Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego. Egzaminy na Akademię Medyczną
W 1965 roku zdawaliśmy egzamin wstępny na studia lekarskie. Ten okres kojarzy mi się bardzo mocno z moim ogrodem – z domem rodzinnym przy ul. Dziewińskiej 25 w Poznaniu, w którym to ogrodzie godzinami przesiadywałem przygotowując się do tych egzaminów wstępnych. Najbardziej to się przygotowywałem z biologii – z dużego i obszernego podręcznika „Biologia” Villego. W moim odczuciu byłem bardzo mocno obkuty z tego przedmiotu jak również z fizyki i chemii. Inni z moich domowników i moich rówieśników robili co innego a ja tylko się uczyłem – do tego stopnia byłem przejęty egzaminami wstępnymi. Pamiętam, że egzaminy wstępne miały formę pisemną i były do wyboru 3 czy 4 tematy z biologii. Wg mojej pamięci 1 z tematów, który wybrałem, dotyczył opisania najważniejszych narządów wewnętrznych człowieka. I tutaj miałem olbrzymie pole do popisu i ostro walczyłem z czasem, żeby wszystko przelać na papier, co się wyuczyłem. Zastanawiam się, ile godzin trwał egzamin z biologii, wydaje mi się, że długo – 4 czy 5 godzin. Patrzyłem coraz bardziej niespokojnie na zegarek i coraz wyraźniej brakowało mi czasu, bo zdążyłem tylko opisać układ krążenia, układ oddechowy i w kolejności zabrałem się za układ moczowy szczegółowo opisując nerki – a to wszystko pisałem tak jak pamiętałem z tej książki „Biologia” Villego. W międzyczasie zauważałem, że coraz więcej osób wychodzi z sali egzaminacyjnej – była to duża sala wykładowa szpitala przy ul. Polnej, no i w którymś momencie pozostałem sam jako ostatni zdający i prowadzący egzamin wg mojej pamięci był to doc. Zygmunt Kornacki – późniejszy profesor i kierownik Kliniki Położnictwa i Chorób Kobiecych w Szczecinie. Docent Kornacki w ostrych dość słowach zwrócił się do mnie, żebym natychmiast swoją pracę oddał, bo inaczej to on już ode mnie jej nie odbierze, więc oddałem – w moim odczuciu niegotową, bo miałem jeszcze mnóstwo tematów do ukończenia. Potem było mi niezmiernie miło dowiedzieć się, że moja praca egzaminacyjna otrzymała bardzo wysoką ocenę, w szczególności za opis anatomiczny i funkcji nerki – ówczesna kierownik oddziału stomatologii w dziekanacie pani Drążkowska poinformowała o tym moja starszą siostrę, również studentkę medycyny – a pani Drążkowska była teściową mojej siostry. Słyszała ona, że ponoć ci, co sprawdzali egzaminy wstępne, podziwiali mój egzamin wstępny z biologii. I tak to było, że ja oceniłem swoją pracę jako niedokończoną a uzyskałem z niej ocenę bardzo dobrą.
Pamiętam, że jak egzaminy się rozpoczynały, to przed wejściem na salę egzaminacyjną był tłum kandydatów, z których nikogo nie znałem i nikogo nie zapamiętałem, a to dlatego, że miałem w głowie przede wszystkim jak najlepiej te egzaminy zdać. Wzbudził wówczas mój zachwyt wystrój sali egzaminacyjnej – dużej z ładnymi ławkami z jasnego drewna. Wówczas egzaminy wstępne kończyły się jeszcze rozmową kandydatów z komisją egzaminacyjną. Celem tej rozmowy było przyjrzenie się kandydatowi pod tym kątem, czy się on na studia medyczne kwalifikuje. Przypominam sobie, że miałem spotkanie z ta komisja egzaminacyjną na 2 piętrze Collegium Maius przy ul. Fredry 10, gdzie mieścił się Zakład Fizyki Lekarskiej. Niestety nie przypominam sobie już członków komisji ani zadawanych mi pytań.
