Cud Bożego Narodzenia

Kochani tu obecni i zaglądający przypadkiem.


Życzę – by się spełniały Wasze Najpiękniejsze Sny.

Bo BOŻE NARODZENIE to OPTYMIZM i WIARA, że można wszystko zmienić, ZACZYNAĆ OD NOWA a jednocześnie ZACHOWYWAĆ TO, CO NAJWAŻNIEJSZE I NAJCIEKAWSZE zapisało się w SERCU I PAMIĘCI.

A ten oset, który teraz- w końcu grudnia 2019 roku  nagle zapragnął  wyjrzeć na świat w naszym ogródku, jest jakby symbolem tego co napisałam.

Ma kolce i choć nieco ozdobiony przejściowym mrozikiem  jest stale radośnie zielony .

Wszystko dzięki sile korzeni i dzięki temu, że słońce łaskawe.

Tak jak my- czerpiemy siłę z korzeni naszych Przodków,  którzy dali życie i swoje geny .

I nic to, że czasem lodowacieją nam dłonie i szronem powleka się serce – dobre Słońce nas ogrzewa i przekształca barwy w kolor zieleni – Nadziei….

I nic to, że wyrosły nam kolce – wszak musimy się jakoś bronić przed złem tego świata….

W dodatku ta roślinka przybiera gwiaździsty kształt. Wygląda tak, jakby spadła z nieba.

A może w zaczarowany Wigilijny Wieczór poszybuje na nieboskłon i będzie udawała Gwiazdę Betlejemską ?

Kto wie ? 

WSZYSTKO

DOPRAWDY WSZYSTKO

MOŻLIWE

w te Cudne Magiczne Święta

BOŻEGO NARODZENIA

Zatopiona w syndromie pomocnika.


Moja Mama i ja pod gorzowską kamienicą przy ul. Kosynierów Gdyńskich 106

Pewne ostatnie wydarzenia sprowadziły moje myślenie na jedną z naszych rodzinnych cech. Widzę ją nie tylko u siebie, ale też z odległej perspektywy odnajduję u mojego Taty , który odszedł w 2002 roku  i u jednej z naszych Córek ( ¼ dzieci) .  Kto jeszcze czeka w tej rodzinnej sztafecie ? nie wiem . Pożyjemy, zobaczymy….

Cechą tą jest  spieszenie z pomocą innym  – czasem pomimo braku wołania o pomoc a bywa-  co dociera niestety czasem  po fakcie –  wbrew oczekiwaniom i potrzebom tej drugiej osoby .

Czasami też nasza pomoc  wynikająca z wewnętrznej potrzeby i uczucia „ tak trzeba „ jest błędnie interpretowana przez wybrany „ target”  i stanowi podstawę do wrogości nie tylko osoby otrzymującej pomoc ale też grona jej znajomych .

I oto wkrótce już krąży powszechna opinia, że ktoś z nas ( wiem o sobie) wtrącając  się w cudze życie choć najczęściej zdrowie, robi to w jakimś celu. I zawsze przy okazji słychać pytanie – w jakim celu  do robi ?  Może np. chce istnieć przydając sobie sławy – czyli z pobudek czysto egoistycznych ?

  Każda próba tłumaczenia się, pogarsza sytuację nie wpływając na opinię osób którzy ją wyrażają – pewnie tak czują. I tak  porozumienie się z takimi osobami  w tym szczególnym temacie okazuje się  całkiem niemożliwe.

Jak mawiał mój wspaniały zmarły tragicznie przed wielu laty kolega z CZD- Jurek Kryński – „ dobre uczynki mszczą się od razu albo chwilę później „.

Coś w tym jest.  Czytałam,  że osoby którym udziela się pomocy , nawet kiedy o nią proszą, wcale nie czują wdzięczności ale  czasem mają nie zawsze wyrażaną  wrogość w sercu  – chyba z kompleksów, że np. same nie mają pieniędzy a ty masz, albo tobie to dobrze w życiu a mnie nie etc…..Ten rzucony temat wymaga podparcia w literaturze fachowej lub choćby konsultacji naszego domowego psychologa.

I tak to jest , że pomimo „ sparzenia się „ w przeszłości , chęć pomocy, zaangażowania jest we mnie przemożna. Oto jeden z ostatnich przykładów :

 Któregoś dnia, bardzo zapragnęłam zorganizować kolegów  z AM, na spotkanie poświęcone pamięci jednego z nas, śp. P. J.  Szczegółowo opisałam je w poprzednim wpisie blogowym, byłam  tam jedynie on- line, ale tak bardzo emocjonalnie , wyraziście i tak głęboko przeżywałam, że w końcu byłam pewna, że wszyscy tak czuli i że byłam naprawdę. Może ten temat tak bardzo mną wstrząsnął, bo stale miałam w oczach moją Matkę, która od bardzo wielu lat była coraz bardziej niesprawna….  Dlatego powtarzam to,  co już napisałam poprzednio. Bo to jest tak Mocne i tak głęboko we mnie, że muszę, prosząc o wybaczenie ew. czytelnika …

Ten nasz kolega, Chłopak  z rodziny w której od pokoleń zajmowano się wyrobem sprzętu ortopedycznego , został lekarzem i od razu z jasnym jednoznacznym przekazem wewnętrznym, wyraźnie budowanym przez przykład rodziny zajął się rehabilitacją dzieci z niepełnosprawnością .

Warto przypomnieć, że były to wczesne lata 70 ub. wieku i  patrząc na ulice czy będąc w miejscach publicznych można było uważać , że w Polsce ludzi niepełnosprawnych po prostu nie ma. Nic bardziej mylącego, jak już wiedzą następne nasze pokolenia – dla których normą jest widok osoby gorzej poruszającej się czy nawet inaczej zachowującej się na ulicach, w szkołach czy urzędach.

W tamtych czasach ludzie z niepełnosprawnością, nazywani wtedy  kalekami, po prostu nie opuszczali swoich mieszkań czy ośrodków, a dzieci zamykano w komórkach , szopach a w najlepszym wypadku w izbach własnych domów.

Wiązało się to z myśleniem rodziny, że dzieci takie są przyczyną ich problemów życiowych ale też ze wstydem- by ktoś się nie obejrzał z miną litościwą lub z obrzydzeniem, nie zaśmiał pogardliwie lub nie nazwał głośno   dziwnego wyglądu lub zachowania ich dzieci .  Także  warunki – w których mieszkali – co niestety do dziś ma miejsce, choć może trochę rzadziej –  nie były przystosowane do nie tylko w miarę swobodnego poruszania się po mieszkaniu, czy  choćby korzystania z łazienki ale też problemem było pokonanie pięter oraz brak odpowiedniego sprzętu rehabilitacyjnego. A młodym warto przypomnieć, że wtedy nie było też pampersów. Tak więc dzieci z niepełnosprawnością zamknięte w czterech ścianach zatopione w fetorze własnych ekskrementów i w samotności przeżywały swoją wielką tragedię .

Nasz Kolega Piotr, który pracował też w Pogotowiu Ratunkowym zawsze zaglądał do chlewików, stodół i wielokrotnie wydobywał stamtąd te biedactwa. Od tej pory rozpoczynało się dla nich i ich rodzin prawdziwe życie – czasem pełniejsze, bo bardziej upragnione  niż rodzin bez takich problemów. …uczestniczyły one w różnorodnych zajęciach , koloniach, obozach a Piotr grał im na gitarze, podnosił na wózki i organizował organizował organizował. Jego dwie córki od maleńkości  były wychowywane wśród dzieci z niepełnosprawnością i uczyły się empatii ….

I ponownie na to wszystko nakłada się obraz mojej Matki – a może to Ona stale jest w tle  –  stale jest w oczach, zapamiętaniu moim i myśleniu – gdy przestała samodzielnie się poruszać, jeszcze ok. lat 80 ub. wieku – zamknęła się w domu i żadna siła czy przekonywanie, że warto, że wózek –  nie wpłynęła na jej decyzję.  Przez ponad 20 lat nie opuściła progu swojego mieszkania To był wstyd dawnej wiejskiej dziewczyny jaką pozostała pomimo upływu lat…to był wstyd tamtych dzieci którymi zajął się Piotr… to był  wstyd wiejskiej dziewczyny z bardzo błękitnymi jarzącymi się oczami i smutkiem na ich dnie…..

Wracając do tematu wyjazdu kolegów na film poświęcony zmarłemu koledze. 

Na  mail z informacją wysłany do wszystkich  przez kolegę współorganizatora corocznych zjazdów koleżeńskich ,  nadeszła tylko jedna odpowiedź od dziewczyny, że chciałaby ale ma problemy ze zdrowiem i od kolegi ,  który pracuje za granicą i jak napisał przyjaźnił się ze zmarłym . Wymieniliśmy z Nim kilka drobnych listów – rozżalona napisałam, że śp. Piotr, tak zasłużony, w dodatku kolega z naszych niezapomnianych studiów    a nikt nie odpisał. Zero zainteresowania, obojętność . Podczas gdy ok. 40 osób jeździ na coroczne zjazdy koleżeńskie.

H. odpisał, że już kiedyś przeżył rozczarowanie i czuł się podobnie , gdy zaprosił kolegów do siebie i spotkał się z  obojętnością lub nawet niechęcią innych . Gdy to  mocno przeżywał, jego pragmatyczna żona poradziła mu, żeby przestał cierpieć na syndrom pomocnika ( ostatnio bardzo modny w tym kraju ) i pomyślał tylko  o sobie, o tym co tylko jemu  sprawia przyjemność. Nie wiem, czy coś się w Nim zmieniło , ale mnie  tymi kilkoma słowami pouczył – otworzył mi oczy  i jest jakby łatwiej. Założyłam wewnętrzne okulary z filtrem ograniczającym widzenie innych. I co ? i nic, bo dalej brnę w kierunku swojego, choć na razie poronnego zespołu pomocnika – no, może z mniejszą energią. Krok po kroku a dam radę, choć do finału życia coraz bliżej J No cóż, niełatwo jest walczyć z genami –jak wspomniałam  miał ten gen mój tato, druga córka … i lepiej nie rozpatrywać kto jeszcze w kolejce J

Tak więc zapoznawszy się z tym zespołem , zwanym także przez psychologów syndromem ratownika – umieściłam siebie w odpowiednim przedziale zrozumienia własnego ja .

Tak , cierpię na ten syndrom, choć nie spełniam wszystkich warunków – tzn . pomaganie innym nie wykreśla działania dla siebie –  chyba coś też robię dla siebie ? – muszę  się zastanowić J  – na pewno nadal opiekuję się rodziną, co jest naturalne ….

Tak więc rozpoznaję u siebie zespół pomocnika w postaci może tylko  szczątkowej, tak zresztą jak gen pisania oddziedziczony po kuzynce babci – Marii Rodziewiczównie J

„Kto nam dał skrzydła”. Spotkanie w Koninie z naszym śp. kolegą – Niezwykłym Lekarzem – Piotrem Janaszkiem .

Piotr Janaszek z córkami – Zuzanną i Olgą na zorganizowanym przez siebie obozie harcerskim dla dzieci z niepełnosprawnością . Zdj otrzymałam od Olgi.

Niedawno wróciliśmy z Konina, gdzie   w Sali Kinowej miejscowego Domu Kultury  – 30.11. 2019 roku odbyła się premiera filmu o skromnym tytule „ Doktor Piotr ” . Była to  skrótowa opowieść  o naszym tragicznie zmarłym przed 20 laty koledze z poznańskiej Akademii Medycznej (wspólne  lata 1965- 1971)- Piotrze Janaszku . Były też opowieści ludzi o Piotrze i mnóstwo zdjęć oraz filmików o niebywałej wartości dokumentalno –  sentymentalnej.  Na to spotkanie dotarła zaledwie garstka kolegów z roku – bo 5 osób – Urszula Mejer , Jerzy T. Marcinkowski, Hieronim Głowacki , Leszek Milanowski , Jacek  Rajewski z żoną Jolantą – młodszą od nas  także absolwentką AM. Przybycie do Konina nie oznaczało, że pozostali koledzy nie byli emocjonalnie związani z Piotrem. Po prostu rozliczne problemy, także zdrowotne , co w naszym wieku nie jest rzadkością, były przyczyną nieobecności. Ale na pewno wielu z nas uczestniczyło duchowo w tej Uroczystości, daliśmy temu wyraz w mailach do głównych Organizatorek – kontynuujących tę Wielką  Ideę – Córek Piotra- Zuzanny i Olgi. Otrzymaliśmy od nich list następującej treści :

Szanowni Państwo,pięknie i z całego serca dziękujemy wszystkim, którzy przyjechali na premierę filmu „Doktor Piotr”. To były niezwykłe spotkania!

Życzymy zdrowia tym z Państwa, którym nie udało się być z nami w sobotę. Wiemy, że byliście myślami!

Gorąco zapraszam do Konina do Fundacji PODAJ DALEJ, gdzie codziennie dzieje się dużo dobrego. 

Życzę Państwu zdrowia i sił do dalszych działań i dziękuję, że jesteście z nami!

Polecam serdecznie materiał przygotowany przez Telewizję Wielkopolską: TUTAJ

Na Facebooku jest album ze zdjęciami: TUTAJ. Zachęcam również do zaglądania na nasze strony internetowe: https://osadajanaszkowo.pl/ oraz https://podajdalej.org.pl/

Olga Janaszek-Serafin Fundacja im. Doktora Piotra Janaszka PODAJ DALEJ KRS 0000 197 058   601 758 333  olga.janaszek@podajdalej.org.pl www.OsadaJanaszkowo.pl ul. Południowa 2a, 62-510 Konin    

Z poważaniem,

A oto nasze myśli i wrażenia z tego Niezapomnianego Spotkania .

Po seansie, kiedy nie mogliśmy opuścić foteli, bo film był przejmujący Starsza córka Piotra- Zuzanna Janaszek – Maciaszek zaprosiła nas na małe kameralne spotkanie z Przyjaciółmi Piotra, dawnymi Współpracownikami i Podopiecznymi . Właśnie wtedy, na prośbę Zofii Łukaszewicz – Konopielko, odczytała fragment jej wspomnień które już wcześniej zamieściła w blogu. Jest to krótka opowieść o pierwszym  spotkaniu z Piotrem w lipcu 1965 roku, w Dziekanacie Akademii Medycznej przy ul. Fredry 10 w Poznaniu,  pod tablicą ogłoszeń, gdzie zamieszczono listę przyjętych na studia medyczne .  Ten Nieznajomy wówczas chłopak – który przypadkowo znalazł się obok, po przeczytaniu swojego nazwiska na liście przyjętych na studia  ( tak jak i ona) – przedstawił się i rzekł odchodząc – „ Teraz mogę realizować swoje marzenia ” . Tak, mając zaledwie 18 lat, Piotr wiedział co chce robić w życiu i to konsekwentnie realizował do końca…

Po spotkaniu napisał do nas Hieronim Głowacki ( Hirek ), który mieszkając od wielu lat w Niemczech, przebył setki kilometrów by się” spotkać” ze swoim Przyjacielem – Piotrem. Oto  wspomniany list Hirka ( cytuję dosłownie )  :

Halo Janaszkowie & co
Z pamięci napisałem dzisiaj moje refleksje o Piotrze, które spontanicznie przedstawiłem na waszym spotkaniu 30.11.19 w Koninie. Możecie to włożyć do waszego blogu, internetu, albo gdzie potrzebujecie. Pozdrawiam Hirek.

…. koleżanka pisała o marzeniach, które miał Piotr. Mówię Piotr, bo on dla mnie zawsze zostanie Piotrem. Ja jestem jego kolegą ze studiów. Moje nazwisko jest Hieronim Głowacki.
Tak jak koleżanka napisała Piotr marzył. To żeby coś osiągnąć, to trzeba marzyć. Bo z marzeń powstają wizje, dalsze cele, plany, realizacja. I tak też było u Piotra – marzenia, wizje, cele, plany, realizacja.
Ale to jest tylko połowa sukcesu. Ażeby coś osiągnąć, trzeba wierzyć w siebie, w swoje postępowanie, we właściwość swoich planów.
Piotr wierzył w siebie.
On pracował w czasach, w których tacy jak Piotr, nie mieli poparcia. W tamtych czasach były powiedzenia, które ja też słyszałem –
„nie rób tego, to ci się nie uda. Innym się nie udało, to i tobie też się nie uda”.
Ale Piotr wierzył w siebie i w słuszność swoich postępowań. I dlatego udało mu się ten cel zrealizować.
Dlatego droga młodzież, drogie dzieci. Bierzcie przykład z Piotra. Jeżeli chcecie coś w życiu osiągnąć, musicie  marzyć, bo z tego powstaną wizje, cele, plany i realizacja. I musicie wierzyć w siebie, że wam się to uda, tak jak Piotr wierzył w siebie i w swoje marzenia.

I teraz nasze ( tzn. moje – Z. K. ) myśli, trochę błądzące w przestrzeni fantazji, ale uporczywie powracające . Jest to  próba odpowiedzi na pytania dlaczego odszedł tak nagle, w pełni sił ……dlaczego ???

