Teksty Zenona Łukaszewicza. ” Mój alfabet…Włodzimierz Korsak”

Włodzimierz Korsak

 

Był seniorem pisarzy zamieszkałych na Środkowym Nadodrzu, do Związku Pisarzy Polskich należał od 1929 roku, pracując w leśnictwie. Przez całe swoje życie realizował dwie pasje : poznawanie przyrody , opisywanie jej piękna i oryginalnej urody. Debiutował w 1922 roku powieścią „ Rok  myśliwego”, opatrzoną przedmową samego Józefa Weysenhoffa. W tymże samym roku wydał powieść dla młodzieży, zatytułowaną  „ Na tropie przyrody”, dwa lata później- opowieści Pt. „ Ku indyjskiej rubieży”. W tymże roku ukazała się również powieść myśliwska „ Pieśń puszczy”. Potem były następne utwory, opisujące tajemnicze uroki natury.

     W latach powojennych wędrował po świecie, jako myśliwy i tropiciel fauny i flory, tej naszej rodzimej, ale i często dla nas bardzo egzotycznej. Zawarł z przyrodą przymierze na całe życie, uprawiając swoje najczęściej bezkrwawe łowy. W Wilnie zetknął się z Miłoszem, który go nieraz z sympatią wspomina, a tytułem swojej najnowszej książki nawiązał do tytułu utworu Korsaka. Był popularyzatorem i gawędziarzem znakomitym, obdarzonym darem snucia atrakcyjnych opowieści o swych przygodach w leśnych ostępach. Często bywał w Lubniewicach , opowiadając młodzieży o swoich przeżyciach. Pewnego razu właśnie tam spotkał się z innym znanym pisarzem wywodzącym się z kresów , z  Melchiorem Wańkowiczem.

    Bodajże w 1950 roku, gdy uczyłem się w gorzowskim liceum, nauczycielką biologii była żona pisarza. Wszyscy jej się bardzo baliśmy, bo robiła wrażenie niezwykle wymagającej i srogiej. Zresztą , taką też była. Pamiętam ją do dziś: szczupła , starsza pani o bystrym spojrzeniu. Przezywaliśmy ją „ glonem”, bo wprowadzała nas w świat pantofelków, meduz i glonów. Wówczas jej męża nie znałem. Dopiero w latach sześćdziesiątych , gdy redagowałem „ Stilon Gorzowski” , poznałem pisarza osobiście. Po długich wahaniach, pomny grozy, wywołanej lekcjami pani Felicji, znalazłem się w ich mieszkaniu. Wręczyłem bukiet kwiatów. Zostałem przyjęty serdecznie i gościnnie. Pan Włodzimierz pokazywał mi swoje rysunki , wykonane cieniutkim piórkiem, którymi ozdabiał niektóre książki. Uskarżał się, że trudno mu żyć  tak bez ruchu, na emeryturze. Narzekał na kłopoty wydawnicze, po wojnie opublikował jedynie dwie książki: wznowioną „ na Tropie przyrody” ( 1962) oraz gawędy przyrodnicze , opatrzone przedmową Feliksa Fornalczyka, Pt „ Las mi powiedział”. Tu należy się pochwała Lubuskiemu Towarzystwu Kultury, które wydało tę książkę w 1969 roku.

    Pomimo gościnnej atmosfery , panującej w mieszkaniu państwa Korsaków, nie mogłem pozbyć się tej swojej dawnej uczniowskiej tremy….

 

 

Teksty brata – Zenona Łukaszewicza. O Stanisławie Grochowiaku z ” Mojego alfabetu…..”

” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” Zenona Łukaszewicza, został wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. A oto pierwsza część tekstu o przyjacielu z lat studenckich- Stanisławie Grochowiaku….

 

St_GrochowiakZdjęcie.jpg

Zdjęcie Stanisława Grochowiaka z Wikipedii.

 

 

<< Stanisław Grochowiak

 

Ocalić od zapomnienia

 

 

 Drugiego września przeszło szesnaście lat temu , zmarł w Warszawie Stanisław Grochowiak, jeden z najwybitniejszych polskich pisarzy, czołowa postać pokolenia „Współczesności”, które po 56 roku odegrało tak istotną rolę w rozwoju rodzimej literatury. Miał zaledwie 42 lata , a dał się poznać jako utalentowany poeta, dramaturg, prozaik i publicysta. Był jednym z szefów czasopisma „Współczesność”, grupującego wokół siebie ówczesną młodą intelektualną czołówkę kraju.

