W Wieńcu Zdroju…

SAM_9421.JPG

Wieniec Zdrój, Sanatorium Zacisze, ponoć przeznaczone do wyburzenia

 

SAM_9402.JPG

Wieczorne Sanatorium Zacisze

 

SAM_9532.JPG

Park i nowy, jeszcze nieczynny  obiekt

 

SAM_9415.JPG

Pawilon zabiegowy  w kompleksie z sanatorium Tęcza

 

SAM_9447.JPG

Szlak w wienieckim lesie

 

 

Po wstępnym rozejrzeniu się i po zachwytach sosnowych zakwaterowaliśmy się zgodnie z rezerwacją w Sanatorium o dziwnej w tej kujawskiej okolicy nazwie Hel. Od razu przyszło skojarzenie z tym prawdziwym Helem, wąskim pasemkiem lądu pomiędzy zatoką Gdańską a Bałtykiem, z szumem morza, zatopionym miastem na końcu półwyspu a także fokami karmionymi o 14 czy 15 na oczach ludzi przez fajnych młodych pracowników Gdańskiego Uniwersytetu. Każda foka ma tam swoją tabliczkę, tzw. target. Gdy pracownik pokazuje odpowiednią, tylko ta jednak foka podpływa, dotyka nosem do swojej tylko swojej tabliczki, którą doskonale jak widać rozpoznaje i w nagrodę dostaje rybę.

   Ale ja jak zwykle popłynęłam dygresją. Więc wracam. No cóż, jak Hel to Hel. Ten prawdziwy. Ale ten wieniecki okazał się miły, z własnym klimatem. Jest niewielki, pokoik był całkiem całkiem  z dużymi  oknami wyprowadzającymi wzrok prosto na  sosny. Jakżeby inaczej?

     Wieniec Zdrój to ociupeńka miejscowość uzdrowiskowa położona wyraźnie  wyżej niż okoliczny Włocławek rozłożona na wydmach porośniętych lasami sosnowymi, muszę się powtarzać, bo to ważne,  przetkanymi nagimi o tej porze roku drzewami liściastymi , obejmowanymi za nogi przez rozłożyste jałowce. Na pniach drzew zaznaczono szlaki turystyczne, drogi rowerowe a także śmiesznie wyglądające  pieczątki z grzybami. Podobno lasy te rodzą obficie grzybowo i w sezonie ludzie zbierają tu mnóstwo różnej maści kapeluszowatych . Okna  sanatoryjnych obwieszone sznurkami z nanizanymi grzybami przybierają smak i zapach prawdziwego letniska. My na razie oglądaliśmy wytyczone drogi z pieczęcią grzybową na pniach , węszyliśmy zapachy zbutwiałych liści zmieszane z wonią wszechobecnej żywicy.

    W centrum  znajduje się  nieco wyżej położony niewielki park z młodymi nasadzeniami różanymi, magnoliowymi etc. Wszystkie roślinki miały jeszcze plakietki z nazwami. Oj, musi być tu cudnie, jak to wszystko zakwitnie. Teraz sobie to wszystko smacznie spało, tylko wielkie sosny sięgające nieba tam rosły , w pewnych odległościach jedna od drugiej tworząc z koron przepiękną podniebną sieć. Tak smak parku był niepowtarzalny, nie mówiąc o tym , że jak się okazało, jedynie tam miał zasięg mój telefon komórkowy, gdyż sieć T- mobile była poza tym nieosiągalna. Działał na szczęście Mirkowy Plus i ponoć jeszcze Play. Tak więc ów park stał się nam jedynym oknem na świat. Może to i dobrze, że należało wyleźć z domu i dam się udać by złapać zasięg. W ten sposób filtrowała się część informacji ze świata, które mogły zaburzyć wypoczynek , oszczędzając ludziom czasem niepotrzebnych emocji codziennego dnia toczącego się gdzieś daleko.

     Na obrzeżach parku znaleźliśmy tylko 4 sanatoria. Był tam pudłowaty czteropiętrowy , pokomunistyczny  Hutnik , położony najdalej, po drugiej stronie parku rozsiadła się niezła w kształcie architektonicznym  willa Zacisze. Jak się dowiedziałam,  ponoć ma zostać wyburzona. No cóż, czasem remont jest droższy niż wyburzenie i postawienie nowego obiektu. Nie wiem jak to będzie wyglądało, i pewnie niedługo moje zdjęcie będzie miało wartość historyczną . Za Zaciszem w głębi  był ukryty nasz Hel o którym już wspominałam. Nieopodal posadowiono nowiutki pawilon zabiegowy nieomal opierający się o ścianę lasu połączony ze starym, też odrestaurowanym w którym teraz  mieści się sanatorium Tęcza. Z zewnątrz Tęcza wygląda ładnie, ale ktoś mi powiedział, że niestety są tam pokoje bez łazienek. To piszę ze względu na informacyjny cel, jeśli ktokolwiek chciałby się tam wybrać, niech wie.

     Z każdego miejsca parku widoczny był nowy wielgaśny, chociaż 4 piętrowy obiekt, niestety nieco komunistyczny ale na szczęście balkoniasty w kształcie litery U, zwróconej brzuchem do przebiegającej  za prywatnymi domami szosy do właściwego Wieńca. Mirek obliczył krokami, że jedno ramię U ma długość ok. 120 m. Trwają tam jeszcze prace wykończeniowe, ponoć w maju ma nastąpić otwarcie. Jak głosi fama i ulotka będzie tam miejsce dla 900 kuracjuszy- 70 miejsc dla niepełnosprawnych, reszta to komercja no i NFZ. Jest tam basen i różne instalacje SPA- w tym fryzjer z kosmetyczką itd.

Dla nas jedynym plusem może być widok z najwyższych pięter, uwielbiamy takie no i oczywiście sąsiedztwo lasów.

Ten kolos budzi obawy, czy aby na pewno znajdzie się tylu chętnych by go zaludnić, ale pewnie nowy właściciel  całego uzdrowiska to sobie wyobraża. Nasz Hel ma być podobno zamknięty i remontowany, a willa Zacisze w ogóle zburzona. Pożyjemy, zobaczymy. Mirek zapowiada, że jeszcze odwiedzimy to miejsce. Tego nie wiem, ileż to razy tak planowaliśmy, a potem się okazywało, że stale nie przychodził ten czas.

Ale na razie Wieniec Zdrój na stałe zagościł w naszych sercach i żyje we wspomnieniach. I to dobre….

Powrót do Japonii. Uratowane Kioto.