A może Piotr był za aktywny, za radosny , za bardzo kochany przez wszystkich, jakby spełniony bo zaszczepił swoją  ideę  Córkom   i tak wyrazisty że zauważył Go Pan i uznał że w tej sytuacji  jest  potrzebny bardziej w niebiesiech niż na zwykłym ziemskim świecie. Bo w tym drugim boskim Anioły były jakoś markotne a Dusze kalekie potrzebowały nieustannego wsparcia co było zadaniem zbyt nużącym nawet dla Pana Boga. On wolał efektowne cuda czy wielkie upadki rozpatrywać , ale codzienne podtrzymywanie nastroju to  nie było zadanie  na boską cierpliwość . Tu tylko potrzebny był odpowiedni CZŁOWIEK , dokładnie taki jak Piotr. Tak jak to robił zawsze na tym ziemskim padole łez, rozweselał smutnych –  zagrałby  na gitarze, zorganizował  kolonie , zabawy, sportowe zajęcia a może – tak jak swoich ziemskich Podopiecznych – za pomocą licznych zagranicznych kontaktów  i sponsorów – zabrał gdzieś daleko , nawet za ocean . Tu na pewno użyłby protekcji  Wszystkich Świętych  i  wycieczkę  duszyczkom cierpiącym  w międzygwiezdne przestrzenie czy  odlegle galaktyki zafundował  . Na tej naszej ziemi   wydobywał zastraszone dzieciaki z niepełnosprawnością z zamkniętych domów, komórek gdzie ukrywali je rodzice w tamtych latach 70 ub. wieku. W tym czasie Polska, daleko za Zachodem dawno otwartym na niepełnosprawność,  była mrocznym zaściankiem . Rodzice  nie tylko widzieli w nich przyczynę  gorszej jakości  swojego życia ale też się wstydzili, bo oglądano na ulicach takie dzieci i ich rodziny , wytykano a nawet jawnie wyśmiewano. W takim  to czasie Piotr, wychowanek profesora Wiktora Degi, ortopedy z Poznania, który pierwszy w naszym kraju doceniał wagę rehabilitacji  –  zaczął działać z wielkim rozmachem. Pozostawił Klinikę prof. Degi ,  gdzie stawiał pierwsze kroki po studiach , porzucił ścieżkę kariery zawodowej i naukowej bo  rozpierała  Go potrzeba skutecznego działania wśród ludzi, blisko ich domostw –  organizował więc  pierwsze kolonie dla dzieci z niepełnosprawnością, zwane wówczas kalekami,   utworzył Mielnicę – osadę dziecięcą i zawsze zabierał tam swoje maleńkie jeszcze córki . Jest obszerna dokumentacja zdjęciowa z tych czasów – Piotr z gitarą , małe córki w mundurkach harcerskich obok, Piotr dźwigający dzieci na ich wózki inwalidzkie …..Pokazał tym dzieciakom świat i ludzie zobaczyli że są wśród nas  i chcą żyć pełnią życia, może nawet bardziej uświadomioną i zawsze trudniej osiągalną  niż  przez dzieci sprawne w ich wieku . Wówczas działanie Piotra  było działaniem PIONIERA . Podawał im rękę , ale też ich rodzinom objaśniał  wartość tych dzieci , zresztą podawał Wszystkim rękę, kiedy trzeba głaskał po głowie i zawsze pokazywał , że życie jest piękne.  Właśnie taki był Piotr. Właściwy Człowiek na właściwym miejscu , na ziemi zrobił już wszystko co trzeba – uznał Pan Bóg i  wezwał  Go do siebie. A może właśnie taki był boski plan już wcześniej ułożony na szachownicy życia Piotra. …
Jechaliśmy  do Konina w andrzejkowe popołudnie 2019 roku , serdecznie zapraszani na premierę filmu pt. Doktor Piotr, ale ze smutą  , że przed ponad 20 laty utraciliśmy Kolegę ze studiów ,  którego właściwie nie zdążyliśmy dokładnie poznać, bo każdy z nas miał swoją drogę życia zawodowego która absorbowała nasz czas. Wydawało nam się , że tragiczna  , niesprawiedliwa śmierć Piotra była tylko zrządzeniem Przypadku czy Złego Losu.   Miał  wtedy zaledwie 51 lat gdy odszedł a nam zostało dane jeszcze żyć i nawet pracować . Jechaliśmy do Konina  mając w sobie obraz opowiedziany przez kogoś, ale tak bardzo wstrząsający że mocno zapamiętany, gdy pamiętnej czarnej grudniowej nocy mikołajkowego dnia roku pańskiego 1989 ziemia była lodem i śniegiem pokryta i tak lśniąca że zda się wabiła by przekroczyć przysłowiowy Rubikon. Noc tę dobrze zapamiętał  Leszek Milanowski, który wówczas wracał  z pracy do rodziny – nie wiedząc że całkiem niedaleko ginie Piotr w straszliwym wypadku . Leszek o tym pisał  we wspomnieniach o Piotrze  zawartych w blogu . Piotr  właśnie  wracał   z podwarszawskiego spotkania z dziećmi z niepełnosprawnością i na pewno unosiła go tamta niedawna radość, ale też myśli szczęśliwe, że niedługo przytuli ukochane , młodziutkie wtedy  Córeczki. Jednak One  czekały na próżno bo Piotr  „ przekroczył Rubikon ” bo został powołany do innych, może wyższych zadań. Kto wie …
Gdy już w konińskim Domu Kultury weszliśmy do Sali Kinowej, zanim ujrzeliśmy wielki tłum ( chyba ponad 500 osób ) poczuliśmy, że tu jest Piotr . Że jest ciepło, serdecznie i podniośle . I że dookoła wielka radość szumi skrzydłami ludzi i tych sprawnych i pozornie sprawnych i niesprawnych. Dziewczyny z tej ostatniej grupy pokazywały swe dorodne dzieci bo Piotr otworzył im kiedyś świat, pokazał że są piękne choć  inaczej , nauczył że życie, każde życie –  jest darem i że trzeba ten dar wykorzystywać do utraty tchu . Wszyscy fruwali i my też – bo to Piotr dał nam skrzydła. I towarzyszyły nam Jego dwa Ziemskie Anioły – Córki które wychowywał od maleńkości na obozach harcerskich, koloniach – były tam  zawsze z nimi dzieci które nie spełniały umownych przecież  rygorów ” sprawności „. To One – Zuzanna i Olga  stały się łącznikiem nieba gdzie rezydują nasi pobratymcy rozweselani przez Piotra i my którzy patrzą „w górę” i nic nie widzą. Bo jesteśmy za mali. To One przez swoje życiowe traumy i Piękny Nieziemski nieomal przykład Ojca  doświadczyły Daru Zjednoczenia Ziemi i  Nieba . I  teraz za Ich sprawą  wrócił do nas  nasz nieżyjący od dawna Kolega i był obok, nieomal na dotknięcie dłoni.
Piotr siedział obok nas i było cudownie.
Gdy już trwał film o Nim, On uzupełniał szeptem, jak zwykle skromnie, widząc wszystko szerzej i głębiej , nie przydzielając sobie zasług – jak kiedyś wspomniał Jego  Przyjaciel – nasz wspólny kolega  Hirek – Piotr więc do nas szeptał, że to przez Mamę, że Mama Go uczyła jak kochać ludzi. I opowiedzcie też o moich przodkach, szepnął. Bo bez nich może nie poznałbym  tak wcześnie swojego miejsca na ziemi, w zawodzie, w pasjach no i marzeniach.  Obiecaliśmy Piotrowi, że zaraz, zaraz opowiemy bo czytaliśmy i słyszeliśmy.   Piotr uspokojony poszybował dalej, do swoich bliskich i dalekich, bo wszyscy  chcą  opowiedzieć o Nim, ale też z  Nim  pogadać, dotknąć . A Ty  Piotrze lubisz wszystkich jednoczyć, organizować spotkania tak jak kiedyś ludzi z naszego roku  ponownie zjednoczyłeś po latach  . Jakie to szczęście nasze Piotrze, że wpadłeś  choć na chwilę do Konina, na ten film i Spotkanie .

Otwieramy więc na polecenie Piotra książkę którą  napisała wyśmienitym piórem pani Eugenia R. Dabertowa , zatytułowaną  ” Doktor Piotr . Pasje życia Piotra Janaszka „. A więc najpierw był dziadek, Piotr Niedziela – to po nim  nasz Piotr- co piękne w tej Rodzinie- otrzymał imię. A więc dziadek Piotr jako  pełen fantazji 16 latek, w 1900 r opuścił wieś rodzinną  Szelejew pod Gostyniem, wsiadł  do pociągu w Poznaniu by w Berlinie sposobić się do fachu murarza. Jednak niebawem uległ wypadkowi i przebywając w szpitalu zaczął rzeźbić figurki lekarzy. A ci, zauważywszy talent, skierowali go do fabryki protez w której  został uczniem. Zafascynowany tą pracą,  zaangażowany wielce , odważny do granicy ryzyka i przedsiębiorczy już  w 1910 założył w Berlinie własny warsztat . Po zakończeniu I Wojny Światowej znacznie wzrosła liczba ludzi okaleczonych a prace dziadka Piotra, szczególnie potrzebne w tej sytuacji, przyniosły mu sławę w zawodzie. Gdy Polska odzyskała  Niepodległość  Dziadek Piotr wrócił do Poznania i już w 1920 roku założył pierwszy w tym mieście – przy Al. Marcinkowskiego 24 – warsztat ortopedyczny i kolejny przy ul. Rzeczpospolitej 9. Jego liczne wynalazki opatentowano w Polsce i Berlinie. W czasie Powszechnej Wystawy Krajowej w Poznaniu w 1929 roku zdobył trzy złote medale. Dziadek Piotr Niedziela potrafił tak  rzeźbić protezy z drewna  topolowego, starannie wydrążając wnętrze konara , by  były lekkie i nie uwierały kikuta nogi . Nowością były też ruchome stopy,  które wymyślił. Protezy tak starannie dopasowywał każdemu indywidualnie, że liczba przymiarek i poprawek często sięgała trzydziestu. W czasie II Wojny Światowej   Niemcy zniszczyli jego dorobek, aresztowany przez gestapo-  najpierw trafił  do katowni w Domu Żołnierza przy ul. Niezłomnych, potem do Fortu VII, a następnie do obozu koncentracyjnego w Dachau i ostatecznie Mauthausen – Gusen, gdzie skrajnie wyniszczony niedożywieniem i ciężką pracą zmarł.  Nieomal równolegle z aresztowaniem  Piotra Niedzieli  jego Rodzinę wyrzucono  z majątku i zesłano do Generalnej Guberni, do Wolbromia. Wrócili do Poznania gdy jeszcze broniła się Cytadela, a wycofujące się wojska niemieckie w 1945 podpalały miasto – to wtedy spłonął  warsztat  dziadka Piotra Niedzieli. Żona Piotra, dzielna babcia naszego Kolegi – Marianna ze starszą córką Zuzanną ( i tu ujawnia się myślenie w tej Rodzinie – kontynuacja nie tylko zawodu – ale też przekazywanie imion potomkom – starsza córka naszego śp. Kolegi nosi imię  swojej babci Zuzanny  ) wydobyła ze zgliszcz maszyny i niebawem te dwie kobiety otworzyły warsztat w rodzinnej kamienicy Niedzielów,  wybudowanej  w 1930 roku przy Dolnej Wildzie 20. Któregoś dnia ich warsztat odwiedził prof. Dega, który poszukiwał fachowców  bo  planował  otworzyć warsztaty ortopedyczne  w kierowanej przez niego Klinice Ortopedii w Poznaniu  na Wildzie. Od tej pory ożyła dawna znajomość Profesora  z Rodziną  naszego Piotra, którą już przedtem poznał dzięki pracom dziadka Piotra a teraz docenił Nieustraszoną i Świetną fachowo jego Córkę  Zuzannę Niedzielę – Janaszek i przy której nieodmiennie kręcił się mały nasz Piotr.   Oczywiście dziecko mogło nabrać niechęci czy nawet odrazy do tego zawodu i widoku ludzi niepełnosprawnych, okaleczonych i potem  wybierać własną drogę ( co  często się zdarza). Jakże wielka musiała być moc Idei Dziadka , Babci i Mamy, jaką magnetyczną siłę wpisującą się niewątpliwie w wielkie wrażliwe serce Piotra, że już wtedy  został „ zarażony” tematem rehabilitacji  i tę pasję, potrzebę , myślenie oraz serce  przekazał dalej swoim Córkom . Ta swoista międzypokoleniowa sztafeta trwa i pielęgnowany jest zapalony kiedyś niby Znicz Olimpijski – wiecznie płonący ogień Idei i Działań tej Rodziny ….
 Piotr, nasz Piotr, kiedyś napisał, że  po ojcu Janaszku  odziedziczył poczucie humoru i ” nieprzyzwoity ” optymizm a także za jego sprawą  otrzymał drugi po  genie Niedzielów –  gen społecznikowski . A dzięki mamie Zuzannie, która była przedwojenną harcerką , absolwentką Collegium Marianum a w czasie wojny sanitariuszką i  dzięki swojemu ojcu czyli dziadkowi Piotrowi –  uwrażliwiła się na ludzkie cierpienie . Piotr pisywał do Niej piękne listy, które można gdzieś przeczytać i zawsze podkreślał, że to po Niej odziedziczył wrażliwość na ludzi kalekich.
Piotr urodził  się 21 kwietnia 1947 r w czasie wielkiej powodzi, nie w szpitalu, lecz w mieszkaniu przy dolnej Wildzie , które było zagracone maszynami pospiesznie wynoszonymi ze zdewastowanej wodą piwnicy.  Pozwolę sobie rozwinąć czy zinterpretować (po swojemu)  te narodziny. Sama grzecznie urodziłam się w szpitalu, mama spokojnie  tam oczekiwała na poród. A jest bardzo prawdopodobne, że Mama Piotra nie miała czasu na myślenie o porodzie , bo przerażona powodzią , zdenerwowana , bardzo  zapracowana i – bez względu na wysoką ciążę  – tak zajęta ratowaniem warsztatu, że  urodziła Syna niejako przy okazji ? To też  mogło jakoś zdeterminować  cechy charakteru naszego Piotra –Jego  praca dowodem, praca  „ do utraty tchu”, a nawet życia …. Choć jak napisał Hirek – wspomniany już  najbliższy Przyjaciel naszego  Piotra – ta praca dawała Mu ogromną  radości, uskrzydlała a pasja pomagała „ przenosić góry „, gdy walczył z przeciwnościami, ze złymi zawistnymi ludźmi  a nagrodą był  uśmiech dziecka z niepełnosprawnością….  

A teraz jeszcze opowieść o konińskim spotkaniu naszego wspólnego kolegi z poznańskiej AM  – Leszka Milanowskiego , który również uczestniczył w spotkaniu. Ba nawet specjalnie przyleciał z Anglii, gdzie od lat pracuje.  

 Wróciłem (…)  z premiery filmu skromnie zatytułowanego ” Doktor Piotr ” w Koninie.  Byłem ciekaw, co mówi się o naszym Koledze. Razem studiowaliśmy, zdawaliśmy egzaminy, mieliśmy tych samych wykładowców.  Początkowo byłem dumny, że studiowaliśmy razem  z Nim. Myślę, że i Hirek, i Ula Mikołajczak – Mejer , Jurek Marcinkowski , pewnie i Franek Rajewski wspierany przez wspanialszą od Niego samego Żonę, Jolę Twardowską mogli czuć się podobnie. Po filmie, nie byłem w stanie porównywać się z Piotrem. Ja mogłem tylko czuć jak mało zrobiłem w moim życiu dłuższym o dwadzieścia lat w porównaniu z krótkim życiem Piotra. A przecież mieliśmy jednakowy start. Wielkość Piotra pokazała się liczbą ponad 500 osób obecnych na prapremierze, w słowach o Nim wypowiadanych przez Jego sprawnych inaczej i dr Komorowskiego Ten film musimy zobaczyć my wszyscy. A był dla nas wszystkich bez wyjątku po prostu życzliwy. Nie znam nikogo  kto by nie uważał Piotra za swojego przyjaciela. Jako nie-Poznaniak z urodzenia miałem dystans do większości rodowitych Poznaniaków. Piotr „oswoił” mnie z Nimi. Właściwie od początku gdy Go poznałem nie spodziewałem się, że zajmie się innymi niż  niepełnosprawnymi gdy koło Kliniki Ortopedycznej profesora Degi zobaczyłem szyld „Niedziela – Janaszek Pracownia Sprzętu Ortopedycznego”. On miał we krwi świadomość konieczności pomocy osobom niepełnosprawnym gdyż stykał się z Nimi i Ich problemami na codzień.  Po 20 latach od Jego odejścia Jego Koleżanki i Koledzy, Jego „niepełnosprawni” Wychowankowie wciąż o Nim pamiętają i przychodzą ze swoimi sprawnymi dziećmi. Mówią  że nauczył Ich wiary w siebie. Piotra dobro trwa, przetrwa nas wszystkich. Piotr nigdy nie umrze. O nas będą pamiętać nasze Rodziny. Rodzina Piotra byli i są wszyscy, którym Piotr postawił wysoką dla sprawnych inaczej poprzeczkę  przetrwania i rozwoju. Piotr żyje i żyć będzie wiecznie . Jego Córki i Wnuki mogą być z Piotra niesamowicie dumni.  Nie ma porównania między moim życiem a skutkami działań i życia Piotra. Prawdziwie Wielki Człowiek odszedł wcześnie, lecz Jego dzieło nadal żyje.

Posłowie do Pamiętnika Jana – dzieje rodziny…

Po zamieszczeniu tu pamiętnika mojego teścia – Jana Konopielko, gorzowska przyjaciółka napisała – szkoda, że nie znamy powojennych losów Jana. I wtedy przyszła do mnie myśl, że są opisane, już dość dawno. Wprawdzie tylko dla moich dzieci i wnuków , ale Mirek który zawsze ma łzy w oczach – jak mówi –  gdy czyta , powiedział – wrzuć do blogu też Posłowie, które napisałaś.  To nic, że jest tam trochę wyznań intymnych . Bo życie także się  z nich składa. Z pewnymi oporami, przyznam – podaję tekst ten w całości . Właśnie, zastanawiałam się czy nie podzielić na części, ale uznałam, że jeśli Ktoś będzie zainteresowany dziejami nie tylko Jana ale też obu naszych rodzin, tak niezwykle splecionych , to przebrnie ….

A zdj własne z tęczą i ukochanym lasem nadbużańskim , to jakby symbol przetrwania …

Posłowie                                           

Ten dobry, ufny i radosny  Człowiek i bardzo przez nas kochany  nasz Ojciec, Teść   Dziadek i Pradziadek- Jan Konopielko, nauczyciel i Sybirak, wielokrotnie zaznaczał w tekście, że  pisał swój pamiętnik z myślą o  Dzieciach  , Wnuczętach  i Prawnukach.

