I tak życie się plecie…..

I tak życie się plecie

Przed dwoma dniami otrzymałam przemiły mail, który poruszył moje serce.

Dawno nie zamieszczałam w blogu żadnych tekstów, może z zadumy nad przemijaniem – bo wszak ostatnie wpisy były pożegnaniem Zupełnie Niezwykłej Koleżanki ze studiów, której pasje i radość życia a też odwaga siła zawsze zachwycała….. ale widać, że przyszła pora na zamieszczenie tej korespondencji. A może Małgosia Happach zagląda zza chmur i znudzona blogiem wysłała imperatyw, by wreszcie o czymś innym było…..

tak więc zaczynamy: Przed dwoma dniami otrzymałam przemiły mail, który poruszył moje serce………….

Pani Redaktor Silva Rerum z wydawnictwa, które pięknie wydało na świat nasze dzieło pt. Tatuaże. Gdy ciało staje się tłem, przysłała mi taki oto mail (adresowany do mnie). Jednak istnienie w przestrzeni wirtualnej to możliwość otwierania różnych, zda się pozamykanych drzwi. Pisze dawna Pacjentka- Agnieszka- znalazła mnie w „chmurze”,  a nie mając adresu mailowego poszukiwała dalej i trafiła do wspomnianej Redakcji. Ależ to życie się plecie i podąża niezbadanymi niespodziewanymi szlakami. Oto cała nasza korespondencja dosłownie skopiowana:  

Witam

 Niedawno trafiłam na blog Pani Zofii Konopielko Na medycznej ścieżce, który przeczytałam z wielkim zapałem . Szczególnie fragmenty które dotyczyły szpitala na Siennej, w którym była lekarzem i współpracowała z Panią Czachorowski i Panią Madejczyk. Ja w roku 1979 może 1980 byłam pacjentka Pani Czachorowskiej i Madejczyk. Właśnie tu powstaje moje pytanie czy jako redakcja mają Państwo kontakt do Pani Zofii i mogli by poprosić aby podała mi swój adres email. Chętnie podpytała bym się o w/w doktórki.

Proszę o informację w powyższej sprawie, jeżeli Pani Konopielko nie będzie miała ochoty podawać adresu nie będę żywić żadnej urazy i zrozumiem podjętą decyzje.

Pozdrawiam

Z wyrazami szacunku

Agnieszka N.

Odpowiedziałam od razu:

Witam.

Pani Redaktor Silva Rerum przysłała mi mail od Pani. To niesamowite że Pani dotarła po przysłowiowej „nitce do kłębka”.

Miło że jakieś wspomnienia. A to już tyle lat…

Dr Zofia Madejczyk dawno nie żyje, też dr Hanna Peńsko natomiast dr Monika Czachorowska pomimo wieku w bdb formie. Czasem dzwonię. 

A czy może Pani przypomnieć swój problem ? Bo nazwisko jakbym pamiętała- 1 maja 1981 roku przeszłam do Centrum Zdrowia Dziecka I tam pracowałam do emerytury. Pozdrawiam najserdeczniej 

Dobrego Dnia 

Zofia Konopielko 

Witam.

Niezmiernie się cieszę że Pani się odezwała . Parę dni temu tak mnie tknęło żeby poczytać historię szpitala na Siennej i tak trafiłam na Pani blog. Byłam w szpitalu mając około roku tak więc w 1979 roku przyjęta z zachwianiami równowagi, nie chodząca. Mama wspominała że to w tym szpitalu właśnie zaczęto mnie badać chcąc ustalić diagnozę. Jak mnie przyjęto obłożono mi łóżko poduszkami ponieważ miałam poobijaną główkę od szczebelek łóżeczka w poprzednim szpitalu. Zdiagnozowano u mnie zapalenie móżdżku. Do dziś pamiętam jak jeździłam na kontrolę do szpitala a Pani dr Czachorowska zwoływała wszystkich studentów lekarzy i mówiła:

”Patrzcie to nasz mały kidsborneg”. (nie wiem czy brzmi to prawidłowo ale takie słowa pamiętam). Miałam już wtedy może 7 lat i byłam już zdrowa , a i jeszcze ten młoteczek którym stukała mnie w kolano a noga sama odskakiwała (było to dla mnie wtedy takie dziwne ) 🙂

Czytając bloga widziałam że wstawiała tam Pani zdjęcia dr Matejczyk niestety ale ja nie mogę ich odczytać na żadnym z komputerów czy jest możliwość aby przesłać mi te zdjęcia. 

