Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 30 ). Łagier w tajdze. Syberyjski klimat. Rodzinie podano, że jestem zaginiony …

zdjęcie własne, jakby symbol tamtego życia Jana

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

   Łagier w tajdze- w Syberii

O naszym obozie więźniów politycznych , napiszę parę słów, żeby można było zrozumieć, jak bali się NKGB- owcy tych więźniów.

Obóz – to kwadrat zieleni o boku 50 metrów, ogrodzony klocami jeden przy drugim z drew modrzewiowych na wysokość około 3 metrów.

Takich ścian z kloców zbudowano dwie – jedna od drugiej o 3 metry.

W środku tych ścian parkanu przeprowadzono drut kolczasty, a na zewnątrz zony jak i wewnątrz także drut kolczasty.

Pomiędzy tymi parkanami pobudowano co 25 metrów zwyżki, z których strażnicy w pełnym pogotowiu automata obserwują dzień i noc. ( praca ich nie do pozazdroszczenia).

Przy tych wyżkach stoją reflektory, które dniem i nocą oświetlają zony. Każdy łagier posiada swoje dynamo, które obsługuje i obiekty znajdujące się poza obozem.

Baraki, w których mieszkają więźniowie pozamykane są na noc.

Dwóch strażników- nadziratielej- dniem i nocą obserwują więźniów ( są oni bez broni). Oprócz tych obserwatorów – nadziratielej- w nocy jest więzień – pożarnik- który czuwa, by nie powstał pożar w baraku.

Ci dwaj obserwatorzy cywile- na pewno komsomolcy- nie rozmawiają z polarnikiem – więźniem, bo się boją, żeby ich nie zaczarował.

Pierwsze dni pracy w tajdze

   Minęły dwa tygodnie po przybyciu do nowego obozu.

Zrobiliśmy  sobie lepsze legowisko.

Odpoczęliśmy.

Wybraliśmy sobie brygadzistów i wyszliśmy na zbiórkę do pracy o godzinie 7-ej.

Jak zwykle , w bramie przeliczono nas, a za bramą sprawdził nas konwój, pytając o nazwiska, artykuł, termin i koniec pobytu w więzieniu.

Na przedzie ustawiło się trzech konwojentów z naczelnikiem i psem, po bokach konwój- po cztery osoby z automatami i z tyłu dwóch konwojentów z psem.

Idziemy piątkami.

Dochodzimy do miejsca pracy.

Zatrzymują kolumnę składającą się z pięćdziesięciu osób, a ich – konwoju – 16 osób.

Rozstawiają konwój i wsadzają tyczki do ziemi, które oznaczają, że nie wolno więźniowi wyjść poza tę linię.

Jeśli kto przekroczy ją, konwój strzela bez uprzedzenia- biez upredupreżdzienija.

Do wytyczonej zony wprowadzają nas, uwięzionych.

Pozwalają nam usiąść na pniach.

Kierownik prac – dziesiętnik – poinformował nas , że niektóre z tych pni, które tu widzicie, będą ścinane, bo są za wysokie i nie mogą znajdować się obok kolei żelaznej.

Rozdano piły, topory i zaczęła się praca.

Okazało się, że te pnie bardzo trudno jest skracać , mają drzewo – miazgę bardzo twardą.

Pnie te są przeważnie z modrzewia – listwienicy – a więc drzewa mocnego , a u nas drogocennego, a tu w tajdze budują z niego domy.

     Dyskusji na temat, że są trudne do ścinania nie ma.

Muszą być skrócone co najmniej o 5- 10 metrów.

Żeby jednak tę trudność pokonać, zaczęliśmy  ostrzyć piły pilnikami dostarczonymi przez kierownika robót.

Pogoda w pracy dopisywała.

Słońce syberyjskie i powietrze świetnie działają na nasze zdrowie- poczucie.

Te przeklęte pnie ścinaliśmy przez trzy tygodnie.

       Robienie przesiek

   Po pracy od obniżania pni, wzięto naszą brygadę do robienia przesiek, to jest wyrąbywania drzew dookoła działki leśnej, na  której mamy robić wyrąb wszystkich drzew.