Kontynuując tę myśl,  chcemy w tym miejscu zamieścić kilka informacji na temat Rodziny i wydarzeń z nią związanych . Będą to zapamiętane opowieści Rodziców oraz własne przeżycia ,  obserwacje i oceny. Może uda się też zamieścić tutaj  trochę zdjęć rodzinnych.

A więc zapraszamy….   

           Pierwsza część pamiętnika , powstawała „ na gorąco”. Czytamy tam o  mrocznym dzieciństwie , widzimy  oczami dziecka pierwszą wojnę światową  i możemy podziwiać uporczywe dążenie do wiedzy i chęć wyjścia poza granice rodzinnej wsi .

      Jesteśmy wdzięczni Jego Żonie, jedynej Miłości, pięknej Helenie , naszej Mamie i Babci , za to, że uratowała  ten pamiętnik z pożogi  II wojny światowej.

Przecież była już od roku sama, z małymi dziećmi – trzyletnim wówczas Pawłem i 10 letnim Mirkiem. Jej męża- Jana w 1944 roku aresztowali Rosjanie i wywieźli w nieznane.

Zachowała ten pamiętnik podczas wielotygodniowego transportu w bydlęcych wagonach , gdy sama z synami  opuszczała po zakończeniu wojny rodzinne kresowe polskie strony, nazywane od tej pory Republiką Białoruską .

Tak bardzo nienawidzili sowietów, że sama myśl o mieszkaniu na terenach związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, w tzw. zwanym ZSRR była im obrzydliwa.

I dlatego , pomimo, że  mogli  pozostać,  jechali tam, gdzie ich kraj. Zostawiali swoje domy i groby bliskich.

Podążali w strony które nazywać się będą Polską,  gdzie będą mogli na co dzień  słyszeć  język ojczysty .

Nie wiemy, czy do końca mieli  świadomość, że ta ich wymarzona Polska teraz nie będzie się wiele  różniła od miejsc, które opuszczali. Przecież tutaj też panował terror sowiecki. Ale o tym nie wiedzieli.  

Wyjechali z wiarą i ufnością, że dobrze robią, co na pewno dodawało im sił.

I jechali, jechali w obce strony, do cudzych miast i domów,  jechali w nieznane, oni, wygnańcy zmieniali swoje życie, które i tak okrutnie zdeformowała wojna.

Jechali z bagażem traumatycznych przeżyć, z kilkoma sprzętami zabranymi z własnego domu, jakimiś dokumentami i swoją samotnością

   Pamiętnik ten był z nimi też wtedy,  gdy ostatecznie zamieszkali w Lidzbarku Warmińskim, i  wielokrotnie zmieniali mieszkanie ( z ul.  Wiejskiej  na Mazurską i wreszcie na własny domek przy ul.  Nowej).

Wyobrażam sobie, że ten Pamiętnik był Ich wiernym Przyjacielem, Talizmanem  i Nadzieją , że Mąż i Ojciec wróci. Przecież tak bardzo na niego czekali. Synowie ochraniali  Mamę  przed wielbicielami, którzy próbowali ją zdobyć, bo  była młodą ładną kobietą , podtrzymywali ją na duchu i utrzymywali w wierze, że Tatko wróci….

I udało się .

Po 12 latach wrócił Jan do domu.

Synowie już wyrośli- Mirek miał wtedy 21 lat i kończył studia na Wydziale Budownictwa Politechniki Wrocławskiej a Paweł , chłopak 14 letni był w Liceum.

Helena, zmuszona okolicznościami, stała się niezależną kobietą, zdobyła studia, pracowała zawodowo w Liceum Pedagogicznym , miała doskonały kontakt z młodzieżą.

I co jest niezwykłe u pedagoga, potrafiła wspaniale wychować Synów. Akceptowała ich pomysły, potrafiła się zachwycać każdym sukcesem, a jednocześnie darzyła ich wielkim zaufaniem, i dawała pełną samodzielność.  Obdarowała ich własnym ciepłem, miłością i pogodą ducha, w takim stopniu, że wyrośli na odpowiedzialnych i czułych mężów i ojców. Jako mężczyźni nie mieli żadnych kompleksów , nie byli podejrzliwi i nieufni. Takich ludzi akceptowali inni i chętnie z nimi przebywali. Piszę w czasie przeszłym, bo niestety Paweł przed 13 laty poniósł niezawinioną śmierć w wypadku samochodowym pod Elblągiem. A miał tylko 55 lat.

Gdy Jan wrócił do domu, niełatwe było przyzwyczajenie się do tak wychowanych chłopców i samodzielnej żony. Helena i synowie też mieli problemy z przyjęciem Jana takim, jakim się stał w czasie rozłąki. Po tylu latach i tak długiej nieobecności oraz straszliwych przeżyciach w czasie katorgi był innym, trochę zdziwaczałym , surowym i obcym człowiekiem.

Ale zwyciężyła Miłość w tej rodzinie.

Po wstępnych trudnościach stanowili piękne radosne  i czułe stadło . Przy tej rodzinie ogrzewali się inni……

           Pod koniec życia Jan rozpoczął pisanie drugiej części pamiętnika. Zawarł w niej przejmujące  opowieści o wydarzeniach wojennych ,  czasach więzienia,  losach katorżników  i wiecznych zesłańców.

Relacje Jana nie są ubarwiane rozwlekłymi słowami, nie wymagają komentarza.

Ta oszczędność słów powoduje, że czytając uruchamiamy własne pokłady wyobraźni. Obrazy, klimaty same się tworzą i powstaje przekaz jednej z najstraszliwszych historii dziejów współczesnych . Były to działania Sowietów prowadzących   planowe wyniszczanie inteligencji polskiej. Do tego należało stawianie nieprawdziwych kłamliwych zarzutów,  fikcyjne procesy sądowe z fałszywymi świadkami  i ferowanie znanych już wcześniej wyroków. A potem zesłanie bogu ducha winnych ludzi na  syberyjską katorgę.

Jan tego doświadczył , przeżył, opisał i dał dowód prawdzie.

Jesteśmy Mu bardzo wdzięczni za tę prawdę.

    Całość Pamiętnika, w  formie rękopisu, nasz Jan przekazał swojemu najstarszemu Wnukowi, Łukaszowi, synowi Pawła, z którego namowy Dziadek kontynuował spisywanie swoich dziejów.

Potem pamiętnik  został przepisany, przyjmując formę  maszynopisu  przez Zosię Czubalę – siostrę żony Pawła, Grażyny. Zosia wykonała iście benedyktyńską pracę, za co Jej serdecznie dziękujemy.

 Kolejną osobą w tym łańcuchu byłam ja,   Zofia z domu Łukaszewicz, żona Mirka, najstarszego syna Heleny i Jana.

Pracowałam już z komputerem , ponownie przepisałam całość i teksty wrzucałam krótkimi  fragmentami, tworzącymi niewielkie tematyczne odcinki , do blogu zatytułowanego : jankonopielkoseniorpamiętnik.

    Obecna forma, książkowa, jest spełnieniem  marzenia najstarszego Syna Jana- Mirka, a mojego Męża.

Tak pisze Mirek:

„ Chciałbym  by ta książeczka pełna uczuć, przeżyć i dla nas szczególnie ważna dotarła do wszystkich członków Rodziny i Bliskich , by zagościła w ich Domach.

By w tych Domach wiecznie żyła pamięć o Tym Wspaniałym Człowieku- Janie .

 I stanowiła  źródło siły dla nas w chwilach zwątpień, bo jest dowodem, że tak wiele można przeżyć myśląc, tęskniąc i wierząc w miłość do swoich Najbliższych.

Ta wiara potrafi skruszyć mury i pokonać okrucieństwo ludzi i przyrody a potem  zakiełkować na nowo dając szansę powrotu do tego co dobre.

Dziś wydaje nam się to nieprawdopodobne, niemożliwe, dziś żyjemy w spokojnym i dostatnim świecie .

– Jestem najstarszym synem Jana. Gdy Ojciec został aresztowany, byliśmy mali. Ja miałem 9 lat a mój Brat- Paweł tylko dwa .

Przez 12 lat, wychowywała nas tylko  Mama . Dwanaście długich lat samotnej walki o byt, rozwiązywania problemów rodzinnych i tęsknoty za mężem. Bardzo kochaliśmy naszą Matkę i stale ją podziwialiśmy i podziwiamy.

Tato wrócił  do nas  w 1956 roku, po 12 latach katorgi i zesłania . Wówczas już byłem studentem ostatniego roku Wydziału Budownictwa Politechniki Wrocławskiej. Rok później otrzymałem dyplom mgr inżyniera.

1.06.1968 roku ożeniłem się z  Zosią Łukaszewicz, córką przyjaciół moich Rodziców, która wówczas była studentką Akademii Medycznej. Jeszcze w czasie trwania studiów urodziła dwoje dzieci potem kolejnych dwoje, zrobiła specjalizacje, doktorat, pracowała pełną parą dyżurując, prowadząc prace naukowe i opiekując się domem. Do tej pory się zadziwiam,  jak dała temu wszystkiemu radę. Muszę też dodać, że posiada Ona znakomitą intuicję jako lekarz . Dzięki Jej wczesnej interwencji uniknąłem zawału serca i wylazłem z choroby nowotworowej .

Ja też byłem pochłonięty pracą zawodową, awansując na kolejne stanowiska kierownicze, ale przeżyłem też i załamanie, by potem wyjść z podwójnymi siłami na prostą i zostać szefem własnej prężnej firmy.

Pomimo tylu służbowych obowiązków, przy całym rozgardiaszu domowym, na bieżąco spisywałem dzieje naszej czwórki dzieci, notowałem wszystkie stadia ich rozwoju, pierwsze ich słowa i osiągnięcia. Powstała kronika  składająca się z trzech części i przy okazji wspólnych spotkań w czasie świąt rodzinnych odczytuję odpowiednie fragmenty. Wszyscy to lubią , porównują swoje czasy dzieciństwa z tym co teraz obserwują u swoich dzieci . I tak nieprzerwanie trwa rodzinny , silnie spleciony łańcuch.

Poza tym od bardzo wielu lat mam zwyczaj zapisywania w kalendarzykach, dzień po dniu , wydarzeń, podaję wszystkie daty, godziny, okoliczności towarzyszące oraz inne informacje- np. adresy ludzi, u których bywaliśmy ich telefony, etc. W ten sposób, zawsze możemy tam zaglądać i znajdować niekiedy zapomniane, a aktualnie potrzebne  informacje. Mamy cały zbiór tych kalendarzyków. Jest to naprawdę kopalnia wiedzy, przydająca się wszystkim w rodzinie …

    Muszę też wspomnieć o tym , że jestem bardzo wdzięczny moim Teściom, którzy mieszkając w tym samym bloku, sprawowali opiekę nad całym naszym stadłem.

    Nasze dzieci są już bardzo dorosłe.

Oto one:

Najstarsza córka -Justyna ukończyła pomaturalne liceum pielęgniarskie, studium handlu zagranicznego i wszystkie etapy kursów języka niemieckiego w Instytucie  im.Goethego , uzyskując maksymalnie dobrą ocenę. Po odejściu męża, Roberta, dzielnie, najlepiej jak umiała, zajmowała się niewielkimi wtedy dziećmi. Od kilku lat jest z Arturem- architektem.  Teraz Jej Córki są już dorosłe . Weronika z zielonymi oczami, które odziedziczyła po babci Zosi i Mamie, jest  studentką biologii, pomaga  Zosi rozwiązywać problemy z komputerem, ma talent w nawiązywaniu kontaktu z  małymi dziećmi , w wolnych chwilach bywa u naszej najmłodszej Córki i opiekuje się Siostrzeńcami, którzy  Ją uwielbiają.  Dorota o marzycielskich migdałowych oczach jest maturzystkę Liceum Sióstr w Szymanowie , należy do przodujących uczennic i mamy nadzieję, że dobrze wykorzysta swoje humanistyczne talenty.

O rok młodsza od Justyny, nasza Córka-Ewa ukończyła Politechnikę, podobnie  jak ja i Jej Mąż Marcin . Jest wiecznie młodą żywiołową i bardzo wrażliwą dziewczyną. Ma artystyczne zdolności i  pasję, którą  jest tworzenie oryginalnej i ciekawej biżuterii. Obydwoje z mężem prowadzą udaną działalność biznesową. Ich  dwoje bardzo zdolnych , błękitnookich , urodziwych  Dzieci,  to Jula  – uczennica LO im. Zamojskiego oraz  Michał – nieomal gimnazjalistę. Cała czwórka  kocha przeróżne sporty, szczególnie wodne i aktywnie je uprawia . 

Nasz, młodszy od Ewy o 2 lata i trzy miesiące,  Syn- Marcin poszedł w ślady Mamy i został lekarzem. Wybrał bardzo trudną, bodajże najtrudniejszą specjalizację, został  neurochirurgiem.  Zosia mówi, że mimo ciągot by zostać chirurgiem, nie odważyła się na taki krok i została pediatrą, nefrologiem  . Żona Marcina,  Magda, też wybrała trudną, zabiegową specjalizację, jest ginekologiem. Zaledwie kilka miesięcy po urodzeniu Córeczki, Majeczki, uzyskała tytuł doktora nauk medycznych. Majka ma teraz 4 lata i dwuletniego Braciszka-  Mikołajka. Przypominają wyglądem dzieci z obrazów Wyspiańskiego. Mają płowe włosy i wielkie błękitne oczy, w których można czytać co  w ich duszy gra . Uwielbiają czytanie książek , pływanie , różne zabawy z piłką oraz psami, które mieszkają razem z nimi.

Najmłodsza nasza Córka o szarozielonych oczach po Zosi ,   Paulina , jest  psychologiem  i ciepłą, opiekuńczą, wrażliwą Matką. Właśnie kończy opracowywanie doktoratu , pracuje na  uczelni gdzie realizuje swoje pedagogiczne pasje.  Jej Mąż- Albert, mgr administracji ,  jest fachowcem w dziedzinie Ochrony Środowiska .  Mają dwóch  uroczych Synków- 4 letniego Wiktorka i pół rocznego Patryka. Wiktorek ma śniadą  karnację po Ojcu,  uwielbia wszelakie urządzenia mechaniczne i elektryczne. Na spacerach, stale odwiedzamy miejsca, gdzie można obejrzeć  przeróżne klimatyzatory, czujniki, bankomaty, z których mimo  bardzo bardzo młodego wieku  już potrafi korzystać. Obsługuje też komputer i rozmontował  sporo odbiorników radiowych. Patryk , milusi półroczniak,  jest bardzo ruchliwy , towarzyski, ale sam potrafi się bawić, gdyż Rodzice mają dla niego mniej czasu i bardzo chce uczestniczyć w zajęciach Brata.

    Z przyjemnością obserwujemy, że małżeństwa naszych dzieci są partnerskie, co jest znakiem czasów. My zostaliśmy wychowani inaczej, w naszej rodzinie był wyraźny podział ról .

    Wszystkie nasze Dzieci i Wnuki, tak jak my, uwielbiają poznawać świat, ale też kochają łazęgi po lesie, grzybobranie i potrafią cieszyć się życiem . Pamiętają o wszystkich naszych rocznicach, urodzinach i imieninach oraz świętach . Pielęgnują tradycję wspólnych rodzinnych spotkań, co raduje nasze serca. 

Starsze  Wnuki już  osiągają sukcesy sportowe, mają dobre wyniki w nauce, są ciekawymi obserwatorami życia a nawet piszą poezje. Najmłodsza czwórka też posiada wyraźne zadatki na bardzo ciekawych dorosłych.

R o d z i n a  s t a n o w i  d l a   n a s  w i e l k ą   r a d o ś ć  i  d u m ę .!

    Młodszy syn Jana, a mój Brat-Paweł,  był  prawnikiem oraz dobrym, łagodnym , ciepłym ,   uczynnym i bardzo lubianym przez innych  Człowiekiem . Niestety odszedł od nas  przedwcześnie, w  wieku 55 lat, w sposób gwałtowny i niezawiniony.

Ta śmierć położyła się cieniem na całą naszą Rodzinę.

Ale  Jego Najbliższym po prostu zawalił się świat, do tej pory bezpieczny i przewidywalny.  

Wszystkie obowiązki domowe  z konieczności przyjęła na swoje barki Jego żona, Grażyna – filolog, redaktor w wydawnictwach naukowych. Nie poddała się, dźwiga swój ciężar z niebywałą siłą.  Jest aktywna ,  chętnie bywa w kinach, teatrach i na zajęciach naukowych.

Dobrze, że zawsze wspiera Ją najstarszy Syn- Łukasz . Gdy odszedł Paweł, Łukasz miał już tytuł doktora ekonomii,  rodzinę , był  dojrzały i odpowiedzialny . Teraz jest  wykładowcą na uczelni . Jego Żona – Dorota jest  krytykiem teatralnym.  Posiadają dwoje  dzieci – Dominikę i Gerarda. Mają  zdolności aktorskie, pięknie śpiewają i już od dawna występują na deskach teatrów, pomimo bardzo młodego wieku.

Młodszy syn Grażyny i Pawła , Jan, w chwili śmierci Ojca, był młodym nastolatkiem. Widzieliśmy z jakim trudem  starał się podtrzymywać Matkę , mimo, że  był to chyba ciężar ponad Jego siły . Ma  zdolności humanistyczne, znakomicie zna historię, geografię i posiada  talent pedagogiczny. Potrafi być opiekuńczy, rodzinny i naprawdę imponuje posiadaną wiedzą….

        Mój Ojciec- Jan , wkrótce po zakończeniu pisania pamiętnika, odszedł do innego, pewnie ciekawszego świata.

