieści Marioli …pisz dalej…cokolwiek Ci się przypomni…z dzieciństwa, czy szkół, zawodu.. może nie być chronologii

Niebawem  przyfrunął list od Marioli

 jeszcze leżałam a już męczyła mnie moja niewiedza

otóż jak już pisałam mam dziury w mózgu czy pamięci – na jedno wychodzi

męczyło mnie jedno : napisałaś że pisze się Zofia a mówi  ????? ( Marioli chodziło o to, że na FB używam imienia Klara J )

no właśnie jak

to jak się mówi wpadło do tej dziury i nie pamiętam

pomóż !! proszę !!!!!!!!

wysłałam  poprzedni  list a chociaż pytałaś ,  nie napisałam kto mieszkał w tych domach, w Gnieźnie mojego dzieciństwa.

Różne wyznania

przeważnie katolicy – właściciel, który  z fotelem

chodził do katedry na uroczystości z prymasem

 kolejno mieszkali wyznawcy 4 religii a  dwie rodziny byli przywódcami i u nich odbywały się  ceremonie

jako dzieci podglądaliśmy wszystkich lub nawet braliśmy udział

koledzy  byli ciekawi jak jest w  naszym kościele więc trzeba było im to umożliwić

zorganizowaliśmy komeżki trochę chłopcy – ministranci podszkolili i akcja ruszyła

dotarliśmy do kościoła ale w  zakrystii ksiądz się zorientował

nie rozumiał naszej postawy , nie znał ekumenizmu  🙂  ,  nakrzyczał, wezwał rodziców  i  później bacznie nas obserwował  ….

 

i jeszcze raz – a to ode mnie dla Marioli- dmuchawiec –  tak piękny delikatny jak ludzkie życie – ot takie mi przyszło skojarzenie, nie wiadomo skąd ….

Wielbię  Cię, Mariolko, choćby za ten błysk w tekście – że ksiądz „nie  rozumiał naszej postawy, nie znał ekumenizmu  ” 🙂

 

 

Łyżwiarze i wspomnienie minionych zim…

Oto jeden z ocalałych tekstów ze starego blogu- nie wiem dlaczego znalazł się na pierwszej tamtejszej stronie- może chciał tu zawitać ?

Więc kopiuję….

Zdjęcia zamieściły się poniżej ( jeszcze  nie opanowałam” budowy tutejszego gniazdka „….

Oczywiście środkowe, to moje dawne, wykonane przez Tatę- Wacława Łukaszewicza…..

zapraszam ….

 

Ze starego rodzinnego albumu – 1955 rok

Umówiłam się z kimś przy Torwarze. Mam jeszcze czas. Wchodzę do środka. Tam muzyka. Właśnie walce wiedeńskie. Wielka, lśniąca i idealnie gładka lodowa płyta. Roztańczone dzieciaki. Kolorowe, pięknie ubrane, białe buty wysoko i równo sznurowane. Spódniczki rozwiewane w tańcu.

Przefruwają przed oczami jak lekkie różnobarwne ptaki. Potem już widzę tylko ich cienie. Obraz za mgłą, bo właśnie wraca moje gorzowskie dzieciństwo….
Widzę Ojca, który starannie przykleja zdjęcie do zbrązowiałej szorstkiej karty starego albumu.
Oglądam to zdjęcie.
To było pół wieku temu.
Było.

Zima. Wytęskniona nagła biel za oknem, wielkie puchate śniegi, sanki, narty i łyżwy. Warta zniewalana nocnym mrozem. A potem już uległa, otwierająca zawarciański dziecięcy raj.

Wtedy zakładam stare, obwisłe i przetarte na kolanach dresy. Szczęśliwa i całkiem nieświadoma swojego dziwacznego wyglądu, zbiegam w dół swojej ulicy, obecnej ul.Orląt Lwowskich. Nadal mam w uszach ohydny, metaliczny rytm wybijany przez moje buty podkute metalowymi blaszkami, które ochraniają podeszwy przed zniszczeniem. Na ramieniu dumnie się kołyszą łyżwy, zawieszone na postrzępionych rzemiennych paskach. Są stare, poniemieckie, z zębatymi łapkami. Wprawdzie srebrzyste ale z siecią bruzd, z rysunkiem który czas wyrzeźbił.

Nie myślę o tym, że należały do jakiegoś niemieckiego dziecka, które może teraz za nimi tęskni. Teraz to moje łyżwy i moja radość.

Nieruchomieję, bo zawsze muszę obejrzeć to, co pod nogami. Tam jest niezwykły, bajkowy, lodowy świat mojej łąkowej Warty. Tam wielka przezroczystość i zatopione w niej sterczące pionowo trawy. Jeszcze zielone. Jakby nagle zaczarowane przez tajemną królową Zimę. To wszystko zadziwia, zachwyca i onieśmiela. Przecież jest takie delikatne. Boję się, że zniszczę ten zielony kryształ podlodowej łąki.