SAM_9300.JPG

Uliczka w Kioto wiodąca do kompleksu świątynnego Kiyomizu-dera.     
Czyżby prawdziwe gejsze?

 

SAM_9188.JPG

Gejsza na makiecie przy uliczce

 

SAM_9301.JPG

 

 

SAM_9302.JPG

Na papierkach modlitwy wiernych

 

SAM_9303.JPG

Widok z tarasu. W dali miasto Kioto. kwitnące wiśnie-Sakura u stóp

 

 

I jesteśmy w magicznym Kioto. To dawna stolica Japonii nieomal cudem uratowana przed bombą atomową.  Zamierzałam opisać ten straszliwy sierpień 1945 roku, ale wyhamowałam. Bo i tak wystarczająco dużo mamy informacji o obecnej sytuacji w świecie, by się dołować jeszcze tym co było. Tak więc w skrócie. Minęły już trzy miesiące od zdobycia Berlina ale Japończycy nie chcieli podpisać kapitulacji. Słynęli z okrucieństwa wojennego , uporu i stałe bombardowanie ich miast przez Amerykanów nie odnosiło zamierzonego efektu. Podjęto więc decyzję użycia  bomby atomowej. Przedtem  sporządzono listę miast, na które ma być zrzucona. Na niej było właśnie  Kioto. Amerykańscy stratedzy wiedzieli, że miasto jest zbudowane z drewna i impregnowanego papieru, gęsto zaludnione co sprzyjałoby planom zlikwidowania ogromnej liczby japońskich cywili. Właśnie o to chodziło. I w ostatniej nieomal chwili amerykański sekretarz wojny który był fiszą w  komisji ustalającej cele przeznaczone do zniszczenia- Henry L. Simson, który przebywał z żoną w Kioto jeszcze w 1926 r. i zakochał się w tym mieście, spowodował, że zostało skreślone z listy celów.

Kioto zostało uratowane dzięki przypadkowi. Zdecydowały względy estetyczne ale nie humanitarne….

W tym uratowanym mieście znajduje się 1600 świątyń buddyjskich, 400 chramów shinto, liczne pałace, ogrody i oryginalna architektura. Większość obiektów wpisana jest na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO jako „ Historyczne Zabytki Starożytnego Kioto”.

Idziemy w kierunku   jednego z tych obiektów.

    Krajobraz tu przepiękny, nad miastem wznosi się teren górzysty, pokryty soczystą zielenią lasów. Jakże inny niż tereny nizinne widziane do tej pory. Przed nami wznosi się góra zwana Otowa a na jej zboczu widać już z daleka wieżyczki ochrą malowane i zielone dachy zabytkowego kompleksu świątyń zwanego Kiyomizu-dera.      

     Wąską stromą uliczką  podążamy w tym kierunku. Po drodze ustawiono duże makiety z wizerunkiem gejszy. Niestety żywej gejszy nigdzie nie widzimy a podobno w tym mieście są całe dzielnice tych kobiet wszechstronnie wykształconych kultywujących sztukę japońską.

      Jest pięknie, powietrze rześkie, świeże niczym nasze górskie, pod warunkiem, że nie dymią kominy domostw opalanych byle czym, co w Polsce zwyczajne.        

    Miejsce jest niezwykle klimatyczne. Czuję ożywiona a nawet podniecona tak, jak kiedyś w Delfach . Zresztą podobne jest położenie obu tych tak odległych miejsc- gdzie Grecja, gdzie Japonia . Lesiste zbocze góry , i zda się , że z ziemi wydobywają się opary , które mogą przynosić halucynacje, czego choćby doświadczała słynna Pytia. Tu jest jakoś podobnie, może tylko ja to tak odbieram . Czułam, pewnie jak i ci, którzy zakładali te świątynie, że gdzieś blisko jest bóg.  Pewnie dlatego też z uporem odbudowywano w tym miejscu świątynie. Ponoć Kioto słynie z parnych letnich nocy, z całkowicie nieruchomym powietrzem. Tego nie doświadczyłyśmy, ale to też wpisuje się w opisany klimat …

     I już jesteśmy na miejscu. Przed nami na różnych poziomach rozłożyły się  pawilony świątynne  wybudowane w różnych wiekach.

Zaczęło się od tego, że w 794 r.  mnich buddyjski otrzymał polecenie poszukania źródła krystalicznej wody, znalazł ją tutaj i  zbudował pierwszą świątynię.

W tym samym  roku cesarz Kammu przeniósł stolicę do nowej siedziby w Kioto, wówczas też pierwotny budynek podarował jednemu z wojskowych, który będąc wyznawcą Kannon, przekazał obiekt na główną świątynię bóstwa. Zabudowania niszczyły pożary, a ostatni w 1929 r. , był najgroźniejszy.

Odbudowywanie ponoć trwa nadal, chociaż nie widziałyśmy remontów ani bałaganu , który mógłby o nim świadczyć, co u nas nieomal zwyczajem jest.  

 

     W całym tym japońskim świątynnym kompleksie w Kioto najważniejsza jest wspomniana świątynia Kannon. To buddyjskie bóstwo dla jednych jest mężczyzną, dla innych kobietą. Wierni uzsadniają to tym,  że ich bóstwo osiągnęło taki poziom doskonałości, na którym sprawy płci już  nie odgrywają żadnej roli. Oj, gdyby żyli wtedy nasi wojownicy z gender , mieliby używanie…

Kannon jest uosobieniem miłosierdzia. Opiekuje się ludźmi potrzebującymi pomocy, a szczególnie chorymi, słabymi, ubogimi i matkami w ciąży. Przyjmuje trzydzieści trzy różne postaci . Do najczęstszych wyobrażeń należy Kannon o Jedenastu twarzach i Tysiącręka Kannon. Najważniejszym przedmiotem kultu jest posąg tego ostatniego wcielenia  , umieszczony w tutejszej świątyni, jednak nie jest pokazywany zwiedzającym.