Proszę pozdrowić ode mnie dr Czachorowską i wspomnieć że moi rodzice również cały czas pamiętają i miło wspominają .

Jeszcze raz dziękuję za odzew i serdecznie pozdrawiam

Agnieszka N.

Moja odpowiedź

Zadzwonię do P. dr Czachorowskiej – przekażę pozdrowienia. Mam nadzieję, że jest jeszcze w formie- dawno nie dzwoniłam.

Odpiszę Pani…jeśli będzie ok

Mój blog uratowałam przy pomocy znajomego informatyka w ostatniej chwili, bo Wirtualna Polska likwidowała całą platformę blogową. Niestety zdjęcia się nie uratowały. Też przepadły w moim starym laptopie. Napisałam do córki dr Madejczyk, do USA – kiedyś miałyśmy luźny kontakt – poprosiłam o zdjęcia. Na razie cisza.

 Cieszę się, że wspomnienia z Siennej pozostały miłe – wszak warunki były spartańskie. Wspominam ten szpital i profesjonalizm lekarzy – oczywiście głównie dr Czachorowską z rozrzewnieniem. Nauczyła mnie tak wiele….zostało…. potem już zajmowałam się nefrologią w CZD. A teraz na emeryturze piszę z kolegami książki – właśnie już wydrukowana 5. Ponieważ oni zajmują się higieną – z przyjemnością zagłębiam się w te obszary, bo dotykają całej medycyny i nie tylko. A że lubię pisać (może ślad genów kuzynki babci- Marii Rodziewiczówny) to zajęcie cudowne. Tym bardziej, że dożyłam czasów gdzie internet jest oknem na świat. Np. bez trudu wchodzę do Waszyngtońskiej Biblioteki medycznej 🙂

Pozdrawiam najserdeczniej

ciekawam co u Pani- praca rodzina etc

Z.K.

Witam

Dziękuję bardzo za chęć odzyskania zdjęć . Z Siennej pamiętam te szyby które oddzielały sale od korytarzy i do których nikt nie mógł wejść. 

Ja jeździłam na kontrolę na Sienna do 14 roku życia. Skończyłam szkołę wyszłam za mąż mam dwoje dzieci, na szczęście zdrowych i bardzo rzadko chorujących. Po chorobie został mi chyba tylko uraz do zastrzyków do dnia dzisiejszego się ich boję J.

Raczej jestem osobą bardzo mało chorująca i jedyne co mi dokucza to zatoki więc nie ma na co narzekać.

Jeszcze raz dziękuję za zaangażowanie w kwestii zdjęć i mam nadzieję że dr Czachorowska ma się dobrze. A jeśli można się dowiedzieć to ile lat już ma Pani Czachorowska?

Spróbuję odnaleźć Pani książki i znaleźć czas aby chociaż jedną przeczytać. Co prawda pracuje w biurze i nie mam nic wspólnego z medycyną ale zawsze ciekawiły mnie medyczne sprawy J . Córka moja lat 18 uczy się w technikum weterynaryjnym więc to też prawie medycyna. 

Życzę kolejnych sukcesów i książek.

Pozdrawiam

Agnieszka  N. 

I to by było na tyle…. Aż na tyle

Oj życie się plecie…..

bo wszak wpisy o pracy w nieistniejącym szpitalu im. Dzieci Warszawy przy ul, Siennej (teraz tam jest Muzeum Getta) zamieściłam w 2013 r. I gdzieś tam krążąc wróciły….

Jest wzruszenie tkliwość ale też ślad dumy a może tylko….zadumy

Miasto naznaczone.


Opowieść to chaotyczna ale pisana sercem ….

Tę noc pamiętam jakby zdarzyła się wczoraj

Czuwanie przy łóżku męża w zielonym Aninie

Zaproszenie na kawę nocną, w maleńkiej przerwie całodobowej pracy naczyniówki.

Rozmowa w mroku. Nagle o tym, gdzie mieszka. Mówi, dotychczas przy Anielewicza,  nie mogę przebywać z duchami, nie pozwalają mi spać albo mam koszmarne sny,  wyprowadzam się.

Ja uszy nadstawiam, jest ktoś, kto tak samo czuje jak ja.

Dr K. który walczył dzielnie z naczyniami wieńcowymi nie tylko nam bliskimi.