  W 1951 roku poznaliśmy się na Uniwersytecie Poznańskim, gdzie zamierzaliśmy studiować filologię polską. On przyjechał z rodzinnego Leszna , ja z miasta młodości-Gorzowa. Jakiś dziwny przypadek losu sprawił , że stosunkowo szybko odnaleźliśmy się w tym zróżnicowanym tłumie świeżo „upieczonych” studentów. Być może zbliżyły nas szczególnie rozmowy o poezji, o ulubionych poetach i fascynujących wierszach. Pewnego dnia , podczas moich odwiedzin w jego pokoju wynajmowanym przy ulicy Śniadeckich, zwierzył mi się , że i on zajmuje się poezjowaniem, ale może to nie ma żadnej wartości, więc traktuje to raczej jako ot taką sobie zabawę, nie przywiązując do niej większej wagi. Poprosiłem go o te teksty. Nieśmiałym gestem podał szkolny kajet , zapisany drobnym , starannym pismem. Były to , jak   juwenilia, wiersze zadziwiająco dojrzałe- całkiem zgrabne erotyki, lekko żartobliwe sceny rodzajowe, ujmujące swym autentyzmem liryki. Oczywiście, nie odnajdywałem w nich jakichś głębszych refleksji, doskonałego kształtu formy, jaką osiągnął  w latach twórczej dojrzałości i do której zmierzał aż do końca swych dni, ale z pewnością te utwory ujawniały osobowość utalentowaną, nic nie mającą wspólnego z grafomańskim wierszopisaniem.

  W owym czasie Pax-owskie ”Słowo Powszechne” publikowało co dwa tygodnie dodatek literacki , redagowany przez Zygmunta Lichniaka, zatytułowany „ W młodych oczach”, gdzie kilka razy coś tam wydrukowałem, jeszcze zamieszkując w Gorzowie. Zresztą przez łamy tego dodatku przewinęły się tak znaczące później nazwiska, jak Zdzisław Najder, Janusz Odrowąż-Pieniążek, nieżyjący już krytyk filmowy Konrad Eberhardt…Długo wtedy nie zastanawiając  się zaproponowałem Grochowiakowi, że kilka jego wierszy wyślę Lichniakowi- może wydrukuje? On przystał na to, przygotował kilka pisanych ręcznie utworów, ja wysłałem je do Warszawy. Po pewnym czasie na kolumnie młodych 332 numerze „Słowa Powszechnego” ukazały się bodaj cztery wiersze, wśród nich takie, jak „ Ave Maryja” i „ Notuję deszcz…” . Wkrótce potem w tym samym dodatku Lichniak opublikował moje krótkie omówienie tego interesującego debiutu poetyckiego. Te nasze młodzieńcze” grzechy” zostały skrzętnie odnotowane w I tomie „Słownika współczesnych pisarzy polskich” wydanego przez PWN w 1977 roku.

   Ale kiedy te wiersze Grochowiaka ukazały się drukiem, jego już nie było w Poznaniu. Zaalarmowany chorobą ojca, do którego był ogromnie przywiązany, wyjechał nagle do Leszna, nie dopełniwszy w terminie wypełnienia jakiś biurokratycznych , uczelnianych formularzy. Gdy po tygodniu wrócił do Poznania, znalazł swoje nazwisko wśród kilku innych, wypisane na tablicy dziekanatu i uznanych za skreślonych z listy studentów. Odwołania nie było. Nic więc Staszkowi nie pozostało innego, jak powrót do rodzinnego Leszna. Odwiedziłem go kilkakrotnie i wraz z Jackiem Łukaszewiczem , jego przyjacielem z leszczyńskiego gimnazjum, chodziliśmy na zawody żużlowe odbywające się z udziałem słynnego Smoczyka, urządzaliśmy skromne libacje alkoholowo- poetyckie, a Staszek po prostu szukał pracy.

      Znalazł ją później, w punkcie skupu makulatury i może właśnie wtedy i w tamtym miejscu odkrył piękno w przedmiotach brzydkich, kalekich i odrażających? Może właśnie wtedy pojawiło się w jego twórczości coś takiego jak fascynacja brzydotą, niezbyt fortunnie później określanego przez Przybosia pojęciem „ turpizmu”.

