Na medycznej ścieżce. Jestem na Siennej

Był grudzień 1975 roku.

Do szpitala miałam niedaleko, tylko 6 km z mojego Żoliborza i prostą trasę tramwajową.

Zgłosiłam się o poranku, podpisałam jeszcze jakieś papiery , przydzielono mi fartuch i zaproszono do biblioteki, gdzie zebrali się wszyscy lekarze.

Zostałam oficjalnie przedstawiona i przydzielona do oddziału żółtaczkowego, bo z tego miejsca odszedł kolega , Janusz Sobecki, który został zatrudniony w CZD.

Powiedziano mi, że gdy oswoję się z atmosferą szpitala, poznam zasady funkcjonowania, zostanę oddelegowana do innych oddziałów, by poznać specyfikę ich pracy.

Po miesiącu rozpocznę dyżury, oczywiście pod opieką doświadczonych pediatrów.

Dla mnie tutaj wszyscy byli doświadczeni, pracowali tutaj długo, wpatrywałam się w nich jak w święty obrazik i chłonęłam wszystkie ich uwagi.

Na medycznej ścieżce. Wiadomość z Siennej.

Kierownik  przychodni, w której pracowałam,  wiedział o moich planach, gdyż wcześniej prosiłam go o napisanie opinii , niezbędnej jako załącznik do złożonego podania w Szpitalu im. Dzieci Warszawy.

Wiadomość, że nie zostałam przyjęta przywitał z ulgą, gdyż miał i tak trudności kadrowe.

Jak wielkie było moje zdumienie, gdy po kilku miesiącach otrzymałam telefon, by się zgłosić do dyrektora tego szpitala.

Pognałam tam jak na skrzydłach.

Ożyły nadzieje , wizja nowej oczekiwanej pracy uskrzydlała.

Tym razem przyjęła mnie sama pani dyrektor dr Halina Oziemska- Łozińska.

Była to wysoka , szczupła , piękna kobieta , ciemnooka , śniada ale o surowym spojrzeniu. Uśmiech rzadko gościł na jej twarzy. Przypominała mi przeoryszę zakonną .

Mimo, że nigdy żadnych przeorysz nie znałam, ale wyobraźnia mi podsuwała takie porównanie.

Rozmawiałyśmy dość długo, wypytywała o moje pochodzenie, losy rodziców, zawód męża , oceny uzyskiwane na studiach i mnóstwo innych spraw.

 Potem oznajmiła, że bardzo spodobałam się jej zastępczyni i ona też nie widzi przeszkód, bym została młodszym asystentem w tym szpitalu.

Miałam wrażenie, że złapałam Pana Boga za nogi.

Uszczęśliwiona, podziękowałam , ustaliłam termin podjęcia pracy i pognałam do domu.

Nie pomnę, czy ktoś w moim domu się ucieszył z tej wieści. Dzieciaki dostarczały tylu emocji, że na spokojne rozmowy czasu nie stawało.

Mirek zaakceptował, Rodzice pewnie w duchu też się radowali, bo popierali moje zawodowe aspiracje.

Jedynie perspektywa wielu dyżurów trwających od  zakończenia dnia pracy, tj. od 15 do 8 rano następnego dnia i odbycia kolejnego dnia pracy  mogło budzić wątpliwości.

Ale cóż znaczy młodość. Nie bałam się niczego. I miałam wrażenie, że wszystkiemu podołam. Gdy na to patrzę z perspektywy czasu, mojego wieku i doświadczeń, odnoszę wrażenie, że to nie byłam ja. Była to młoda, pełna pary i nadziei i wiary w swoje siły kobieta. Właściwie dziewczyna. Miałam wtedy 28 lat.

Następnego dnia oznajmiłam kierownikowi swojej przychodni, że zmieniam pracę. Zaakceptował, wszak widział, że w tym miejscu nie mam szans na podjęcie specjalizacji .

Złożyłam podanie w Dyrekcji ZOZ-u z prośbą o rozwiązanie umowy na zasadzie porozumienia stron.

O dziwo uzyskałam akceptację na moim podaniu i poczułam się wolna.

Miałam odejść po upływie trzech miesięcy, tj w grudniu 1975 roku.

 

Na medycznej ścieżce. Zgłaszam się do Szpitala im. Dzieci Warszawy.