Działka miała mieć długość 200 metrów i szerokość 25 metrów, i powinna być tak oczyszczona, żeby była dobra widoczność dla strażników z ich wyżek.

Między wyżkami  była odległość 30-40 metrów .

Takie wyżki też były budowane  w tym czasie , kiedy te pasy były oczyszczone.

     Najpierw spiłowywane były drzewa, a następnie ćwiartowano je na kloce odpowiedniej długości. Gałęzie – większe i grubsze odpiłowywano piłami ręcznymi albo i elektrycznymi. Gałęzie natychmiast ściągano do jednego miejsca i palono na ognisku.

Paleniem  gałęzi zajmowałem się ja – trzecia kategoria zdrowia.

Pierwsza kategoria więźniów spiłowywała ogromne modrzewie – listwienicy- sosny, jodły, świerki, brzozy i drzewa orzechowe.

Druga kategoria zakluczonych ładowała kloce na dwukołowy wózek i razem z zaprzęgniętym koniem ściągały z przesieki do wnętrza działki przeznaczonej na wyrąb.

Moja praca była lekka, a nawet i przyjemna, bo dni kwietniowe i początki majowych należały do najprzyjemniejszych – pełnych aromatu i słońca.

Pewnie, że praca innych kolegów była cięższa, ale za to oni otrzymywali pajkę większą- 750 gram chleba no i kaszę- naszą zacierkę – według gęstości 500 gram.

Nie czułem za to żalu do swoich brygadzistów , że wypisywali mi tylko garantijkę – 650 gram chleba.

Razem ze mną z Mołotowska przyjechała dla mnie paczka : groch, mąka, kawałek słoniny i mały słoiczek miodu.

To przysłała ciocia Elżbieta z bratem Michałem.

Tą paczką podtrzymywałem siebie , gotując swoją grochówkę.

Miód musiałem oddać więźniowi – naczelnikowi, który mi za to oddał pocztówkę znajdującą się w tej torbie, od syna z Polski- Mirosława.

Tą paczką bardzo się ucieszyłem, bo w niej znalazłem kartkę , w której było napisane parę słów od rodziny- żony i dwóch synów.

Dowiedziałem się, gdzie mieszkają i jak im upływa życie w tej Polsce.

Wyjaśniam, że ta kartka była adresowana na adres mojego brata Michała, który w tym czasie mieszkał w Czerniętach, które po wojnie znalazły się na Białorusi .

On się domyślił, że ją trzeba przysłać do mnie razem z paczką.

Ta paczka z tą kartką była ostatnią w obozie.

Na Syberię- do tajgi – rzadko dochodziły listy.

Przepisy mówiły, że można pisać dwa razy do roku do rodzin, nam uwięzionym.

Ale jak sam się przekonałem, będąc polarnikiem , listy wysyłane od nas były czytane przez konwojentów i rzucane do koszów po odklejeniu znaczków pocztowych.

     Od 1949 roku – gdy znalazłem się w tajdze syberyjskiej, żadne wiadomości nie docierały ani ode mnie , ani też od rodzeństwa, które mieszkało na Białorusi.

       A za granicę,  do swojej rodziny w Polsce, nawet nie było mowy o korespondencji.

       Z Białorusi, gdzie mieszkała siostra Marysia, przyszło powiadomienie do Polski, do rodziny, że słuch po mnie zaginął.

Nie mogę nie napisać, że w tajdze syberyjskiej :

s ę d z i ą   b y ł a   t a j g a ,  a  p r o k u r a t o r e m   n i e d ź w i e d ź .

Skargi przyjmował prokurator- niedźwiedź, a tajga sądziła.

Bezprawie było na każdym kroku i nic nie można było zrobić w tej głuszy syberyjskiej.

Na skargę – każdy niedźwiedź – zaczynając od brygadzisty odpowiadał: :

Bieri twoje dzieło po bolsze i brasaj po dalsze”.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 29 ). W 12 dni 4000 km pociągiem do tajgi bo my polityczni „ zagrażamy” przestępcom w Mołotowsku.