Po chwili jednak zapominam o tych zachwytach i niepokojach. Wyruszam przed siebie. Jestem wolna jak ptak i szczęśliwa, gdy gnam z wiatrem w zawody .

A obok cicho czuwa moje zziębnięte zimowe Miasto…

Teraz wracam do rzeczywistości. Walce wiedeńskie dookoła… i myślę, że te kolorowe dzieci zamknięte w puszce Torwaru, wirujące w tańcu na gładkiej lodowej tafli, nie wiedzą, że można inaczej. Tak jak na rozlanej gorzowskiej Warcie. Gdzie przestrzeń i prawdziwa wolność…

Tekst własny zamieszczony w MM- Gorzów pod nickiem Łuka 8.01.2011

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pan Profesor Witold Ramotowski- nasz Przyjaciel. ( 6 )

Pan Profesor Witold Ramotowski w swoim ogrodzie nad Bugiem- jak już pisałam kiedyś- na pewno rozmyśla o nowym wynalazku ortopedycznym…zdj. własne Z.K.

Wiosna w ogródku Pana Profesora…szkoda, że nie sfotografowałam romantycznej ławeczki oczywiście własnej konstrukcji ( jest ukryta w krzewach w pr. górnym rogu zdj). Pod  migdałowcem , centralnie ministrzelnica- z tarasu domku Pan Profesor Ramotowski celował do tarczy z jakiegoś sprzętu strzelającego ( wiatrowki ?) -takie chłopięce zabawy w czasie gdy samotnie spedzał czas nad Bugiem….

Pan Profesor Witold Ramotowski od lat szczenięcych, jak opowiadał, miał pasje konstruowania. Jego dziadek toczył pięknie z drewna, sam rzeźbił ule, a mały Wituś mu towarzyszył. Potem , gdy już nauczył się czytać, czytywał stareńkiemu Sienkiewicza i inne klasyczne powieści polskie, bo dziadek był ciekaw świata, a wzrok mu już zamierał. Nastolatkiem będąc, gdy Witold mężniał, bo wyrósł z niego kawał chłopa, wynosił starowinkę na rękach z domu i sadowił w jego ulubionym miejscu nieopodal domu.  Tak, ważne są nie tylko genetyczne zdolności, ale też ktoś kto poprowadzi za rękę. Chłopię o którym piszę,  wychowywane na rodzinnym folwarku , w rodzinie pana dziedzica nie mogło się bawić z dziećmi ludzi z czworaków. Jakże z tego powodu cierpiał, wspominał często. Wobec tego, dopóki się nie urodził Jego młodszy o 4 lata brat,  był skazany na własne pomysły. Gotowych zabawek raczej nie było, więc je sam konstruował. Ciekawy był mini młyn wodny generujący prawdziwy prąd na zasadzie dynamo. Wynalazek ten budził zaciekawienie cioć i wujków. Nieco lepszym pomysłem było przywiązanie do ogona kota własnoręcznie wyrzeżbionego samochodziku w celu sprawdzenia jak takie toto czyli kotosamochód będzie się poruszał. Oczywiście jak należało się spodziewać, kot wpadł w przerażenie i szał wybiegając z domu przez zamknięte okna, wybijając trójwarstwowe szyby. Na szczęście kot i wynalazca jakoś przeżyli 🙂

Pan Profesor Witold Ramotowski przed własnej konstrukcji sławetną altanką , którą nazwał Azylem. Wszystko tam było- sam doprowadził prąd, przekopując się przez duży kawał działki- więc i lampeczki działały i opisany ekspres do kawy, który w sezonie tu wędrował…zdj. własne Z.K.

Po lewej fragment „miniakweduktu ” własnego oczywiście pomysłu i wykonania po górskiej i greckiej wycieczkowej naszej wspólnej inspiracji 🙂 

A na tym zdj.  za akweduktem lśniąca wstęga Bugu…

O słodkie niezapomniane ale” bywsze” czasy…

dobrze chociaż, że je złapałam w obiektyw….

 

Cyganie z mojego dzieciństwa.