Nie znałam niezwykłej historii szpitala im. Dzieci Warszawy , do którego teraz podążałam .

W ogóle niczego o nim nie wiedziałam, poza informacją pediatrów, którzy pracowali ze mną w przychodni, że szpital jest dobry i co najważniejsze- pracują w nim świetni, sympatyczni lekarze.

Jadąc tramwajem z Żoliborza do Dworca Centralnego, a trwało to około 25 minut, rozmyślałam i  jeszcze raz sobie wszystko układałam w głowie.

Chciałam być pediatrą. Miałam już troje własnych dzieci , więc nie bałam się tej specjalności, uważanej za dość trudną.

A tak w ogóle to lubiłam dzieci.

Jak już pisałam, złożyłam nawet podanie do kierownictwa ZOZu bielańskiego, by umożliwili mi rozpoczęcie pracy w przychodni dziecięcej a ja w ramach własnego czasu na tzw wolontariacie będę odbywała staże kliniczne, by złożyć egzamin i zdobyć upragnioną specjalizację. Odpisano mi jednak, że wobec braku chętnych do pracy w przychodni , nie widzą możliwości zabierania mnie internistom.

Nie pogodziłam się z tym faktem.

 Postanowiłam rozpocząć poszukiwania na własną rękę.

Jak już kiedyś pisałam, byłam pierwszym lekarzem w naszej rodzinie.

Nie mogłam więc korzystać z pomocy czy porad bliskich.

Sama więc, przecierałam swoją ścieżkę zawodową .

Oczywiście nie mogę wykluczyć udziału przy owym modelowaniu osób trzecich, jak spotkanych na drodze starszych kolegów czy wreszcie zwykłemu zbiegowi przypadków.

Zaprenumerowałam więc tygodnik” Służba zdrowia”. Bo wiedziałam, że tam są ogłoszenia o konkursach na etaty lekarskie.

Wczytywałam się więc systematycznie i wreszcie któregoś dnia ujrzałam ogłoszenie, że jest konkurs na stanowisko młodszego asystenta ( tzn człowieka bez specjalizacji) w Szpitalu im. Dzieci Warszawy przy ul. Siennej.

Nie zdawałam sobie sprawy, że takie ogłoszenie jest tylko wymogiem formalnym, a faktycznie to kandydaci są dobierani na zasadach znajomości lub z polecenia osób wyżej postawionych w hierarchii .

I w swojej naiwności , może szczęśliwej naiwności wybrałam się do tego szpitala. Przedtem oczywiście zadzwoniłam i umówiłam się na określoną godzinę.

Szpital znajdował się w pobliżu Dworca Centralnego, czyli w samym sercu Warszawy. Jednak był ukryty w koronach starych drzew i niewielkim ogrodzie.

Miejsce wydało mi się magiczne. Budynek był piękny i klimatyczny.

Był niewysoki, miał ciekawe zaokrąglenia ścian i niesamowitą klatkę schodową biegnącą wewnątrz  przeszkolonego wykuszu.

Tyle zapamiętałam z tej pierwszej wizyty w tym szpitalu.

Bo wówczas skupiałam się na czekającej mnie rozmowie.

Przejęta i chyba wewnętrznie spięta weszłam do sekretariatu i zameldowałam się miłej pani.

Usiadłam cichutko jak myszka i czekałam.

I nagle otworzyły się drzwi gabinetu dyrektora , z wielkim rozmachem i wyszła do mnie duża, miękka uśmiechnięta od ucha do ucha kobieta z barankiem na głowie. Tak określano w tamtych czasach włosy na których wykonano zabieg ondulacji. Potem się dowiedziałam, że włosy tej Pani są takie z natury. Pani przywitała się ze mną serdecznie, kordialnie i wszystkie lody, które pętały moje serce pękły.

Rozluźniłam się i z uśmiechem odpowiadałam na pytania.

 Była to zastępczyni dyrektora, dr Zofia Truchanowicz.

Atmosfera rozmowy była się miła.

Pani doktor Zofia Truchanowicz, wice dyrektor szpitala jak się dowiedziałam, wypytała mnie o moją dotychczasową pracę i motywację chęci pracy w pediatrii.

Użyłam argumentu , który był mi najbliższy.

Oznajmiłam, że mam już troje dzieci, raczej sama je leczę, umiem pielęgnować i w ogóle lubię dzieci.