      Nieopodal tej świątyni znajduje się wodospad o tej samej nazwie . Jego woda spada trzema strumieniami , które wpadają  do odrębnych stawów. Woda każdego z nich zapewnia co innego- zdrowie, długowieczność lub wiedzę. W zależności od tego, czego pragną pielgrzymi,  piją wodę z jednego z tych stawów. Wodospad widziałyśmy gapiąc się z wysokiego tarasu. Szkoda, że nie wiedziałyśmy o tych właściwościach wody, bo pewnie jak przystało na rdzenne Polki , wyżłopałybyśmy całą wodę ze wszystkich stawów . Oczywiście to miał być tylko taki nibyżart … 

     Obecny główny drewniany pawilon pochodzi z 1633 roku i posiada wspaniałe galerie widokowe, wsparte na sześciopiętrowej konstrukcji posadowionej na zboczu góry . Stąd podziwiamy panoramę miasta zatopioną w przedwieczornej mgiełce. Pachnie żywicą okolicznych lasów i drewna z budowli. Pawilon kryty dachem z drzewa cyprysowego. Tak właśnie,  nie dachówką były kryte budowle będące kiedyś własnością władcy Japonii. A była to część pałacowa cesarza. Większość zabudowań kompleksu została zmodernizowana przez szoguna z rodu Tokugawa , też w r. 1633.

     Na terenie Kiyomizu znajduje się jeszcze kilka świątyń. Między innymi shintoistyczna Jisu Jinja, poświęcona bóstwu miłości. Nieopodal jej znajdują się dwa kamienie. Jak wieść głosi pomagają w utrzymaniu szczęścia i powodzenia w związku a samotnym spotkanie ukochanej. Wystarczy przejść od jednego do drugiego głazu z zamkniętymi oczami, powtarzać imię ukochanej albo prośbę  i wszystko o czym napisałam się spełni.

     Chyba z nadmiaru wrażeń też tam nie dotarłyśmy. Jednak kilkugodzinna wizyta w Kioto, to za mało, by zrealizować wszystkie punkty wyprawy. Ale nic to. Może ktoś z naszych najbliższych lub dalszych znajomych tam dotrze i skorzysta z tego miejsca w sposób właściwy, nie tylko nasycając oczy…..

 

 

Powrót do Japonii. Na bankiecie.

 

SAM_9305.JPG

 

 

SAM_9306.JPG

 

 

SAM_9307.JPG

 

 

SAM_9308.JPG

 

 

SAM_9309.JPG

 

 

SAM_9310.JPG

 

 

 

 

 

 

Obrady  były zaplanowane na pełne trzy dni, potem miałyśmy jeszcze kolejne trzy dni na zwiedzanie no i może  skorzystanie z zaproszenia naszego nowego znajomego z samolotu..

Tak jak zwykle na kongresach bywa, wieczorem zawieziono nas gdzieś poza Nagoję, do restauracji na powitalną kolację . Pawilon , pięknie położony w jakimś niewielkim jak tu wszystko parku na ciupkiej wyspie oczywiście sztucznego stawu , miał typowo bardzo surowe, skromne, pergaminowe wnętrze. Tak jest zresztą w restauracjach japońskich, które znacznie później widziałam w Warszawie( chyba pierwsza była przy ul. Foksal). Nie widuje się tu   girland sztucznych czy nawet naturalnych kwiatów i innych podobnych ozdób, których nadmiar mamy teraz w Polsce.

Gdy weszłyśmy do sali, zaproszono nas do stołów. Rozejrzałyśmy się , gdzie te stoły ale  ujrzałyśmy jedynie niskie stoliki jak w przedszkolu. Przy tych krasnoludkowych stolikach widać było siedziska i oparcia krzeseł.  Jednak ze zgrozą zauważyłyśmy, że te krzesła nie mają nóg.

Widmo męki zawisło od razu, nieco psując nam humor. Usiadłyśmy więc , z trudem układając nogi, na szczęście byłyśmy jeszcze wtedy dość sprawne, więc udało się. Obserwowałyśmy jak inni układają nogi, wszyscy się wiercili, wszak większość to byli cudzoziemcy. Najpierw przysiadłam na podkulonych nogach, potem próbowałam układać je w bok, ale od razu drętwiały. W końcu , już nie wiem czy ja, czy siedząca naprzeciwko Kaśka wymyśliłyśmy, że należy je po prostu wyciągnąć przed siebie. Od razu ulżyło , należało tylko uważać, by nie uderzać sąsiada z naprzeciwka. W naszym przypadku raczej to nie groziło, bo miałyśmy stopy nieomal  pod nosem jedna drugiej.

   Rozpoczęła się uroczystość. Najpierw występy kolorowe, dziecięce, motylowe, szaty , instrumenty, śpiewy na świdrujących wysokich tonach i taniec. Piękne było , ale w końcu się skończyło. Potem Japonki stylizowane na gejsze roznosiły tace z jedzeniem, przy każdym człowieku przysiadając, gdyż jak wspomniałam stoliki były na wysokości chyba co najwyżej 30 cm. Bidulki musiały się nieźle nagimnastykować, my też. Ale cóż, tradycja, to tradycja. Pewnie dlatego tu wszyscy są zdrowi i sprawni, bo jedzą swoje morskie dziwolągi i zażywają dużo ruchu, obgadywałyśmy z Kaśką Japończyków.

    Zajęłyśmy się podziwianiem tego co na tacach. Oczywiście wszędzie były motywy z kwitnącą wiśnią, gdyż taka była ta szczęśliwa pora zjazdu. Miseczki, talerzyki z finezyjnie poukładanymi mikroskopijnymi daniami tworzyły uroczą całość. Kaśka, która jest jedzeniowym fanem rozpoczęła obfotografowywanie tych dań. Zaczęłam ją naśladować, bo występy utrwaliłam, ale nie przyszło mi do głowy, by posiłki też uwiecznić. Już nie wiem, które przedstawione tu zdjęcia są wykonane przeze mnie czy przez Kaśkę.

Spróbowałyśmy nawet zupy , jakby innej niż tamta z zepsutej soi, ale z trudem się wstrzymałyśmy przed wypluciem pierwszej porcji. Poskubałyśmy trochę ryżowych kulek, jakieś zieleniny okazały się nawet pyszne . Wodorosty w długich płatach suszone bardzo smakowały , były chrupkie i pikantne, chociaż niosło od nich rybą. Wkrótce takie zakupiłam i przywiozłam do kraju by poczęstować bliskich.

Na szczęście niebawem wszyscy  zaczęli się podnosić, z trudem rozprostowując zdrętwiałe kości. Impreza dobiegała końca….a wieczorem , w hotelu opychałyśmy się bułkami. No cóż nasze sadełka tego się domagały…

Powrót do Japonii. Lądujemy.

SAM_9325.JPG

 

 

SAM_9323.JPG

Widoki z okna samolotu. Góry Japonii. Na drugim zdj. stożek Fudżi. Za chwilę lądowanie…

 

 

 

 

Obudziły nas stewardessy, oznajmiając, że już dzień. Zdjęliśmy gustowne opaski z oczu, które nam przedtem wręczono, wysupłaliśmy się z koców i przydzielonych  skarpet, bo noc była zimna, wszak za oknem minus 50 stopni bywa a może nawet poniżej. Podnieśliśmy zasłonki z okien , buchnęła jasność  słoneczna.

