Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 5 ). Historyczne zdjęcia rodzinne.

W poprzednim wpisie, Mariola opowiada o spotkaniu w swoim życiu kardynała Stefana Wyszyńskiego … .  Po uwolnieniu z Komańczy  Prymas przybył do  Gniezna , gdzie się urodziła Autorka tych wspomnień i  rozpoczęły się  obchody Tysiąclecia Chrztu Polski, które trwały od  1957 do 1966 roku … Mariola dalej pisze:   Jeszcze wcześniej przyjeżdżał nie tylko do kurii ale odwiedzał też przedszkola które wówczas prowadziły tylko siostry zakonne, Opowiadał, słuchał nas i bawił się z nami np. w kółko. Normalny człowiek, dziadek nasz można powiedzieć. Mam wiele zdjęć z tego okresu.

 a teraz te historyczne zdjęcia z Jej Rodzinnego albumu . Ta dziewczynka z burzą jasnych włosów – to Mariolka….

Prymas Stefan Wyszyński w Gnieźnie. 1957 rok. Zdjęcia z albumu Marii J. Nowakowskiej.

Collegium Maius w Poznaniu ( 11 ).

Zdjęcie z Wikipedii

Zanim zamieszczę kolejny  wpis  z Pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego (JTM) , mojego kolegi z pierwszych trzech lat studiów na Akademii Medycznej w Poznaniu, zatrzymajmy się przy gmachu, który był tak ważny dla mnie jak i innych  medyków kształconych w tym mieście, a także dla Jurka, który ponadto spędził tu pierwsze lata pracy  . To tutaj wszystko  się zaczęło- to był  nasz początek medycznej drogi, jakże długiej, nie zawsze prostej i jasnej, zwłaszcza gdy się ją ogląda z perspektywy  prawie 50 lat w zawodzie….

Część mojej opowieści  może być nudna dla kogoś obcego, ale  blog jest głównie adresowany do mojej wielkiej Rodzinki, więc opowiadam dalej  🙂

O tym,  że chcę być lekarzem mówiłam od kiedy zaczęłam mówić 🙂 . Po pierwsze,  moi rodzice, starzy, schorowani i z traumą po II wojnie światowej ,  oswajali mnie niejako z widokiem cierpienia  a po drugie chyba opiekuńczość i chęć niesienia pomocy miałam we krwi , pewnie po tacie- Wacławie ( czy po Rodziewiczach,  czy po Łukaszewiczach, nie wiem) …o następnych moich „ kontaktach z medycyną „, spotkaniach z lekarzami opowiedziałam w tym blogu w rozdziale : Na medycznej ścieżce….a teraz ciąg dalszy o wielkim Gmachu Akademii Medycznej w Poznaniu i moich doznaniach  z wczesnych lat młodzieńczych.

Nie zapomnę, gdy  w 1965 roku, zachwycona i onieśmielona, bo budynek był  potężny urodą i jakąś tajemnicą a ja , niespełna 18 letnia  dziewczyna z niewielkiego relatywnie Gorzowa , przekraczałam  progi Collegium Maius , by w dziekanacie złożyć dokumenty z podaniem o przyjęcie do Akademii Medycznej  ( obecnie Uniwersytet Medyczny).  Tak pisałam  przed laty w tym blogu , o pierwszym spotkaniu i pierwszym zauroczeniu  dostojnym Collegium Maius  :

Było jeszcze bardzo wcześnie, gdy weszłam do  gmachu rektoratu AM w Poznaniu przy ul. Fredry. Budowla piękna z zewnątrz, miała niezwykłe wnętrze. Wielki, sięgający nieba hall, a na dookolnym obwodzie wspinały się na wysokość kilku pięter malownicze krużganki. Stanęłam w osłupieniu nad urodą tego wnętrza….

Zdj. z Wikipedii

Potem tam, w tym gmachu przy ul. Fredry w Poznaniu  zdawałam wstępny egzamin ustny, zwany „ testem na inteligencję”, który poszedł mi świetnie , jak i pisemny z fizyki i chemii, w odróżnieniu od biologii, z której otrzymałam 3 z zaznaczeniem, że jest to raczej „dzieło” literackie a nie wypracowanie na temat ( powiedziano mi o tym, z uśmiechem,  w czasie owej „rozmowy na inteligencję”, czyli w czasie egzaminu ustnego). I kiedy wreszcie w tłumie innych młodych  wypatrywałam swojego nazwiska ( ówcześnie Łukaszewicz) na liście przyjętych na uczelnię. Stale mam w oczach to miejsce, gdzie wisiała tablica w przeszklonej gablocie i tę listę , pomimo  , że od tego dnia minęły już 53 lata 🙂  .

Potem, już unoszeni  na skrzydłach studenckich , mieliśmy tam zajęcia niezbyt pomnę jeszcze jakie, ale na pewno z farmakologii. Straszliwa to była „ kobyła” wiedzy, przebrnęłam szczęśliwie, zdając nawet na 4, co zaliczono  mi w kolejnej mojej uczelni, do której się przeniosłam po ślubie , tj w Akademii Medycznej w Warszawie.  I do tej pory  mam  w sobie jeszcze  jedno mocne wspomnienie z czasów kiedy tam uczyliśmy się farmakologii. Uczyliśmy się, to małe słowo- zakuwaliśmy jak szaleni…Otóż był wtedy pamiętny „marzec 1968 roku” a my kończyliśmy  III rok studiów , chyba nieświadomi tego, co się dookoła dzieje….może niektórzy z nas wiedzieli, ale należałam do grupy mieszkających w Poznaniu na stancjach, gazet nie czytywałam, radia po prostu nie miałam a rodzice, którzy zawsze mnie  uświadamiali politycznie, byli daleko…

Tego dnia siedzieliśmy na którejś z drewnianych, szerokich prostych  ław  z oparciami ( pamiętam je doskonale ) na parterze Collegium Maius, gdy gwałtownie, z wielkim hałasem  rozwarły się  drzwi wejściowe    i wpadła grupka młodych , mocno zziajanych i jakby zdezorientowanych, wystraszonych   ludzi . Prawie natychmiast, widać ktoś śledził  przez okno wydarzenia na ulicy,  otworzyły się drzwi do zakłady Farmakologii- cichutko wyszedł nasz asystent-i  niecierpliwym, pospieszającym  gestem zapraszał tę grupkę  do środka. Szybko się zorientowali, pobiegli w tym kierunku i po chwili zniknęli w czeluściach Zakładu Farmakologii a  drzwi za nimi się zamknęły  z ledwie słyszalnym szelestem …. ledwie to się stało,  ponownie z hukiem otwarto główne wierzeje i  wtargnęło kilku milicjantów  , pewnie ze słynnej grupy ZOMO ( o czym się dowiedziałam później),  uzbrojonych po zęby, z czapami  nasuniętymi nisko na czoło a paskami od nich zapiętymi  pod  brodą, agresywnych, wrogich ….najpierw rozglądali się nerwowo, bacznie, dyszeli jak psy gończe ….my, niemi świadkowie –  spokojni w kąciku,  jak trusie tylko nogi nam dygotały z przerażenia i oczy mieliśmy jak talerze….zrozumieliśmy od razu, że ścigali tę grupkę młodych,  tylko może nieco od nas starszych … Zachowaniem przypominali wściekłą sforę spuszczoną z łańcucha ,  stukając podkutymi butami obiegli  piękne krużganki , tupali po pięknych dostojnych schodach , spenetrowali wszystkie zakamarki i ostatecznie  jak niepyszni opuścili nasze dostojne Collegium….teraz sobie myślę, że pewnie  byli pod wpływem jakiś środków pobudzających….przecież byli też chłopcami , jak ci, których ścigali….