Zmarł 22 grudnia 1985 roku , nagle w Szpitalu Olsztyńskim, gdzie miał planowo przetaczaną krew z powodu przewlekłej białaczki szpikowej.

Do końca zachował jasność umysłu, radość życia , wiarę w ludzi i nigdy nie wspominał źle swoich oprawców, co nas zadziwiało. Ponadto kochał ogród i pszczoły no i oczywiście zawsze wielbił swoją jedyną Wielką Miłość- Helenę…

Ona niedługo potem poszła za Janem . Jak mawiała po Jego śmierci, używając przenośni- ich wspólny dzban życia pękł … . Zmarła 2 marca 1987 roku, w dzień swoich Urodzin i Imienin.”.

Tutaj kończy się opowieść Mirka. A teraz ja, ich synowa, Zosia, znowu wracam do mojej opowieści.

    Helena i Jan, moi Teściowie  spoczywają na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim, w tzw. Alei Zasłużonych. Wiatr ich kołysze do snu , gdy wpada pomiędzy pięknie, zielone zadrzewione wzgórza .

Po pogrzebie Heleny, odjeżdżaliśmy późnym wieczorem z Lidzbarka. Myśleliśmy, że tam , w tym  niewielkim nieco sennym i pięknym miasteczku zostały tylko groby. Ale tak nie było. Na ostatnim wysokim zakręcie odwróciłam się , patrząc na oddalające się miasto i nagle ujrzałam jarzące się światełka na konarze wielkiego przydrożnego drzewa. Były to dwie sowy, siedzące blisko siebie, tyłem do miasta i patrzyły w naszym kierunku. Nigdy przedtem ani później nie widziałam tych nocnych ptaków….

          Na marginesie opowieści o Janie, Helenie i ich synach nie sposób pominąć pewnej niezwykłej przyjaźni  dwóch rodzin- Konopielków i Łukaszewiczów uwieńczonej naszym małżeństwem. Losy te, tak bardzo nietypowe, przedstawię poniżej.

Wspólna historia zaczyna się w Smorgoniach.

Ale przedtem, moja Mama – Stefania Jakubiec,  po ukończeniu Seminarium Nauczycielskiego w Białej ( wówczas było to odrębne miasto- obecnie jest połączone z Bielskiem) wyjechała na dalekie kresy, niosąc tam przysłowiowy kaganiec oświaty.

Było to w 1925 roku, państwo Polskie było bardzo młode i potrzebni byli nauczyciele, szczególnie w tych rejonach. Początkowo pracowała w miasteczku przy granicy z Rosją – w Rakowie, gdzie poznała mojego Tatę, Wacława Łukaszewicza. Ich wielka miłość, taka od pierwszego wejrzenia,  dojrzała w postaci małżeństwa zawartego w 1932 roku. Ponieważ Tato ukończył Szkołę Techniczną w Wilnie, otrzymał pracę na kolei w tym mieście.  Po urodzeniu 14.05.1934 roku syna- Zenona  , Rodzice starali się o pracę dla Mamy w pobliżu Wilna.  I w rezultacie w 1938 roku, Mama zamieszkała w Smorgoniach.

       Jakże dziwnie  splatają się losy ludzkie. Mama odbyła tak długą drogę ze swoich gór, by spotkać miłość swojego życia i wkrótce poznać Konopielków. Po przyjeździe do Smorgoń, , uczestniczyła w zebraniach nauczycielskich . I tam po raz pierwszy zobaczyła Jana. Zwracał uwagę urodą oraz elokwencją i wiedzą. Należał do czołowych dyskutantów. Wówczas jeszcze nie poznali się osobiście i nawet ze sobą nie rozmawiali.

       W przeddzień wybuchu wojny, dokładnie 31 sierpnia 1939 roku , mój Tato , jako kolejarz został  zmobilizowany i wysłany  nakazem pracy w poznańskie. Gdy zdążał na miejsce, Niemcy zaczęli atakować polską ludność cywilną . Wybuchła panika i chaos. Tato próbował wracać do domu, ale po drodze został aresztowany i po kilku miejscach uwięzienia ostatecznie  osadzony w obozie koncentracyjnym pod Berlinem w Sachsenhausen. Mama została sama z 5 letnim Zenonem, w trzymiesięcznej ciąży. W lutym 1940 roku, urodziła Synka, który otrzymał imię Ojca- Wacław. Swojego Ojca nigdy nie poznał.  

     Nieco wcześniej, bo 21 września 1939 roku,  Mama się dowiedziała od sąsiadów o nie dającej się opisać słowami tragedii, którą przeżyła żona Jana- bandyci zamordowali całą Jej Rodzinę. Jan pisze o tym straszliwym wydarzeniu w swoim pamiętniku. Całe miasteczko wyległo na ulicę gdy dwa dni później odbywał się tragiczny pogrzeb formujący się w wielki pochód. Rozpoczynało go siedem trumien z ciałami zamordowanych, które  spoczęły na miejscowym cmentarzu. Teraz jest tam nadal pomnik na Ich grobach i opiekuje się nim życzliwa daleka krewna, mieszkanka Smorgoń.

      Któregoś dnia, po kilku tygodniach od tego wydarzenia , Mama jak zwykle zabrała Zenona i udała się do stołówki  szkolnej, gdzie jadali obiady.

I wówczas dostrzegła siedzącą w rogu sali nieznajomą kobietę. Była  przeraźliwie blada, właściwie przezroczysta , bardzo szczupła w właściwie wychudzona . Miała piękną twarz   o nieruchomych oczach. Wyglądała jak Madonna z obrazów. Obok niej siedział kilkuletni chłopczyk i  z wielkim zainteresowaniem przyglądał się  wchodzącym .

Gdy Mama z Zenonem usiedli przy stoliku, chłopczyk nie wytrzymał , zerwał się i podbiegł do Zenona. Zaczął go zaczepiać i po chwili obaj hasali po stołówce.  

Wówczas   Panie wymieniły uprzejmości, przedstawiły się sobie i od razu poczuły do siebie sympatię.  

Okazało się, że ów wesolutki chłopczyk nazywa się Mirek, jest o rok młodszy od Zenona a ta pogrążona w żałobie pani, nazywa się Helena Konopielko i jest żoną Jana.

T o  b y ł  m o m e n t  d z i e j o w y  w  h i s t o r i i  n a s z y c h  r o d z i n.

   Panie zbliżyły się do siebie, często odwiedzały się w domach a  chłopcy lubili wspólne zabawy.    

W tym czasie Konopielkom powodziło się dość dobrze. Mieli jeszcze folwark, młyn i kamienice w Smorgoniach i chyba w Wilnie. Mama była sama z dwojgiem dzieci. Jan często podrzucał Mamie jakieś wiktuały, zabierał Zenona do swojego domu, gdzie chłopiec miał dobre wyżywienie, opiekę i ciepło domowe.

W 1942 roku miał przyjść na świat kolejny potomek Konopielków. W tym czasie mieszkali oni w Sukniewiczach, pod Smorgoniami, trwała wojna, obowiązywała godzina policyjna i zakaz  włączania  światła o zmroku.  Dlatego Panie  uzgodniły, że będzie bezpieczniej, by poród odbył się w Smorgoniach. Mieszkała tam zaprzyjaźniona położna i niedaleko był szpital, niezbędny w razie komplikacji.  Mama zaproponowała, by Helena rodziła w Jej mieszkaniu.  

Tydzień przed terminem tego wydarzenia, Jan zabrał Zenona do swojego majątku, gdzie razem z Mirkiem przebywał pod opieką służącej . Mały dwuletni Wacuś pozostał w domu i tam też  czasowo zakwaterowano  ciężarną Helenę .

Ponieważ Panie się lubiły, to czas mijał na przyjemnych rozmowach. Ale któregoś dnia, wieczorem, Mama zrobiła podręczne pranie i przypadkowo wylała nieco wody na podłogę w kuchni. Do wycierania wody wydelegowała Helenę, uzasadniając, że kobieta, która jest aktywna fizycznie, łatwiej urodzi. I faktycznie po kilku godzinach rozpoczęła się akcja porodowa. Znacznie później  Helena lubiła wypominać Stefie, że przez nią urodziła Syna. Oczywiście to były takie sympatyczne żarty .

Mama rozpaliła w piecu, nastawiła kocioł z wodą i pobiegła po położną.

Ponieważ obowiązywało zaciemnienie, została zapalona świeczka , którą Mama oświetlała drogę przychodzącemu na świat , umożliwiając jakieś działanie przy położnicy. Helena rodziła na naszym tapczanie, który potem przyjechał z Mamą do Gorzowa.

I po kilku godzinach, bez komplikacji , w nikłym świetle pełzającego  ognika świeczki, przyszedł na świat duży dorodny chłopiec.

Było to 29.03.1942 roku. Otrzymał On imię  zamordowanego małego braciszka Heleny- Paweł.

Rano przybył do nich Jan. Przywiózł jakieś ciuchy i zapytał gdzie jego żona . Mama pokazała odpoczywającą na tapczanie Helenę z niewielkim tłumoczkiem u boku.  Jan się zaśmiał. Żarty sobie robicie, lalkę jakąś widzę. Ale w tym samym momencie lalka wydała z siebie ogromny wrzask świadczący o wielkim głodzie noworodka, który od razu przyssał się do piersi, a na szczęście miał tam dużo jedzenia. Mirek był karmiony sztucznie, bo pokarmu nie stawało, ale Paweł był wychowany na piersi , zdrowo, tak jak trzeba.

Trudno było nie uwierzyć, że to nie jest lalka, a drugi syn Konopielków.

To była wielka radość. Pomimo wojny, ludzie chcieli żyć normalnie, kochali się, powiększali rodziny i wierzyli w dalsze dobre życie.

      W sierpniu 1944 roku na te tereny weszli ponownie Rosjanie. Przywlekli ze sobą  czerwonkę. Wówczas zmarł mój 4,5 letni braciszek Wacuś .

Jan pomógł zorganizować pogrzeb, trumienkę i oboje z Heleną opiekowali się moją Mamą, która była pogrążona w apatii i rozpaczy.

      Jednak już pod koniec tego samego miesiąca sowieci wkroczyli do domu Konopielków i  aresztowali  Jana. Nie był  winny zarzucanym czynom, przedstawiał świadków, którzy dawali mu pełne alibi, ale to nie pomogło. Spreparowano zarzuty, zastraszono ludzi, którzy zeznawali przeciwko i zapadł wyrok. Otrzymał 10 lat katorgi. W pamiętniku opisał te dzieje, miejsca w których był więziony nawet ich urok, ciężką katorżniczą pracę i  tułaczkę w straszliwych warunkach po całej Rosji od krańca do krańca kontynentu.

   Mama zawsze wspominała, jak  Helena woziła paczki dla swojego uwięzionego męża, gdy przed ostatecznym wyrokiem przez wiele miesięcy przebywał  w straszliwym, słynnym więzieniu w Wilejce. Ta delikatna, wątła kobieta , obciążona tobołami z jedzeniem i odzieżą, pieszo przemierzała wielokilometrową drogę do dworca, długo wyczekiwała na peronach na pociąg,  który nie zawsze nadjeżdżał albo był tak przepełniony, że nie zabierał słabych kobiet. Potem przez wiele godzin stała pod więzieniem, czekając na łaskawe otwarcie okienka, za którym strażnik przyjmował paczki. Ostatnio widziałam taką scenę na filmie –serialu” Anna German”- nie muszę ukrywać, że łzy same płynęły….

Helena była bardzo dzielną kobietą.

Nie wiem, czy w tych czasach któraś żona byłaby zdolna tak się poświęcać dla męża. Jan wspomina o tych paczkach, ale właściwie mimochodem, jakby to było normalne. Ale dla mnie to nie było zwykłe. To było bohaterstwo.

     Kiedy po wojnie Mama z Zenonem i Helena z synami wrócili do Polski- Mama zdecydowała na wyjazd w Beskidy, gdzie była jej rodzina a Helena do Lidzbarka, gdzie już byli jej kuzyni.

Na marginesie powszechnego zjawiska, jakim było opuszczanie rodzinnych terenów, które po zakończeniu wojny należały do Związku Radzieckiego, w miarę upływu lat rozważam, co było większym bohaterstwem. Czy opuszczenie swoich rodzinnych stron i wyjazd w obce i  nieznane w celu poszukiwania Polski czy pozostanie na miejscu, trwanie przy  ziemi swoich przodków i zachowanie w sercach polskiego ducha a nawet walka o polskość wbrew temu, czego chciały rosyjskie władze. Obie sytuacje nie były godne pozazdroszczenia i często tragiczne , nie było złotego wyjścia.

     W 1946 roku wrócił z obozu mój Tato, ale Jan był nadal w syberyjskiej głuszy, nie docierały od niego żadne wieści,  a nawet w 1949 roku dotarła   do rodziny informacja,  że zaginął bez śladu.

Gdy Mama i Helena znalazły się w Polsce, od razu nawiązały kontakt.

Okazało się, że ich wojenna przyjaźń była silna i trwała .

Tym razem Mama, mając już u boku męża chciała jakoś pomagać Helenie, która musiała ukończyć studia pedagogiczne, by kontynuować pracę w szkole.

     W wakacje 1947 roku Helena miała sesję na swoich studiach zaocznych. Musiała zorganizować opiekę nad synami.  Wówczas mój Tato pojechał do Lidzbarka Warmińskiego po Pawła i Mirka. Dopiero  wtedy miał okazję poznać Helenę, gdyż wcześniej w tym pamiętnym roku 1939 , gdy nawiązała się przyjaźń Mamy i Heli ,  przebywał  już w obozie koncentracyjnym.

Jednak widocznie pomiędzy rodzinami krążyły  jakieś dobre fluidy, bo od razu się polubili. Pawełek miał 5 lat, a Mirek 12.  

Następnego dnia, po przyjeździe do Gorzowa ,  Mirek ze starszym o rok  Zenonem pojechali sami w góry, do ciotki mieszkającej w Łodygowicach . Moi Rodzice przestrzegali, by chłopcy w czasie podróży z nikim nie rozmawiali, bo mogła to być osoba niebezpieczna. I wówczas Mirek zapytał figlarnie- a jeśli to będzie ładna dziewczyna?

Taki był już od dzieciństwa, aktywny, wesoły, ufnie wychodzący do ludzi. I to Mu pozostało. Chłopcy spędzili w górach dwa miesiące. Wujek uczył ich strzelania z łuku. Mój brat, Zenon trafił od razu w środek tarczy i odszedł a Mirkowi się nie udawało. Ćwiczył zapamiętale do wieczora, aż osiągnął cel. Wzbudził tym podziw wujka. Te cechy, upór , cierpliwość w dążeniu do zrealizowania zamierzeń pozostały mu do tej pory….

       Mama  tym czasie była w ciąży ze mną i przesiadywała w domu z Pawełkiem, który bardzo tęsknił za swoją mamuśką, nie chciał jeść. Ponieważ chętnie biegał do pobliskiego sklepu po bułeczki, Mama się cieszyła, że przynajmniej to zajada. Ale  niestety po Jego wyjeździe, wszystkie ponadgryzane bułeczki wymiotła spod szafy. Pawełek ożywiał się jedynie widząc z balkonu wracającego z pracy mojego Tatę. Wołał wówczas- „ proszę pani, proszę pani- tatuś idzie”. Aż kiedyś jakaś sąsiadka zapytała Mamę – a cóż to za dziecko u państwa, które na panią mówi pani a na pana- tatuś”. To świadczyło, ile w tym dziecku było pragnienia by posiadać ojca, ile tęsknoty za nieobecnym. Przecież Jana zabrano gdy Pawełek miał  zaledwie dwa latka….

    Potem wielokrotnie spędzaliśmy wakacje wspólnie z Pawłem.

Pamiętam, jak przybywał do nas, gdy byliśmy nad morzem, na wczasach wagonowych. Spotykaliśmy go na dworcu, albo siadywałam na schodkach przed naszym wagonem   i wypatrywałam .

Mój brat był dużo starszy ode mnie i miał swoje życie, więc byłam sama. Źle się czułam jako jedynaczka i zawsze bardzo się cieszyłam, gdy przyjeżdżał Paweł .

Lubiłam, gdy się zbliżał do wagonu,  wysoki, nieco przygarbiony , chudy, z nieodłącznym  siermiężnym plecakiem. Zwykle przebywał z nami przez cały turnus i  ochoczo pałaszował swoje porcje a także to , czego nie mógł jeść ojciec z powodu poobozowych  dolegliwości gastrycznych .

Wzajemna sympatia Pawła i mojego Taty przetrwała od znamiennego pobytu chłopca w Gorzowie. Teraz mieli wiele wspólnych pasji, ale chyba największą było skupianie się nad  grubaśnym Rozkładem  Jazdy Pociągów i planowanie jakiś fikcyjnych podróży. Tato dbał o Jego sylwetkę i zawsze zwracał uwagę, by chodził prosto a nawet czasami sugerował, by w celu wyprostowania pleców zakładał poprzecznie kij  pomiędzy plecami a  ramionami .  

Paweł był bardzo opiekuńczy. Pamiętam, jak w tym niezapomnianym czasie wspólnych  wakacji nad morzem, uwielbiałam poranne kąpiele. Budziłam Pawła, ale On odwracał się na drugi bok i dalej smacznie chrapał. Ale, jak opowiadała Mama, po chwili się zwlekał z łóżka mrucząc- pójdę, bo jeszcze się utopi. A ja, taplając się w morskiej fali,  obserwowałam pustą o tej porze  wydmę i z radością witałam znajomą wielką i chudą sylwetkę na jej szczycie….

Paweł był mi jak Najprawdziwszy Brat….

       Gdy wrócił Jan z Syberii, Konopielkowie od razu odwiedzili nas w Gorzowie.

Znajomość i przyjaźń trwała. Lubiłam jeździć do Lidzbarka, spotykać tych Ludzi, którzy mimo bardzo ciężkiego życia zachowali wielką radość, optymizm i ciepło. Grzałam się u ich boku. Zresztą podobnie odczuwał mój brat Zenon, i wielu młodych ludzi, którzy lgnęli do tego domu…..