Noc została w kraju a tu  był dzień.

W świetle dnia wszystko stało się przejrzyste, spokojne i miało inny wymiar.

Z Kaśką spotkałyśmy się pod toaletą i ustaliłyśmy, że jednak warto pogadać z poznanym Polakiem.

Tak też zrobiłyśmy, zagadując gdzie mieszka etc. Ucieszył się ogromnie i chętnie opowiadał. Jego egzotyczna uroda w świetle dnia nieco zbladła,  wyjaśnił, że urodził się na południowej granicy polsko- ukraińskiej, w czasie akcji Wisła jego rodzinę przesiedlono do Górowa na Warmii. Tam część pozostała a on z matką wyjechał do Kanady. Ot, taki często spotykany szlak ludzi stamtąd wypędzonych.

Studiując w Kanadzie, dostał stypendium do Tokio. I tam poznał swoją obecną żonę, która z miłości  ale jak twierdzi z nagłego natchnienia porzuciła swoją religię shinto i została bardzo pobożną chrześcijanką.

Stefan, bo tak miał na imię nasz profesor oznajmił, że się nami zaopiekuje w swoim rodzinnym teraz mieście  Nagoi. Wprawdzie miałyśmy już opracowaną trasę dojazdu z lotniska do hotelu, ale chętni przystałyśmy na propozycję  już zaciekawione nową sympatyczną znajomością. Profesor dał nam swoją wizytówkę z numerami telefonów, obiecałyśmy zadzwonić po obradach kongresowych.

    Tymczasem za oknem samolotu zniżającego swój lot, pojawiły się góry Japonii , przez moment przesunął się samotny stożek najwyższego szczytu Fudżi ( 3776 m.n.p.m).  

Byliśmy już nad wschodnim krańcem Azji, nad zachodnim Pacyfikiem a czułyśmy się jakby to był sam kraniec świata.

Za chwilę staniemy na tej egzotycznej , dziwnej, niepokojącej ziemi. W kraju leżącym na styku płyt tektonicznych, osaczeni zasięgiem „ ognistego pierścienia Pacyfiku” z  trzęsieniami ziemi, falami tsunami, wybuchami wulkanów i sierpniowo wrześniowych wizytami tajfunów. Na szczęście był kwiecień, miesiąc tu najspokojniejszy , więc czekałyśmy na spotkanie z Japonią bez lęku, coraz bardziej zaciekawione i właściwie radosne.

    Jak teraz doczytałam w Wikipedii , poza 4 dużymi wyspami (Hokkaido, Honsiu, Sikoku i Kiusiu), o czym wiedziałam, Japonia posiada jeszcze 6848 mniejszych wysp, tworząc łańcuch na długości 3,3 tys. km.  Wszystkie wyspy są   pokryte wysokimi górami . Dlatego połowa ludności mieszka w wielkiej ciasnocie na 13 % powierzchni kraju , zasiedlając  wąski nadmorski pas nizin rozciągających się od Tokio a Osaką i Nagoją, do której teraz zmierzaliśmy.

Jaka będzie dla nas Japonia w te siedem dni pobytu ? Czy chłodna jednakowym dla nas wyglądem ludzi, wiecznie zapędzonych czy znajdziemy jakieś ciepło? Spotkanie w samolocie napawało optymizmem, ale jak będzie naprawdę?

Z takimi pytaniami oczekując na lądowanie  usłyszałyśmy dyspozycję” zapiąć pasy” i po chwili  samolot usiadł lekko na płycie lotniska. cdn

 

 

Trzej Królowie przybyli….

Trzej Królowie przyszli….

 

P1050282.JPG

 

 

Już minął rok gdy z wielkim zapałem opisywałam to Święto . Nawet z ciekawości zajrzałam do tego tekstu zamieszczonego w rozdziale ” jeden taki dzień”

W tym, 2015 roku już było spokojniej. Jak wszystko na tym świecie gdy jest powtarzane, powszednieje i lśni słabszym blaskiem. Może dlatego, że nie byłam na ulicach Warszawy, gdy wędrował barwny i radosny pochód a tylko echo telewizyjne śledziłam. A może z wiekiem człek staje się mniej wrażliwy. Nie wiem.

Poprzedniego dnia wieczorne niebo było pomalowane cudnie, a od rana pogoda wesoła, słoneczna , mroźno ale słońce grzało mocno. Potem cały ten dzień piękny.

Bo stało się to co niezbadane, ale radosne . Właśnie przyszli Trzej Królowie .

A z nimi przyszła na świat nasza kolejna Wnuczka.  Najwyraźniej Trzej Królowie ją przynieśli ku naszej radości. A może takie myślenie jest swoistą butą. Może to był tylko bocian, chociaż w styczniu musiałby być to tylko jakiś maruder. Kapusta na polach też mało dorodna, zimowo zbutwiała. Pozostał tylko zimorodek, którego wypatrzyła synowa gdy poczuła ruchy dziecka. Niezwykły ten gość, właściwie nigdy przedtem tu nie oglądany przelatywał pomiędzy sosnami niedalekiego lasu.

Ostatecznie nie wiemy KTO sprawił, poza marzeniami rodziców, że przed 6 laty, dokładnie 6 stycznia nowa dziewczynka a po 4 latach i 4 dniach chłopczyk zaszczycili nas swoją obecnością.

Dostali imiona, które wg księgi imion dają im wielką wrażliwość na problemy innych ludzi, na przyrodę i jej piękno, pracowitość i niestrudzone realizowanie zadań życiowych.

Tak więc, myśląc, że tacy będą w dorosłym życiu i wierząc, że to właśnie Trzej Królowie w swojej łaskawości wrzucili do tej rodziny odrobinę mirry, kadzidła i oczywiście złota w ten deszczowy poświąteczny dzień siedzę przed komputerem i piszę te słowa….

 

 

P1060291.JPG

 

 

maja 8.JPG

 

 

800px-Alcedo_atthis_3494.jpg

 

 

P8210243.JPG

 

 

P1192160.JPG

 

Jak dobrze mieć rodzeństwo!

 

 

Powroty do Raciążka.

P4190809.JPG

Widok ze wzgórza, gdzie Raciążek. Blado błękitna wstążka Wisły przecina lasy

 

 

P4190813.JPG

Ciechocinek w dali

 

 

Gdy miałam kilkanaście lat, odwiedziłam Rodziców, którzy przebywali na leczeniu sanatoryjnym w Ciechocinku.