Jest tu zbyt mało miejsca, by streścić ten straszny czas, opisany  pod linkiem- ale warto poczytać….

https://marzec1968.pl/m68/mapa-1/6905,Poznan.html

I jeszcze jedna historia, już luźna, bez tamtej traumy,  też moja, blogowa,  spisana przed laty a teraz skopiowana . Dotyczy lat 80 ubiegłego wieku :

Gdy mój syn był dorosły, nie dostał się po raz kolejny na AM-  rozniosły się wieści, że może AM w Poznaniu otworzy kierunek odpłatny. Wówczas w akcie desperacji pojechałyśmy  z koleżanką, której córka była w takiej samej sytuacji, do Poznania, by zasięgnąć języka. Gdy byłyśmy w Rektoracie przy ul. Fredry, na piętrze, korytarzem właśnie przemykał Jurek. Bardzo się ucieszyłam…ponieważ czekałyśmy na rozmowę z dziekanem, Jurek przysiadł się do nas , chyba były tam ławy jak w szkole , chwilę porozmawialiśmy…ot , dawne czasy się do mnie uśmiechnęły- kawałek wspólnej młodości spędzony w tym gmachu…Gdy spytałam o Jego losy i rodzinę, opowiedział,  że jest już profesorem jakiegoś zakładu teoretycznego AM , ma piękną żonę, która jest muzykiem  i dwóch synów. Ja byłam tak bardzo zaangażowana w problemy syna,  poza tym spieszyłyśmy  do pociągu powrotnego  ,  więc z Jerzym nawet  nie poszliśmy  na kawę, zresztą nie proponował,  prosiłam tylko, by informował mnie o ew. otwarciu płatnego wydziału AM. Pokiwał tylko głową, i sucho skomentował, że on by takich pieniędzy nie miał, by fundować synowi płatne studia. Zrobiło mi się nijako. Jednak  po powrocie jeszcze dwa razy do niego zadzwoniłam z pytaniem, ale żadnej informacji nie miał. Więc już więcej się z nim nie kontaktowałam. Ot, taki epizod….

zdjęcie własne

Na szczęście mój  syn – Marcin był ambitny, powiedział , że i tak nie zgodziłby się na studiowanie na wydziale płatnym . Chciał  sam pokonywać trudności. I za kolejnym razem, gdy już nie sądziłam , że jeszcze będzie próbował, zresztą świetnie mu szło na filozofii, dostał się na wymarzone studia …..

A o naszym stosunkowo niedawnym spotkaniu z Jurkiem , które otworzyło fajne relacje,  pisałam we wstępie do  pierwszej części zamieszczanego tu Pamiętnika JTM …

Zdjęcia Collegium Maius w Poznaniu, w różnych projekcjach z  Wikipedii…

a oto zebrane z różnych miejsc w Wikipedii informacje o  dziejach  gmachu  Collegium Maius w Poznaniu – gmach w stylu neobarokowym z elementami stylu neoklasycznego, wzniesiony  w latach 1908- 1910 , przy ul. Fredry , położonej w części Dzielnicy Cesarskiej w Poznaniu .  Budynek powstał  na potrzeby Komisji Kolonizacyjnej. Komisję tę powołał Sejm Pruski z inicjatywy Otto von Bismarcka, w 1886. Jej zadaniem był wykup ziemi z rąk Polaków i przekazywanie jej niemieckim osadnikom.

Po wybuchu  powstania wielkopolskiego,  jednego z nielicznych zwycięskich powstań Polaków o wolność przeciwko Rzeszy Niemieckiej , toczącego się w latach 1918-1919, do tego gmachu przeniosła swoją siedzibę Naczelna Rada Ludowa, a później Urząd Osadniczy likwidujący kolonie utworzone przez Komisję Kolonizacyjną .

Następnie budynek jako Collegium Medicum przejął  Uniwersytet Poznański.

13 maja 1926 odbył się tutaj bardzo liczny wiec studencki przeciwko Józefowi Piłsudskiemu, zakończony pochodem na Plac Wolności. Powzięto decyzję o zawiązaniu Akademickiego Komitetu Obrony. Działania te zakończyły się fiaskiem i Poznań pozostał pod rządami sanacji.  

W okresie okupacji hitlerowskiej w budynku tym mieściło się prezydium policji. Podczas wyzwalania miasta Poznania w styczniu i lutym 1945 o sam obiekt oraz w jego pobliżu toczyły się dość intensywne walki – ślady od odłamków do dziś widoczne są wewnątrz budynku.

Znamienne , świadczące o wielkiej bitności poznaniaków o Polskę było wydarzenie z 2 marca 1940,  gdy w czasie okupacji Harcerze Szarych Szeregów – Zygmunt Ciesielski i Bernard Intek, współpracując z Adamem Plucińskim, wywiesili na kopule polska flagę …..

A  róże  w hołdzie walecznym Poznaniakom ….zdjęcie własne

To zdjęcie otrzymałam od Jerzego T. Marcinkowskiego. Obecny profesor  w charakterystycznej pozie zamyślenia…jak dobrze pamiętam ze wspólnych studenckich czasów ten układ dłoni…tak mam, zapamiętuję dłonie….

Może ktoś zapyta , dlaczego zamieszczam w tym miejscu  to  zdjęcie ? –  może dlatego, że ten wpis znajdzie się wśród tekstów pamiętnika JTM, a może dlatego, że  ostatni mój ogląd  wspaniałego gmachu Collegium Maius to wspólne zwiedzanie dawno, dawno temu…

 

 

Nasza Julka…

Jula z dyplomem zda się, frunie ….sama usportowiona radość …..