Twardziel

Nieustraszony w pracy

Zdecydowany

Dr K. czuje duchy getta , dawnego, ale stale obecnego wśród nas

Żydów nie poznaliśmy, ale ich cierpienie jest wokół

Dawne, nieme

Domy Muranowa na wzniesieniach, jak mawiał śp. Nasz Wielki Przyjaciel, prof. Witold Ramotowski, który uczestniczył w odbudowie,  bo wtedy wszyscy tak, poza pracą lekarza, odgruzowywał to miasto zda się umarłe, widział, jak domy budowano ze zmielonych na miejscu starych cegłach i tu  odtwarzanych. Gruzów nie dało się usunąć, zasypano piwnice, w których zostały niepoliczalne może ciała obumarłe już, zasypano pamięć, wzniesienia – to ich groby na których zakwitło nowe życie. Nowi mieszkańcy nie wiedzą o tym, kochają się, rodzą i umierają a może wiedzą , ale nie czują nic , może…zawsze jest kolejne może….

Dr K. wie i czuje

Ja też

Tramwaj zgrzytając w tych latach niemiłosiernie, gna przez obecną ulicę JP II, wtedy Marchlewskiego. Opuszczam Żoliborz, gdzie wejście do kanałów , tamtędy na Starówkę Powstańcy Warszawscy, kwiat inteligencji,  który odszedł nie zostawiając następców.

Po lewej Pawiak, resztki jednego pawilonu i bramy, jeszcze wtedy zielone drzewo, patrzyłam jak umiera. Teraz metalowe z obciętymi kikutami gałęzi. Widzę tamto, zielone, które wszystko pamiętało. Po prawej głaz- tu był Pawiak kobiecy. I wesołe domy Muranowa po obu stronach, na niewielkich linijnych wzniesieniach…..

Wysiadam przy Siennej. Tu mój szpital już nieistniejący ze swoją pamięcią wszystkiego – dawnych lekarzy z Korczakiem, wykształconych co najmniej w Berlinie, reżim sanitarny i zwyczajowy – bo dzieci odbierane w Izbie Przyjęć rodzicom już ich nie mogą oglądać czasem przez długie tygodnie hospitalizacji. Wszędzie duchy tamtych, biednych dzieci żydowskich,  dla których bogaci Berson i Bauman zafundowali ten szpital, dzieci getta, którym dr  Alina Blady- Szwajgier  podaje morfinę, bo była zawsze wtedy , by zasnęły śniąc o kolorowym dzieciństwie ulicznym . Umierają przed dniem wyjazdu do Treblinki. Lekarka uratowana z getta przez litościwą duszę zza muru, wyjeżdża z pamięcią tego co zrobiła do Szczecina, gdzie długo leczy polskie dzieci. Pisze książkę I nic więcej nie pamiętam  zgodnie z sugestią przyjaciela- Marka Edelmana , by opowiedzieć a może się oczyścić…. Czytamy, a wokół tłoczą się przezroczyste , mgliste tragiczne duchy …

https://www.jhi.pl/blog/2016-07-13-adina-blady-szwajger-i-jej-nadludzka-medycyna

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”( 42 )

Niebawem zakończy się artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz , wieloletniej pracownicy Szpitala im. Dzieci Warszawy z którą spędziłam lata 1975-1981. Była niezwykła, zaangażowana w ratowanie dzieci, koleżeńska i miała pasję poznawania języka esperanto, którą podziwiałam. Ten zapomniany język otwierał Jej liczne kontakty z ludźmi na całym świecie. Niedawno z Nią rozmawiałam, w pełni zaakceptowała mój pomysł, by tekst artykułu wrzucać w tym blogu. Szkoda, że nie może tego przeczytać, bo ma problemy ze wzrokiem. Życzę Jej by nadal była z nami , by towarzyszył jej spokój i akceptacja tego, że życie się kończy. 

Oto cd. historii naszego szpitala dawnego szpitala Bergshonów i Baumanów potem nazwanego Szpitalem im. Dzieci Warszawy w skrócie  Sienna( przy tej ulicy się mieści).

Niestety od ponad 10 lat szpital jest nieczynny, działają w jego obrębie przychodnie specjalistyczne dla dzieci i ponoć dopóki tam są, Gmina Żydowska nie przeznaczy obiektu na całkowitą zagładę, bo miejsce w samym sercu Warszawy jest bardzo atrakcyjne.