Nie interesowała mnie historia tych ziem, ale lubiłam wypatrywać ciekawe miejsca, wędrówki i w ogóle rozglądanie się po świecie. Ciechocinek nie bardzo mnie zaciekawił . Bo teren monotonny, depresyjny nawet niektóre ładne budowle sanatoryjne obejrzałam jednym okiem.

Rozglądając się po smętnym widnokręgu nagle ujrzałam znaczne wzniesienie , jakby cypel samotny zielony czy wielki okręt wcinający się w tę ponurość krajobrazu. Niewiele myśląc pomaszerowałam w tym kierunku.

Na rubieżach Ciechocinka , gdy mijałam ostatnie domostwa, i wspinaczka na wzgórze była niebawem, nagle pojawiły się sady. Wielkie mnóstwo drzew owocowych , jabłoni obsypanych kolorowymi owocami . Żadnych domów wokół, teren bez ogrodzenia wydawał się bezpański. Nie wiem czy był bezpański, ale ja niewielka nastolatka tak to odbierałam. Wydawało się, że jestem w Tajemniczym Ogrodzie, którą to książką była wtedy zauroczona, co mi pozostało do dziś. Nie zapomnę tego zjawiskowego widoku opuszczonych sadów, które układały się u podnóża owego cypla. Weszłam pomiędzy drzewa, z nabożnym skupieniem i poczuciem że dotykam jakiejś tajemnicy. Jabłka leżały na ziemi, podnosiłam i chrupałam zachwycając się ich smakiem i wonią.

Ale cel wędrówki był jeszcze przede mną, więc opuściłam to zaczarowane miejsce i wdrapałam się na stromy i wysoki brzeg tego cypla.

I nagle otworzyła się przede mną inna, magiczna kraina. Na grzebiecie wzgórza  rozsiadło się niewielkie miasteczko i sennie oglądało okoliczne miejscowości  położone w dole.  , jak Ciechocinek czy Nieszawa. Nagle się budziło, gdy słońce wpadało do rzeki i wówczas wielkie lśnienie tylko było i zachwyt jaka piękna jest tutaj Wisła…

Łazikowałam sobie po tym do patelni podobnym terenie, zaglądałam w różne zakamarki aż wreszcie dotarłam na miejscowy cmentarz a potem rozsiadłam się na ceglanym murku zburzonego przed laty bardzo starego zamku. Było sennie i rozkosznie. Jednak trzeba było się zebrać w sobie i energicznie wyruszyć w drogę powrotną, bo być może niepokoili się o mnie  Rodzice. Tą wyprawę z dzieciństwa mam stale zapisaną w pamięci, a w niewielkiej kolekcji podobnych wydarzeń zajmuje jedno z pierwszych miejsc….Tęskniłam za tamtym czasem, miejsce, słonecznym lenistwem i wstęgą złożoną z samych błysków na Wiśle…

     Bo bardzo wielu latach, chyba 50, udało mi się tam wrócić . Zaprosiłam na tę wyprawę   towarzyszy sanatoryjnych . Oczywiście już nogi nie te co kiedyś, nie wytrzymałby takiej trasy pieszej, więc pojechaliśmy  samochodem.

Raciążek okazał wielką łaskawość, bo pokazał się w całej krasie i był taki sam jak kiedyś- uroczy…Wszyscy byli nim zachwyceni, bo miejsce przepiękne.

Oczywiście odwiedziliśmy kościół z XVII wieku, cmentarz z niezapomnianym grobem pszczelarza , który otrzymał kamienny ul na wieczne czasy….i wreszcie ruiny zamku. Poczytałam na jego temat i o nim wspomnieć teraz. W miejscu, gdzie teraz ruiny stanął w XIII wieku gród drewniano ziemny wzniesiony prawdopodobnie przez biskupów kujawskich. Miejsce wybrano nieprzypadkowo, bo z uwagi na położenie było łatwe do obrony i widok stamtąd był na daleki horyzont. Jednak to nie pomogło, gdyż w 1330 roku wprawdzie po długim i powtórnym oblężeniu gród został zdobyty przez Krzyżaków.

Prawdopodobnie biskupom zależało na posiadaniu w pobliżu Włocławka, kolejnej własnej rezydencji. Na pewno zamek wzniósł biskup Maciej z Gołańczy, który zmarł w 1364 roku, a jego następcy zamek rozbudowywali, dodali też oni mury na obwodzie posesji wzdłuż krawędzi zbocza a potem wieżę.

To tutaj odbywały się rokowania z Wielkimi Mistrzami  w czasie poprzedzającym wielką wojnę z zakonem krzyżackim. Przebywała tu Jadwiga i Władysław Jagiełło, pertraktując zwrot ziem polskich ( bobrzyńskiej i dobrzyńskiej).

W XVI wieku rozbudowano zamek i przekształcono wnętrza tak, by powstała późnorenesansowa  rezydencja o charakterze obronnym. Dodano wieżę bramną przy suchej fosie.

Jednak u schyłku XVII wieku zamek został opuszczony, a zabudowania gospodarcze rozebrano.

W początkach XVIII wieku Felicjan K. Szaniawski wzniósł drewniany budynek poza terenem zamkowym a w 1720 biskup Krzysztof Antoni Szembek na zniszczonych murach głównego budynku zamkowego wzniósł pałac barokowy.

Po rozbiorze Polski, w r. 1804,  władze pruskie rozpoczęły rozbiórkę pałacu by wykorzystać jego materiał budowlany.

W latach 1978- 1985 prowadzono na tym terenie badania i w efekcie zabezpieczono ruiny jako trwały obiekt turystyczny.

     Trudno było się oderwać od tego magicznego miejsca, wzgórza jak samotny okręt na równinie i wiślanym horyzontem. Ale niestety czas wyprawy minął. Wróciliśmy więc na smętne równiny, unosząc pod powiekami zapamiętane widoki, zdjęcia w aparacie fotograficznym czekały.

Tak, Raciążek jest miejscem do którego będziemy wracać, bo warto, bo magiczne, niepowtarzalne. Jeśli nie w realu, to jedynie wirtualnie.

 

 

P4190847.JPG

 

 

P4190827.JPG

 

 

P4190838.JPGP4190823.JPGP4190838.JPGP4190863.JPGRaciązek.JPG

 

P4190852.JPG

 

 

Jeszcze raz o Parku Wiosny Ludów w Gorzowie.