Na chwilę musiałam przerwać wrzucanie tu Pamiętnika Kolegi, bo w zamyślenie nad Jego dziejami, nad dziejami naszymi, lekarskimi   wdarła się radosna  aktualna Młodość !!! Stało się to za przyczyną Julki, jak wiadomo naszej trzeciej Wnuczki, która właśnie się obroniła – wcześniej pisząc bardzo wartościową pracę- mamy oceny dwóch recenzentów, kwalifikujących ją jako prawie magisterską i stawiających ocenę bardzo dobrą, a przed 3 dniami zdała egzamin i już jest inżynierem” pełną gębą „ J Wprawdzie do pełni jeszcze pełniejszej zostały studia magisterskie, ale to już jeden duży skok. Dziewczyna ma poukładane w głowie, co nie zawsze idzie w parze z urodą. W tym wypadku tak jest !!! Dwa w jednym J

A WSZYSTKO zaczęło się tak. Oczywiście opowieść moja, babcina, może nie zgadzać się z prawdą, ale zawsze mogę poprawić, jeśli uznacie, że było inaczej….albo wpisać swoje w komentarzu- pożądane !!! dla przypomnienia- gdy się kliknie na tytuł wpisu to on się podkreśla a na dole tworzy się miejsce na komentarze J

Otóż w tym samym co na zdjęciu powyżej,  dostojnym gmachu  Politechniki Warszawskiej, pięknego dnia – pewnie latem to było-  zebrali się świeżo upieczeni studenci wydziału Inżynierii Lądowej . Pewnie, jak to na Politechnice, w przeciwieństwie do np. Akademii medycznej, dziewczyny były okazami rzadkich kwiatów. Nieco starsi, już zaawansowani w edukacji koledzy postanowili się wybrać pod tablicę, gdzie ogłaszano wyniki, by obejrzeć młody narybek. Oczywiście , jak wszyscy się domyślają nie chodziło o narybek płci męskiei  🙂

I tak do pewien drągal, choć o sylwetce sportowca i urodzie aktora filmowego dojrzał uśmiechnięte piękne, słodkie dziewczę , jak zawsze radosne,  o  oczach jak płonący wielki błękit, mieniący się zielenią .  W tych oczach dało się wyczytać wszystko: i ogromne czułe serce, i dobroć i umiłowanie piękna i smutę nagłą …… I on, doświadczony już wilk morski, najnormalniej zatonął w tym  jarzącym się błękicie  🙂

I tak się zaczęła Ich znajomość, pewnie i przyjaźń a przede wszystkim Wielka Fascynacja , Zauroczenie i Miłość ….

Nie byli gotowi do wczesnego zawierania więzów małżeńskich, pewnie mieli chwile zwątpień, ale dali radę 🙂

Któregoś upalnego dnia, lub nocy, na brzegu Morza Egejskiego, wśród starożytnej scenerii pobliskiej Troi, Efezu itp., gdzie mieszkają jeszcze duchy dawnych Greków a teraz najnormalniejsi Turcy, dwie komórki tej pary postanowiły się spotkać. Dwie maleńkie,  mikroskopijne komórki , może przypadkowo lub nie ( zastanawiające), postanowiły stworzyć maleńką istotkę , w dodatku Dziewczynkę….

…..I tak to one, te dwie zakochane w sobie, ciupeńkie  komórki, zdecydowały, że  ślub Ewy i Marcina był iście królewski. Ten drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia stał się dla Nich i dla nas istnym majem, wiosną życia…. Odbył się w małym, krągłym kościółku, przy ul. Gdańskiej, który ufundował Jan Sobieski swojej Marysieńce. Romantyczne  to miejsce wypełnione tą legendarną miłością, posadowione  na wzgórzu nazwanym potem Marymont ( w tłumaczeniu : Wzgórze Marii)  , patrzące na Wisłę, szeroką, trochę leniwą miejscami, ocierającą się przymilnie o przyniesione z nurtem  piaszczyste łachy, lecz  nieustannie płynącą  do swojego morza. Ta piękna, całkiem nieuregulowana królowa naszych rzek, była wtedy jeszcze widoczna ze wzgórza zda się u stóp zakochanych, choć oddzielona osiedlami chałupek i nowych wieżowców  , położonych  w dole, w  pradolinie którą sobie przed milionami lat wyrzeźbiła ta rzeka….

…równie piękne przyjęcie w dużej Sali przy Teatrze Komedia- wszystko jak z cudownego filmu….całość ubarwiała trzyletnia może dziewczynka, która ganiała pomiędzy dorosłymi , tylko jej płowe włosięta fruwały, a gdy zaczynali grać- pierwsza biegła na parkiet. Znad stołów widać było tylko jej fruwające kudełki… To była pierworodna córka Justyny, Weronika. Od tej pory, a może już wcześniej bardzo pokochała chłopaka, a potem męża Ewy –Marcina, drugiego w naszym rodzinnym kręgu  i chyba z wzajemnością, bo wprawdzie  już nie siada mu na kolanach, jak kiedyś,  ale stale jest ciepło pomiędzy nimi…

….Gdy jesień już była w rozkwicie , a może właśnie  mierzyła się z zimą, nie pomnę, wychodząc do pracy, usłyszałam ciuchutkie wołanie Ewuni – mamo…. Cofnęłam się od drzwi wyjściowych, otworzyłam drzwi pokoju skąd dochodził głos – z niejakim lękiem- o co chodzi ? Na tapczanie , po lewej stronie pokoju leżała jeszcze, bo był bardzo wczesny poranek-  nasza mała córeczka – zawsze mała, choć miała wtedy już swoje lata- przysiadłam obok , a ona szeptem nieomal, jakoś lękliwie , powiedziała- jestem w ciąży. Jakże się ucieszyłam, wyściskałam. Nieomal ze łzami mówiłam, że to wielkie szczęście, taka wiadomość, bo dziecko to najpiękniejszy Dar. Córeczka chyba została uspokojona, a ja pognałam do swojego CZD, bo daleko było, na skrzydłach z tą wiadomością w głowie, sercu i oczach…..

….Gdy lato było już za drzwiami, wracałam sobie najspokojniej ze Zjazdu w Sztokholmie , spokojnie , bo do terminu porodu Ewci jeszcze chyba były dwa tygodnie, gdy na lotnisku Mirek i chyba nasz syn- takoż  Marcin witając mnie , oświadczyli, że Ewa już w  szpitalu. Tradycyjnie, jak wszystkie nasze Wnuki, tam lądowały ich brzuchate jeszcze Mamusie . Oczywiście, wszyscy wiedzą gdzie…ano nad Wisłą, przy ul. Karowej, w Klinice Położniczej, gdzie jak nasz Rodzinny Anioł Stróż czuwała Magda Broś. Ta młoda adeptka sztuki położniczo- ginekologicznej, o wielkiej sile osobowości i niesamowitym nosie położnika, wprowadzała  na ten świat nasze rodzinne pisklęta.

Już nie chciałam do domu, tylko z lotniska pognaliśmy czterema kołami prosto do szpitala. Ewunia miała bóle, jej mąż, Marcin czuwał w pobliżu i z dala równocześnie i zda się, że jednak był zdenerwowany- ale na pewno przejęty. Już nie pomnę detali…..pobyłam jakiś czas przy Ewuni mojej, ale nadeszła pora by wpaść do domu i przynajmniej schronić się pod prysznicem. Zostawiłam więc moje Dziecko, które oznajmiało, że chce znieczulenia nadoponowego- co wówczas dopiero wchodziło tak szeroko jak teraz, w praktyczne użycie. Ja, stary pediatra miałam jakieś lęki , że poród wtedy jest jakby nienaturalny ( no cóż, przeżyłam swoje cztery bez takich ułatwień) . Tak dalece nie byłam pewna jej decyzji, że ostatecznie po prostu stamtąd uciekłam, zapewniając, że niebawem wrócę. Zresztą z naszego Żoliborza daleko nie było, więc faktycznie wróciliśmy po niedługim czasie. Ewunia leżała wprawdzie na łożu boleści, ale z szerokim uśmiechem na buzi, co oznaczało, że już jest” pod wpływem „ leków o które prosiła… samej akcji porodowej nie widziałam, bo pewnie znowu gdzieś wybyłam- tylko potem już Maleństwo , jeszcze ocieplane w cieplarce, choć otrzymało , jak trzeba 10 punktów….śliczna byłaś Juleczko, śliczna od tych pierwszych dni……

A teraz nam wyrosłaś na dorosłą , choć jeszcze bardzo młodą kobietę….niech Ci się darzy w życiu, w Miłości, w zawodzie który wybrałaś,  z rodzicami którzy Cię kochają najbardziej i  z przystojnym i mądrym Bratem Michałem,  a także z całą naszą niemałą rodzinką ,  wśród  ludzi tylko dobrych , niech Ci się darzy…..