Kochani! Kiedyś zamieściłam ten tekst w portalu Moje Miasto Gorzów, który już nie istnieje, a jego zawartość, także taka, jakby literacka, którą można było swobodnie zamieszczać , została zlikwidowana. Wydawało mi się, że to co poniżej już wrzuciłam do tego blogu, ale jakoś nie mogę znaleźć. Dlatego , jeśli pamiętacie i uznacie, że się powtarzam, proszę o wybaczenie. Może się domyślacie, dlaczego ten „ utworek” jest mi szczególnie bliski. Może kilka słów gwoli wyjaśnienia, tym, którzy mnie nie znają. Otóż moja Mama, Stefania z d. Jakubiec urodziła się w beskidzkiej wsi. Z wielkim wysiłkiem , bo warunki były nietęgie ukończyła Seminarium Nauczycielskie w Białej, sąsiadującej z Bielskiem  ( od wielu lat już jest to jedno miasto). Był to okres międzywojnia. Nie jestem pewna, czy wyjechała na Wileńszczyznę dla chleba, czy z chęci poznawania świata, czy jak mówiła, czuła misję by nieść „ kaganek oświaty” bo powstało nowe państwo polskie i na kresach byli bardzo potrzebni nauczyciele . Pewnie jedno i drugie jak i trzecie było przyczyną wybrania tak odległego od domu miejsca do pracy i nowego życia. Tam poznała mojego Tatę, rdzennego „wilniuka”.

Gdy wybuchła II wojna światowa, dosłownie w jej przededniu, Tatę zmobilizowano ( był kolejarzem ) i zlecono wyjazd w poznańskie. Po drodze został aresztowany i ostatecznie osadzony w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen, pod Berlinem. Tam przebywał do końca wojny. Mama pozostała w podwileńskich Smorgoniach z 5 letnim moim bratem Zenonem i w trzymiesięcznej ciąży z Wacusiem.  Mój mały Braciszek , bardzo rezolutne wojenne dziecko, zmarł mając 4 lata z powodu czerwonki, którą przywlekli Rosjanie. Ponoć całe podmiejskie pola były czerwone z powodu tej krwawej biegunki żołnierzy.   

Gdy po wojnie, zapadły polityczne decyzje,  że tam nie ma już Polski, Mama bez wahania zdecydowała się na  wyjazd. Rosjanie ją pytali , dlaczego wyjeżdża, przecież tam będzie tak samo jak tu, tylko wasz język. I właśnie dlatego wyjeżdżam, odparła. Podjęła kolejną heroiczną decyzję w życiu, bo zostawiła grób Wacusia i z Zenonem, który już miał 10 lat , po dwóch tygodniach podróżowania w bydlęcym wagonie znalazła się w ukochanej Polsce. Pociąg zatrzymywał się co kilka kilometrów i maszynista oznajmiał, że zabrakło paliwa. Na takie dictum, zarządzano zbiórkę butelek z wódką i po chwili pociąg ruszał.

Po roku spotkali się z Tatą, i postanowili rozpocząć nowe życie. Szukali miasta, które nie było mocno zburzone , bo na propozycję, którą otrzymał Tata od obozowego kolegi, a po wojnie  Ministra Komunikacji, by zamieszkać w Warszawie, Mama, po jednym pobycie w stolicy powiedziała: ruinę mam w sercu, nie mogę patrzeć na ruiny wokół. Wyjechali na Ziemie Zachodnie, które wówczas patetycznie nazywano Odzyskanymi. Zamieszkali w Gorzowie Wlkp. i w 1947 r. przyszłam na świat.

Rodzice mieli już wówczas 40 lat i traumę w sercu, więc wychowywałam się w smutnym domu.

Ale gdzieś na dnie duszy łaknęłam piękna, pewnie geny wędrowania Mamy i rzewny romantyzm Taty miały wpływ na moje zachwyty nad wolnym kiedyś ludem jakim byli Cyganie, obecnie zwani Romami. Dla mnie pozostaną Cyganami, bo nazwa pachnie dymem ich ognisk i cygańskim życiem pełnym barw….zresztą ich poetka, Papusza, która też zamieszkała w Gorzowie protestowała przeciwko nazywaniu jej narodu Romami, mawiała,  że od zawsze była Cyganką…zapraszam więc do mojej opowieści…

 

nibywóz cygański.JPG

 

 

Cyganie z mojego dzieciństwa.

 

Cygański zachwyt przyszedł do mnie we wczesnym dzieciństwie w beskidzkiej dolinie kamienistej rzeki .Potem byłam świadkiem gdy rodziło się gorzowskie Terno.

 

 

 

Lata 50 ubiegłego wieku. Duża wieś u podnóża Skrzycznego. Moje beskidzkie wakacje . Mam kilka lat , ale czuję , że tego lata coś się wydarzy. Niedługo przyjadą tabory , mówią mieszkańcy.  Mówią głosem  ściszonym i  niespokojnym . Wyczuwam też panujący wszechwładnie świąteczny nastrój . Więc bardzo czekam , czekam i  wypatruję.  

Wreszcie widzę , jak pewnego dnia  moje ciotki pospiesznie zbierają  śnieżnobiałe prześcieradła suszące się na trawie  . I  wzdęte wiatrem wiejskie koszule znikają ze sznurów.