Mam nadzieję, że nadal w okolicznych wielkich drzewach mieszka nasz kos , którego śpiew dodawał nam otuchy w ciężkich chwilach zawodowych.

Jak dobrze pamiętam tamte czasy, stale są świeże bo tam raczkowałam w pediatrii i wszystko było dla mnie pierwsze…. wrażenia z tego okresu mojego życia  zapisałam w końcowej części rozdziału tego blogu  zatytułowanego „Na medycznej ścieżce” . Jeśli ktoś zechce tam ze mną wrócić, zapraszam….

( do opisania kolejnych ponad 20 lat spędzonych w Centrum Zdrowia Dziecka jeszcze nie dojrzałam, czas ten nie nadszedł i nie wiem jeszcze, czy nadejdzie)…

      Tak więc wracam do artykułu dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowanego „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ . Jest to bardzo dokładnie zebrana i napisana z czułością osoby , która spędziła w nim całe swoje lekarskie życie ,  historia dawnego szpitala Bergshonów i Baumanów a potem im. Dzieci Warszawy przy ul Siennej. Artykuł ten  został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” ( rocznik zarządu TLW , który ukazuje się od 1837 roku! ).

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, z szacunku dla autorki,  jeśli mi się uda, podam całość w kilku większych wpisach …

        Oto kontynuacja poprzednich odcinków. Można je znaleźć w tym blogu w rozdziale

 „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”. ….

 

 

 

 

 <<… W czasie stanu wojennego dyżury w szpitalu stały się znacznie spokojniejsze, a liczba chorych wyraźnie się zmniejszyła. Po pierwsze rodzice zgłaszali się z prośbą i żądaniem, by wypisywać dzieci do domów. W takiej sytuacji każdy wolał mieć dziecko , chore czy zdrowe, przy sobie w domu. Po drugie rodzice, mając nawet skierowanie  dla chorego dziecka do szpitala, nie chcieli go hospitalizować.

Ponadto w nocy- przy obowiązującej godzinie milicyjnej- ludzie nie mogli bez przepustki przebywać na ulicach.

Gdy zdarzało się, że karetka przywiozła nocą chorego i został przyjęty do szpitala, rodzice musieli w izbie przyjęć czekać, aż skończy się godzina milicyjna. W nocy, na mrozie, nie mogli przebywać na zewnątrz, trzeba było podawać im herbatę, uspokajać i „ przechowywać” do rana.

    W okresach manifestacji ulicznych w czasie stanu wojennego( 31.VIII. 1982 r. ) załoga szpitala była przygotowana na ewentualność pojawienia się rannych w centrum miasta. Wzmocniono obsadę personalną: dyrektor, jego zastępca, inspektor bhp, pracownicy apteki i pracownicy terenowi nie opuszczali szpitala.

Podczas gazowania ulic trzeba było zamykać wszystkie okna w oddziałach.

Dzieciom na szczęście nic się nie stało. Rannych też nie było.

Ale zagazowane były ulice Sienna, Śliska i sąsiednie jeszcze następnego dnia rano.

    Aktywna „ Solidarność” szpitala ( zapisali się do niej spontanicznie prawie wszyscy pracownicy) wyznaczyła do wyjścia  w tym dniu na miasto trzyosobowe patrole, zaopatrzone w środki opatrunkowe oraz krople do oczu. Nowy Świat został zagazowany błyskawicznie i intensywnie. Trzy osoby zakraplały krople do oczu bardzo szybko i sprawnie, lecz niestety krople wyczerpały się , ponieważ zagazowanych było wielu. Środki opatrunkowe nie były potrzebne….>>

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 36 )

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” . Jest to rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku.

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

Cz.36

 

 