Jula z bratem Michałem ….ile mogli mieć wtedy lat ???? ….nieco szaleństwa i siła spokoju  ? 🙂 zdj ze zdjęcia 🙂

Ślub Ewy i Marcina Gregorowicza….

a to wspomnieniowo….myślę, że i wybaczycie, ale tak mi przyszło by pokazać to zdjęcie……

Jedno z ostatnich wspólnych Świąt Bożego Narodzenia ze Stefanią Łukaszewicz z d. Jakubiec  ( ur. 1907-zm.2000) , Wacławem Łukaszewiczem ( ur. 1908- zm. 2002). Od lewej stoją Mirek Konopielko ( ur.1935- ), w tyle Marcin Konopielko ( ur.1973- ), Ewa Gregorowicz z d. Konopielko ( ur.1970- ) z opisaną tu Julką na rękach ( ur.1995- ),  za nią fragment Justyny Jędrych z d. Konopielko ( ur. 1969- ), przed Justyną Paulina Rosińska z d. Konopielko ( ur.1979- ), za nimi Marcin Gregorowicz ( ur.1968 – ), potem Zofia Konopielko z d. Łukaszewicz ( ur. 1947- ), z Dorotką  ( ur. 1993- ) na rękach , w prawym dolnym rogu- Weronika Jędrych ( ur.1991- )

Oczywiście jeszcze wtedy nie było pozostałych członków Rodziny, których tu wymieniać nie będę, bo wszyscy wiedzą z kim się spotykamy w każde Święta  Bożego Narodzenia i jest to dzień Najważniejszy cementujący rodzinę………….

 

Zatrzymać ten cudny czas….

Pozwalam sobie wrócić do tego wpisu ……

 

Opublikowane w Maj 28, 2014

Zatrzymać ten cudny czas….

 

Zdjęcia w albumie rodzinnym opisane ręką Ojca ( odszedł w 2002 roku). Na pierwszym aleja parkowa i fajny wózek dziecięcy, potem ja w kraciastej flanelowej koszuli, którą uwielbiałam…

Jeszcze kwitną  w naszym ogródku wiosenne azalie i rododendrony. Niewielkie to krzaki i chyba wyższe nie urosną, bo nie za bardzo dbamy o nasze rośliny a prawdę mówiąc nie dbamy w ogóle. Jedynie się cieszymy, gdy  pomimo wszystko kwiatowo się uśmiechają …

A ja mam w oczach  tamten maj w moim życiu, maj z drugiej połowy lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Właśnie dobijałam do 11 roku życia.

Moi rodzice byli starsi, schorowani , wyczerpani przeżyciami wojennymi więc usiłowali ratować resztkę zdrowia leczeniem sanatoryjnym. Wówczas na taki wyjazd nie czekało się długo , teraz są to średnio dwa lata. Gdy otrzymali skierowanie na pobyt majowy w Szczawnie Zdroju,  postanowili mnie ze sobą zabrać. Miałam wówczas niepełne 11 lat i nikogo z bliższej rodziny w Gorzowie, więc nie chcieli mnie zostawić bez nadzoru. Później już nie było problemu, sama siedziałam w domu, a nawet przejęta rolą w tym czasie urządzałam gruntowne sprzątanie.

Cieszyłam się tym wyjazdem,  bo już wtedy miałam żywe pasje podróżnicze. Jednak czułam niewielki niepokój , że opuszczę zajęcia szkolne bez wyraźnego powodu gdyż jak teraz oceniam miałam wówczas naturę dość pilnej uczennicy.  Teraz moje wnuki, a pewnie przedtem i dzieci ochoczo wykorzystują takie szanse.

Jednak Mama mnie uspokoiła, bo oficjalnie zwolniła mnie z zajęć i obiecała przerabiać ze mną zadane lekcje. Okazało się, że wcale nie było to takie złe, zajęcia zajmowały mi mniej czasu niż siedzenie w szkole i mogłam łazikować po ciekawych zakątkach uzdrowiska. Może nauczanie indywidualne w domu , coraz bardziej popularne jest jednak ciekawym rozwiązaniem…Nie marnuje się czasu na wysłuchiwanie jak inni dukają lub plotą bzdurki, skrzypią kredą po tablicy- czego nie cierpiałam. Ale też  nie uczestniczy się w szaleństwach na przerwie i po lekcjach.  Chyba tylko tego byłoby mi żal przy takim systemie edukacji….

Tak więc rodzinnie wyjechaliśmy do Szczawna Zdroju, które było urocze ale zwyczajne, poza wielką Górą Parkową ( teraz zwaną Wzgórzem Gedymina) ukrytą za ozdobną bramą ogrodzenia . Byłam zachwycona rajem, który się tam otwierał.

Wielka zielona ściana zapraszała do swojego wnętrza. Poza grzecznymi alejami, gdzie były ławki, dobrze zapamiętałam inne, wąskie otulone krzewami , którymi się wdrapywałam na górę by potem  zbiegać na łeb i na szyję w dół .

Jednak nie zawsze zbiegałam, często stawałam w zachwycie. Bo wielkie krzewy były obsypane dużymi kwiatami misternie zebranymi w pęki. Grały śnieżną bielą, różem, złotem, czerwienią i gdy wtulałam nos pomiędzy owo kwiecie by sprawdzić czy pachnie, czułam tylko wilgoć po nocnym ciepły deszczu i upojny majowy zapach zieleni.

To, że ja nigdy nie widziałam podobnych krzewów i kwiatów nie dziwota, ale rodzice też nie znali takich roślin. Na szczęście pod nimi a także pod innymi ciekawymi drzewami były umieszczone tabliczki z nazwami. Czytaliśmy więc rozkoszując się egzotycznymi dla nas nazwami i podziwialiśmy.

I w ten to oto sposób poznałam rododendrony i azalie. Były różne, azalie nieco pachnące, miały inne liście. Jedne z nich ponoć nie traciły ich przed zimą a inne gubiły.

Teraz wiem, że stanowią jeden rodzaj zwany różanecznikami ( Rododendron L.) i należą do wrzosowatych ( Ericaceae) . Rosną sobie dziko w Azji, w obu Amerykach ale też w Europie. …..

Gdy wróciłam do domu, uniosłam ze sobą trwale zapamiętany tamten maj, tamte kwiaty i tamten pierwszy zachwyt …

A teraz widząc moje drobiny działkowe wracam do tamtych dni pierwszych, do góry zielenią obsypanej i tonącej w kwieciu ….i zapachy czuję i jestem tą  dziewczyną, której już dawno nie ma…..