Twoje czerwone kasztanowce(2).jpg

Zdjęcie od goni z kasztanowcami czerwono kwitnącymi

 

parkGorzĂłwStare.jpg

 

 

ParkRóşStare.jpg

Stare gorzowskie pocztówki z portalu fotopolska.eu. W tamtych czasach Gorzów nazywał się Landsberg a.Warthe i tak nazwa tu figuruje

 

 

 

W centrum miasta  na powierzchni 4.7 ha, pomiędzy ulicami Kosynierów Gdyńskich ( gdzie był mój pierwszy dom), Sikorskiego( za moich czasów zwany ul. Wandy Wasilewskiej), Strzelecką, Wybickiego i Łokietka  w 1913 r. poprzedni mieszkańcy miasta- Niemcy założyli park. Teraz jest już nasz, pomimo tego, że pamiętamy. Ot takie koleje losu…

W uroczy sposób zagospodarowano  teren  wówczas podmokły wokół istniejącego stawu i przepływającej przez jego wody rzeczki Kłodawka. W okresie międzywojennym i krótko po wojnie mieściło się tu zoo.  Czytam w necie , że w okresie „1960-1964 park przeszedł gruntowną modernizację i renowację”. Niewiele pamiętam z tego okresu, bo już mieszkaliśmy u podnóża wzgórza, gdzie koszary usadowiono  przy ul. Nowotki ( obecnej Orląt Lwowskich) i biegałam  do zawarciańskiego LO . Do tego parku zaglądałam niezbyt często. Pomnę jedynie usypany  wtedy płaski szeroki wał na obrzeżu( przedtem chyba była tam wilgotna trawiasta nieciekawa niecka) i jakieś instalacje huśtawkowe dla dzieci. I nowe nasadzenia kasztanów . Park Róż położony obok powoli się degradował. Obserwowałam ze smutkiem jak znikały białe pergole a z nimi feerie pnących róż, fontanna wyschła i jedynie nikłe krzaczki różane oraz to co miałam zapamiętane pod powiekami przypominało dawną świetność.

   Gdy odwiedziłam moje miasto rodzinne po 40 latach nieobecności od razu pobiegłam do tego parku. I znalazłam swoje dziecięce ślady, chociaż już wierzb płaczących na wyspie nie ma. Trudno się dziwić, bo na zdjęciu które zamieściłam w poprzednim wpisie, zdjęciu z lat ubiegłego wieku widoczny tam pień wierzby jest wyraźnie spróchniały. Trochę żal, że nie posadzono nowego takiego samego drzewa, ale cóż, panta rei , rośnie inne drzewo okazałe i smukłe . Ale na otarcie moich łez  znalazłam te same, teraz już wiekowe przepiękne platany . Tak jak kiedyś zgodnie z pięknym projektem okalają położoną wzdłuż rzeczki Kłodawki aleję spacerową. Teraz we wspomnieniach wracam do tych platanów.  Nie wiem czy wtedy, jako dziecko tak je postrzegałam . Ale gdy dziś oglądam zdjęcia sprzed 6 lat, nieodmiennie przychodzi do mnie to samo skojarzenie jak wtedy gdy je zobaczyłam po latach. To wielkie  damy w srebrnych obcisłych sukniach z wąskimi rękawami, które zastygły w tajemnym tańcu czekając na muzykę. Cudne są. I trzeba stanąć i czekać. Może zatańczą. I stałam długo i czekałam…. I choćby tylko dla nich warto odwiedzić Gorzów. Dorodnie rosną też kasztanowce. Zawsze tam były. Otaczały staw.  Obsypane oryginalnym bo nie zwyczajowo białym ale różowym kwieciem widać na zdjęciu, które dostałam od goni. Te kasztany pamiętałam od zawsze. Ilekroć gdzieś byłam wiosną, rozglądałam się czy ujrzę podobne. I rzadko to się zdarzało. Gdy opuszczałam Gorzów, nasadzono nowe też tego gatunku i teraz pięknie wyrosły. Są wielkie i dojrzałe…prawie tak jak my….

      I jeszcze jeden spacer, w stronę ulicy Sikorskiego, gdzie przy wejściowej bramie niegdyś posadowiono na palach wbitych w dno Kłodawki restaurację o romantycznej nazwie Wenecja. Już kiedyś opisałam nasze pierwsze klasowe tam wyjście gdy nasza nowa wychowawczyni pani Halina Majchrzycka, kobieta wielkiej elegancji zauważyła, że jesteśmy zielone ofermy i uznała, że należy wprowadzić nas w wielki świat. Mój Boże, przecież mieliśmy już może po 15 lat bo byliśmy w Liceum. I ona zarządziła to wyjście i przybyliśmy w mundurkach i droga od drzwi restauracji do przeciwległego końca Sali wydawała się w długa jak wieczność i usiedliśmy przy stolikach i już nie wiem co, chyba herbatę piliśmy. Niezręczni, zieloni. Czy śmiać się czy płakać nad nami. Nie wiem. Patrząc na dzisiejszą młodzież. A może to właśnie było fajne, że smakowaliśmy życie powoli mając czas na rozkoszowanie się i zapamiętanie takich wydarzeń , pierwszych nowych niezwykłych.  Wenecji już dawno nie ma. Pewnie zgniły pale a odbudować nie miał kto. Ale naprzeciwko wybudowano okazałą bibliotekę o ładnej , nie zaburzającej oglądu parku bryle. A przy niej pomniczek poetki cygańskiej – Papuszy, która spędziła wiele lat w Gorzowie. To wszystko jest dla mnie nowe, ale od razu stało się  bliskie sercu.

    Pomimo tego, że Gorzów niewiele przypomina miasto z czasów mojego dzieciństwa , rozrósł się na okoliczne wzgórza, park nadal pozostaje związany ze ścisłym  centrum. Stąd niedaleko do XIV wiecznej Katedry i moich ulic magicznych kiedyś….i dlatego przedtem napisałam o smutnej michałowickiej ulicy Parkowej i o wrażeniach z gorzowskiego dzieciństwa i bajkę o wyspie na stawie. Tak sobie napisałam, właściwie dla siebie, by utrwalić to co piękne i zamknąć w słowach to co moje…

 

 

Twoja wyspa.jpg

Zdjęcie od goni. Aktualnie tak wygląda wyspa , w tle czerwono kwitną kasztanowce

 

P6160912.JPG

Gmach biblioteki( dla mnie nowy). Zdj własne z 2008 r.