Pomimo miłego nastroju tej rozmowy, jednak dr Truchanowicz  wyznała, że mają już kandydatkę na to wolne miejsce, znaną im już wcześniej.

Jest to Marysia Gajda. Przed studiami medycznymi ukończyła liceum techników laboratoryjnych i pracowała  pracowała w tym szpitalu . Dopiero  potem dostała się na studia medyczne , które właśnie ukończyła. Ponieważ wcześniej obiecano jej etat w tym szpitalu  miała prawo pierwszeństwa.

Niestety  ogłoszenie w prasie o konkursie okazało się  czystą formalnością.

Po prostu taki był wymóg, by o wolnym etacie podawać informację do czasopisma medycznego, czyli ogłosić konkurs. W ten sposób poznałam mechanizmy , które rządzą światem. Konkurs konkursem, a decyzja kogo zatrudnić i tak należy do odpowiednich władz. Przełknęłam tę informację i pomyślałam sobie- trudno, takie jest życie.

Ale po chwili dr Truchanowicz wspomniała , że niedawno powstało Centrum Zdrowia Dziecka i właśnie zatrudniają  lekarzy do nowoutworzonych klinik . Tajemnicą poliszynela było to,  że kilka osób z tego szpitala stara się tam o etat.

Widocznie przypadłam do gustu i serca tej dużej ciepłej lekarce, gdyż poradziła, bym złożyła podanie o przyjęcie do pracy i zostawiła je w sekretariacie.

W przypadku wolnych miejsc, będę uwzględniana przy kolejnym przyjęciu .

Tak zrobiłam i wróciłam bez nadziei do domu.

 

Opowiedziałam rodzicom i mężowi, że widocznie takie było przeznaczenie losu i spokojnie wróciłam do mojej przychodni na Wrzecionie.

Na medycznej ścieżce. Konkurs na Siennej.

I tak mijały dni tygodnie miesiące i lata mojej pracy w przychodni. Poznawałam różnych ludzi, ich zwyczaje, problemy, warunki w jakich mieszkali.

I właściwie pozostałabym w tym miejscu pracy gdyby nie stały, wewnętrzny imperatyw by zdobyć specjalizację.

Nie było to takie konieczne, gdyż pracowały ze mną lekarki, które nie miały żadnej specjalizacji, a całkiem dobrze sobie radziły.

Pewnie potem zmuszono je do zdobywania właściwych papierów.

Ale w warunkach pracy w przychodni nie było to proste. Oddelegowanie do szpitala na tzw staże specjalizacyjne nie odpowiadało kierownikowi przychodni, gdyż ubywało rąk do pracy. A robienie specjalizacji w ramach własnego czasu, bez dodatkowego wynagrodzenia wymagało wielu wyrzeczeń.

I jak już kiedyś pisałam na moją prośbę o takie warunki specjalizacji z pediatrii władze Zespołu Opieki Zdrowotnej nie wyraziły zgody.

Dlatego też kupowałam czasopismo pt.  Służba Zdrowia i czytałam zamieszczane tam oferty pracy.

 Któregoś dnia znalazłam notkę, że Szpital im. Dzieci Warszawy ogłasza konkurs na młodszego asystenta. Zabiło mi serce.

Już wcześniej gdy pracowałam przez chwilę w przychodni pediatrycznej, słyszałam od pediatrów , że jest to dobry szpital, sympatyczny zespół . Jednym słowem same superlatywy.

Dlatego, gdy znalazłam tę ofertę, poszłam tam jak w dym.

 

 

Przybycie Paulinki, naszej najmłodszej.

 

Paulinka ma dwa miesiące. Obok pozostałe dzieci i Iwonka, moja bratanica. Zdjęcia z rodzinnego albumu, wklejone tam i opisane przez mojego Tatę.

 

 

 

Przedwczoraj minęła 33 rocznica urodzin naszej najmłodszej Córki-  Pauliny.

To dziecko nie było planowane, ale jego  przybycie sprawiło nam wielką radość. To był taki Dar od Najwyższego i tak traktowaliśmy tę czwartą moją ciążę.