Kury są zamykane w kurnikach , a na drzwiach spiżarni wiszą wielkie kłódki.

To  przygotowania na spotkanie z Obcymi.

Wreszcie ktoś woła , że  był  za górą i widział jak się zbliżają się.  Cyganie .Przed nimi tylko jeszcze jedna góra .

      Wczesnym mglistym świtem wybiegam nad rzekę. Rzekę ukochaną i kamienistą, gdzie płaskie kamienie zawsze zbieram i uważam , że to trójkątne zaczarowane sery.

Teraz o tych zabawach zapominam. Już czuję zapach dymów, potem widzę jak nocą zakwitła wielka  łąka. Ukrywam się za krzakami na przeciwległym do płaskiego zakola brzegu. Podpatruję. Kolorowe wozy , dużo wozów  z wielkimi oknami. Firanki jakby tiulowe, też barwne. Wielkie pierzyny i poduchy wylegują się w oknach. Dzieciaki biegają. Bardzo chcę tam być…chcę  być Cyganką….

 Wolną jak Cyganie  i    z wiatrem w szerokiej wielobarwnej spódnicy  wędrować gdzie  tylko nogi  poniosą. Żałuję , że się  urodziłam  w mieście i stale mieszkam w jednym domu, przy tej samej ulicy.

Widzę śniadych smukłych  nieznajomych  chłopców , którzy sprzedają piękne  złocistoczerwone patelnie. ..

I wszędzie słychać muzykę. Jak  bardzo dużo muzyki jest teraz w moich górach .

   Któregoś dnia przybiegam nad rzekę i jest pusto. Moi Cyganie nagle odjechali  , niepostrzeżenie i tajemniczo . Myślę więc o nich.  Widzę te niepowtarzalne cygańskie kolory z muzyką , tańcem i dymami ognisk. Wyobrażam sobie gdzie są , jaką ziemię i chmury teraz oglądają.

A wokół mnie  tylko cisza  , smutny spokój i góry nieruchome ….

 

I nagle ci tajemniczy Ludzie zamieszkali w Gorzowie. Nie mogłam zrozumieć dlaczego ktoś im zabronił  wędrowania. Dlaczego ktoś zmusił do porzucenia taborów  . I wolność w niewolę miasta zamienił. Zamieszkali obok nas , przy  ul Nowotki, obecnej Orląt Lwowskich , w pierwszej kamienicy od strony Askany i w pobliskim domu wzdłuż ul. Boh Warszawy.

Obok , za naszym podwórkowym murem wiecznie płakała rzeźnia.

Ten przenikliwy  płacz rzeźni stał się dla mnie  i pozostał  trwałym symbolem  zniewolenia .

   Obserwowałam tych nowych nieznanych mieszkańców. Nie budzili mojego lęku ani niepokoju. Przesiadywali milcząco i nieruchomo na podwórkowej ławeczce  domu na Boh. Warszawy. Wychodzili gdzieś i wracali. Barwy spódnic spłowiały .Tylko czasem słońce grało w  granatowych włosach. Tylko czasem jakieś oczy migdałowe popatrzyły spod  chusty.

Byli jak kwiaty ścięte i ustawione w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym wazonie. Do tej pory takie tzw”cięte „ kwiaty” wywołują ten obraz . Nie chcę kwiatów w wazonie.

 

Już nie chciałam być Cyganką. Bo moi gorzowscy Cyganie byli smutni i zniewoleni. Jak kwiaty zerwane i ustawione w niewłaściwym wazonie. A obok nas niezmiennie płakała rzeźnia.

     Pewnego dnia Matka pokazała mi kilku młodych cygańskich chłopców z sąsiedztwa. Zauważyła, że są bardzo urodziwi. I że uczą się w szkole muzycznej.

Od tej pory najbardziej wypatrywałam  jednego. Był  wysoki i szczupły  i miał delikatnie wyrzeźbioną głowę . Zapamiętałam jego długie lekkie bardzo miękkie i bezszelestne  kroki. Wyobrażałam sobie , że jest  jak   czujny  i nieujarzmiony przybysz z dalekiej nieznanej krainy.

Ten chłopak zwykle niedbale trzymał pod pachą futerał ze skrzypcami . Podobno był to Dębicki.