Gułagi w Rosji lata 1923 – 1964 . Opisany przez Jana Mołotowsk na północy, nad Morzem Białym ( koło pod biegunem północnym a Tajszet – do którego został przewieziony wraz z innymi politycznymi – na dole mapki .

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie . Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony Heleny z d. Wojciul

Syberia- Sybir- tajga

W 1948 roku rozdzielono nas, wszystkich więźniów w zonie mołotowskiej na dwie grupy.

Na grupę politycznych więźniów – 56 artykuł  i innych.

Tych innych zostawiono na budowie miasta Mołotowsk, a nas – politycznych wywieziono w spicłagier na Sybir- w tajgę za miasto Tajszet  ( około 100 km w kierunku miasta Bracka).

NKGB uważało, że więźniowie osądzeni według artykułu 56 ( kodeks rosyjski) i  63 ( kodeks białoruski)  tj. polityczni są mocno niebezpieczni i mogą źle oddziaływać na tych innych tj.  bandytów- złodziei i żulików.

Taki był pogląd władz NKGB na politycznych więźniów.

Ja też byłem sądzony na podstawie art. 63- „ izmieszczyk rodziny”.

A g d z i e   b y ł a  m o j a  rodzina, o j c z y z n a ?

A więc i mnie wywożą do tajgi syberyjskiej.

Wiozą nas tym razem w wagonach osobowych, a więc mimo zimna syberyjskiego , jakie panuje w tym czasie – w styczniu i w lutym- minus 40-50 stopni , jazda jest do zniesienia.   

 Przedziały od przejścia są odgrodzone kratą żelazną.

Na korytarzu, przy każdym przedziale stoi jeden uzbrojony strażnik .

Idąc korytarzem widziałem w przedziałach pełno napchanych kobiet . Przez kratę rugały strażników nazywając ich stalinowskimi pastuchami.

Jechaliśmy przecież w ciasnocie , ale nie w chłodzie i głodzie.

Porcję- karantijkę – otrzymywaliśmy codziennie.

Droga trwała znad Morza Białego do Tajszeta około 12 dni.

W nocy pociąg się zatrzymał  w tajdze.

Wyładowano nas i pod konwojem prowadzą nas do łagra, który znajduje się o pół kilometra od przystanku.

Wreszcie jesteśmy u wrót swojej  siedziby – swojego obozu – łagru.

Światła jest pełno wokół zony i w barakach.

Wpuszczają nas do wnętrza zony, jeszcze raz liczą , ale szmonu ( rewizji ) już nie robią , tylko prowadzą do jednego pustego baraku .

 Drzwi otwiera dyżurny baraku i wchodzimy. Każą nam zajmować miejsca na narach – niesprawnych , przerwanych na dole a resztę w górze.

Włazimy od przejścia na górne albo dolne.

Ja gramolę się na górne.

Rzucam swoją torbę pod głowę, a sam opuszczam nogi na dół przed przejściem.

I idę oddać dług przyrodzie w sieniach baraku.

Sień, jak stwierdziłem była już zamknięta.

W baraku było nas około 60 osób.

Po tym „ spacerze” włażę znowu na swoje gniazdo bez materaca – siennika – i poduszki. Pod głowę kładę spodnie , wojłoki – swoje własne i torbę.  Na deski kładę swoją kufajkę i przykrywam się kożuszkiem, też jeszcze własnym, który, Kochana Żonusia, podała mi, gdy odjeżdżałem z Orszy – punktu przesyłkowego i zasypiam błogim snem.

Nie czułem, że domownicy- pluskwy czerwone cieszyły się moją krwią. Nazajutrz dopiero przekonałem się, że moc ich łazi po ścianach i narach.

Kwarantanna po przebytej drodze – 4 tysiące kilometrów.