        Po latach spotkałam dorosłego Mirka. Przedtem nasze drogi się rozmijały, studiował, rozpoczął pracę w Warszawie i do Lidzbarka przyjeżdżał rzadko.

W opowieściach Mamy a może w mojej pamięci pozostało tylko jedno wcześniejsze wspólne  spotkanie . Gdy miałam może cztery albo pięć lat  , pojechaliśmy jak zwykle do Lidzbarka. I wtedy ponoć Mama  żartowała  że ja jestem dobrą partią , gdyż dostanę ładny  posag, bo Rodzice  oddadzą mi  przepiękne poniemieckie meble, które mieli w gorzowskim mieszkaniu. Faktycznie były ładne duże i ciekawe.  Wówczas Mirek, który wtedy już był młodzieńcem, ale nie pozbawionym poczucia humoru i dystansu do siebie,  przyklęknął na jedno kolano i oznajmił, że  w takiej sytuacji On prosi Zosię o rękę.   Ale  ja natychmiast bardzo poważnie  odpowiedziałam, że niestety  wyjdę za mąż za lekarza świń i krów. W sąsiedztwie, przy ul. Kosynierów Gdyńskich w Gorzowie, mieszkał dość pulchny młodzieniec, który był weterynarzem. Bardzo go lubiłam….Tego wydarzenia Mirek nie zapamiętał, a jedynie jakąś inną migawkę z tego czasu. Otóż  tam, gdzie wówczas mieszkali Konopielkowie,  przy ul.Mazurskiej na pięterku,  wucecik był na parterze, w mrocznym miejscu.  Sama się bałam tam schodzić, tym bardziej, że schody były wysokie i kręte. Mamie nie bardzo chciało się ze mną tam ze wędrować i wówczas  Mirek zadeklarował swoją pomoc .. Potem już się nie widywaliśmy.

Gdy się spotkaliśmy po kilkunastu latach ,  jakimś dziwnym trafem ulegliśmy wzajemnej magii.

I nadal jesteśmy pod jej wpływem. ….

Tylko zdążyły wyrosnąć nasze dzieci i wnuki…..

I dalej tak napisał Mirek:

„ Wszystkie nasze dzieci się urodziły i wychowały w niewielkim żoliborskim mieszkaniu z szerokim widokiem na Warszawę .

Dziś mieszkamy sobie w wymarzonym domku w Michałowicach  w pobliżu naszej Córki- Ewy, która wyszukała dla nas działkę i zdopingowała do budowy domu.

Od ponad 30 lat  wyjeżdżamy do Gulczewa , gdzie mamy domek letni przytulony do cudnie meandrującego Bugu i Puszczy Białej będącej częścią Puszczy Kurpiowskiej.

8 lat temu wróciliśmy w góry , gdzie urodziła się Mamy Zosi- do Godziszki. I tam w pięknym miejscu, u podnóża Skrzycznego z widokiem na całą Kotlinę Żywiecką i dookolne szczyty jak m.in. dostojną, rozłożystą Babią Górę- prawdziwą babę, Pilsko, Romankę i inne, wyrosła nasza drewniana, niewielka ale urocza chatka . Miejsce jest urokliwe,   chętnie i często tutaj wyjeżdżamy. Lubią tam też przebywać nasze Dzieci i Wnuki, co nas bardzo raduje.

Ja , mimo poemerytalnego wieku i znacznej naturalnej dominacji młodych, nadal współpracuję jako doradca z dużą korporacją cementową,  z czego jest bardzo dumna moja Rodzina. . Zosia czasami konsultuje dzieci z chorobami nerek, udziela porad internetowych oraz prowadzi nasz rodzinny pamiętnik i wspomnienia ze swojej medycznej ścieżki , wkładając te treści do blogu. Może  powstanie z tego dość obszerna saga rodzin Konopielków i  Łukaszewiczów .

Jesteśmy zadowoleni z naszych osiągnięć i czujemy się spełnieni zawodowo.

Cieszymy się szczęśliwym życiem naszych Dzieci a przede wszystkim Wnucząt i staramy się im pomagać.

Ich życie, ich sukcesy, problemy, dzień po dniu są naszymi radościami i kłopotami.

      I wyobrażamy sobie, że nasza Rodzinna Gromadka, która już się uwolniła  od ziemskich problemów, rezyduje w Zaświatach i  spędza tam razem mile czas, tak jak kiedyś…Jest tam  nasz  Jan- Sybirak w towarzystwie swojej  Ukochanej ( jak zawsze podkreślał) Helenki  , są Wojciulowie, pomordowani Rodzice i Rodzeństwo Heli, są Rodzice Zosi- Łukaszewiczowie  z  Synkiem  maleńkim Wacusiem, bardzo dorosłym Synem- Zenonem a także nasz Brat- Paweł.

Oni Wszyscy patrzą na nas  ze swoich  dalekich galaktyk i widząc, jak  rosną nasze dzieci i wnuki, kochają się i  są sobie życzliwi…wielce się radują.

A Jan  pewnie tak sobie  myśli-

„ warto było się urodzić, pięknie żyć, kochać z całego serca- bo bez tego nie byłoby  tak licznej rodziny, która wywodzi  się z mojej gałęzi naszego silnego i wielkiego drzewa rodowego .

I warto było walczyć o przetrwanie syberyjskiej katorgi,  by jeszcze się spotkać po latach, odbudować więzy rodzinne ,  zobaczyć Wnuki i Wami Wszystkimi się cieszyć…. „

Może nasi potomkowie, kolejne młode pokolenia wezmą do ręki tę książeczkę i wspomną ciepło swojego praDziadka, Sybiraka, pomyślą o tym, jaki On był i będą  pielęgnować w sobie Jego cechy charakteru- wszak mają w sobie Jego silne i dobre geny.

Pozdrawiamy Ciebie Janie i dziękujemy za Twój piękny przykład życia i postaramy się żebyś był z nas zadowolony”.

Mirosław i Zofia Konopielko z d.Łukaszewicz                              Michałowice k/Warszawy marzec 2013            

Streszczenie części Pamiętnika dotyczącej uwięzienia i katorgi Jana na Syberii. Praca Michała Gregorowicza – prawnuka Jana przedstawiona na lekcji historii w ostatniej klasie szkoły podstawowej.


zastanawiałam się jakie teraz pokazać zdjęcie – jednak to, właśnie to, nigdy nie pokazywane – Jan po katordze ….

Przedstawił je na lekcji historii w ostatniej klasie szkoły podstawowej, prawnuk Jana- Michał Gregorowicz, syn Ewy ( córki Mirosława i Zofii Konopielko) i Marcina.

Jan Konopielko był moim pradziadkiem, ojcem ojca mojej Mamy. Urodził się w 1906 roku. Pozostawił swój pamiętnik, w którym poza dzieciństwem i trudną drogą do zawodu nauczyciela opisał losy aresztowania, więzienia, katorgi i wiecznej zsyłki.

Pochodził z biednej rodziny, mieszkającej w Kołpiei,  niedaleko Wilna.

Bardzo chciał się uczyć i uporczywie dążył, pomimo trudności, do pogłębiania wiedzy. Udało mu się  i został nauczycielem …

Ożenił się z wielkiej miłości , z dziewczyną której ojciec kilkakrotnie wyjeżdżał do pracy za ocean , do Ameryki Północnej i Południowej. Za zarobione pieniądze zakupił  dużo ziemi, wybudował kamienice w Smorgoniach i Wilnie oraz świetnie działający młyn.

Gdy wybuchła druga wojna światowa, te tereny zajęli Rosjanie, potem przyszli Niemcy, zdążając na Moskwę. Po klęsce pod Stalingradem, Niemcy uciekali a podążający za nimi sowieci,  znowu okupowali te ziemie. Stało się to w czerwcu 1944 roku .

Wówczas rozpoczęły się ponowne prześladowania miejscowej ludności. Wszystkich Polaków , którzy nie zginęli na froncie, a byli wykształceni i zajmowali stanowiska  w czasach gdy jeszcze była tutaj Polska a także ich rodziny- kobiety w ciąży , z małymi dziećmi wywozili w głąb Rosji radzieckiej.

Gdy ktoś się uratował przed wywozami, był prześladowany na miejscu.

Sowieci nienawidzili ludzi wykształconych i bogatych. Taka była idea bolszewizmu.

Niestety mój pradziadek, Jan, dobrze wykształcony nauczyciel  i współwłaściciel dużego majątku znalazł się na ich celowniku.

Wkrótce został aresztowany.

W swoim pamiętniku opisał, jak starannie spreparowano przeciwko niemu wymyślone, oczywiście fałszywe oskarżenia. Znaleziono ludzi , których zastraszono i oni jako świadkowie na rozprawie zeznawali nieprawdę.

Jan próbował się bronić, walczył o prawdę, składał odwołania, ale niestety to nic nie dało. Siedział w znanym podwileńskim więzieniu w Wilejce, gdzie panowały bardzo złe warunki. Wreszcie po wielu miesiącach  odbyło się ostatnie posiedzenie sądu. Podtrzymano oskarżenia , a nawet wystraszony świadek potwierdził pytanie sędziego, że Konopielko strzelał do komunistów z armaty. Wywołało to śmiech na sali sądowej , bo przecież armaty nikt tutaj nie posiadał, a Jan nie był żołnierzem, tylko nauczycielem.

Jednak mimo wyraźnego kłamliwego oskarżenia, zapadł wyrok skazujący Jana na 10 lat  katorgi.

Jan został przewieziony do obozu na północ, nad Morze Białe, niedaleko Archangielska, w krainę bagien , niskiej roślinności zwanej tundrą i zawsze panującego zimna. Tam budował z innymi zesłanymi nowe miasto Mołotowsk ( obecnie Siewierodwińsk). Warto zajrzeć do jego pamiętnika, gdzie opisuje warunki w jakich mieszkał i pracował oraz klimaty tego miejsca.

 Ponieważ wspólnie z nim było tam zamkniętych wielu bandziorów, władze sowieckie się zorientowały, że więźniowie polityczni, do których zaliczano Jana, mogą uświadomić tych bandytów i wspólnie zorganizować bunt. Pewnie mieli rację, a może jakieś już własne obserwacje, że  więźniowie polityczni będąc  ludźmi wykształconymi potrafią dzięki swojej inteligencji przekonać do buntu tych  prymitywnych bandytów.

Wobec tego któregoś dnia wpakowano politycznych do pociągu i długo wieziono trasą linii transsyberyjskiej na wschód. Na mapce, którą załączono do pamiętnika jest wyrysowana cała trasą, jaką przebył Jan z innymi więźniami.

Znaleźli się oni w sercu Syberii.

Niedaleko Tajszetu wyładowano ich w tajdze. I o tym jak wyglądała tam praca przy karczowaniu wielkich drzew, jaki panował tam klimat, też ciekawie  napisał Jan w pamiętniku.

    Od czasu wywiezienia Jana w głąb Syberii,  rodzina już nie dostawała od niego listów, a nawet sowieci przekazali im informację , że zaginął bez śladu.

    Mijały lata. Ciężka praca i niedożywienie powodowały, że więźniowie zapadali na straszliwe choroby ale głównie wyniszczenie organizmu.

Jan też słabł, nawet planował , by odrąbać sobie nogę co dawałoby mu szansę schronienia na jakiś czas w miejscu w miarę ciepłym , którym był niewielki barak nazywany szpitalem . Rosjanie dbali o pozory, pewnie dla opinii światowej, przecież jakieś informacje stąd się wydostawały, że dbają o zdrowie katorżników. Co pewien czas pojawiał się lekarz i badał więźniów pod kątem ich wyczerpania i chorób.

Akurat wtedy, gdy Jan już zadecydował że uszkodzi sobie ciało, odbyła się taka komisja.   Zgłosił , że już nie ma sił i został oceniony jako skrajnie wyniszczony oraz że ma niewyrównaną  wadą serca. Zalecono leczenie w tym niby szpitaliku. Poczuł ulgę, bo widział, że dalej już by nie wytrzymał i stracił życie.  Dostawał tam nieco więcej jedzenia- te okropne posiłki opisał w pamiętniku. Po wyjściu , pracował dalej, ale już w lepszych warunkach, które zaleciła komisja lekarska . Został magazynierem, pomagał też w kuchni, gdzie miał szansę otrzymać jakieś resztki jedzenia.

   Powoli zbliżał się koniec jego 10 letniego wyroku .

Kilka miesięcy przed możliwym wyjściem postanowił wykorzystać stare zużyte spodnie, których nie oddawał na szmaty, by z nich uszyć marynareczkę. Zaniósł je do krawca.

I wtedy właśnie nastał nowy naczelnik obozu.

 Był młody , chciał się wykazać władzy, dostawać pieniądze, nagrody i medale a może nawet awansować. Zaczął więc węszyć w obozie, szukając jakieś zaniedbań , nieprawidłowości i po kilku dniach odwiedził krawca, który właśnie szył marynareczką dla Jana. Nie pomogły tłumaczenia, że używał materiału ze starych dziurawych spodni.

Od razu zdecydował, że za karę wyśle Jana na Kołymę.

Było to miejsce położone bardzo daleko na wschodzie, więźniowie pracowali w kopalniach złota, i najczęściej stamtąd nie wracali bo praca ta i warunki były straszliwe. Dlatego tam wysyłano więźniów młodszych, a Jan już miał więcej niż 40 lat. Od decyzji naczelnika nie było odwołania.

Zapakowano więc mojego pradziadka i wielu innych do pociągu i dalej trasą linii kolejowej, transsyberyjskiej powieziono na wschód. Podróż trwała kilkanaście dni. Po drodze mijali piękne jezioro Bajkał , ale opadali z sił, bo panowały już wtedy ogromne upały a skazańcy nie dostawali wystarczającej ilości wody.

 Wreszcie dotarli nad wielką rzekę Amur, która przepływała przez Jezioro Bajkał.

Tam ich wagony były umieszczane na promie i po przeprawie  jechali dalej .

Ledwie żywych, same szkielety ludzkie, wysuszone do ostatnich granic, wyrzucono na wschodnim krańcu kontynentu, nad Cieśniną Tatarską, odgraniczającą wyspę Sachalin od lądu. Połowa tej wyspy należała do Japonii. Z niewielkiego portu wypływały statki na wyspę Kołymę, tam gdzie był cel podróży.

Gdy Jan próbował złapać oddech, nie wiedział dlaczego nie może oddychać. Ponoć powietrze w tym miejscu było prawie pozbawione tlenu.

Czuł, że już niedługo umrze. Tak dalej nie dało się żyć, a wizja pracy na Kołymie, o której więźniowie wiedzieli z opowieści,  pogłębiała to uczucie.

Ładowano ludzi na statki. Jan czekał swojej kolejki.

Wreszcie przy dźwiękach muzyki, bo tak sowieci urządzali swoje wywozy tworząc na swój sposób zakłamany nastrój radości, Jan też znalazł się na statku. Był to już ostatni transport tego dnia. Nawet nie miał siły by się martwić. Biernie czekał na śmierć.

I wtedy nagle stał się cud.

Dowódca transportu obwieścił, że ten ostatni statek już nie popłynie, bo  przetransportowano wystarczającą liczbę więźniów.

Wszystkich, którzy już byli na tym statku zabrano z powrotem na ląd. Zapakowano do wagonów i powieziono z powrotem.

Jan znalazł się wśród nich.

   Wracał na dawne miejsce katorgi, do tajgi.

Po kilkunastu dniach podróży, w nieco lepszych warunkach, bo dostawali więcej wody do picia, znaleźli się niedaleko Omska. To miejsce też jest zaznaczone na mapce.

Tam okazało się, że właśnie minęło 10 lat katorgi Jana.

Jednak nie był to koniec udręki.

Już kiedyś Stalin wydał zarządzenie,  że ludzie , którzy odbyli wyrok nie mogą wracać do miejsc, gdzie się urodzili. Muszą pozostać tam, gdzie ich wywieziono,  w głębi Rosji i tam pracować dla tego państwa.  . Nazywało się to wieczną zsyłką.

Oficer, który przybył z Ałma Aty, stolicy Kazachstanu, gdzie teraz przebywał i nadal pracował Jan, wręczył mu decyzję o uwolnieniu, ale równocześnie kazał podpisać zgodę na wieczną zsyłkę.

Tutaj Jan się postawił, wróciła dawna bojowa natura. Pomyślał, że nie może być gorzej, niż to co przeszedł. Odmówił złożenia podpisu i nie uległ, gdy go zmuszano.

Jednak nikt się nie przejął,  że były więzień nie podpisał tych papierów . Pomimo odmowy, nadano mu rozkaz podjęcia pracy, pomimo, że był wolnym człowiekiem.

    Do obozu, gdzie przebywał, przyjeżdżali różni ludzie z miejsc, gdzie potrzebne były ręce do pracy. Nie godził się na różne propozycje, nie chciał pracować na roli.

W końcu przyjął propozycję pracy w budownictwie i wyjechał do sowchozu Telmana  i tam ciężko pracując, czekał na decyzję władz w Moskwie, do których złożył petycję o zgodę na powrót do rodziny.

Nawiązał kontakt z rodzeństwem.

Dowiedział się , że jego żona z dziećmi opuściła rodzinne tereny, gdzie w obrębie Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich , tzw. ZSRR, powstała republika Białoruska . Wyjechali oni, tam gdzie była Polska. Po II wojnie światowej zmieniono granice Polski, ZSRR zabrało dużą część ziem polskich. Polacy z tych terenów, nienawidzili sowietów, nie chcieli dalej tam mieszkać , marzyli o tym, by rozmawiać po polsku, a nie po rosyjsku.

Więc oni, wycieńczeni wojną wygnańcy, zapakowali się do wagonów towarowych, zabierając swoje dokumenty, i część dobytku, pojechali do Polski.