Po latach tę formę egzaminowania zarzucono z uwagi na fakt, że stawiane przez ta komisję oceny mogły być subiektywne a więc niesprawiedliwe . Mogły być takie dlatego, że o przyjęcie na studia lekarskie ubiegało się bardzo dużo dzieci lekarzy i to nierzadko pracowników naszego Uniwersytetu. Jak zarzucono te rozmowy wstępne z kandydatami na studia lekarskie to pozostały już tylko same oceny z egzaminów. Z czasem wprowadzono egzaminy testowe i ta sytuacja utrzymywała się przez długi czas. Wtedy znowuż podniosły się glosy, że taka ocena jest również nie najlepsza, bo ktoś może się dostać na studia lekarskie a się na nie w ogóle nie nadawać – mam na myśli głównie cechy osobowości kandydatów na studia lekarskie.( np. na weterynarię, nie wiem jak teraz, ale przed laty były testy psychologiczne- czy kandydat lubi zwierzęta. O to, czy przyszły lekarz lubi ludzi nikt nie pytał i chyba nie pyta J . Przyp. Z.K.) Od paru lat o przyjęciu na studia decydują wyłącznie wyniki z egzaminów maturalnych – czyli nadal nie funkcjonuje ocena kandydatów z rozmowy z nim. Wydaje mi się jednak, że taka rozmowa z kandydatem na studia prowadzona przez nauczycieli akademickich z dużym doświadczeniem była bardzo dobra. Oczywiście jest to temat na dłuższą dyskusję.
W późniejszym okresie – już jako nauczyciel akademicki – przez wiele lat byłem członkiem Komisji Egzaminacyjnej, która zajmowała się kandydatami na studia lekarskie. Jak wymyślono egzaminy testowe, to oczywiście starano się maksymalnie zabezpieczyć książeczki z pytaniami na te egzaminy testowe. Szereg osób było zatrudnionych w tym obszarze. Wielokrotnie jeździłem wraz z innymi członkami komisji po odbiór książeczek testowych na egzaminy a następnie odwożąc karty, na których kandydaci na studia zakreślali odpowiedzi na pytania testowe. To wszystko było robione tak, aby nikt niepowołany nie zdobył książeczek z pytaniami przed egzaminami a później aby karty z wynikami odpowiedzi odpowiednio zabezpieczyć. Pamiętam te mocno zalakowane przesyłki w szczególności, jak odbywało się pakowanie publiczne kart egzaminacyjnych z odpowiedziami kandydatów, jak to pakowano, oblepiano różnymi taśmami, a na końcu sznurowano i sznurki były lakowane a na tym laku stawiana była pieczęć uczelni. Jak już wspomniałem jeździłem w tych konwojach do Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi, do Warszawy ( wydaje mi się, że do Wojskowej Akademii Technicznej, która się tym obliczaniem wyników egzaminów zajmowała), do Krakowa. Jeden z tych wyjazdów pamiętam z tego powodu, że samochód służbowy, którym jechaliśmy – niebiesko-szara Nysa osobowa, mocno już wysłużony zepsuł się nam w szczerym polu i jak sprowadziliśmy z najbliższego miasteczka taksówkę osobową, do której przepakowaliśmy to, co najważniejsze, czyli paczki z odpowiedziami z egzaminów wstępnych i następnie jechaliśmy (niestety nie pamiętam już, czy to była Łódź czy Kraków). I w tej podróży taksówką był moment komiczny, bo wjeżdżając już do docelowego miasta w taksówce urwała się rura wydechowa, bo był to samochód bardzo wysłużony – i komentowaliśmy to żartobliwie w ten sposób, że to był kurs życia dla tego taksówkarza, co nas wiózł, który za otrzymane wynagrodzenie za kurs kupi sobie lepszy samochód. To były oczywiście czasy, kiedy jeszcze nie istniała telefonia komórkowa i internet do powszechnego użytku, bo teraz to oczywiście nadal trzeba pilnować zdających egzaminy ale to już głównie pod takim kątem, aby nie otrzymywali oni pomocy drogą telefonów komórkowych bądź innego sprzętu elektronicznego.