Czasami  szumiąc spódnicami przebiegała , nieomal nie dotykając ziemi młoda i bardzo piękna motylopodobna dziewczyna. Podobno to była Randia

Dopiero potem  dowiedziałam się , że wtedy właśnie w Gorzowie rodziło się Terno. Pierwszy zespół jeszcze  prawdziwych  Cyganów…

 A niedługo potem  przyszła do mnie poezja Papuszy. Jej gorzowskie  bolesne tęsknoty za wolnością . Jej opowieści o dziewczynach „o oczach jak czarne jagody”

 

Żyłam w pięknych niezapomnianych czasach . Czasach  o których teraz już  tylko opowiadać można…

Jestem szczęśliwa , że kiedyś dostałam od losu  i zachowałam to wspomnienie. Rytm i koloryt cygańskiego życia.

 

Teraz moja roczna Majka ,wnuczka, gdy porywającą muzykę usłyszy  , zaczyna  tańczyć . To jest dziwny i bardzo znajomy taniec . Najpierw  rytmicznie naprzemiennie tańczą jej barki, potem  ramiona i dłonie. Nigdy nie widziała Cyganów , nikt jej tego nie uczył i nie pokazywał.

Rodzina się śmieje, że to babcia cygański zachwyt w genach przekazała….

 taniec bdb.JPG

 

te dłonie zostały we flamenco.JPG

Wszystkie zdjęcia własne, wykonane za ustną zgodą organizatorów na festiwalu muzyki cygańskiej Romane Dyvesa w 2009 roku w Gorzowie Wlkp.

Na ostatnim ułożenie dłonie jak we flamenco…och, te klimaty

Imieninowe kochanie…

 

StefaDzieckoSiostra.JPG

Stefka, moja Mama. Jedyne zdjęcie z Jej dzieciństwa jakie posiadamy….Już jest starsza, niż opisywana poniżej….

 

 

 

Dzisiaj są Imieniny mojej Mamy.

Stefanii, Stefki, jak mówiono tu, w Godziszce.

Od rana jestem z Nią, rozmyślam, czuję obecność, pomimo tego, że przebywa od 2000 roku w tym Drugim  Lepszym Świecie…

     I wracam do dawno zapisanych tu Opowieści mojej Matki. Ale po 6 chyba latach można przypomnieć jak było wtedy, gdy ledwie XX wiek się zaczął…..

      I znowu tu jestem, w Beskidzie Śląskim, jak przed ponad 60 laty. I stale młoda jak kiedyś, może tylko z bledszym zachwytem , staję  na zboczu Skrzycznego. Jednak widok jest tak piękny, „że umarłego by ruszył” a cóż dopiero mój Zachwyt. Czuję jak we mnie rośnie ten Zachwyt , dojrzewa, kraśnieje i już jest, taki jak kiedyś….

     Widok na wielką Kotlinę Żywiecką jest rozległy. Zda się , że to Pan Bóg  zabawia się układaniem makiety i pokazywaniem jej tym, którzy chcą patrzeć…Nawet miejscowi mówią, że tu jest pięknie, a cóż dopiero my, wakacyjni przybysze …

Krajobraz zamyka daleki  Beskid  Mały i Żywiecki z Babią Górą w tle  i dwugarbną   Romanką z przytulonym , wychylającym się  zza niej figlarnie,  Pilskiem…

Kotlina ma nierówne dno, pofałdowane a na grzbiecikach  wzniesień Najwyższy poukładał domki by z dalekiej perspektywy naszej chałupki wyglądały jak paciorki nanizane na sznureczkach dróg i strumyków .

       Nieomal u moich stóp jest miejsce gdzie urodziła się moja Matka. To duża wieś, Godziszką zwana. Smukła wieża kościoła zaznacza ten rejon, gdzie kiedyś  stary drewniany sczerniały przysadzisty dom moich góralskich dziadków przysiadł zmęczony przy drodze biegnącej dalej w dół, aż do Łodygowic. Jeszcze pamiętam tą rodzinną chatę,  wejście i mroczne wnętrza z pięknymi świętymi obrazami zawieszonymi skośnie pod sufitem ….Już oczywiście nie ma tej chałupy, tylko przetrwała w opowieściach Mamy i mojej pamięci.

I przychodzą Jej opowieści o młodości  górskiej i obrazy….

    W 1907 roku w rodzinie Jakubców przychodzi na świat kolejna dziewczynka.  Ma duże  intensywnie błękitne  oczy , w których do Jej ostatniego dnia niespodziewanie rozjarza się  radość i  ciekawość wszystkiego co dookoła .

Gdy już rozgląda się po świecie, ma trzy a może cztery lata,  myśli, że jest niekochana. Rodzice są zapracowani, oschli, bez słów o miłości, bez przytuleń i miłych gestów. Twardzi górale wieśniacy.

 A w domu  „dziecków” stale przybywa, ona jest najstarsza u drugiej żony Dziadka Michała- Marianny. Z pierwszej żony  pozostało jeno wspomnienie, grób i pięć córek. Same dziewczyny w domu, stałe oczekiwanie na syna.