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Lament po odejściu Marka….

Po prawej  Małgosia i Marek…..

 

Lament

Co zrobić Marku , by nie zapomnieć, byś nie wtopił się w tło nasze nadbużańskie.

Byś się stale materializował w naszych oczach wysoki i smukły , nieodmiennie u boku Małgorzaty, gdy idziecie do lasu- Małgoś z koszyczkiem na grzyby a za Wami dwa koty – matka i syn urodzony już na Żoliborzu, bo  bezdomna, przybłąkana i zaopiekowana przez Was okazała się być ciężarną. …

Żebyś wpadał gdy jedziecie po zakupy do Wyszkowa z pytaniem co  kupić i wszystko staranie zapisywał na karteczce…

Gdy właśnie kończymy obiad na tarasie , punktualnie jak w zegarku-  żebyś wtedy przychodził na pogawędkę. Bo przedpołudniowe prace na działce już wykonane, a Małgosia się położyła , bo utrudzona.

Żebyś zgadzał się wtedy na wodę z sokiem, siadał pod modrzewiem w zapachu lipy  i ciepło opowiadał o wuju i cioci, rodzince w podwarszawskiej miejscowości, tacie, który pracował przed wojną jeszcze w Elektrowni Warszawskiej , potem jej bronił przed szkopami i do końca swoich dni spotykał się z kolegami z pracy- co Ty kontynuowałeś…..

Żebyś swoim niskim, spokojnym głosem snuł opowieść  o Kocie, który nieodmiennie wdrapuje się na drzewo przed innym dzikim i musisz przystawiać drabinę, by pomóc mu zejść- bo jak wiadomo koty uwielbiają włazić na drzewo, ale potem nie potrafią lub się boją drogi w dół…..o kocie który znika w chaszczach i wieczorami trzeba go wołać…a nocą w ogóle go nie widać, bo czarny i nikt go nie chciał po urodzeniu, a zabrali te wielobarwne…

Żebyś na nasze nieporadne skargi na cieknące krany, wucety bez uszczelek czy inne „niespodziewanki „ z którymi sobie nie radziliśmy- od razu stawał do pomocy i czasem po żmudnych i trudnych działaniach obwieszczał, że jest ok , przy okazji instruując Mirka w tym temacie….

Co zrobić gdy taras przecieka a ściany piwniczki pokrywają się grzybem żebyś widział to i radził, a nawet sam się zabierał za bielenie i odgrzybianie naszych ścian….

Żebyś przynosił z lasu , który zawsze Was widział z Małgosią, tylko z Małgosią,  nieodmiennie z Małgosią, ciekawe poskręcane korzenie i tworzył z nich dzięki zręczności pięknych dłoni i wyobraźni różne różności m.in. świeczniki , których sporo w Waszym domku a i u nas jeden się znalazł….

Żebyś z nami uwielbiał sąsiada działkowego – Profcia, czyli Pana Profesora Witolda Ramotowskiego , który wszystkim pomaga sam, z własnej woli widząc problem i którego dłoni odlew gipsowy zrobiłeś….

Co zrobić, Marku byś nie odszedł w nasze nadbużańskie tło  i był stale z nami…

Nie wiem….

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Łyżwiarze i wspomnienie minionych zim…

Oto jeden z ocalałych tekstów ze starego blogu- nie wiem dlaczego znalazł się na pierwszej tamtejszej stronie- może chciał tu zawitać ?

Więc kopiuję….

Zdjęcia zamieściły się poniżej ( jeszcze  nie opanowałam” budowy tutejszego gniazdka „….

Oczywiście środkowe, to moje dawne, wykonane przez Tatę- Wacława Łukaszewicza…..

zapraszam ….

 

Ze starego rodzinnego albumu – 1955 rok

Umówiłam się z kimś przy Torwarze. Mam jeszcze czas. Wchodzę do środka. Tam muzyka. Właśnie walce wiedeńskie. Wielka, lśniąca i idealnie gładka lodowa płyta. Roztańczone dzieciaki. Kolorowe, pięknie ubrane, białe buty wysoko i równo sznurowane. Spódniczki rozwiewane w tańcu.

Przefruwają przed oczami jak lekkie różnobarwne ptaki. Potem już widzę tylko ich cienie. Obraz za mgłą, bo właśnie wraca moje gorzowskie dzieciństwo….
Widzę Ojca, który starannie przykleja zdjęcie do zbrązowiałej szorstkiej karty starego albumu.
Oglądam to zdjęcie.
To było pół wieku temu.
Było.

Zima. Wytęskniona nagła biel za oknem, wielkie puchate śniegi, sanki, narty i łyżwy. Warta zniewalana nocnym mrozem. A potem już uległa, otwierająca zawarciański dziecięcy raj.

Wtedy zakładam stare, obwisłe i przetarte na kolanach dresy. Szczęśliwa i całkiem nieświadoma swojego dziwacznego wyglądu, zbiegam w dół swojej ulicy, obecnej ul.Orląt Lwowskich. Nadal mam w uszach ohydny, metaliczny rytm wybijany przez moje buty podkute metalowymi blaszkami, które ochraniają podeszwy przed zniszczeniem. Na ramieniu dumnie się kołyszą łyżwy, zawieszone na postrzępionych rzemiennych paskach. Są stare, poniemieckie, z zębatymi łapkami. Wprawdzie srebrzyste ale z siecią bruzd, z rysunkiem który czas wyrzeźbił.

Nie myślę o tym, że należały do jakiegoś niemieckiego dziecka, które może teraz za nimi tęskni. Teraz to moje łyżwy i moja radość.

Nieruchomieję, bo zawsze muszę obejrzeć to, co pod nogami. Tam jest niezwykły, bajkowy, lodowy świat mojej łąkowej Warty. Tam wielka przezroczystość i zatopione w niej sterczące pionowo trawy. Jeszcze zielone. Jakby nagle zaczarowane przez tajemną królową Zimę. To wszystko zadziwia, zachwyca i onieśmiela. Przecież jest takie delikatne. Boję się, że zniszczę ten zielony kryształ podlodowej łąki.

Po chwili jednak zapominam o tych zachwytach i niepokojach. Wyruszam przed siebie. Jestem wolna jak ptak i szczęśliwa, gdy gnam z wiatrem w zawody .

A obok cicho czuwa moje zziębnięte zimowe Miasto…

Teraz wracam do rzeczywistości. Walce wiedeńskie dookoła… i myślę, że te kolorowe dzieci zamknięte w puszce Torwaru, wirujące w tańcu na gładkiej lodowej tafli, nie wiedzą, że można inaczej. Tak jak na rozlanej gorzowskiej Warcie. Gdzie przestrzeń i prawdziwa wolność…

Tekst własny zamieszczony w MM- Gorzów pod nickiem Łuka 8.01.2011

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Między jawą a snem…

Dziękuję Panie Andrzeju za założenie tego mojego nowego miejsca w życiu jak je nazywam Pozacodziennym …..skopiowałam ze starego blogu tekst o Pana Mamie- o Niezwykłej, Niepowtarzalnej  Kobiecie- o pani doktor Annie Salińskiej de Flassilier

 

zdj własne…..takie skojarzenie barw i tego co zapisane na niebie z Panią Doktor Anną Salińską de Flassilier , o której poniżej…..Kobietą ” pastelową”, ale o Wielkiej Sile Ducha…..