 

Papusza,jeden ze zwykłych pomników (dla ludzi).jpg

Cygańska poetka Papusza przysiadła nieopodal biblioteki( zdj własne z 2008 r.)

 

PlatanyG1.JPG

 

 

PlatanyG..JPG

 

 

P6160933.JPG

Platany w tańcu. Zdj własne z 2008 r.

Sen ulicy Parkowej.

Zdjęcie0214.jpg

 

 

Jest w Michałowicach ulica Parkowa….

Kiedy się rodziła, jeszcze nieświadoma  była co ją czeka, ale czuła, że będzie jej dobrze w tym miejscu.

Osiedle było nieduże właśnie powstawały urocze uliczki z przylepionymi do nich domkami przy których właśnie wyrastały drzewa i krzewy.

Na chrzcie nadano jej piękne imię- Parkowa.

Gdy dorastała była dumna z tego, że nie nazywa się Raszyńska, Wesoła, Szara czy nawet Spacerowa. Parkowa brzmiało elegancko, melodyjnie ale i dostojnie .

I wówczas zaczęły się jej sny.

Śniła nocą i dniem na jawie, że towarzyszką jej będzie park.

Wielki park jak michałowickie zielone oko postrzegane z okien samolotów, które nawiedzają to miejsce często z racji pobliskiego Lotniska na Okęciu. To zielone oko powinno mieć źrenicę – czarną przepastną jeziorną toń z łabędziami albo ostatecznie kolorowymi kaczkami. A może to tylko byłaby błękitna wodna tęczówka z wyspą czarniawą i wierzbami płaczącymi na niej…

Ależ się rozpędziłam. To przecież mój sen na jawie, park z mojego dzieciństwa- gorzowski Park Wiosny Ludów ….

Jednak jestem  pewna, że to jest także sen ulicy Parkowej w Michałowicach .

Ale na razie ten park jest tylko wyobraźnią malowany, a w realu dookoła  pola i nieużytki.

Przytula się więc do nich taka kostropata, żwirowodziurowa ulica o dumnej nazwie. I tylko czasem słońce przejrzy się  w lustrze  jej  kałuż , kolory wrzuci, ogrzeje i przemknie dalej. A czasem zatrzyma się jakiś człowiek, bo ma czas, bo refleksje, bo aparat fotograficzny i piękne ma wspomnienia z młodości…

 

 

SAM_5852.JPG

 

 

P3.JPG

 

 

P.JPG

 

 

P2.JPG

 

Smętne rozmyślania przy bunkrach w Jastarni

SAM_8014.JPG

Polski bunkier Sęp leży na nadbałtyckiej plaży w Jastarni…

 

 

A miało być o bardzo odległych dziejach Półwyspu Helskiego i Jastarni . Nie udało się , bo wczoraj  wędrując plażą w kierunku Władysławowa nagle ujrzeliśmy bunkier na plaży. Co prawda przed bardzo wielu laty  tam byłam, potem czytałam o jakiejś niedawnej aferze z zasypaniem ziemią gdy lasy zmieniały właściciela i odkopaniu po protestach ludzi pielęgnujących tradycje militarne .

Pomimo tego, nie daje się hamować emocji , gdy nagle wyrasta przed nami taka budowla.

Potem kolejna i kolejna…

I przychodzi myśl po co nam to było? Tym bardziej, gdy czytam, że Polska nie zdążyła ich wykorzystać w czasie II wojny światowej bo  planowano ukończenie budowy dopiero w listopadzie 1939 roku  a wojna wybuchła 1 września i miała określony scenariusz. Po prostu byliśmy za słabi by pokonać najeźdźców. I taka jest prawda. Gdy teraz słucham, że mamy zwiększyć wydatki na zbrojenia wątpliwości same przychodzą do głowy. Przecież wtedy też mieliśmy sojusze…. I właśnie o tym myślę patrząc na bunkry w Jastarni….

Dla moich dzieci i wnuków ale przyznam, że także i dla siebie porządkuję wiadomości nt obrony Helu w 1939 roku. W tym miejscu przepraszam tych, którzy to wszystko wiedzą- nie obraźcie się mili…..

 

A było tak:

Przed II wojną światową granice Polski wyglądały inaczej niż dziś. Mieliśmy tylko maleńki skrawek wybrzeża Bałtyku z pięknym nowym portem w Gdyni.

Ponieważ był on położony  bardzo blisko granicy z Niemcami w wyobraźni wojskowych istniała konieczność wybudowania bazy marynarki wojennej, z której można by było prowadzić obronę tego miasta.

I dlatego m.in. wybrano  leżący po drugiej stronie zatoki Gdańskiej polski wtedy Hel, bo obok prowadziła droga morska z  Morza Bałtyckiego do Gdyni i Gdańska.  Zamknięto tedy ten obszar od strony półwyspu  a  do wejścia czy wjazdu konieczne było posiadanie przepustki. Wybudowano tam  port wojskowy a na wydmach zainstalowano wielkie działa ( bateria im. Laskowskiego) , które mogły ostrzeliwać statki podążające w kierunku Gdynie i  wolnego wtedy  miasta Gdańska, ale znajdującego się pod dużymi wpływami Niemiec.

      By osłonić Hel od strony Władysławowa rozpoczęto budowę bunkrów w Jastarni  układających się w poprzek półwyspu, który tu miał szerokość 450 m . Realizowano projekt inżynierów wojskowych mjr saperów Szmidta oraz mjr Draguły. Prace rozpoczęto 15 maja 1939 roku, w dniu rozpoczęcia wojny , 1 września bunkry były już wzniesione, pięknie nazwane nawet, chociaż jeszcze nie wyposażone w urządzenia wentylacyjne i część uzbrojenia.

     Jednak zarówno data rozpoczęcia wojny jak i jej błyskawiczny rozwój spowodowały, że bunkry okazały się niepotrzebne.

 Bo wkrótce część  Polski była zajęta przez Niemcy a po od 17 września pozostała część przez  ZSRR. I nie pomogły żadne sojusze….

Hel, ta główna baza Polskie Floty Wojennej był  atakowany przez Niemców z powietrza i morza . A  8 września został izolowany od lądu na wysokości Swarzewa i Władysławowa z kontrolowaną Zatoką Pucką przez korpus gen von Kaupischa 

Od 21 września pancerniki „ Schleswig-Holstein” i „Schlesien” rozpoczęły ostrzał  Helu zmagając się z działami polskiej baterii cyplowej im. Laskowskiego .

25 września 1939 r.  został trafiony niemiecki pancernik „Schleswig-Holstein”.