Tak, mała Stefka ma powody, by uważać, że nie jest kochana…

Lubi tedy  przesiadywać  samotnie na wysokim progu tego  przysadzistego, drewnianego i sczerniałego dotykiem lat domu i obserwować świat . Bywa, że ktoś przechodzi, że krowy przejdą na łąkę albo wóz drabiniasty zaskrzypi…

     Ale czasami pylistą drogą  przejeżdża powóz z parą dorodnych koni , a w nim  wytwornie ubrana  kobieta. Dziewczynka siedzi nieruchomo wstrzymując oddech z zachwytu. Ta chwila jak mgnienie oka mija, bo powóz już znika w tumanie kurzu i wszystko wydaje się snem.

I wreszcie przychodzi jeden taki dzień, niezwykły.

Bo powóz nie pędzi dalej drogą do Łodygowic, mijając obojętnie zabudowania i górali krzątających się obok domów czy na polu , ale zatrzymuje się przed starą chałupą gdzie na wysokim progu siedzi mała niebieskooka zachwycona dziewczynka . Z powozu wysiada ta wytworna, pachnąca kobieta , kobieta jak z bajki. Chociaż nie jestem pewna, czy Stefka znała jakieś bajki, czy zapracowana matka miała czas na gawędy i rozmowę z dziećmi. Tego nie wiemy i już się nie dowiemy. Więc wszystko jest jak w bajce, którą może kiedyś opowiedziała babcia a może jednak  mama….

Tak więc ta wytworna pani podchodzi do dziecka i  pyta o ojca.

Ojciec jest, dziecko potakuje nieśmiało. Pani wchodzi do izby . Musi schylić głowę, bo próg jest wysoki a odrzwia maleńkie, by ciepło nie uciekało zimą.

Dziewczynka nasłuchuje z ciekawością o czym to rozmawiają dorośli w chałupie…i słyszy, przemiły głos eleganckiej  pani :  na to dziecko już dawno zwróciłam uwagę. Nie mamy swoich, zabierzemy ją do dworu, będzie miała wszystko, jak w raju, adoptujemy i wychowamy jak zechce ojciec..

Dziewczynka wstrzymuje oddech.

Ma  może 3, może 4 lata,  ale rozumie, że teraz ważą się jej losy.

Tak, na pewno ojciec ją odda, bo nikt tu jej nie kocha, jest dziewczyną, a nie wymarzonym synem, w dodatku już kolejne pędraki pełzają po izbie.

Jak boli to małe serce, buzia w podkówkę i łzy zalewają oczy …i rodzi się  pamięć o tym dniu , która trwa do końca życia, do zniedołężnienia ponad 90 letniego …

I gdy rozpacz dziecka sięga dna, nagle słyszy słowa ojca:

– ja nie mam „dziecek”  na rozdawanie.

          Od tej pory już  wie , że jednak jest kochana….

 

Dzisiaj Twoje Mamo Imieniny, obserwuj nas z chmurnej przestrzeni, kochamy Ciebie i zawsze będziemy pamiętali, dopóki żyjemy…..

Bądź wreszcie szczęśliwa w tym Drugim Lepszym Świecie, bo ten Ciebie nie oszczędzał…Bądź Mamo…..

 

 

Zaproszenie…

Zaproszenie

IMG_2909.jpg Okienko kapliczki w Kołpiei, gdzie urodził się Jan. Zdjęcie od Lory…

 

 

Kochani.

Równolegle  z tym blogiem ( już pięciolatkiem 🙂  od 4 lat prowadzę drugi z pamiętnikiem Teścia i moimi zapiskami na marginesie. Pamiętnik już tam jest,  był wrzucany bardzo dawno,  krótkimi odcinkami, by nie znużyć czytających, ale schował się pod moje Listy do Jana. I w dodatku w wykazie rozdziałów jest rozkawałkowany tematycznie. Bardzo rzadko tam bywam, ale wracam….

Czytanie jest też utrudnione z powodu  formuły blogu. Ostatni wpis  pojawia się jako pierwszy, pod nim przedostatni itd.

Dowiadywałam się jak założyć stronę, ale domeny są płatne a w dodatku nie mam obok siebie kogoś, kto by mi pomógł. Więc jest jak jest…

Myślę, że treści pamiętnika zrekompensują tę wadę. …

      Pomimo tych trudności w płynnym czytaniu całości, jednak ktoś tam dotarł. Całkiem niedawno z przyjemnością i wzruszeniem przeczytałam to, co pod linkiem który mi podrzucił  Janek ( wnuk seniora)  , bo znalazłam tam  cytowane w innych portalach fragmenty Pamiętnika Jana , np. opowieść o obozowej syberyjskiej Wigilii ….