Między jawą a snem

I wtedy weszła. Duża wysoka ozdobiona stiukami sala szumiała. Barwny tłum . Ludzie wyluzowani  nie przerwali pogawędek. Zobaczyliśmy jak idzie do nas Niewysoka i Jasna. Falujące dość krótko obcięte włosy zwyczajowo starannie uczesane, ani jednego rozwichrzonego kosmyka , nigdy. Śnieżnobiała bluzka. Pani doktor mówiła do mnie, nie pani Zosiu, jak Szefowa, nie można nakładać starych ciuchów zwłaszcza gdy człowiek się starzeje. Więc nieodmienne śnieżne białe bluzki spod turkusowego fartucha widywałam. Teraz też nowa bluzka, pomyślałam. I spódnica wielobarwna pastelowa, kwiatowa,  żakiet z materii jak spódnica. Szła ze swoim spokojnym uśmiechem Mony Lisy. Nigdy nie wybuchała chichotem czy hałaśliwym zaraźliwym śmiechem Szefowej.

Obudziłam się o świcie z uśmiechem do tego snu. I pomyślałam, że jest dobrze.

Jednak pisząc o tym maila do Jej Syna- Andrzeja nagle poczułam dotyk lęku.  . Wada serca była od lat. Mówiła nam o tym, nie dowierzaliśmy patrząc jak codziennie zjawia się w pracy, punktualnie pomimo przemierzonej trasy z dalekiego Ożarowa. Nieodmiennie spokojna i pogodna nas wita . To Kobieta zbudowana  z piany morskiej i stali- myślałam. Moje emocjonalne burze niwelowała rzetelną celną uwagą, poradą a przede wszystkim siłą spokoju. Nigdy nie usłyszałam podniesionego tonu, a Jej cichy matowy głos koił wszystkim nerwy. Jednym spojrzeniem opanowywała czasem rozdygotany tłum pacjentów i rodziców, a dla personelu była jak druga Matka.

Pracowałyśmy razem w CZD przez 20 z górą lat. Pani Doktor Anna Salińska-de Flassiler, bo o Niej opowiadam przybyła z Panią profesor Teresą Wyszyńską ze szpitala przy ul. Kopernika, gdzie założyły oddział nefrologii i prowadziły pierwsze w Warszawie dializy u dzieci . W CZD były twórcami Klinki Nefrologii ( Pani Prof. Wyszyńska) i przyklinicznej Poradni Nefrologicznej przemianowanej potem na Poradnię Nefrologii i Nadciśnienia Tętniczego , którą od początku zawiadywała dr Salińska- Flassilier – Wielka Wierna Przyjaciółka Szefowej jeszcze z lat licealnych.

Niedługo potem i ja dołączyłam do zespołu a po kilku latach pracy w Klinice postanowiłam pozostać w Poradni Nefrologicznej. Lubiłam tę pracę, a poza tym przyciągał mnie spokój Pani Doktor Salińskiej.  Na emeryturze jeszcze długo pracowała, pełniąc obowiązki Kierownika ww Poradni. Nie straszne Jej były lody, ślizgawice, śnieżyce. Docierała kilkoma środkami komunikacji a czasem podwożona przez przeuroczego ukochanego i bardzo zakochanego Męża- Tadeusza. Gdy pozostawiła Poradnię w moich rękach, czułam, że nadal jest blisko mnie.

Gdy miałam wątpliwości rozważałam- co by powiedziała, poradziła Pani Doktor w tej sytuacji. Jeszcze wtedy mogłam dzwonić z każdym problemem zawodowym i rodzinnym.

Bo i w sprawach rodzinnych była konsultantem najwyższej próby. Miała starych rodziców, troje dzieci, więc sytuacja nasza była podobna, choć przesunięta w czasie z racji różnicy wieku. Tak więc ufnie zawierzałam Jej moje tajemnice i otrzymywałam poradę popartą własnym podobnym przeżyciem….

I oto wczoraj spotkałam się z Panią Doktor w tym pięknym śnie. Napisałam o tym  maila do Andrzeja, który niebawem oddzwonił. Głos miał radosny i oznajmił, że Mama lepiej się czuje i czeka na odwiedziny. Ciężar który gniótł serce gdzieś uleciał i została tylko Radość . Umówiliśmy się, że w niedzielę przyjedzie i mnie do Niej zabierze. A dzisiaj około południa telefon ten sam, ale jakże inny, bolesny  znajomy głos- Mama nie żyje….

I wszystko skończone, piękne sny, dawne piękne dobre czasy ale jest pamięć, która nie umiera. W niej został jasny obraz Tej Wielkiej Dzielnej Kobiety, wzór Lekarza z Wielkim Sercem

A  co teraz porabia  Pani Doktor ? Już widzę to czułe  spotkanie z tęskniącą zapewne odwieczną Przyjaciółką Panią Profesor Teresą Wyszyńską, która już wcześniej w tym innym, lepszym świecie wynalazła ustronny kącik z wygodnymi fotelami, albo zawiesiła  hamaki na sąsiadujących ze sobą drzewach  by zielenią oczy nasycić, posiedzieć i pogadać bez przeszkód….Oj , jestem pewna , że przy okazji będą zaglądały do nas czujnymi wszystkowidzącymi matczynymi oczami .

Uważajmy więc by nie dostrzegły naszych uchybień.

Albo po prostu żyjmy tak jak One kiedyś…..

 

 

 

 

 

List od nieistniejącego przyjaciela.

 

księżyc w dłoniach.JPG

 

List od nieistniejącego przyjaciela….

 Płacz Zośka, choć dopiero teraz widzę Twoje łzy. Od rana byłaś kamienna, powściągliwa opanowana . Powtarzałaś tylko,  niemożliwe- że już nigdy z gonią nie porozmawiam. Patrzyłem na Ciebie z zadziwieniem, że tak potrafisz ukrywać emocje. I że myślisz tylko o sobie- że straciłaś Przyjaciółkę. Widziałem jak patrzyłaś w niebo szukając Jej wśród chmur….potem przyszło do Ciebie myślenie, „ jak dobrze, że już nadszedł kres cierpień goni”….bo ostatnie miesiące były pasmem udręk- wszystko wiedziałaś i jako lekarz widziałaś, że gonia jest na równi pochyłej. Więc dlaczego wierzyłaś uparcie i na przekór medycznej wiedzy i intuicji, że to wątłe życie będzie trwało. To było myślenie irracjonalne…sama widzisz….Potem opowiedziałaś mi, że gonia jest z tobą, będzie do końca ziemskich dni w drzewkach, które wyhodowała i przywiozła z dalekiego Gorzowa i zamieszkały w twoim  ogródku. Będzie też gonia w „ Gorzowskim Muzeum” w domku michałowickim , które powstało dzięki kamieniom brukowym zebranym z wymienianej nawierzchni ulic gorzowskich, którymi kiedyś chodziłam, a także fragmentami spadłej elewacji domów które zapamiętałam…..wszystkie zbiory , każdy element gonia zbierała do plecaczka , dźwigała do domu- a postury była mikro potem opisała symbolami- a to OL- czyli ulica Orląt Lwowskich, przy której mieszkaliśmy ( wtedy nazywała się Nowotki) , a to M- czyli Matejki opasującej nasze wzgórze działkowe ….i przywiozła do naszej michałowickiej samotni….