Pracowałam wówczas w Szpitalu Zakaźnym w Warszawie przy ul. Siennej 60. To było miejsce magiczne, budynek miał już 100 lat . Szpital ten powstał z funduszów fundacji Bergsonów i Baumanów z przeznaczeniem na leczenie biednych dzieci żydowskich. W nim pracował Janusz Korczak, w czasie II wojny światowej był szpitalem powstańczym, a po wojnie Kliniką Pediatryczną. W latach 60 ubiegłego wieku otrzymał piękne imię „ Szpital im. Dzieci Warszawy”. Pracowało w nim wielu żydowskich lekarzy, z których większość opuściła Polskę w czasie pamiętnego roku 1968. Zamieszkali w Szwajcarii. Byli to znakomicie wykształceni specjaliści, wielu z nich kończyło zagraniczne uczelnie medyczne w Berlinie, Paryżu. Dlatego szpital ten cieszył się dużą renomą w środowisku medycznym w Warszawie i Polsce. Znakomity był oddział Neuroinfekcji, gdzie obowiązkowo szkolono lekarzy specjalizujących się w pediatrii.

I właśnie w czasie mojej pracy w tym szpitalu urodziła się Paulinka. Może o Jej refleksyjnej naturze  zdecydowały  nie tylko geny, ale również tajemnicza, nasycona duchami atmosfera tego szpitala, w której spędzałam wszystkie miesiące ciąży.

Pod koniec ciąży byłam już tak gruba, że ledwie mieściłam się w drzwiach i wnętrzu maleńkiej  szatni dla pracowników. Dlatego też musiałam czekać, aż wszyscy ją opuszczą i wówczas miałam dla siebie odpowiednią przestrzeń.

Pracowałam tam do samego końca ciąży , na własne życzenie przeniesiono mnie z nudnych żółtaczek na oddział Neuroinfekcji, który pociągał mnie najbardziej.

Do porodu udałam się do szpitala Wojskowego przy ul. Szaserów. Ponieważ jak w poprzednich ciążach  w terminie porodu nic się nie działo, zwyczajowo umieszczano mnie na oddziale patologii ciąży. Za długo tam nie posiedziałam, bo rano, 14. 11. 1979 roku miałam wrażenie, że jednak coś się zacznie. Mimo tego, że zgłosiłam swoje objawy,  wykonano mi jakiś zaplanowany wcześniej test , który zakończono w południe, informując, że w ciągu najbliższych dni nie urodzę.

Oczywiście test testem, a życie sobie.

Tego samego dnia, po południu rozpoczęła się intensywna akcja porodowa.

Początkowo na porodówce gawędziłam sobie ze studentami Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi, którzy odbywali tutaj tzw. internat. Jednak po kilku godzinach poprosiłam chłopaków, by opuścili moje stanowisko, bo będę rodziła. Powiedziałam o tym, że już nadchodzi drugi okres porodu przechodzącej położnej. Nie zwróciła na mnie uwagi, zniknęła z czajnikiem w swoim pokoiku. Jednak pewnie coś ją tknęło, bo po chwili wyszła i zajrzała do mnie. Gdy zdjęła moje okrycie, jęknęła , „że już jest głowa” i polewając jodyną ręce , bez uprzedniego zwyczajowo trwającego dłużej mycia odebrała naszą córeczką. Właściwie nie miała żadnego udziału, poza przecięciem pępowiny, bo córeczka sama wydobyła się na świat – oczywiście przy moim jakimś tam udziale- co obwieściła wielkim wrzaskiem.

Myśleliśmy, że może to będzie synek, bo byłaby symetria płci naszych dzieci. Wówczas nie było możliwości badań takich jak teraz, po których  już wcześniej wiadomo, jakiej płci dziecko przebywa w łonie matki. Ale córeczka była dla nas także wielką radością.

Marcin, nasz jedyny syn, który wtedy miał 6 lat, powiedział do ojca- nas jest tylko dwóch.

Gdy Paulinka przybyła do domu, wszystkie dzieci ją oglądały i podziwiały. A była tak maleńka, że mieściła się na wersalce, leżąc w poprzek na siedzeniu.

No i zaczęły się pieluchy- wszak wtedy tylko tetrowe, i codzienna radość z pięknie rozwijającego się dziecka…..

Teraz nasza maleńka córeczka jest już mamą dwóch dorodnych synów, 4 letniego Wiktora, który nazwał sam siebie Witonem i 2,5 mies Patryka, czyli Patka lub Patusia.

I tak historia nasza rodzinna zatacza kolejny krąg…..