Polski dowódca baterii , kpt. marynarki Zbigniew Przybyszewski został ranny , ale po opatrzeniu ran na własną prośbę wrócił na stanowisko bojowe.

30 września Niemcy zdobyli leżące na Półwyspie Chałupy a wycofujące się wojska polskie wysadziły zaporę z głowic torpedowych , przerywając ciągłość Półwyspu co zatrzymało lądowy pochód Niemców.

Jednak po upadku Warszawy i Modlina, a także z powodu braku żywności i amunicji sytuacja obronna stała się beznadziejna. I wówczas polski kontradmirał Józef Unrug podjął  decyzję poddania się.

1 października wstrzymano po obu stronach ogień.W Grand Hotelu w Sopocie polscy komandorzy Stefan Frankowski i Marian Majewski,  złożyli podpis na akcie kapitulacji w obecności  niemieckiego kontradmirała Huberta von Schmundta .

Wieczorem wypłacono obrońcom pobory za trzy miesiące z góry , rozpoczęto niszczenie akt sądowych i osobowych i przez całą noc zakopywano i zatapiano sprzęt..

2 października o godzinie 10 wkroczyli do Helu Niemcy , którzy jeszcze długo poszukiwali ukrytych dział, nie wierząc , że obrońcy Helu mając do dyspozycji jedynie cztery armaty Boforsa mogli skutecznie trafiać w okręty wojenne i zatopić jeden trałowiec….

 

Bunkry w Jastarni wybudowane przez bardzo młodą wtedy Polskę wielkim nakładem sił i środków, od 1940 r. do końca II wojny światowej  służyły Niemcom….jedynie Niemcom….

 

I gdy  tak stoję obok bunkrów w Jastarni, nigdy niepotrzebnych trudno się dziwić , że rozmyślam o naszych czasach, sojuszach, strojeniu piórek, zbrojeniach….chciałabym nie mieć racji…

 

 

Poland1939_physical.jpg

Obszar Polski sprzed II wojny światowej ( zdj z Wikipedii)

 

 

SAM_8057.JPG

 

Zdj tablicy przy szlaku militarnym w Jastarni. Cztery polskie przedwojenne bunkry o pięknych nazwach. Sęp na wybrzeżu Bałtyku, Sokół od strony Zatoki Puckiej…

 

 

SAM_8041.JPG

 

SAM_8031.JPG

Sęp z bliska

 

SAM_8052.JPG

 

 

SAM_8045.JPG

Saragossa zwana też  Saratoga ( od miejscowości w Stanach gdzie Tadeusz Kościuszko budował linie obronne)

 

 

SAM_8061.JPG

Bunkier Sabała, gdzie jest Muzeum, otwarte jedynie w sezonie letnim. Teraz niedostępne od strony morza, z powodu głębokich rowów w których światłowody będą…dlatego zdj z daleka

 

 

SAM_8020.JPG

 Nie dotarliśmy do Sokoła, wróciliśmy na plażę…..

” Tych lat nie odda nikt…”

PA100720.JPG

Ulica Południowa w Godziszce prowadząca w góry, na Siodło, Skrzyczne, Skalite….

 

 

 

Dzisiaj Irena Santor śpiewa w mojej głowie: „Tych lat nie odda nikt”….

     A ja wcale nie chcę, by ktoś oddał mi tamte lata. Lata dzieciństwa.

Bo one były, piękne, wonne, pełne utrwalonych w pamięci obrazów i smaków. Były tak piękne, że powtórka nie jest potrzebna.

Zresztą one są. Utrwalone w mojej pamięci, pisaniu, zdjęciach widzianych kiedyś oczami dziecka pejzaży. Pejzaży  stworzonych z gór, mgieł , chmur , wioseczek z maleńkimi domkami nanizanymi na grzbiety sfałdowań dna Kotliny Żywickiej, zawieszonych gdzieś na zboczach z łyskającymi nocnymi światełkami, gdzie ludzie podobnie jak przed wielu laty toczą swoją ziemską dolę.

Zdjęcia tych widoków takich samych jak kiedyś,  wykonuję teraz. Mam takie szczęście, że dożyłam czasów kiedy technika popędziła do przodu i w kieszeni czeka czujnie aparat cyfrowy z niewielkim wprawdzie zoomem  i możliwością oglądania fotografii na gorąco . Aparat fotograficzny  z mojego dzieciństwa i młodości to zawieszona na szyi mojego Taty Zorka a potem Verra . Sprzęt ten z czułością i nabożeństwem nieomal, pielęgnowany przez właściciela, z wkładanymi filmami i całą czarodziejską procedurą wywoływania którą obserwowałam w naszej zaciemnionej specjalnie gorzowskiej łazience mieszkania  przy dawnej ulicy Nowotki a teraz Orląt Lwowskich. Mój Czarodziej- tata pracował a ja z zapartym tchem obserwowałam moment kiedy na papierze zanurzonym w płynie płaskiej kuwety stopniowo pojawia się obraz. To były cudowne magiczne chwile….

 ….może kiedyś moje dzieci, wnuki czy nawet prawnuki zapamiętają to co im pokazałam, o czym opowiadałam,  poczytają to co piszę, obejrzą zdjęcia.

A jeśli to nie przetrwa, to po prostu tutaj wrócą i znajdą ślady Beskidzkich prapradziadków, Stefki Łukaszewicz z domu  Jakubiec ( tych od Kruczków, jak tutaj się mówi) urodzonej w Godziszce.

I tak jak my teraz staną na wznoszącym się tu zboczu góry  i będą patrzyli na całą  Kotlinę Żywiecką, prawie taką jak kiedyś, i góry i mgły i wioseczki na horyzoncie i światełka zapalające się na górach…i wtedy wrócimy….

 

 

P5021549.JPG

 

w dali Beskid Żywiecki- Pilsko, Romanka i po lewej zarys zbocza Babiej Góry…domki Lipowej nanizane na sfałdowanie Kotliny Żywieckiej…

 

 

Babia.JPG

Babia Góra…widok ze zbocza Skalitego…

 

P5071731.JPG

Widok ze zbocza Skalitego…wioski u stóp – Godziszka, Słotwina, Lipowa…

 

P5071730.JPG

Zdjęcie jeszcze wiosenne- Widok ze zbocza Skalitego- Jezioro Żywieckie w dali, Godziszka u stóp….

 

PA040343.JPG

Zdjęcie jw. z większym zoomem…

 

 

 

SAM_7046.JPG

Kościół w Pietrzykowicach( pod Żywcem)…autostrada w budowie…znak czasów…