Teraz wreszcie płaczesz….

Płacz przyjaciółko moja, płacz ….

Jestem z tobą, towarzyszę w żałobie

Tylko szkoda, że nie istnieję

Twój przyjaciel

Pan Profesor Witold Ramotowski- nasz Przyjaciel…( 12 )

Pan Profesor Witold Ramotowski- nasz Przyjaciel

zdj wcale nie pasuje do opisu jesieni w tekściku poniżej- ale ogródek Pana Profesora nad Bugiem i cienie ….te cienie mnie uwiodły….symbolicznie jakby….

Poświątecznie wracam do podjętego już tematu. Napisałam, że o Profciu będzie- ale wdarł się inny wątek….

Siedzimy sobie w ciepełku kominkowym domku Pana Profesora , za oknem przelatują wichry i deszcz zagląda do okien , powoli staje się wczesna jesienna ciemność. Pan Profesor opowiada o swojej pasji filmowej. Lubimy te wspominki, dość często powtarzane, ale to nie przeszkadza. Moja Mama miała taki zwyczaj, który przejęłam chyba od Niej- opowiadania po kilka razy tego samego. Dzięki temu tak dużo zapamiętałam z Jej opowieści, bo byłam niedojrzała, niedorosła, więc słuchałam jednym uchem, choć zawsze z zainteresowaniem. Bo wszystkie opowieści od razu malowały mi głowie film, który tam zapisany i utrwalony wywołuje się w moich oczach gdy tylko usłyszę bądź pomyślę o czymkolwiek.  Wówczas, myk i wszystko widzę , jakby wydobyte z archiwum. Albo są to tylko obrazy albo całe filmy . Ale dość już na swój i Mojej Mamy temat. Nie, nie dość. Jeszcze jedno związane z filmami. Gdy moja Mama , która już od kilku lata leżała, straciła wzrok i prawie słuch, opowiadała, że widzi filmy wyświetlane na ścianie. Kolorowe, ciekawe i przyjemne. Jakieś zabawy wiejskie, przemarsze korowodów… jak dobrze, że nie wyświetlał Jej się film z własnego życia- bo było trudne i tragiczne . Słuchałam jak Mama opowiada o tych swoich doznaniach obrazowo- filmowych i teraz rozumiem. Pewnie miała to, co ja u siebie odkrywam. Mam nadzieję, że gdyby stało się tak, że znajdę się w Jej ostatniej sytuacji , Mama z zaświatów podeśle mi jakiś film , który sobie obejrzę na białej ścianie….Oj, lepiej żeby tak nie było, ale tak sobie piszę ….

 

Cyganie z mojego dzieciństwa.

Kochani! Kiedyś zamieściłam ten tekst w portalu Moje Miasto Gorzów, który już nie istnieje, a jego zawartość, także taka, jakby literacka, którą można było swobodnie zamieszczać , została zlikwidowana. Wydawało mi się, że to co poniżej już wrzuciłam do tego blogu, ale jakoś nie mogę znaleźć. Dlatego , jeśli pamiętacie i uznacie, że się powtarzam, proszę o wybaczenie. Może się domyślacie, dlaczego ten „ utworek” jest mi szczególnie bliski. Może kilka słów gwoli wyjaśnienia, tym, którzy mnie nie znają. Otóż moja Mama, Stefania z d. Jakubiec urodziła się w beskidzkiej wsi. Z wielkim wysiłkiem , bo warunki były nietęgie ukończyła Seminarium Nauczycielskie w Białej, sąsiadującej z Bielskiem  ( od wielu lat już jest to jedno miasto). Był to okres międzywojnia. Nie jestem pewna, czy wyjechała na Wileńszczyznę dla chleba, czy z chęci poznawania świata, czy jak mówiła, czuła misję by nieść „ kaganek oświaty” bo powstało nowe państwo polskie i na kresach byli bardzo potrzebni nauczyciele . Pewnie jedno i drugie jak i trzecie było przyczyną wybrania tak odległego od domu miejsca do pracy i nowego życia. Tam poznała mojego Tatę, rdzennego „wilniuka”.

Gdy wybuchła II wojna światowa, dosłownie w jej przededniu, Tatę zmobilizowano ( był kolejarzem ) i zlecono wyjazd w poznańskie. Po drodze został aresztowany i ostatecznie osadzony w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen, pod Berlinem. Tam przebywał do końca wojny. Mama pozostała w podwileńskich Smorgoniach z 5 letnim moim bratem Zenonem i w trzymiesięcznej ciąży z Wacusiem.  Mój mały Braciszek , bardzo rezolutne wojenne dziecko, zmarł mając 4 lata z powodu czerwonki, którą przywlekli Rosjanie. Ponoć całe podmiejskie pola były czerwone z powodu tej krwawej biegunki żołnierzy.   

Gdy po wojnie, zapadły polityczne decyzje,  że tam nie ma już Polski, Mama bez wahania zdecydowała się na  wyjazd. Rosjanie ją pytali , dlaczego wyjeżdża, przecież tam będzie tak samo jak tu, tylko wasz język. I właśnie dlatego wyjeżdżam, odparła. Podjęła kolejną heroiczną decyzję w życiu, bo zostawiła grób Wacusia i z Zenonem, który już miał 10 lat , po dwóch tygodniach podróżowania w bydlęcym wagonie znalazła się w ukochanej Polsce. Pociąg zatrzymywał się co kilka kilometrów i maszynista oznajmiał, że zabrakło paliwa. Na takie dictum, zarządzano zbiórkę butelek z wódką i po chwili pociąg ruszał.

Po roku spotkali się z Tatą, i postanowili rozpocząć nowe życie. Szukali miasta, które nie było mocno zburzone , bo na propozycję, którą otrzymał Tata od obozowego kolegi, a po wojnie  Ministra Komunikacji, by zamieszkać w Warszawie, Mama, po jednym pobycie w stolicy powiedziała: ruinę mam w sercu, nie mogę patrzeć na ruiny wokół. Wyjechali na Ziemie Zachodnie, które wówczas patetycznie nazywano Odzyskanymi. Zamieszkali w Gorzowie Wlkp. i w 1947 r. przyszłam na świat.

Rodzice mieli już wówczas 40 lat i traumę w sercu, więc wychowywałam się w smutnym domu.