    Pobudkę zrobiono nam nowoprzybyłym o godz. 7.00 rano. Po przemyciu oczu wyskoczyłem na podwórko, gdzie już jasno świeciło syberyjskie słońce. Chciałem sprawdzić, jaki jest duży mróz. Stoję minutę i mrozu nie odczuwam. Przecież czytałem, że tu są mrozy dochodzące do 50-60 stopni C.

Wracającego kolegę od termometru pytam : Ile jest stopni mrozu- Czterdzieści, odpowiada.

Cóż to jest, że on taki gościnny i nie mrozi mię?

Naokoło panuje cisza i nie drga ani jedna gałązka na drzewie. Tylko słychać stuk dynama, które daje światło dla całego obszaru, zajętego przez ludzi i domowe zwierzęta.

     Gdy tak postałem pięć- dziesięć minut w tej ciszy i słońcu, poczułem, że robi mi się zimno.

Tak, Syberyjska zima i mróz wstępuje do wojłoków i ubrania. To jego charakterystyczna cecha , że nie od razu palił zimnym ogniem. Ale gdy już znalazł się w butach lub odzieży, trudno było go się pozbyć.

   S y g n a ł  n a  ś n i a d a n i e

Ruszamy wszyscy z baraku do stołówki .

Otrzymujemy po 200 gramów chleba, miseczkę 500 ml zupy , 200 gramów kaszy.

Szybko to spożywszy wracamy do swojego baraku- chlewu zapluskwionego.

Co się tyczy śniadania, było ono lepsze od mołotowskiego . Chleb gęstszy – tj. można powiedzieć- zwykły. Gdy ręką się pociśnie pajkę – woda nie cieknie. Zupa kapusta z kartoflami, trochę czuć olej postny. Kasza także smaczniejsza.

Jednym słowem- wszystko smaczniejsze.

     Ale ten barak ze swoimi pluskwami – to okropność.

Coś trzeba zrobić, by to plugastwo wytępić.

Zaczęliśmy radzić.

Postanowiliśmy za zgodą władz obozowych wyparzyć pluskwy wrzątkiem.

A więc dzielimy ludzi na cztery grupy, po 15 osób w grupie.

Każda grupa wydziela po czterech ludzi do przywiezienia- spiłowania , przetransportowania , porąbania kloców na ognisko, które będzie grzało kocioł wody do oblewania pluskiew.

Po czterech ludzi z grupy będzie i składać i rozbierać  nary swojej grupy, z uwzględnieniem nar pojedynczych.

Reszta z każdej grupy będzie oblewała dziury wrzątkiem i wyparzała nary swojej grupy.

Po podzieleniu się pracą , grupy przystąpiły do działania.

Jedni rozpalają ogniska i przynoszą ogromny kocioł na wodę.

Inni jadą do lasu pod konwojem- spiłowują modrzew i przywożą go na dwóch parach kół do zony.

Ciężka to była robota, przyciągnąć drzewo o długości 20 metrów. Rozćwiartowali to na kloce i już palą  na ognisku. Kocioł jest pełen wody i za godzinę można będzie ją czerpać i nosić do baraków.

Już niektórzy niosą deski do baraków , by pokopać te przeklęte stworzenia – pluskwy.

Praca wre.

Pogoda dopisuje.

Mróz się zmniejszył o dziesięć stopni. Nikomu nie jest zimno.

    Między więźniami chodzą dwaj obserwatorzy – nadziratieli. Są oni bez broni. Każdy z nich to komsomolec. W rozmowę z nami nie wchodzą.

Ich nauczono, żeby pilnie czuwali, bo ci więźniowie umieją puszczać czary. J

Ta praca nad uporządkowaniem baraku trwała pięć dni.

Plugastwo zniszczono. Między narami zrobiono przejścia. A więc i samopoczucie się poprawiło.

Ale te kraty  żelazne w oknach baraku nadawały ponury wygląd z zewnątrz i wewnątrz. Przypominały one mnie ciemne więzienie w Wilejce , w którym spędziłem 17 miesięcy z nadzieją, że wyjdę z niego niewinny.

    Baraków w naszym obozie było około dwudziestu. W każdym z nich żyło po 50- 60 osób.