     Jednak Grochowiak długo nie pracował w tym punkcie skupu rzeczy zbędnych. Podczas jakiejś awantury na zabawie, temperament poniósł poetę i znieważył  stróża porządku publicznego. W konsekwencji – areszt, sąd , kilka miesięcy izolacji. To wówczas właśnie pojawił się ów debiut prasowy na łamach „ Słowa Powszechnego”. Wiedząc o jego perypetiach, wysłałem gazety z jego wierszami i moim omówieniem jego rodzinie z prośbą o przekazanie. I tak też się stało.

     Późniejsze nasze spotkania były coraz rzadsze. Mnie wiązał pobyt w Poznaniu , on zaś- po odzyskaniu wolności- został przygarnięty przez PAX i przeniósł się do Wrocławia, gdzie pracował w redakcji „ Wrocławskiego Tygodnika Katolików”, redagowanego przez Tadeusza Mazowieckiego. W zespole byli m.in. Władysław Terlecki, Jacek Łukaszewicz i Stanisław Chaciński. Ożenił się z koleżanką z lat szkolnych, Magdaleną Hermannówną, mieszkali w wynajmowanym pokoju niedaleko wrocławskiej Poczty, słynnej z zainstalowanej tam instalacji zagłuszającej audycje zachodnich rozgłośni. Gdy pewnego dnia odwiedziłem go, Madzia była już w ciąży i odpoczywała na tapczanie, my zaś całą noc przegadaliśmy przy koniaku w gęstym papierośnianym dymie, ale tym razem głównym tematem była proza. Staszek pracował nad powieścią „ Plebania z magnoliami”, pisaną na zamówienie PAX, wydaną podobnie jak pierwszy tomik wierszy „ Ballada rycerska” , w 1956 roku przez Instytut Wydawniczy Stowarzyszenia. Jednak do tej powieści wolał przez całe życie się nie przyznawać, dostrzegając jej liczne mankamenty artystyczne.

         Potem nadszedł wspaniały okres dojrzałej twórczości w jego życiu, praca w Warszawie, powstawały kolejne tomy wierszy, prozy, potem liczne utwory dramatyczne, słuchowiska radiowe i widowiska teatralne. Podczas moich nielicznych pobytów w stolicy byłem zawsze serdecznie goszczony w jego mieszkaniu na Sadybie. Ale przecież spotkaliśmy się i w Zielonej Górze, bowiem od lipca 1965 r. do 31 sierpnia 1966r. był kierownikiem literackim Teatru Lubuskiego, którego w tym czasie dyrektorem był Zbigniew Stok. Ale to już temat na całkiem inną opowieść.

     

O Kazimierzu Kummerze z ” Mojego alfabetu…” Zenona Łukaszewicza.

Kazimierz Kummer

 

PRZERWANY LOT ( 2 )

 

Nie doczekał swojej pierwszej książki- niewielkiej powieści wydanej w tym samym roku przez Wydawnictwo Morskie w Gdyni a zatytułowanej „ Klatka”. Jest to utwór dziwny, osnuty na kanwie owych historycznych wydarzeń bydgoskich, zaś bohaterem jest Polak, który nie wystrzelił ani jednego pocisku w stronę Niemców, ale po uwięzieniu zostaje ulokowany w klatce i wożony na NSDAP- owskie mityngi jako ten, który mordował niemieckie kobiety i dzieci. A prasa berlińska publikowała fotografie tego „ krwiożerczego” Polaka. Okazał się świetnym do siania nienawiści do Polaków, dobrze został wykorzystany w goebbelsowskiej propagandzie.

     Powieść została napisana w konwencji realistycznej, ale poza tym ma elementy gorzkiej groteski, szyderczej zadumy nad powikłaniami ludzkiego losu. O niej to napisał Andrzej Kijowski, iż jest to „ dobra, ciekawa, oryginalna powieść. Opis wydarzeń z dnia 3 września jest pełen dramatyzmu, jest autentyczny, jest taki, iż angażuje człowieka uczuciowo.(….). Kummer jest naprawdę utalentowanym pisarzem. Jego pisarstwo zapowiada się dziwacznie, ponuro, przypomina trochę Celine,a : tak właśnie realistyczny opis wymarszu na wojnę w „ podróży do kresu nocy” przerodził się w senną fantasmagorię czy też obłęd bohatera, Naturalnie Kummer jest „ niewinniejszy” , nie idzie aż do „ kresu nocy”, jego parabola nie odnosi się do istnienia, lecz obejmuje tylko szczególną jego rewelację- wojnę, okupację. Jest dość wąska, lecz przez to bardzo konkretna i mimo wszystko nie traci kontaktu z historycznym kontekstem, który był jej punktem wyjścia”.