Ale gdzieś na dnie duszy łaknęłam piękna, pewnie geny wędrowania Mamy i rzewny romantyzm Taty miały wpływ na moje zachwyty nad wolnym kiedyś ludem jakim byli Cyganie, obecnie zwani Romami. Dla mnie pozostaną Cyganami, bo nazwa pachnie dymem ich ognisk i cygańskim życiem pełnym barw….zresztą ich poetka, Papusza, która też zamieszkała w Gorzowie protestowała przeciwko nazywaniu jej narodu Romami, mawiała,  że od zawsze była Cyganką…zapraszam więc do mojej opowieści…

 

nibywóz cygański.JPG

 

 

Cyganie z mojego dzieciństwa.

 

Cygański zachwyt przyszedł do mnie we wczesnym dzieciństwie w beskidzkiej dolinie kamienistej rzeki .Potem byłam świadkiem gdy rodziło się gorzowskie Terno.

 

 

 

Lata 50 ubiegłego wieku. Duża wieś u podnóża Skrzycznego. Moje beskidzkie wakacje . Mam kilka lat , ale czuję , że tego lata coś się wydarzy. Niedługo przyjadą tabory , mówią mieszkańcy.  Mówią głosem  ściszonym i  niespokojnym . Wyczuwam też panujący wszechwładnie świąteczny nastrój . Więc bardzo czekam , czekam i  wypatruję.  

Wreszcie widzę , jak pewnego dnia  moje ciotki pospiesznie zbierają  śnieżnobiałe prześcieradła suszące się na trawie  . I  wzdęte wiatrem wiejskie koszule znikają ze sznurów.

Kury są zamykane w kurnikach , a na drzwiach spiżarni wiszą wielkie kłódki.

To  przygotowania na spotkanie z Obcymi.

Wreszcie ktoś woła , że  był  za górą i widział jak się zbliżają się.  Cyganie .Przed nimi tylko jeszcze jedna góra .

      Wczesnym mglistym świtem wybiegam nad rzekę. Rzekę ukochaną i kamienistą, gdzie płaskie kamienie zawsze zbieram i uważam , że to trójkątne zaczarowane sery.

Teraz o tych zabawach zapominam. Już czuję zapach dymów, potem widzę jak nocą zakwitła wielka  łąka. Ukrywam się za krzakami na przeciwległym do płaskiego zakola brzegu. Podpatruję. Kolorowe wozy , dużo wozów  z wielkimi oknami. Firanki jakby tiulowe, też barwne. Wielkie pierzyny i poduchy wylegują się w oknach. Dzieciaki biegają. Bardzo chcę tam być…chcę  być Cyganką….

 Wolną jak Cyganie  i    z wiatrem w szerokiej wielobarwnej spódnicy  wędrować gdzie  tylko nogi  poniosą. Żałuję , że się  urodziłam  w mieście i stale mieszkam w jednym domu, przy tej samej ulicy.

Widzę śniadych smukłych  nieznajomych  chłopców , którzy sprzedają piękne  złocistoczerwone patelnie. ..

I wszędzie słychać muzykę. Jak  bardzo dużo muzyki jest teraz w moich górach .

   Któregoś dnia przybiegam nad rzekę i jest pusto. Moi Cyganie nagle odjechali  , niepostrzeżenie i tajemniczo . Myślę więc o nich.  Widzę te niepowtarzalne cygańskie kolory z muzyką , tańcem i dymami ognisk. Wyobrażam sobie gdzie są , jaką ziemię i chmury teraz oglądają.

A wokół mnie  tylko cisza  , smutny spokój i góry nieruchome ….

 

I nagle ci tajemniczy Ludzie zamieszkali w Gorzowie. Nie mogłam zrozumieć dlaczego ktoś im zabronił  wędrowania. Dlaczego ktoś zmusił do porzucenia taborów  . I wolność w niewolę miasta zamienił. Zamieszkali obok nas , przy  ul Nowotki, obecnej Orląt Lwowskich , w pierwszej kamienicy od strony Askany i w pobliskim domu wzdłuż ul. Boh Warszawy.

Obok , za naszym podwórkowym murem wiecznie płakała rzeźnia.

Ten przenikliwy  płacz rzeźni stał się dla mnie  i pozostał  trwałym symbolem  zniewolenia .

   Obserwowałam tych nowych nieznanych mieszkańców. Nie budzili mojego lęku ani niepokoju. Przesiadywali milcząco i nieruchomo na podwórkowej ławeczce  domu na Boh. Warszawy. Wychodzili gdzieś i wracali. Barwy spódnic spłowiały .Tylko czasem słońce grało w  granatowych włosach. Tylko czasem jakieś oczy migdałowe popatrzyły spod  chusty.

Byli jak kwiaty ścięte i ustawione w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym wazonie. Do tej pory takie tzw”cięte „ kwiaty” wywołują ten obraz . Nie chcę kwiatów w wazonie.

 

Już nie chciałam być Cyganką. Bo moi gorzowscy Cyganie byli smutni i zniewoleni. Jak kwiaty zerwane i ustawione w niewłaściwym wazonie. A obok nas niezmiennie płakała rzeźnia.

     Pewnego dnia Matka pokazała mi kilku młodych cygańskich chłopców z sąsiedztwa. Zauważyła, że są bardzo urodziwi. I że uczą się w szkole muzycznej.

Od tej pory najbardziej wypatrywałam  jednego. Był  wysoki i szczupły  i miał delikatnie wyrzeźbioną głowę . Zapamiętałam jego długie lekkie bardzo miękkie i bezszelestne  kroki. Wyobrażałam sobie , że jest  jak   czujny  i nieujarzmiony przybysz z dalekiej nieznanej krainy.

Ten chłopak zwykle niedbale trzymał pod pachą futerał ze skrzypcami . Podobno był to Dębicki.

Czasami  szumiąc spódnicami przebiegała , nieomal nie dotykając ziemi młoda i bardzo piękna motylopodobna dziewczyna. Podobno to była Randia

Dopiero potem  dowiedziałam się , że wtedy właśnie w Gorzowie rodziło się Terno. Pierwszy zespół jeszcze  prawdziwych  Cyganów…

 A niedługo potem  przyszła do mnie poezja Papuszy. Jej gorzowskie  bolesne tęsknoty za wolnością . Jej opowieści o dziewczynach „o oczach jak czarne jagody”

 

Żyłam w pięknych niezapomnianych czasach . Czasach  o których teraz już  tylko opowiadać można…

Jestem szczęśliwa , że kiedyś dostałam od losu  i zachowałam to wspomnienie. Rytm i koloryt cygańskiego życia.

 

Teraz moja roczna Majka ,wnuczka, gdy porywającą muzykę usłyszy  , zaczyna  tańczyć . To jest dziwny i bardzo znajomy taniec . Najpierw  rytmicznie naprzemiennie tańczą jej barki, potem  ramiona i dłonie. Nigdy nie widziała Cyganów , nikt jej tego nie uczył i nie pokazywał.

Rodzina się śmieje, że to babcia cygański zachwyt w genach przekazała….

 taniec bdb.JPG

 

te dłonie zostały we flamenco.JPG

Wszystkie zdjęcia własne, wykonane za ustną zgodą organizatorów na festiwalu muzyki cygańskiej Romane Dyvesa w 2009 roku w Gorzowie Wlkp.

Na ostatnim ułożenie dłonie jak we flamenco…och, te klimaty