W tym obozie, który myśmy zajęli- przebywali przedtem jeńcy japońscy .

Pozostawili w tym baraku –w kąciku –swój ołtarz – wzgóreczek – ułożony kamieniami i upiększony kwiatami. Tam wierzący odprawiali swoje modły. Zwolniono ich do domu, ale ich miejsce modłów długo znajdowało się w naszym baraku – było pięknie urządzone. Po nich zostały i drewniaki , które nosili na nogach po przyjściu z pracy.

Ale czemu mieli takie nary spłosznyje?. Chyba dlatego, żeby pomieścić więcej ludzi w baraku – brak było miejsca.

     Widziałem brygadę jeńców japońskich wracającą z pracy. Wyglądali wszyscy naprawdę przyzwoicie. Każdy przy pasie miał biały ręczniczek, mimo, że wracali z brudnej roboty.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 28 ). Doznania nocy polarnej , gwałtowny wybuch wiosny pod kołem podbiegunowym, obawy buntu łagierników i święta w łagrze …


wieźniowie w Mołotowsku … zdjęcie z portalu gułag.

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

      Noc polarna

   Jest koniec lipca 1947 roku.

Idzie nasza brygada pracować na nocną zmianę.

Jeszcze słońce zupełnie nie zaszło. Ale  tuż tuż, schowa swoje promienie.

Słońca już nie widać, ale światło na dworze jak w dzień, tylko odczuwa się jakąś ociężałość.

Niby dzień,  a nie dzień. Można czytać nawet gazetę, przy tym świetle polarnym. Próbowałem nawet i wszystko widziałem jak w dzień.

    W czasie obiadowym dały się słyszeć piosenki brygad kobiecych : „ Oj rabinuszka, rabinuszka…….Podmoskowskije wiecziera…….”.

 Gdy wracamy z pracy, nie poznajemy drogi , którą myśmy szli. Świtem nie było tu jeszcze zieleni, a teraz, po godzinach pracy  taka już duża trawa rosła.

Tak, tu przyroda żyje szybszym tempem.

Kartofle sadzą w końcu czerwca i wykopują po upływie 5-6 tygodni. Niesmaczne one są. Bardzo wodniste, można powiedzieć i niedojrzałe. ….

    Święta w łagrze

    Przed każdym świętem państwowym w łagrze zawsze puszczano pogłoskę, że będzie zmiana kodeksu albo amnestia.

Tę propagandę puszczał konwój.

Robił to w tajemnicy.

Tak ich uczono na zebraniu przedświątecznym przez ich władze obozowe, która się bała jakiegoś buntu lub ucieczek z obozu.

Takiej chytrości używali, by nas więźniów uspokoić i odciągnąć od zamiarów wystąpienia przeciwko im. I to w dzień święta państwowego.

Bali się naszych myśli buntowniczych.

A że tak było, świadczyły ich zapobiegliwe kroki.

 Robili w zonie i w barakach szczegółowe kontrole- szmony. Szukali podejrzanych  przedmiotów . Znaleziono łyżeczkę zaostrzoną na końcu, niszczyli lub zabierali i zakopywali poza zoną.

Jeśli taki szman odbywał się w czasie wolnym od pracy, wyganiano nas z baraku , robiąc jednocześnie kontrolę naszego ubrania, obuwia, a nawet zaglądali do ust i kazali robić przysiady czy u któregoś coś nie wypadnie.

Z tej stalinowskiej – bzdzitielności- czynności – kpiliśmy , mówiąc: Nie znajdziesz tego, czegoś nie położył.  

Kucharz w kuchni też gotował się do tego święta.

Przez cały tydzień odbierał po trochę od porcj i- mąki, cukru, kaszy, oleju, by upiec na ten dzień pierożek i by kasza była gęstsza i lepiej ocukrzona.

Myśmy się cieszyli tylko tym, że przez dwa a nawet i trzy dni, będziemy odpoczywali.

Ten trzeci lub drugi dzień wolny od pracy dodawali nam do święta, zabierając inne dwa dni naszego wychodnego .