       I dlatego postanowiłam raz jeszcze przypomnieć , tym razem  w nieco obszerniejszych odcinkach.

 

Pamiętnik jest dla nas drogocenną pamiątką, bo Jan był nam najbliższy i bardzo Go kochaliśmy . Był człowiekiem niebanalnym, mądrym, nieustannie przyjaznym wszystkim

( nawet oprawcom)  i zawsze pogodnym pomimo życia, które Go nie oszczędzało.

 

Jan Konopielko żył w latach 1906 – 1985.

 był dzieckiem z wiejskiej ubogiej prostej podwileńskiej rodziny i dzięki niezwykłemu uporowi został nauczycielem.

Zesłany na katorgę w wyniku sfingowanego przez sowietów procesu ,  przetrwał i  wrócił do rodziny po 12 latach.

W Pamiętniku opisuje swoje dzieciństwo, I wojnę światową , nauczycielskie wydarzenia, mord na rodzinie żony  i potem te 12 lat sowieckich łagrów.

To wszystko jest wyrażone w  prostych słowach w  stylu  minimalistycznym , ale nosi takie treści, że kontrast ten poraża.

        Jan daje nam też siłę , bo po przeczytaniu przychodzi myśl, że  człowiek może wszystko przetrwać,  żyć normalnie dalej i zawsze kochać ludzi….

 

 

Zapraszam więc do tamtego świata….może zajrzycie raz jeszcze pod adres:

 

jankonopielkosenior. bloog.pl

 

 

JanTytuł- poprawić.jpg

 Jan , po powrocie z łagrów…

 

Zwykły znaczek pocztowy.

SAM_1882.JPG

 

 

Przed laty  dostałam  list z  Gorzowa.

Gdy wzięłam do ręki  kopertę odruchowo spojrzałam na znaczek. I zaskoczenie radosne, niedowierzające i oglądanie przez lupę . I przyszła radość, jak ze spotkania ze starym bardzo lubianym znajomym, ba, nawet większa. Jak ze spotkania ukochanej Bardzo ważnej osoby, bo na znaczku ulokowało się mikrozdjęcie mojej gorzowskiej Katedry.

I gdy tak stałam rozmarzona,  znaczek przemówił.   Poczułam bijące od niego ciepło, wędrujące do dłoni, potem do serca i ostatecznie logujące się w głowie. Tak, ciepło bijące od znaczka zalogowało się w mojej głowie i wylogować nie chciało. Zresztą  nie chciałam by tak się stało. Tak było mi dobrze. I jest dobrze.

I patrzyłam na list ze znaczkiem który mi opowiadał o Gorzowie. Gdy się zmęczył, odkleiłam go starannie , nad parą, jak uczył Tato.

Od tej chwili znaczek zamieszkał w moim portfelu. I jest tam stale. Widzę go od razu  gdy szukam pieniędzy, biletów WKD czy innych dokumentów i wzrok zawieszam.

     Bo ten znaczek stał się i nadal jest  kluczem do Zielonej Krainy mojego Dzieciństwa .

Kluczem do Powrotu . Tam gdzie były wszystkie  Pierwsze Zachwyty …

Bo tam, w  Gorzowie wszystko było dla mnie pierwsze i zostało najpiękniejsze.

 

Miasto zatopione we wzgórzach .

Pachnące kolorowe ogrody.

Szeroka rzeka o imieniu Warta.  

Most, betonowe balustrady z falbankami.

Każda falbanka to balkonik.

Balkonik z nisko posadowioną we wnętrzu nieco wklęsłą  ławką.

I zimno betonu pod pupą.  

Rozproszone mgliste światło fantazyjnej lampy

Romantyczność

A rzeka daleko w dole

Obojętna

zajęta swoim połyskiem, pluskiem i dźwiganiem fal w siną dal….   

      

     Piękne kamienice, przepastne bramy i niezwykłe do nich wjazdy, chodniki z wielkich gładkich płyt granitowych.

     Podwórkowe przesiadywanie z Bajką na jedynym bzie nad wielkim śmietnikiem  przy ul. Kos. Gdyńskich i obserwowanie szczura.

     Wyprawy do pobliskiego parczku, przy ul .Estowskiego, gdzie krzaki wabiły a nich ukryte  zwalone chropawe płyty nagrobne z literami w rowkowatych zawijasach zapraszały  do  zabawy w dom. Radosne spokojne zabawy w dom , bez wyobraźni, że to świat umarłych .

    Dworzec i szyny  kolejowe prowadzące do  wielkiego nieznanego świata….

    Codzienne, samotne, bardzo mroczne dreptania o świcie, gdy przychodziła pora na roraty. Ciemne ruiny spalonych już po wojnie domów wzdłuż ul. Wasilewskiej, obecnie zwanej Sikorskiego. Zawsze tam były. Od naszego urodzenia. Taki normalny nasz, powojenny pejzaż.