Rodzina Jana osiedliła się  w  Lidzbarku Warmińskim. Zamieszkali w opuszczonych przez Niemców domach  i zaczęli nowe życie. Moja prababcia- ukochana żona Jana, Helena była bardzo dzielną kobietą. Pracowała jako  nauczycielka i ze skromnej pensji utrzymywała synów, dała im wykształcenie a nawet ukończyła zaoczne studia pedagogiczne dojeżdżając do dalekiej Warszawy.

   Jan bardzo tęsknił za swoją rodziną. Chciał  wrócić nie tylko na tereny, gdzie się urodził, a gdzie teraz była Białoruś, ale do Polski, do Lidzbarka, gdzie czekali jego najbliżsi.

Od pierwszego dnia po uwolnieniu, ale na przymusowej wiecznej zsyłce  pisał różne protesty, prośby, odwołania a nawet jeździł z petycją do Moskwy .

I wreszcie dopiął swego bo był uparty i wytrwały. I gdy już  powoli tracił nadzieję, po dwóch latach starań ,  uzyskał zgodę.

W roku 1956 spotkał się z rodziną.

Jego żona, a moja babcia- Helena mimo, że była młoda i miała informacje, że mąż zaginął, wierzyła, że gdzieś tam daleko żyje, czekała. Nie chciała innego mężczyzny, a miała różne propozycje i zapewnienia, że jej pomogą .

Synowie bardzo kochali ojca, nigdy nie stracili nadziei na powrót ojca, podtrzymywali matkę na duchu  i odstraszali jej wielbicieli.

Stale powtarzali: Tatko wróci….

     Gdy ich opuszczał, w 1944 roku , starszy syn a mój dziadek – Mirek miał 9 lat a młodszy- Paweł 2 lata.

Teraz, po tych 12 latach  zobaczył młodzieńców. Mirek miał 21 lat, kończył   Politechnikę  a Paweł, 14 latek był uczniem liceum.

Ich Tatko wrócił.

Wszyscy byli bardzo szczęśliwi, że się spotkali,  zobaczyli i  nareszcie są razem.

Jednak nie było łatwo ponownie przyzwyczaić się do siebie, bo przecież po tylu latach wszyscy byli innymi niż kiedyś ludźmi.

Ale się udało.

Zwyciężyła miłość….

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 45 ). „ Od Annasza do Kajfasza” ale powoli uparcie do wolności, rodziny , do Polski…..


Jan kończy pisanie pamiętnika – dziękujemy Ci Niezwykły Człowieku za to, że ocaliłeś pamięć i jesteś stale z nami …..wypatrujemy w naszych dzieciach, wnukach a teraz prawnuczce Twoich silnych prawych genów….

 Starania moje o wyjazd do Polski.

Od pierwszej chwili wyjścia z  łagru wciąż myślałem jak to dostać się do rodziny w Polsce?

Wiedziałem tylko, że żona i dwóch synów mieszkają w Lidzbarku.

 ( a że tam, w Polsce, są dwa Lidzbarki: Lidzbark Warmiński i Lidzbark Welski – tego nie wiedziałem ).

     Po przyjeździe na wieczne zesłanie do sowchozu Telmana w Oskarowski  rejon, województwa Karagandyjskiego w Kazachstanie , natychmiast napisałem list do żony, że już jestem zwolniony z obozu i zamierzam robić starania o wyjazd do Was.

 List ten, ku mojej rozpaczy poczta wróciła z dopiskiem:

„ wozwraczajem – graznyj konwert”.

Pomyślałem:

„ diabli przeklęci, nie chcą nawet pozwolić skomunikować się z rodziną. „

Poleżał ten list kilka dni w walizce.

Za ten czas przeanalizowałem swoje myśli odnośnie tego zwrotu listu.

Postanowiłem list włożyć do nowej koperty i wysłać znowu.

Dopatrzyłem, żeby się gdzieś nie zabrudził.

Sam wrzuciłem do skrzynki pocztowej .

Po trzech tygodniach otrzymałem list od żony.

Radości było co niemiara.

Żyją w Lidzbarku Warmińskim.

List trafił do Lidzbarka Welskiego, skąd przesłano go do Lidzbarka Warmińskiego , do dyrektora szkoły zawodowej  znajdującej się o dwadzieścia kroków od mieszkania Konopielków – żony.

List wręczył dyrektor szkoły młodszemu synkowi Pawłowi, bo matka była w tym czasie na kursie.

Ileż radości miał ten dziewięcioklasista z powodu dwunastoletniego oczekiwania na tatę.

Opowiadali świadkowie, że biegał od krewnych do krewnych i ogłaszał, że tata przysłał list, że prędko wróci do nas.

Kiedy małżonka przysłała mi zaproszenie, o które ją prosiłem, zaraz że udałem się do władz rejonowych  z prośbą o pozwolenie na wyjazd do rodziny do Polski.

Władze rejonowe zażądały ode mnie dwudziestu moich małych zdjęć, fotokarteczek.

Zrobiłem taką ilość zdjęć i wręczyłem w biurze.

Przy tym poinformowano mię, że moje dokumenty będą przesłane w Injurkolegium do Karagandy.

Co najmniej minął miesiąc od przesłania prośby o wyjazd i żadnej wiadomości nie otrzymałem .

Wobec tego udałem się sam do Injurkolegium  w Karagandzie.

Tam mnie krótko objaśnili, że póki jestem na wiecznej zsyłce, nie otrzymam prawa wyjazdu nie tylko do Polski, ale i nawet do Białorusi, skąd pochodzę.

Smutna to była odpowiedź, ale na razie prawdziwa.

Wracając do swojej  pracy, do sowchozu Telmana, wpadłem na pomysł, by napisać serdeczną prośbę do Injurkolegium w centrali, w Moskwie , by zdjęli ze mnie wieczną zsyłkę.

Prośbę postanowiłem mocno uzasadnić.

Ponieważ prawdą było, że moja matka stareńka potrzebuje mojej jedynej pomocy, by żyć, użyłem tego argumentu.

O dziwo prośba ma  poskutkowała.

W ciągu trzech tygodni spotkałem się z operupołnomoczennym , który powiadomił mnie , że  „Wiecznaja  zsyłka sdiata iz mienia”.

Jakaż to była u mnie radość.

Radość była nie do opisania.

Nie czekając ani chwili czasu, pojechałem do Karagandy, do Injurkolegium, żeby tę wiadomość  z Moskwy zawieźć do władz.

Przywiozłem, ale oni wysyłają mię do NKGB- bym przyniósł sprawkę, że zsyłka ze mnie zdjęta.

Wchodzę do gmachu NKGB.

W gmachu NKGB , jeszcze na korytarzu, spotykam starego znajomego – byłego starszego lejtnanta ( a teraz jest już majorem), z którym kiedyś skłóciłem się.

On  wtedy chciał na mnie wymóc podpis, że akceptuję    przykaz  Stalina:

” odnośnie wiecznego zesłania” .

A ja nie chciałem,  postawiłem się i ostatecznie nie podpisałem.

A także  nie chciałem jechać – pracować w kołchozie.

Teraz mówię jemu :

„ Zdrawstwujcie  , towariszcz major.

Ja uże nie grażdanin, a towariszcz.

Potomu, szto iz mienia sniali  wiecznuju zsyłku, kotoruje  wy zastawlali mienia podpisacsia”.

Obruszył się i powiedział:

„ Ja  takoj bumagi o śniatki zsyłku nigdzie nie widział w kancelarii”.

Ja na to :

„No ja dumaju, szto operupołnomoczennyj wasz predanyj człowiek nie możet z takowo dzieła szutić.

A gdzie jest biuro , kotoryje zanimajessia  spisywaniem dzieł przyszedszych iz Moskwy”, pytam.

Odparł:

„ Idzicie na wierch, tam jest dwie komnaty, kotoryje zanimajussia takimi dziełami.

Do swidanija „.

Poszedłem na wierzch.

Zapytuję w jednym pokoju w sprawie zwolnienia z zsyłki.

Odpowiedź jest negatywna.

Zachodzę do drugiej kancelarii.

Pierwszy mężczyzna siedzący przy stoliku u drzwi odpowiada, że „ on takiej familii nie wstrietił”.

 Ale żenszczyna siedząca w kąciku przy oknie, odzywa się i mówi, że pismo z takoj familiu wstreczała.

Popatrzyła do jednej teczki i mówi:

 „ Da, Konopielko, Iwan Wikientiwicz oswobodzon od zsyłki”.

Poprosiłem o wydanie mi sprawki,

ż e   j e s t e m   z w o l n i o n y   o d   w i e c z n e g o   z e s ł a n i a.

Wydali mi zaświadczenie  i ja prawie na jednej nodze pomknąłem do jadalni tego gmachu NKGB , żeby trochę przekąsić .

Usiadłem i czułem jak ogrania mnie wielki spokój i przychodzi wielka radość.

Moje myśli płynęły do żony i synów, mateńki starej .

Wyobrażałem sobie radość z rychłego spotkania…

Jedząc śniadanie, widziałem, jak dwaj „ torbochwaty” – złodziejaszki zabrali z ręki  jednego obywatela zegarek.

Podeszli, pokazali nóż i prędko zabrali z ręki ręczny zegarek.

Ten obywatel zwrócił się z prośbą do oficjałki, że u niego zabrali siłą zegarek.

A ona na to :

„ Podajcie ich na milicję”.

A ich już i „ duchu” nie było.

I to wszystko się działo w gmachu NKGB.

Wracając  przez rejon do swego sowchozu Telmana wstąpiłem do odpowiedniego Urzędu, by prosić o wydanie mi  paszportu.

Poinformowali, żebym przywiózł sprawkę z sielsowieta, wówczas wydadzą dowód osobisty.

W drugim dniu otrzymałem sprawkę z sielsowieta i znowu pojechałem do komitetu rejonowego.

Gdy tak się nachodziłem i najeździłem w kółko, wreszcie otrzymałem upragniony  paszport- dowód osobisty.

Zapomniałem napisać, że po otrzymaniu sprawki o zwolnieniu z zsyłki, odniosłem ją tak,  jak kazali, do Injurkolegium .

Tam zapytali dokąd chcę jechać .

Podałem, że do Kołpiei która już była na terenie ZSRR, do stareńkiej matki.

To oni mi powiedzieli, żebym czekał, a oni prześlą dokument do rejonu w Mołodecznie. Bo był to rejon do którego należała moja Kołpieja, miejsce urodzenia mego.

Wszędzie podkreślałem że matka na mnie czeka, jest stara i muszę jej pomagać.

Udawali , że się przejmują i obiecywali szybkie załatwienie sprawy.

Ale dla nich czas był inny.

C z e k a ł e m  n a  z a ł a t w i e n i e  s p r a w y  p r a w i e  r o k.

Nie czekałem biernie.

Jeździłem dwa razy do Mołodeczna i jeden raz do Mińska. A odległość z mojego sowchozu Telmana w Karagandyjskiej obłaści była duża.

Wreszcie nadeszła odpowiedź , ale  negatywna.

Nie ustawałem w działaniu.

Już było mi wszystko jedno, prosiłem teraz o wszystko dla mnie najważniejsze.

Także o to, bym mógł pojechać do Polski, do żony i synów.

Po kolejnym moim ponagleniu i prośbie wreszcie przyszła wiadomość z  rejonu .

Zażądali oni ode mnie metryki ślubu

.

Dobrze, że żona ją zachowała, przywiozła do Polski i mi ją przysłała.

Przedstawiłem im.

Po dwóch miesiącach znowuż pojechałem do władz repatriacyjnych w Mołodecznie.

Tam jeszcze raz musiałem udowodnić, że jestem Polakiem , a to jest paszport.

Obejrzała go urzędniczka i pyta :

„ A jest u was kakaj nibudź dokument , szto wy żyli w Polsze do 1939 goda. „.

„Jest” odpowiadam i pokazuję.

Ona ogląda i mówi:

„ Da wot eto, goworit, szto wy żyli w Polsze. Czerez niedzielku ożidajcie dokumentów”. Dotrzymała słowa – poczta przysłała.

Jeszcze jedna wstawka:

Po zdaniu wszystkich dokumentów w Injurkolegium i otrzymaniu paszportu wyjechałem do swojej  miejscowości w rejonie Mołodeczno .

A tam dalej oczekiwałem znowu prawie cały rok na te dokumenty na wyjazd do Polski.

Jadąc, miałem przygody.

Pierwsza zdarzyła się w Moskwie- na dworcu Białoruskim.

Siedząc na ławce niedaleko pierwszego toru kolejowego , usłyszałem szum pociągu i krzyki wpadających Niemców jeszcze w mundurach faszystowskich.

Byłem zdumiony tym widokiem.

Pomyślałem, że  chyba Niemcy biorą Moskwę dopiero teraz, po dziesięciu latach.

Okazało się , że to byli Niemcy, którzy dostali  się do niewoli radzieckiej dziesięć lat temu i teraz wracali do domu.

Druga przygoda była następująca:

siedzę na ławeczce i potrochę drzemię trzymając mocno walizeczkę w ręku.

Raptem słyszę kilka głośnych słów:

 „ Łowi wara”( łap złodzieja)

A to krzyczą właśnie wory ( złodzieje) , którzy biegnąc i krzycząc odrywają uwagę siedzących i chwytają w biegu ich walizki i już ich na dworcu nie ma.

Milicjant przybiegł, ale już nie było kogo łapać.

Uwagę odwrócili i pomknęli z paru walizkami w siną dal.

Milicjant dalej nawołuje:

„ Grażdanie, na wakzale nie razreszajetsia spać”( na dworcu nie wolno spać).

 Ja drzemałem jak zając i jakoś wytrzymałem do rana.

Jadąc ze stacji Osokarowski  do Moskwy w przedziale zapoznałem się z matką i jej dziesięcioletnią córką.

Rozmowna dziewczynka zwierzyła mi się – jak w jej brygadzie – klasie kopali ziemniaki stosując swojego rodzaju oszukaństwo: ważne było, kto większą wykopie przestrzeń pola, więc tylko połowę ziemniaków wybierali z ziemi, a resztę ziemniaków przykopywali ziemią, żeby jej nie było widać.

Dlatego też zawsze otrzymywali pierwszą nagrodę.

Matka z córką jechały do syna, który pracował niedaleko Moskwy.

Ponieważ w Moskwie nigdy nie byłem, więc wypowiedziałem swoją obawę, czy potrafię dojechać do Injurkolegium.

Matka poradziła mi, bym jechał z nią do jej syna, który może mi pomóc, bo zna Moskwę.

Gdy pociąg za pół godziny był na dworcu podmiejskim i nikt ich nie spotkał, postanowiłem wracać do Moskwy.

Zaraz że szedł do Moskwy pociąg i ja wskoczyłem do niego.

Wylądowałem właśnie na Dworcu  Białoruskim, gdzie spotkałem się z Niemcami powracającymi jak już napisałem z 10 letniego pobytu w łagrach.

Nazajutrz sam, bez niczyjej pomocy odnalazłem Injurkolegium i załatwiłem swoją sprawę.

Po powrocie  z tego urzędu wstąpiłem do sklepu jednego, drugiego, żeby kupić sobie jesionkę.

Kupiłem, a wieczorem wyjechałem z Moskwy przez Mińsk, Mołodeczno do Smorgoń, gdzie spotkał mię szuryn i pomógł mnie znaleźć jego chatę.

Już tutaj nie zastałem Polski!

     Po jedenastu latach wróciłem do swoich sióstr, kuzynów i plemienników.

Radość była wielka!

I tak się kończy pamiętnik mojego teścia – Jana . Z żalem, że to już koniec, zamykam pamiętnik Jana .

Muszę dodać informację  (napisał o tym wcześniej), że dopiero po roku pobytu we wsi rodzinnej, w Kołpiei uzyskał zgodę władz na wyjazd do Polski, do Żony i synów, którzy po wojnie zamieszkali w Lidzbarku Warmińskim. 

Tak, to już koniec spotkania z Janem.

Pamiętam, gdy kilka miesięcy przed śmiercią oznajmił, że już może umierać, bo swoje dzieje spisał.

Pozostajemy z niedosytem, że nie opowiedział wszystkiego.

Nie  dramatyzował, pisał prosto,  nie oceniał  przedstawionych zdarzeń, pozostawiając nam szeroki margines dla własnej ale dość jednoznacznej interpretacji.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 44 ). Zima 1955, zabójcze wichury i przyjazd komsomolców do sowchozu.

zdjęcie własne….

Gdy zabrakło księgowego, ja ponownie musiałem go zastępować.

Trwało to pięć miesięcy, aż do czasu, gdy przysłano nowego.

 Teraz już byłem o wiele mądrzejszy w księgowości, niż na początku tej pracy.

Bilansy i u mnie schodziły się, bo stosowałem tę sztuczkę – ten sekret, którego mię nauczył niezapomniany Iwan Iwanowicz.

A więc już pełnię dwie funkcje.

Roboty w zimie nie było dużo, bo dojechać do rejonu, nawet w bardzo ważnych sprawach było trudno.

Na budowie i w kamieniołomach także praca posuwała się powoli.

    Pogoda w jesieni i zimie w tej obłaści Karagandyjskiej.

Nie można pominąć w opisaniu warunków , jakie panują tu w niektórych obłaściach Kazachstanu, szczególnie w Karagandyjskiej  obłaści .

Mrozy tutaj panują nie duże: 10 – 15 stopniowe.

Ale pogoda: wiatry, zawieje, burza nie dają spokoju tutejszym mieszkańcom.

Bardzo silne wiatry ze śniegiem nieraz uprawiają taką hulankę przez cały tydzień.

I w czasie szału tego żywiołu, nie można wyjść z mieszkania.

A kto spróbuje, ten może być poniesiony przez huragan daleko, daleko, aż do jakiejś dolinki czy stogu słomy lub siana.

Nieraz taki silny wiatr gnał tabun koni po stepie, aż do ich padnięcia z sił.