     Po kilku latach Michał Misiorny zebrał opowiadania Kazimierza Kummera i wydano je w osobnym tomie. Poprzedził je swoją przedmową, nawiązując do studenckich lat autora i podatności wpływom „ chuligańskim”, przez co przeżył dramatyczne wydarzenia.

Nie jest tajemnicą, że część przynajmniej owych „ chuligańskich” wpływów leży po stronie mojej skromnej osoby. To przecież ja się z nim przyjaźniłem a moje przekonania, którym się nieraz poddawał Kazik, nie były zbyt przychylnie oceniane, zwłaszcza przez ówczesny

 „ beton” stalinowski….

    I tak oto każdego lata wspominam przyjaciela, którego unicestwiła brawura wakacyjna i przerwała tak obiecująco zapowiadający się twórczy literacko lot. A miał zaledwie 28 lat.

 

O Kazimierzu Kummerze z ” Mojego alfabetu…” Zenona Łukaszewicza.

” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” Zenona, został wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. A tak pisze Zenon o swoim przyjacielu z lat studenckich……Teksty Brata będę załączała w całości, jedynie podzielone na części.

 

KummerZdjęcie.jpeg

 

Kazimierz Kummer. Zdjęcie z Wikipedii.

 

 

<< Kazimierz Kummer

 

PRZERWANY LOT ( 1 )

  

   To już minęło ponad trzydzieści lat od jego tragicznej śmierci, a ja każdego lata przywołuję w pamięci obraz przyjaciela lat młodości. Poznaliśmy się i zaprzyjaźnili w 1951 roku, obaj rozpoczynając studia polonistyczne na Uniwersytecie Poznańskim. Kazimierz Kummer przyjechał z Chojnic, wychowany w ZMP- owskim drylu, ja- z Gorzowa, już po publikacjach w „ Tygodniku Katolickim”, redagowanym przez niezapomnianego księdza Kazimierza Łabińskiego. Sporo więc nas dzieliło, ale łączyła wspólnota pokoleniowa i żywe zainteresowania literackie. Wynajmowaliśmy też pokoje w tej samej dzielnicy Poznania. I tak początkowa znajomość szybko przekształciła się w przyjaźń : wspólne przygotowywanie się do kolokwiów i egzaminów, wspólne wędrówki po kawiarniach i „ podrywanie” co ładniejszych dziewcząt. I gorące, młodzieńcze dyskusje o literaturze, coraz bardziej krytyczne wobec obowiązującego kanonu socrealistycznego. I tak stopniowo Kazik pozbywał się złudzeń, wszczepionych mu przez działaczy ZMP, stawał się coraz bardziej nieufny wobec wszelkich modnych wówczas wartości. Równolegle ze studiami zaczął pisać zgrabne, realistyczne opowiadania, które gdzieś tak po roku udawało mu się wydrukować w jakimś poznańskim piśmie. Jako Pomorzanin był też szczególnie zainteresowany tzw. krwawą niedzielą w Bydgoszczy, czyli wydarzeniami z 3 września 1939 roku, gdy to w wyniku niemieckiej prowokacji doszło w tym miejscu do zabójstw wielu Polaków. Jest to zresztą dość dokładnie już wyjaśniony i opisany fakt historyczny.

     Będąc już na drugim roku studiów Kazik mocno czymś wzburzony podczas zebrania ZMP rzucił z gniewem legitymację organizacji, porównując jej działalność do działalności organizacji hitlerowskich. Miał na myśli zapewne łączące je spoiwo, jakim był totalitaryzm. Następnego dnia aresztowano go i w zamkniętym procesie osądzono na kilka miesięcy więzienia. Po odbyciu kary musiał dokonać publicznie samokrytyki, aby móc dalej studiować. Przycichł, zgasł jakby w sobie, ale z tym większą pasją zajął się twórczością literacką. Po ukończeniu studiów przeniósł się do Bydgoszczy, gdzie pracował w regionalnej Rozgłośni Polskiego Radia, aż do tej tragicznej śmierci w upalny lipiec 1962 roku. Był na Helu, wypłynął zbyt daleko w morze….On, który potrafił godzinami pływać i nurkować w jeziorze Charzykowskim, dla którego woda była jak tlen. Oto ironia losu!….>>