<<….Kolejną ważną sprawą jest konieczność umożliwienia dzieciom chorym nauki szkolnej. Szkoła przyszpitalna zorganizowana została w roku 1963 pod kierownictwem mgr Ewy Suffczyńskiej wraz z zespołem nauczycielek i przedszkolanek. Prowadzona była praca dydaktyczna dla chorych zakaźnych w zakresie szkoły podstawowej ( przy Szkole Podstawowej nr 239, ul. Złota 72) oraz codzienna opieka dla dzieci w wieku przedszkolnym. Ta praca personelu nauczającego ułatwiła dzieciom pobyt w warunkach szpitalnych. W latach późniejszych uczniów było mniej w związku z okresowymi remontami i zmniejszeniem liczby łóżek szpitalnych. Niekiedy nauczycielki uczyły dwoje, troje dzieci indywidualni z jednej klasy. Dzieci nie miały zaległości w opanowaniu programu szkolnego. Jeżeli hospitalizacja musiała trwać dłużej, np. tygodniami, pacjenci otrzymywali zaświadczenie ze stopniami z poszczególnych przedmiotów w celu okazania w szkole macierzystej ( wraz z kartą informacyjną przy wypisie ze szpitala). Rodzice wiedząc o tym, że dzieci w toku leczenia również się uczą, odnosili się do szkoły z uznaniem , z serdecznością: przynosili zeszyty, bloki do rysunków, kredki i inne pomoce, a nawet proponowali dostarczenie książek, ale szkoła miała podręczniki, całe komplety dla poszczególnych oddziałów zakaźnych.

   Dzieci przedszkolne, a zwłaszcza te, które uprzednio do przedszkola nie uczęszczały, po raz pierwszy w szpitalu zetknęły się z zajęciami i były nimi bardzo zainteresowane, wręcz zafascynowane. Z niecierpliwością oczekiwały na wejście przedszkolanki do salki. Rysowały, robiły wycinani, malowanki, naklejanki, plecionki, kolorowe robótki ręczne . Przedszkolanki miały mnóstwo pomysłów, lubiły swoją pracę, kochały dzieci i umiały je zachęcić, nauczyć, pochwalić, a same dzieciaki chciały „ działać artystycznie”, bo im się ta zabawa i efekty podobały.

     Szkoła i przedszkole kilkakrotnie organizowały w szpitalnym holu wystawę prac dzieci chorych. Podziwiali te wystawy również lekarze z innych szpitali i zaproszeni goście. Dzieciom ta zabawa skracała pobyt w szpitalu, uczyła nowych umiejętności, dawała nie znane dotąd przeżycia artystyczne. Ładne i pomysłowe były serwetki, laurki, albumy i zabawki przygotowywane na Boże Narodzenie i Wielkanoc.

Nie ma sposobu ustalenia kolejności i ważności dla chorego dziecka spraw- w sytuacji izolowania go w łóżku szpitalnym.

Czy ważniejsze jest podawanie leków, czy dobre jedzenie, czyste łóżko i czysta bielizna, czy nauka, czy kontakty z rodzicami? Oczywiście wszystko to jest ważne, by stworzyć warunki szybkiego zdrowienia….>>

 

 

 

 

 

 

 

       

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz. ” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” . Jest to rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku.

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

 

 

 

 

 

Cz. 25

 

  <<… Codzienna praca przy chorym dziecku, a zwłaszcza całodobowa praca lekarzy, oddziałów, izby przyjęć, dyżurnych z laboratorium, jest nieoceniona. Idzie ona w parze z pracą samokształceniową i stałym podnoszeniem kwalifikacji. Kierownictwo szpitala bardzo o to dbało na co dzień. Ordynatorzy szkolili  nieustannie asystentów przy łóżku chorego; szkolili się tu także asystenci z innych szpitali, instytutów czy poradni rejonowych.

    W cotygodniowych posiedzeniach naukowych  lekarzy szpitala- a było ich 1760- lekarze przygotowywali i omawiali rzadkie przypadki kliniczne, przypadki zgonów, referaty poglądowe, sprawozdania z kursów, zjazdów czy kongresów, w których uczestniczyli. Przedstawiano także streszczenia z prasy zagranicznej , tzw. prasówki….>>

    

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 23 )

 

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” . Jest to rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku.

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

 

 

 

 

 

 

Cz.23

 

 

 