Takie huragany – silne wiatry trwają czasami dniami i nocami, po kilka dób.

Sam byłem świadkiem , jak mnie poniósł wiatr, gdy szedłem do sklepu znajdującego się o 100 metrów od mojej kamienicy- domu.

Wydawało się mnie, że ja posuwam się w kierunku sklepu, a wiatr zepchnął mnie z drogi i gnał w bok ( w lewo) do jeziora na pół kilometra dalej od magazynu.

Tylko dzięki sile udało mi się skierować kroki do celu.

Idąc z powrotem ze sklepu, już uważniej stawiałem kroki i z trudem dobrnąłem do swojej kamienicy.

Teraz po powrocie zrozumiałem, co mówili starzy ludzie, że w czasie wichury nie wolno oddalać się od swego domu, bo możesz łatwo zginąć.

A jeśli cię burza zastanie w drodze, trzeba zatrzymać się i czekać, aż ten żywioł ucichnie.

Byłem też świadkiem, jak jedna uczennica 5 kl. szkoły podstawowej  szła ze szkoły do domu. Było jej tylko 200 metrów do swej ziemianki i tu złapał ją silny kazachstański wiatr.

Dziewczynę porwał i gnał ją dwa kilometry, aż do stogu siana.

Okazało się potem, że ten stóg ją uratował od śmierci, bo gdyby nie on, wiatr zaniósłby ją do jeziora i tam z pewnością zginęłaby.

Tymczasem dziewczynka zaginęła.

Z samego wieczora, kto miał siły, poszedł na poszukiwanie uczennicy.

Pobraliśmy się za ręce i chodziliśmy łańcuchem poza osiedlem.

 I nie znaleźliśmy.

Wróciliśmy do swoich ciepłych mieszkań, bo na dalsze poszukiwanie nie mieliśmy już sił.

Dziewczynka została nocować, jak się później okazało, w stogu, do którego przypędził ją zły wiatr.

Dopiero nazajutrz sowchoźnicy wyjechali po siano i tam ją znaleźli – ledwie żywą.

Piętę w jednej nóżce odmroziła, bo wojaczek miał dziurę w pięcie walonki.  

Rozmawiałem z tą uczennicą i oglądałem jej nóżkę chorą.

Opowiadała, że gdy gnał ją wiatr, widziała wilka idącego obok niej, że okropnie się go bała.

Ale on nic jej nie zrobił, chyba też się bał tego wichru.

Tutejsi mieszkańcy, kazasi, nieraz siedzą i po tygodniu w swojej ziemiance.

Wiatr ze śniegiem zanosi im pod drzwi śnieg i potem z trudem się wykopują z tej chałupy kazachskiej.

Trudne tu życie, ale człowiek musi się przyzwyczaić i się przyzwyczaja.

Przyjazd komsomolców na budownictwo do sowchozu Telmana

Było to w końcu lutego 1955 roku.

Jeszcze nie zakończono  słać podłóg w nowym domu.

Gdy nadeszła wiadomość, że jadą do nas budowniczowie komsomolcy, chłopcy i dziewczęta. Szybko zakończono układanie  podłogi w największej sali, gdzie mają zamieszkać nowo przybywający pracownicy.

W drugim dniu od pierwszej wiadomości przyjechali „ goście” – przyszli budowniczowie.

Przyciągnął ich traktor w budce stojącej na płozach . Ten mały domek był zbudowany z desek  i miał nawet drzwi.

Przed naszym domem traktor wyhamował.

I wtedy drzwi się otwierają i wyskakują dziewczęta i chłopcy mający po 16- 17 lat – są po szkole siedmiolatce.

Szybko uwijają się, narzucają na plecy jesionki, kurtki .

W rękach mają   maleńkie walizeczki albo tobołki.

Tupią, podskakują , bo zmarzli mocno w drodze, która trwała co najmniej dwie godziny. Wpadają wreszcie do dość dużej sali.

Osłupiali, że tu mają mieszkać.

Na podłodze rozesłany drosień- taka trawa rosnąca na jeziorze, rulony zwinięte tego drośnia leżą zamiast poduszek.

Piec stoi w środku sali- trochę ciepły.

W pokoju nie ma ani stołu, ani też jednego krzesła, nawet kosza na śmieci brakuje.  

Wydaję natychmiast im po jednym kocu i prześcieradle.

Natychmiast rozścielają prześcieradła, a kocami się okręcają, bo jest dość zimno w tym mieszkaniu.

Niektórzy już siadają, a inni rozgrzewają się.

Oświadczam nowoprzybyłym, że jestem magazynierem oraz ogłaszam im, że za pół godziny mogą iść do jadalni na obiad.

Starszego zespołu proszę przyjść do mojego  pokoju.

Przychodzą starsze dwie komsomołki.

Pokazuję im jedno łóżko wolne ( po Iwanie Iwanowiczu).

Jeśli mają ochotę, mogą je zająć.

Na tym drugim ja śpię.

Spojrzała jedna na drugą, uśmiechnęły się z podziękowaniem i przyjęły propozycję.

Przy tym poinformowałem ich, to jest te dwie starsze , już zakwaterowane u mnie, żeby zrobiły spis wszystkich komsomolców, komsomołek.

Spis miał być wykonany  w dwóch egzemplarzach – z zaznaczeniem rubryk dla otrzymanych koców i prześcieradeł.

Musiały też  zebrać  podpisy, pokwitowania, że otrzymali pościel- prześcieradła i koce.

Drugi spis w dwóch egzemplarzach miały  zestawić dla stołówki – jadalni i oddać  kierownikowi .

Mówię im też, że kto nie ma pieniędzy na opłacenie wyżywienia, może korzystać z kredytu.

Za parę dni wszyscy będą mogli otrzymać po sto rubli na kredyt.

Wracają komsomołki do ogólnego internatu i prowadzą swoich towarzyszy do jadalni.

Dopiero po obiedzie miny budowniczych poprawiły się trochę.

Spało im się niezupełnie dobrze, bo w pokoju było ciepła tylko 16 stopni.

Znaleźli się jednak „ zuchy” , którzy spalili jednej towarzyszce płot.

Przychodziła ta babina w poszukiwaniu swojego płotu, ale gdzież tam można go było znaleźć , kiedy poszedł z dymem.

 Poznawała młodzież sowiecka rzeczywistość radziecką w Kazachstanie.

Ale umiała sobie radzić, chociaż komsomoł jej tego nie uczył.

Na drugi dzień słońce zaświeciło i śnieg znikł prawie całkiem.

W małych dolinkach pojawiły się rzeczki, a większych- rzeki.

Młodzież, która wczoraj w duszy płakała, dziś wyszła 35 osobową grupą na spacer po stepie.

Rozległy się pieśni i gwizdy.

A gdy przyłączyła się harmoszka i zagrała na całe” gardło”-

„ Moskwa maja….”.

Od śpiewu przeszli na tańce.

I tu już nie było końca ich młodzieńczej energii.

Na tych spacerach i tańcach minął im cały tydzień odpoczynku.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 43 ). Delirium tremens mojego księgowego.


zdjęcie własne…..dla mnie symbol ” zaćmienia umysłu ” ?

   Ten nowy księgowy, choć bardzo dobry ale i cwany „ kanciarz”  –  Iwan Iwanowicz – był alkoholikiem nieuleczalnym.

Pewnego grudniowego miesiąca 1954 roku siedzimy z nim w pokoiku w kamiennym już domu zbudowanym przez moich przyjaciół  niedoli – i prowadzimy rozmowę.

Nagle mój rozmówca zatrzymuje się w połowie zdania i mówi :

 „ Słyszysz Iwan Wikientiewicz?”.

Podnoszę się z krzesła, otwieram drzwi i patrzę kto idzie.

Na korytarzu nikogo nie widzę.

Wracam na swoje miejsce, mówię, że jemu się wydawało.

Posiedział jeszcze parę minut i znów mówi:

 „ Słyszysz? Sowietujeccia ( spiskują )”.

Ja pytam:

„ A czem oni sowietujuccia?” .

On:

„ sowietujuccia  sztoby nas ubić”.

A za szto?

„Za to, szto my żywiom ich trudom”( że my żyjemy z ich pracy).

„ Ty, każetsia Iwan Iwanowicz s uma soszoł”( rozum ci odebrało).

„ Możet i soszoł” odpowiada. – „ Ho, szto słyszysz- idu?”.

     Zerwał się z łóżka na którym siedział i klucz zakręcił w drzwiach.

Następnie ciągnie stół, na którym spoczywała księgowość cała i barykaduje nim drzwi. Stawia przy nim taboret, bierze topór stojący przy piecu i siada na taborecie trzymając w ręku ten topór ma pogotowiu.

Siedząc w takiej pozycji, mówi do wyimaginowanych osób za drzwiami:

„ Słuszajcie tawariszczy, nieużeli wam nadajeła żyźń, ja was zarublu , jeśli wy wyrubicie dwier”( jeśli wam dość życia, ja was zarąbię, gdy wyważycie drzwi). Pożalejcie swojej żyźni, swojej materi, swoich dietiej i żeny.( pożałujcie swojej matki, dzieci i żony). Addajdzicie od dwierej, usierdnie proszu was”( odejdźcie od drzwi, ja was proszę).

Kiedy on tak błaga , zaczynam myśleć, że on naprawdę zgłupiał- soszoł s uma.

Ta mowa jego i siedzenie na taborecie z siekierą zupełnie mnie nie wzruszała.

Nie pomyślałem, że on może mnie zamordować.

Spokojnie zasnąłem na swoim łóżku.

Ale, gdy ocknąłem się i rzuciłem oczyma na miejsce gdzie siedział, już go tam nie było.

Drzwi były otwarte, klucz znajdował się w zamku, stół trochę odsunięty od drzwi , no i spostrzegłem brak topora, którego używałem do rąbania drewna na rozpałkę w piecu.

Pytanie: gdzie on mógł się podziać , jeszcze z siekierą?

Przeszedłem się po korytarzu, myśląc, że może gdzieś leży w kącie.

Nigdzie go nie było.

Wyszedłem na ganek gmachu i tu go też nie widać.

Na dworze już dobrze rozwidniało .

Wracam do swojego pokoiku i spotykam na korytarzu jednego z pracowników, który mi rozwiązał zagadkę zaginięcia Iwana Iwanowicza.

Opowiedział, że widział go, jak on szybkim krokiem dreptał z siekierą w ręku w kierunku mieszkania praraba Wołkowa – kierownika robót i przygotowania materiałów budowlanych.

Po bezpardonowym wtargnięciu do mieszkania jak mówił prorab, zaczął opowiadać , że on uciekł ze swego biura, gdyż pracownicy chcieli go zabić.

I dalej opowiadał , że Konopielkę Iwana zabili i zbierali się napaść i napadną na was- proraba.

Kierownik, jak sam mówił mi, okropnie się przestraszył.

Szybko się ubrał i razem z Iwanem Iwanowiczem przyszli najpierw do jadalni, która stała po drodze do naszej kamienicy.

Witając się z kierownikiem stołówki, spytał – co tu  u was się dzieje?

Konopielkę zabili pracownicy.

Ten zdziwiony taką wiadomością mówi, że przed chwilą widział Iwana Konopielko stojącego na ganku kamienicy.

 A Iwan Iwanowicz twierdzi, że go zamordowali.

Na to Iwan Iwanowicz :” Da, ubili jewo”.

 Prorab i Iwan Iwanowicz przychodzą do mnie, do pokoju i widzą, że jestem żyw.

Mówią :

„ że Iwan Iwanowicz s uma soszoł”.

A on na to:

„ ty sam uszoł z uma ”.

Faktem jest, że stracił on rozum.

Zostawiliśmy Iwana Iwanowicza  w pokoju, a sami wyszliśmy na korytarz, by się naradzić, co z tym chorym zrobić.

Ustaliliśmy, że trzeba natychmiast zadzwonić po karetkę pogotowia, by go zabrała do rejonu i  by tam się nim zajęli.

Prorab Wołkow zatelefonował do rejonu , by natychmiast przysłali maszynę- samochód.

Po dwóch godzinach samochód stał już na podwórku kamienicy.

Szybko się spakował mój przyjaciel i odjechał w siną dal, by już nigdy nie wrócić do Telmana.

Posłali go na odwykówkę na trzy miesiące.

Wrócił z niej w końcu marca 1955 roku.

Nie przysłali go do naszego sowchozu Telmana.

Ale po pewnym czasie ponownie zobaczyłem Iwana Iwanowicza, mojego nieszczęsnego przyjaciela – alkoholika , bardzo zdolnego księgowego.

Było to  w rejonie.

Spotkanie było bardzo czułe.

Po uściśnięciu się wyjął pięć rubli i posłał mię po koniaczek.

 „ Pryniesi, otnowim naszu drużbu”( przynieś, odnowimy naszą przyjaźń).

Przyniosłem i wypiliśmy – kto ile mógł  ale w butelce nic nie zostało.

To było nasze ostatnie pożegnanie.

Więcej już nigdy z nim nie spotkałem się.

 Słyszałem tylko , że ponabierał od ludzi obligacji i

 „ ujechał w Sibir, sztoby pogawarit po duszam…”

jak on to mówił nie raz przy mnie. …

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 42 ). Ciąg dalszy „ wolności „ i przykra historia z księgowym


Minęło kilka dni, od kiedy wrzuciłam ostatni odcinek Pamiętnika, więc niewielkie przypomnienie. Jan po 10 latach katorgi i  bezsensownym przewożeniu przez oprawców przez całą  Rosję aż do krańca kontynentu, zakończył odbywanie wyroku. Ale upragniona wolność nie była taka prosta. Miał zakaz powrotu nie tylko do żony i synów, którzy już byli w Polsce, gdyż dawno zakończyła się wojna i ich rodzinne tereny stały się Białorusią – więc jak wielu mieszkańców kresów opuścili swoje gniazda i wyjechali do Polski –   ale też do swoich bliskich, którzy na Białorusi pozostali ( choć był to teren Związku Radzieckiego ). Musiał więc organizować swoje życie na miejscu ale stale żył nadzieją, że przezwycięży zakaz i  wróci do swoich …. Został księgowym w sowchozie Telemanna , ale nie potrafił liczyć na liczydłach , choć sam się uczył intensywnie i znalazł następcę . Był nim  Iwan Iwanowicz – dawny katorżnik, pijaczyna – bradiaga – basiak – jak się tam mawiało – czyli włóczęga. Jego atutem było to, że przed wojną pracował jako księgowy w znanej firmie. Wymagał starannych zabiegów higienicznych, by odzyskać odpowiedni wygląd …..

Oto ciąg dalszy Pamiętnika Jana :

Spotkanie Iwana Iwanowicza z pracownikami- robotnikami.

Przyjazd nowego księgowego był niespodzianką dla robotników.

Nie wiedzieli dotychczas, że ja zamierzam zwolnić się z tej swojej posady.

Dlatego posypały się zaraz że pytania- co to za człowiek?

Nadal wyglądał jak straszydło, mimo, że ubrania i buty miał nowe.

Tak to wszystko było zakurzone, że człowieka w tym kurzu nie można było znaleźć.

Drogi tu były polne i z dużymi wybojami, a więc kurz się unosił jak burzowe chmury.

Gdy odpowiedziałem ciekawym , że to jest nowy księgowy, nie mogli uwierzyć.

Niektórzy wyrazili żal, że ja ustąpiłem.

Wszyscy się z niedowierzaniem przyglądali jemu i nie mogli uwierzyć, że on będzie księgowym.

Drugi dzień musiałem poświęcić jego oczyszczaniu z brudów – przede wszystkim od wszy.

Mieszkał on i żył przez całe tygodnie w stogach siana lub w zbożu niedaleko sowchozu i doprowadził się do takiego stanu, że nazywali go tu, którzy go widzieli „ basiakiem”.

 Felczer tego osiedla przeprowadził dezynfekcję jego i jego ubrania.

Dopiero po tym oczyszczeniu przyjąłem Iwana Iwanowicza  do swojej kantorki zbudowanej z desek.

A więc do mojego pokoju wstawiono jeszcze jedno łóżko.

Między naszymi łóżkami stał stół – biuro księgowego, no i tym samym moje – zaopatrzeniowca, magazyniera.

To nasze „ biuro” znajduje się  tuż obok szopy, gdzie z braku miejsca zamieszkują moi koledzy – robotnicy.

Oni jeszcze  wypoczywają po pracy  na łóżkach bez materaców i pościeli. ….

Po tej kuracji lekarskiej Iwan Iwanowicz wyglądał już na normalnego sowieckiego obywatela.

Ten pamiętny dzień przeprowadzki do biura uczciliśmy szampańskim, przyniesionym przez mnie ze sklepu na prośbę mojego księgowego.

Przy okazji tej „ uroczystości” opowiedział mi o swoim życiu.

Urodził się w Tomsku, gdzie ukończył średnią szkołę .

Jako zdolnemu uczniowi powierzyła mu  władza sowiecka pracę w księgowości, w której okazał wybitne zdolności.

Władza wysuwała go w tym zawodzie na coraz  to wyższe stanowiska.

I wreszcie , jeszcze w  czasie II wojny światowej , mianowano go na  głównego księgowego na województwo.

W pracy tej był tak sprytny, że potrafił skryć 100 tys. rubli i schować, jak on mówił-  „ końce w wodzie”.

Podzielił się tą sumą  ze swoimi współpracownikami i sam zaczął hulać i pić.

 Rozpił się do takiego stopnia, że porzuciła go żona.

Do obozu trafił za to, że kiedyś nieumiejętnie „schował”  5 tys. rubli .

Dostał pięć lat łagru, które odpracował w tym Kazachstanie.

I teraz już przez kilka tygodni szukał pracy, przebywając- śpiąc w stogach i żywiąc się czym popadło.

Słuchając opowieści Iwana Iwanowicza myślałam, do czego może doprowadzić człowieka picie alkoholu?.

Jeszcze do tych refleksji wrócę.