W czasie świąt zaglądali do nas, do łagru nasi ciemiężcy – przedstawiciele specłagru z Ałma Aty- stolicy Kazachstanu.

Przedstawiciele NKGB w otoczeniu swoich przyjaciół odwiedzali baraki, obiekty gospodarcze no i zajrzeli do stołowej, w której był podawany obiad.

Na komendę: „Wstać” wszyscy się podnosili- wstawali. Przechodzą między stołami i zatrzymują się w środku jadalni. Przedstawiciel NKGB pyta: „ Czy może obywatele macie jakieś sprawy do mnie. Słucham ! „.

Panuje cisza. Mówi naczelnik : „ Pokuszali”- odpowiedź- „ Pokuszali „.

I nagle  słychać odpowiedź jednego więźnia : „ Daj chleba, tak skażu”. Konsternacja . Naczelnik : „ zapiszycie jewo”.

Z a p i s a l i  i  d a d z ą   m u   c h l e b a   3 0 0   g r a m    w   k a r c e r z e  n a   c a ł ą   d o b ę.

 Swoje święta, jak : Wielkanoc i Boże Narodzenie spędzałem przeważnie wieczorem po pracy.

Siadałem gdzieś  samotnie w kąciku nary, wyjmowałem dwie pajki chleba po 350 gram i dwie porcje cukru po 27 gram.

Wszystko to układałem na białym ręczniku i stawiałem blaszaną miseczkę kawy. Osładzałem ją jedną porcją cukru, a drugą porcją posypywałem już pokrojony chleb.

Żegnałem się i zacząłem spożywać swoje zaoszczędzone dary w ciągu ostatniego dnia. Myślami byłem wśród żony i synów, rodziców, braci i sióstr.

Jak oni spędzą ten wieczór- czy są zdrowi i żywi.

Jak upływa życie kochanej żonie i kochanym synom?. Z pewnością lepiej niż mnie. Pragnąłem, żeby wytrzymali to nieszczęście.

Ja nie dopuszczam myśli, że się z nimi nie zobaczę.

Jestem tego zdania, że niewinna kara nie będzie taka bezlitosna.

Jeszcze się – Kochani- zobaczymy i wspólnie będziemy się cieszyli przy jednym stole.

Oby się te marzenia ziściły.

Oblewałem rzewnymi łzami te myśli i błogo mi się robiło, że jeszcze żyję, że najgorsze mam już za sobą.

   Wigilijną wieczerzę Bożego Narodzenia 1948 roku kończę. Wszystek chleb ocukrzony zjedzony i wypita słodka kawa. Zasypiam z myślami , że jestem z Wami.

     Prawie każde święta Wielkanocne i Bożego Narodzenia upływały mi na wspomnieniach o Was, Kochani.

W czasie poprzednich świąt Wielkiejnocy w 1947 roku, raczyłem się kaszą grochową zgotowaną z grochu przysłanego mi w paczce z moje rodzinnej wsi Kołpiei i Czerniąt.

Tak upływały mi dni świąt, że zawsze zalewałem się gorzkimi łzami….

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 27 ). Plan uszkodzenia sobie nogi …. jesień 1946 …budowa Mołotowska


zdjęcie własne ….symboliczne dla mnie …. jak te samotne świerki wspinające się mozolnie na zbocze Skalitego , by nigdy nie dojść do szczytu, do światła – było życie wielu łagierników …

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

         Były momenty, że już na drugi dzień pracy układałem przebieg , by sobie nogę uszkodzić łomem żelaznym, by pójść do szpitala . Bałem się robić tego, bo mogłem zostać bez nogi. Ale już było postanowione.

Tylko szczęście, że wieczorem podano do wiadomości, że już jutro idę do pracy z inną brygadą. A więc nie potrzebuję zadawać sobie cierpienia.