<<….    Z roku na rok zachorowania na polio nasilały się, zawłaszcza wśród najmłodszych dzieci do lat trzech: w szpitalu hospitalizowano wtedy po kilkuset chorych rocznie. Stan szpitala wynosił dotychczas 150- 190 łóżek. Przy największym nasileniu epidemii polio w 1958 r. wszystkie pomieszczenia szpitalne zostały zamienione na salki chorych- dzieci było 220. Praca w takim przetłoczeniu była niezmiernie trudna. Dzieci z porażeniami kończyn górnych i dolnych miały stosowane codzienne kocowanie, potem gimnastykę mięśni, a  dzieci z porażeniem mięśni oddechowych, nie mogące samodzielnie oddychać, przebywały w żelaznych płucach. W roku 1953 szpital miał jeden aparat żelaznych płuc, a w latach 1957- 1958 już trzy aparaty w oddzielnym pomieszczeniu, pod stałą opieką pielęgniarki. Kiedy aparat, w którym znajduje się dziecko, jest ustawiony właściwie, a dopływ energii elektrycznej jest stały, chory ma zapewnione oddychanie, ale gdy na skutek awarii elektrycznej praca aparatu ustaje, należy natychmiast podłączyć „ napęd ręczny” za pomocą specjalnego urządzenia, by nie dopuścić do dłuższej przerwy pracy żelaznych płuc. Tym „napędem ręcznym”( drąg wmontowany do aparatu) pchanym ręcznie do przodu i do tyłu, należy prowadzić „ wdech- wydech” do czasu ponownego włączeni elektryczności. Zdarzało się tak raz w czasie dyżuru, gdy troje dzieci było w żelaznych płucach.

 

      Ordynator oddziału polio dr med. Danuta Łukaszewicz- Dańcowa wszystkie siły oddawała w tych latach porażonym dzieciom, walcząc o każdą porażoną kończynę, o każdą grupę mięśniowa, o dzieci z zaburzeniami oddechowymi. Ważyła każdą decyzję, kiedy można robić przerwy, na jak długi okres, a kiedy u kogo zastosować aparat pancerzowy, obejmujący mięśnie klatki piersiowej. W tej bohaterskiej codziennej walce nieustannie pomagały jej dr med. Anna Gecow- doświadczony klinicysta i dr med. Monika Czachorowska. Doktor med. D. Łukaszewicz została odznaczona Złotym Krzyżem Zasługi. Wydała drukiem książkę „ Poliomyelitis- choroba Heinego – Medina”, z której uczyły się potem pokolenia studentów, lekarzy pediatrów , zakaźników, neurologów…>>

 

 

 

W części tego blogu w rozdziale „na medycznej ścieżce” wspominam czasy, kiedy pracowałam w tym szpitalu, obecnie nieczynnym Szpitalu im. Dzieci Warszawy przy ul Siennej. Opisywałam swoje wrażenia z Oddziału Neuroinfekcji, owo żelazne płuco, które już tylko straszyło w pokoju przylegającym do dyżurki pielęgniarskiej, o przypadkach choroby Heinego- Mediny, które widziałam , kocowaniu , dr Czachorowskiej i personelu tego niezwykłego dla mnie oddziału. W czasach, kiedy pracowałam na Siennej( 1975-1981) epidemie polio już się nie zdarzały. Stało się to dzięki szczepieniom. Aż strach pomyśleć, że takie choroby mogą wrócić, bo obecnie panuje moda wśród rodziców, by w ogóle nie szczepić dzieci…

 

 

 

 

 

      

 

 

 

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 22 )

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” . Jest to rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku.

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

 

 

Cz. 22

 

 

<<….Profesor Bogdanowicz przeegzaminował lekarzy szpitala i nadał im specjalizacje w zakresie chorób zakaźnych. Tak więc wszyscy ordynatorzy i niektórzy asystenci mieli podwójną specjalizację. Oddziałami  w początkowym okresie kierowali: dr Halina Oziemska- oddział dyfterytyczny, 30 łóżek; oddział polio- dr med. Danuta Łukaszewicz- Dańcowa, 38 łóżek; oddział obserwacyjny- dr Michał Kokoszko, 18 łóżek; oddział biegunkowy- dr med. Zofia Truchanowicz, 32 łóżka; oddział kokluszowy- dr Betty Mosler, 32 łóżka…..>>

 

 

 

Wymienioną tutaj dr Zofię Truchanowicz opisałam w części blogu traktującej o mojej ścieżce zawodowej. To ona, w 1975 roku jako wicedyrektor szpitala zaakceptowała moją kandydaturę na asystenta szpitala. Jej pogoda ducha, szeroki uśmiech, poskręcane kudełki a co najważniejsze sympatyczny kordialny sposób bycia i  życzliwość dla ludzi oraz wyraźna mądrość życiowa spowodowała, że ten szpital jawił mi się jako nie tylko ciekawa ale także przyjazna placówka.