A teraz parę słów o interesantach.

Mało przychodziło ludzi do tej kantorki, bo mało było obywateli w ogóle w tej okolicy.

Mnie już tu znali.

Przychodzili po wypłaty, ale nowego księgowego jeszcze nie widzieli.

Jeden z interesantów otwiera drzwi do kantorki  i zobaczywszy siedzącego za stołem już mu znanego jako „ basiaka” , cofa się nic nie mówiąc.

Widząc tę sytuację, wychodzę z kantorki także, by wyjaśnić zainteresowanemu.

A to była kobieta, która nieraz widziała obecnego głównego księgowego w stogu siana i nazywała go „ basiak”.

Wyjaśniłem jej, że ja już nie jestem tym księgowym , ale ten pan siedzący za stołem naprzeciwko drzwi.

A ona- interesantka na to:

 „ Kakajże eto durak jewo naznaczył na etu dołżność?” .

Odpowiadam, że rejonowe władze.

Pytam ją , w jakiej przychodzi  sprawie?.

A ona na to:

„ Mnie nużno sztoby zapłacili za uborku wozle bani”.

„ W takom słuczai wchodzicie w kantorku  i wam wypłacit nowy buchalter”.

Weszła i otrzymała należną zapłatę.

      Odchodziła, ale widać było, że ją kiedyś mocno nastraszył , bo i teraz na widok jego jest pod wrażeniem tego strachu.

    Współpraca i współżycie z Iwanem Iwanowiczem.

  Nowy księgowy, mój następca przybył do pracy w końcu lipca 1954 roku.

 Był to okres upałów dochodzących do 50 stopni.

Przy takiej temperaturze nie można było pracować na budowie kamiennego domu, ani też w kamieniołomach, znajdujących się o 4-5 km. odległych od budowy.

Dlatego też praca posuwała się bardzo powoli.

Robotnicy wychodzili do niej w godzinach od 6- tej rano i od 16- tej do 20- wieczorem.

Nawet w moim magazynie zbitym z desek trudno było wytrzymać.

Nieczynne o tej porze roku piece żeliwne stojące tu  były tak nagrzane, że dotknąć było trudno.

Trzodę chlewną zganiano z pola do obór, w czasie południowej temperatury, przy której jajko w piasku można było upiec.

Wszyscy ludzie byli opaleni na czarno.

Tak wysoka temperatura panowała przeważnie w miesiącach lipcu i sierpniu.

Bieda była, gdy w tych miesiącach nie pokropił deszcz.

Zboże i trawy wysychały.

A pożary tam i ówdzie powstawały. Kto był żyw, spieszył do gaszenia tego żywiołu.

Takim  rokiem klęski był rok 1955.

Natomiast rok 1954 był rokiem urodzaju pszenicy.

Taka była jej obfitość, że nie było gdzie podziewać.

 Sypano ją w kopy na gołym polu.

Każdy zapobiegliwy kołchoźnik i sowchoźnik nagromadził tego dobra na trzy- cztery lata.

Nas, urzędników , w porze urodzaju , ganiano do pracy na przesypywanie zsypanego ziarna w różnych budynkach mających dachy, albo nawet zsypanego zboża na polu.

Nowy księgowy i ja także, braliśmy udział w ratowaniu złota kazachstańskiego – pszenicy.

Oprócz społecznej pracy wykonywaliśmy i swoje obowiązki związane z naszym zawodem. Iwan Iwanowicz sporządzał listy płac, a ja jeździłem do rejonu po różne materiały: jak wapno, farby, oleje ( pokost) , eternit ( szyfer)  na pokrycie  dachów.

Ponadto przywoziłem ubrania dla robotników , pościel, łóżka itp. rzeczy.

Gdy ja niemal każdego dnia wyjeżdżałem po coś do rejonu, Iwan Iwanowicz prosił mię o przywiezienie „ półlitrówki”.

Przywoziłem.

Z początku za moją gotówkę, a gdy otrzymał pobory, zwracał mi pożyczkę.

 Był sklepik w naszym osiedlu.

Można było w nim kupować chleb biały, słoninę, śledzie.

Oprócz tego pojawiały się i materiały odzieżowe bez dużego wyboru.

Wódka i wino rzadko pojawiały się w tym magazynie- sklepiku.

Czasami z rejonu Osakorowki, z hurtowni przywozili beczkę wina albo kilka skrzynek wódki.

Ten dzień, w którym przywieziono wódkę albo nawet wino w beczce , był dniem „ święta”. Kto mieszkał w tym osiedlu był pijany.

Praca była przerwana z chwilą pojawienia się tego srebrnego i złotego drinka- trunku- wina i wódki.

Tylko jedna księgowa sowchozu Telmana i ja byliśmy w tym dniu trzeźwi.

Iwan Iwanowicz także dopadł do tego „ zbawienia” wypicia stu gram.

Jakieś dzieciaki przybiegły do kantorka i powiadomiły mię, że księgowy  leży pijany niedaleko sklepiku.

Poszedłem tam i znalazłem go rzeczywiście pijanym.

Na moje pytanie:

 „ Szto z taboj?”

Iwan Iwanowicz odpowiedział:

„ Niemnożka polecziłsia i powidzkiemu za mnogo tego leku upotrebił”.

Mówię mu:

„ Idziemy damoj. Pomagi podniaccia”.

Podaję rękę.

Opiera się o moje ramię i krok po kroczku idziemy.

Doszliśmy do swojej kantorki i tu przeciągam go przez próg.

Wódkę niedopitą wyciąga z kieszeni i stawia na stole.

Sam pada na łóżko i zaczyna głośno chrapać.

Połowę półlitra sprzątam ze stołu i chowam go w apteczce.


Nie minęło parę godzin od jego spania, gdy Iwan zerwał się z pościeli i czegoś zaczął szukać. Zaglądał w każdy kąt, pod materac, w kosz na śmieci.

W końcu pyta mię, gdzie ja podziałem jego „ lubimuju”- jeszcze pół butelki wódki.

Tłumaczę mu, że butelkę próżną, która stała na stole, wyrzuciłem za kantorkę.

„ Eta łoż, wy jejo gdzie to spratali , no gdzie?”

 „ proszu rasmotrieć, , możet wy jejo postawili w apteczkie”.

W mig odnajduje wódkę i oczom nie wierzy- wódka jest i nie ruszana.

Chwycił ją i pociągnął co najmniej 50 gram.

Zagryzł suchą rybą – obłą.

To była jego ulubiona zakąska.

Nie zawsze przywożono wódkę do sklepu w każdym tygodniu.

 Dlatego Iwan Iwanowicz robił zawsze zapas jej w swojej kantorce.

Kiedy zarobił rubli- dostawał pensję miesięczną- to często kupował tego lekarstwa większą ilość.

I tak w miesiącu listopadzie zakupił pełną skrzynkę tego boskiego napoju.

Na pytanie moje, czy ty będziesz z niej- wódki, kaszę gotował, czy co?

Odparł:

 „ Nie podśmiewajsia iz mienia. Jeju skoro nie dowiezut, dojechać nie budzie możnost

 Były takie dni, kiedy wódki nie było i  ten „ gławbucha” ( księgowy )  nie chciał robić listy do opłacania wykonanych robót.

Ze złości rozrzucał swoje dokumenty i kategorycznie oświadczał, że jeśli pracownicy nie znajdą dla niego pięćdziesięciu gram gorzałki, nie wypłaci im należności, nie zrobi listy zapłaty.

Po całym osiedlu szukali tej „ upragnionej” i wreszcie zdobyto.

Po wypiciu zaczął pracować jak trzeźwy.

Pieniędzy u niego było pod dostatkiem .

Co najmniej 100 rubli otrzymywał od każdego pracownika, bo on im dopisywał do wydobytych kamieni, jeszcze na 400 – 500 rubli.

A więc robotnikowi opłacało się dać te 100 rubli za czterysta dopisanych.

     Iwan Iwanowicz był dobrym człowiekiem.

Współczuł biedakom i dawał im dary w postaci rubli. Ale nie ze swojej kieszeni.

Do mnie był dobrze ustosunkowany.

Gdy zdawał bilanse przypominał mi, że teraz należy podać jemu rzeczy brakujące, zepsute, zaginione, by on mógł je spisać, by nie było braków w magazynie.

Przy tym nauczył mię, jak zestawiać bilans, żeby był prawidłowy.

Poznając jego sztuczki przy układaniu bilansu, też się nauczyłem  robić bilans krótko i poprawnie – gdyby przyszło się pracować w dziedzinie księgowości.

Nauczyłem się od niego wielu „mądrych” chwytów – w pracy księgowego.

      Pewnego razu, gdy księgowi układali bilans roczny, wstąpiłem do biura i dowiedziałem się, że księgowość łamie głowę nad bilansem i nie mogą dać rady.

Bilans się nie schodził, nie zgadzał.

Po przyjeździe do siebie opowiedziałem Iwanu Iwanowiczowi.

A on na to:

 ” puść wypijut po sto gram, a ja pomogu  jewo sostawić”.

Przy tym przekazałem jemu prośbę gławbucha- głównego księgowego, żeby on jutro ze mną  przyjechał do niego.

Prośbę z ochotą przyjął i jutro byłem z nim u głównego księgowego.

Ten opowiedział mu, w czym rzecz.

Iwan Iwanowicz poprosił o wszystkie dokumenty, otrzymał je i zaczął w nich szperać szukając błędów.

Prędko je znalazł- za dwadzieścia minut zestawił nowy bilans.

Podał go „gławbuchowi”.

Ten długo szukał sztuczek Iwana Iwanowicza, ale nie znalazł nic do zarzucenia.

W końcu powiedział:

„ Choroszaja gołowa, no duraku popała” ( pijanicy się dostała).

Porządnie obleli ten bilans koniaczkiem, także ledwie żywego przywiozłem do Telmana. Sławą się okrył mój Iwan Iwanowicz.

A przysłowie:

 „ Chroszaja gołowa, no duraku popała”, po dziś dzień jest powtarzana przez mnie i moich bliskich.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 41 ). Ciąg dalszy „ wolności „ – nie dla mnie być księgowym – mój następca i funkcja magazyniera


I w tym roku 1955, kiedy ludzie zapominają o minionej wojnie – Jan  jest na tzw. „ wolności” – lecz jaka to wolność, kiedy  nie może wrócić do swojej rodziny – nie tylko tej, która żyje na obecnych terenach ZSRR ale żony i synów, którzy są już w Lidzbarku Warmińskim.

i jeszcze raz zdjęcie Jana sprzed II wojny światowej – elegancki nauczyciel kiedyś …

oddaję głos Janowi :

     A więc przystępuję do rzeczy, do opisywania pracy w księgowości w sowchozie Telmana na Kazachstanie.

Praca na pozór nie jest trudna, ale dla rozpoczynającego ją, robiącego pierwsze kroki, stanowi niepewność w posunięciach.

Najgorszym było to, że liczenie na liczydłach trzeba było sprawdzać wciąż i wciąż w sposób pisemny.

Szczególnie dawało się to we znaki , gdy przychodziło się zestawiać bilansy za okresy.

Bilans swój, już zestawiony, musiałem nieraz poprawiać w rejonowym biurze.

Trwało to czasami dwa, trzy dni.

To często nie obeszło się  od fundacji kolegom w tym biurze, którzy mi w tej sprawie pomagali.

W sumie te wydatki nieraz wynosiły około 100 rubli.

Doszedłem do wniosku, że ta praca księgowego nie daje mi ani satysfakcji, ani też dobrych dochodów.

Postanowiłem po czterech miesiącach zwolnić się.

Przybyłem do rejonu do pani księgowej Olgi Iwanowny z prośbą, żeby mnie zwolniła z pracy księgowego, gdyż trudno mi się wywiązywać z obowiązków , nie umiejąc dobrze liczyć na liczydłach.

Nie przyjęła mojej prośby, tłumacząc, że te niedomagania moje w liczeniu na liczydłach, prędko znikną.

Ja jednak powtarzałem swoją prośbę.

W końcu zgodziła się, że zwolni , jeśli ja na swoje miejsce dam człowieka.

Po tej rozmowie wychodzę na podwórko.

Stoję i rozglądam się.

I oto widzę  człowieka wyglądającego jak strach na wróble- źle ubranego, oberwanego, całego porośniętego, ze sterczącymi włosami na głowie.

Podszedłem do niego i nawiązałem rozmowę.

Okazało się, że rzeczywiście był łagiernikiem.

Nazywa się Iwan Iwanowicz.

Poszukuje pracy.

Przyjechał tu,  do sowchozu Telmana ( właśnie z tego, w którym ja pracuję).

Opowiada, że słyszał , iż w tym sowchozie brakuje księgowego i on chciałby nim zostać. )

Przyznaję się, że  w Telmanie ja jestem księgowym i chciałbym zwolnić się z tej pracy, ale muszę dać na swoje miejsce innego księgowego.

Obaj myśmy się ucieszyli z tego zbiegu okoliczności.

Poprosiłem go o jakiś dokument, który świadczyłby , że zna się na buchalterii.

Przedstawił mi dowód osobisty, w którym ja zobaczyłem:

zawód- główny księgowy w województwie.

To wszystko jeszcze więcej mnie ucieszyło, bo człowieka na swoje miejsce już mam.

A więc prowadzę Iwana Iwanowicza do pani księgowej Olgi Iwanowny.

Przedstawiłem jej, że to jest księgowy na moje miejsce pracy i ma dokumenty, świadczące o jego zawodzie.

Oglądnęła jego dowód osobisty i powiedziała mu, oddając dokument z powrotem :

„ Wy wyjdziecie, a wy- wskazując na mnie-  ostanicieś”.

Gdy tylko drzwi się zamknęły, to ona do mnie ze słowami:

„ wy dumajcie, szto ja pryjmu takowo basiaka  na służbu? Ni w kakim słuczaju. „

Ja na to:

„ U niewo jest dokumienty,  szto on rabotał gławnym buchalterom w obłastii”.

Ona-

„ No ja jewo na dołżność buchalteria nie prijmu.” .

 Ja- „ W takom słuczaje , ja idu k gławbuchu”.  ( do głównego księgowego)

Ona- „ Idzicie”.

Wychodzę.

Powiadamiam mojego przyjaciela niedoli, że nie przyjmuje go.

Proponuję, żebyśmy sami poszli do głównego księgowego – mężczyzny.

Iwan zgadza się.

Ja przedstawiam gławbuchu sprawę , w której przyszliśmy.

Po wysłuchaniu, bierze podane mu dokumenty, że mój towarzysz był głównym księgowym w województwie.

Obejrzał i mówi:

„ No sztoż, rozbasiaczyliś, i wsio propili”.

 A  on na to:

„ Da, nie powiodło w żyźni” .

„ Prynimaju was na dołżność buchaltera.

 Siejczas napiszem wam naznaczenie. „ 

Przy tym wyjmuje garść papierków i odlicza 300 rubli, które wręcza mi, mówiąc:

„ Wot wam trista rubliej , Iwan Wikientiwicz ( rosyjski zwyczaj dodawania zamiast nazwiska= syn i imię ojca= w moim wypadku= syn Wincentego)  , pokupitie Iwanu Iwanowiczu odzieżdu, sztoby był podop na cziełowieka, a nie na basiaka”.

Kończąc sprawę naznaczenia Iwana Iwanowicza, ja zwracam się z prośbą o naznaczenie mnie magazynierem w tymże ośrodku budowniczym, gdyż taka funkcja jest jeszcze niezajęta.

Gławbuch zgadza się i także każe swojej pomocnicy napisać dla mnie ” naznaczenie” na magazyniera.

    Z obopólnym zadowoleniem moim i Iwana Iwanowicza wychodzimy z biura i idziemy do magazynu, żeby kupić te nowe spodnie, kufajkę , koszulkę- półkoszulek, buciki no i czapkę na te sterczące na głowie włosy.

Załatwiliśmy te zakupy, zaszliśmy jeszcze na obiad, który odbył się bez alkoholu ale z piwem i wyruszyliśmy z ciężarówką do swego sowchozu Telmana, znajdującego się o 50 km.

Spotkanie Iwana Iwanowicza z pracownikami- robotnikami.

Przyjazd nowego księgowego był niespodzianką dla robotników.

Nie wiedzieli dotychczas, że ja zamierzam zwolnić się z tej swojej posady.

Dlatego posypały się zaraz że pytania- co to za człowiek?

Nadal wyglądał jak straszydło, mimo, że ubrania i buty miał nowe.

Tak to wszystko było zakurzone, że człowieka w tym kurzu nie można było znaleźć.

Drogi tu były polne i z dużymi wybojami, a więc kurz się unosił jak burzowe chmury.

Gdy odpowiedziałem ciekawym , że to jest nowy księgowy, nie mogli uwierzyć.

Niektórzy wyrazili żal, że ja ustąpiłem.

Wszyscy się z niedowierzaniem przyglądali jemu i nie mogli uwierzyć, że on będzie księgowym.

Drugi dzień musiałem poświęcić jego oczyszczaniu z brudów – przede wszystkim od wszy.

Mieszkał on i żył przez całe tygodnie w stogach siana lub w zbożu niedaleko sowchozu i doprowadził się do takiego stanu, że nazywali go tu, którzy go widzieli „ basiakiem”.

 Felczer tego osiedla przeprowadził dezynfekcję jego i jego ubrania.

Dopiero po tym oczyszczeniu przyjąłem Iwana Iwanowicza  do swojej kantorki zbudowanej z desek.

A więc do mojego pokoju wstawiono jeszcze jedno łóżko.

Między naszymi łóżkami stał stół – biuro księgowego, no i tym samym moje – zaopatrzeniowca, magazyniera.

To nasze „ biuro” znajduje się  tuż obok szopy, gdzie z braku miejsca zamieszkują moi koledzy – robotnicy.

Oni jeszcze  wypoczywają po pracy  na łóżkach bez materaców i pościeli. ….

c.d.n.