Jednak na końcu ulga , że już Katedra . Na pozór wyniosła , mało przyjazna , z wieżą niby wielki stary jednooki groźny woj, ale wiadomo, że w niej ciepło świec, zapach kadzideł i mruczenie wiernych ….

    I  sąsiadujący z kamienicą przy ul. Kosynierów Gdyńskich, park Wiosny Ludów  z wierzbopłaczącą wyspą na stawie . I  platany  w nim w tańcu zastygłe i czerwono kwitnące kasztanowce …

    I jeszcze gorzowskie pierwsze moje kwiaty. Magnolie niby wielkie białe zda się papierowe ptaki nagle siadające na nagich zimowych jeszcze gałęziach dużych drzewokrzewów.

I wyprawy z Panią Zielińską na wzgórzowy rozległy stary cmentarz Ewangelicki na forsycje. Najpiękniejsze , gdy w lutym zebrane jako nagie patyczki, potem jeszcze długo śpiące  w wazonie i nagle rozkwitające wesołą radosną żółcią oświetlającą ponure mieszkanie.

     I patrzę na ten gorzowski znaczek pocztowy zamknięty w portfelu. Niby zwykły. I nie wierzę, że tyle w nim się mieści wspomnień, obrazów, zapachów i tyle czułości.

Tyle kadrów jak ze starej celuloidowej taśmy wolno przesuwanej z szumem projektora ukrytego za okienkiem, kadrów wydobywanych ze smugi światła z wirującymi w nim drobinami kurzu w skrzypieniu foteli ulubionych gorzowskich kin – Słońcu czy Kolejarzu….

Obrazy mojego dzieciństwa i Gorzowa są na tym filmie, kadry wychodzące z mgły i przechodzące w dal …..i nic to, że takiego mostu już nie ma, kina odeszły w niepamięć mieszkańców, płyty nagrobne zabrano i ulice nie takie , ale jeszcze żyje pamięć …dopóki żyję i mam klucz do tej Krainy Dzieciństwa. Klucz- zwykły znaczek pocztowy w portfelu…..

 

Maki, maki czerwone…

SAM_6077.JPG

 

 

SAM_6072.JPG

 

 

 

 

Maki…

To moje dzieciństwo.

    Był wtedy w Gorzowie nasz ogródek w którym Tata zasiewał grządkę maleńkimi czarnymi i krągłymi ziarenkami maku. Potem zakwitały mikrą  bladą perłą a ja czekałam kiedy pojawią się makówki. Najpierw były zielone, potem coraz większe i złotawe aż wreszcie nadchodził upragniony czas, kiedy potrząsane grzechotały delikatnie. To był znak, że można już je ostrożnie zrywać, ostrożnie, by nie wysypały się ziarenka, bo otwarte były już okienka pod twardym wielorożnym kapelusikiem makówki. Wysypywałam na dłoń czarny smakołyk….potem już nie wolno było uprawiać maku, bo narkotyk zawierał , ale nastąpiło to znacznie później…

    Kiedyś , a może miałam już wtedy 10 lat, pojawił się w naszym gorzowskim domu przy ul. Nowotki ( obecnie Orląt Lwowskich ) kuzyn Taty, Stasio Grynkiewicz.  Czekałam kiedy znowu do nas wpadnie ze swojego podłódzkiego miasta. Bo przywoził ze sobą akordeon i grał i  śpiewał „ Czerwone maki na Monte Cassino” . …był uczestnikiem tych walk. Podobnie jak córka przyjaciół Rodziców, pp. Nietubyciów, Jadzia Bora. Zataiła swój prawdziwy nieletni wiek, podała, że ma już 18 lat i w czasie walk kierowała jeepem na stokach Monte Cassino. Przeżyła a nawet męża tam spotkała przyszłego…Tak uczyłam się historii Polaków- więzionych przez sowietów zesłańców, katorżników a potem podążających do armii Andersa, Berlinga. Za zgodą Stalina przyjeżdżali na miejsca zbiórek w bydlęcych wagonach i wyniszczeni syberyjskim pobytem byli jak żywe trupy z płonącymi oczami i walczyli o wolność Polski….

      Tak więc z makami odbywało się moje dojrzewanie blade a potem krwiste czerwone płonące patriotyczne…

I łażę sobie po michałowickich ostępach tak właśnie wspominając tamte czasy, coraz rzadziej się zachwycam  chociaż nieraz mi się to jeszcze zdarza, jak teraz – gdy widzę czerwone maki….  

 

 

SAM_6091.JPG

 

 

SAM_6095.JPG

 

 

SAM_6094.JPG