    Z kolei wspomniana dr Halina Oziemska , która była dyrektorem szpitala  ostatecznie zadecydowała o przyjęciu mnie do pracy. Odbyła ze mną długą rozmowę zadając wiele ważnych pytań i czekała na odpowiedź z jakimś smutkiem a nawet mrokiem w oczach.   Była kobietą wysoką, szczupłą, ciemnowłosą , zasadniczą i poważną do bólu.  Budziła  we mnie szacunek pomieszany z  lękiem…. To w późniejszych latach jej sposób reagowania spowodował, że podjęłam decyzję zmiany pracy- to też opisałam w części blogu „ na medycznej ścieżce”….

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” (17)

Artykuł dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowany „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” . Jest to rocznik zarządu Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego który ukazuje się od 1837 roku.

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, jeśli mi się uda, podam całość w jednym wpisie…

 Oto ciąg dalszy… Poprzednie odcinki można znaleźć w tym blogu w zakładce „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

   

 

 

Cz.17

 

 <<….   Szpital przy ul Śliskiej od 12 sierpnia 1942 roku stał więc pusty, z umeblowanymi salami, z aparaturą rentgenowską, z urządzonym laboratorium i salą operacyjną. Brakowało drzwi, okien i były brudy. Na przełomie 1942/ 1943 był „ ziemią niczyją”….>>

Na medycznej ścieżce. Przeraźliwy zapach…

Przeraźliwy zapach

 

Miesiąc stażu specjalizacyjnego minął szybko, a właściwie za szybko.

Trzeba było wracać do mojego ukochanego, ale uciążliwego szpitala.

Do domu przynosiłam intensywny zapach środków odkażających, których na Siennej nie żałowano.

Mirek mnie obwąchiwał, a właściwie nie musiał, bo cały dom był wypełniony tym charakterystycznym zapachem, a właściwie fetorem. Wyobrażam sobie z jakim trudem to tolerował, przecież był bardzo wrażliwy na zapachy. Do tej pory gdy wspomina te czasy wraca do jednego. Do tego przeraźliwego fetoru, który przynosiłam do domu. 

    Ja oczywiście niczego nie czułam, za to miałam głowę napełnioną myślami o moich chorych, o tym co zrobiłam nie tak, pomysłami już spóźnionymi , jak mogło być.

Współcierpiałam z pacjentami, ich rodzinami, nie zauważając problemów domowych.

   Gdy wracałam zupełnie skotłowana po dyżurach, patrzyłam i słuchałam ze zdumieniem, że rodzinka się o coś banalnego kłóci.

Myślałam jedynie o tym, czasami im to nawet mówiłam, że grzeszą kłócąc się o drobiazgi, kiedy inni tak bardzo, prawdziwie cierpią.

Nawet słuchali mnie z zadziwieniem i  widać było, że nie rozumieją….

Na medycznej ścieżce. Szpital Sienna- Andrzej.

Andrzej

 

Dr Andrzej Pelc był przystojnym mężczyzną. Miał czarną czuprynę i błyszczące niebezpiecznie oczy.

Nic dziwnego, że któregoś dnia wydarzyła się pewna historia której był adresatem. Po pewnym czasie wszystko nam opowiedział.

 Otóż matka leczonego przez Andrzeja niemowlaka nagle zapałała do tego lekarza burzliwym uczuciem. Tak dalece  prześladowała go swoją adoracją, że w końcu doszła do wniosku, iż on jest ojcem jej dziecka. Biedny Andrzej wywijał się jak mógł, by jej nie spotykać, ale nie było to możliwe, gdyż dziecko jeszcze wymagało hospitalizacji .

 Sytuacja od początku wydawała się rodem ze szpitala psychiatrycznego.

Na szczęście któregoś dnia przyszedł mąż tej kobiety i wyjaśnił, że niedawno sama przestała  brać leki z powodu rozpoznanego wcześniej schorzenia i we wzbudzonym nawrotem choroby  manifestującej się niespodziewanym szałem  miłosnym  ponownie trafiła do swojego oddziału i teraz on będzie się informował o stanie zdrowia dziecka. Zresztą wkrótce przybył ze swoją mamą i zabrali zdrowe już dziecię do domu.

Oj, niewesoła to była historia i w tym wszystkim biedny , skołowany Andrzej.

Mam nadzieję, że był to jedyny taki przypadek w jego życiu zawodowym.

Ale nie można było wykluczyć powtórki, bo powszechnie było wiadomo, że mężczyźni lekarze, a szczególnie pediatrzy bywali obiektem westchnień mamusiek ich małych pacjentów. ..