Do postanowienia skaleczenia siebie doprowadziła mnie beznadziejna praca – zlecono mi dłubanie dziury w fundamencie domu piętrowego dla przeprowadzenia kanalizacji. Dochodziłem do rozpaczy, bo w tym  murze- fundamencie – nie dawało się zrobić  w ciągu całego dnia dziury większej niż wielkość  głębokiego talerza .

     Nadchodziła już j e s i e ń  1 9 4 6  r o k u.

Chociaż było nieco lżej w tej nowej brygadzie.

Jednak  siły  mię opuszczały i musiałem często chodzić do przychodni po zwolnienie. Pierwszy raz dostałem trzy dni zwolnienia , bo miałem już popuchnięte nogi. A więc była cynga- brak witamin. Na lekarstwo dał mi doktór garść żyta paszowego. Zjadłem go z apetytem, będąc już wolnym od pracy.

Do tej cyngi przyplątało się mocne osłabienie- dystrofia.

O godz. 16, jeszcze przed przyjściem brygady z pracy , odczuwałem ból głowy i podnosiła się temperatura do 37,5 stopni C.

 Po trzech dniach zwolnienia, szedłem znowu do lekarza i ten powtórnie zwalniał mnie z pracy. Przy tym powiedział, że mam dystrofię ( niedożywienie) 2-go stopnia i że przyjdzie położyć mię w stacjonarze na trzy miesiące, jeśli ten stan nie polepszy się.

Zaznaczył przy tym, że zwolnienia więcej niż na 9 dni on nie może dać.

I wreszcie stało się to, do czego dążyłem przez cały miesiąc- zostałem przeniesiony do stacjonara na poprawę zdrowia na trzy miesiące.

       S t a c j o n a r-  z a k ł a d  l e c z n i c z y

W każdym łagrze był taki zakład leczniczy, w którym leczono zaburzenia odżywiania, powstałe  od słabego żywienia. Takie leczenie trwało przeważnie trzy miesiące, albo nieraz  i sześć miesięcy.

To zależało od poprawy – od przybycia na wadze pacjenta. Po każdym pobycie jednego miesiąca w stacjonarze ważono chorego. A po trzech miesiącach komisja badała i postanawiała co z pacjentem robić. Jeśli przybył na wadze, choćby 3 -4 kg, to go posyłała do pracy na zonę.

A jeśli chory nie przybył na wadze przez te trzy miesiące, pobyt jego w stacjonarze przedłużano jeszcze na trzy miesiące.

Po sześciu miesiącach już pacjentowi, choćby on i nie poprawił się, nie przedłużano leczenia. Pozostawiano go w zonie.

Jedzenie w stacjonarze było lepsze niż w brygadach.

Chleba otrzymywaliśmy po osiemset gramów , zupy i kasze były trochę lepsze- tłuściejsze. Cukru była ta sama porcja, którą dawali dla pracujących.

Całe szczęście dla nas, chudziaków – wycieńczonych do ostatnich granic  było to, że nas nie ganiano do pracy i dawano większą pajkę chleba- 800 gram.

 Leczenia żadnego innego nie było, oprócz odpoczynku na narach.

Właśnie ja, do takiego baraku- odpoczynku trafiłem.

O tym stacjonarze, ja długo marzyłem , bo nadchodziła okropna błotnista jesień , no i zima nie lepsza.

Oprócz odpoczynku w tym baraku, ja często chodziłem do pracy na kuchnię. Pomagałem tam obierać kartofle, myć naczynia kuchenne i sprzątać podłogę. Za te usługi otrzymywałem zapłatę – miskę kaszy , zupy i czasami kawałek ryby- tresoczki-  wątłusza- dorsza.

Spożywając swoją porcję wyżywieniową i dodatkowo w kuchni- ja prędko zacząłem poprawiać się.

Poczułem, że jeśli tak będę się odżywiał, prędko mogą mnie wypisać ze stacjonara.

A więc postanowiłem porcji chleba 300 gram nie jeść, a sprzedać ją.

Mój żołądek był zawsze pełny od tych zup i kasz, ale na wadze nie przybywałem. Postanowienie swoje realizowałem przez trzy miesiące.

Badałem swój ciężar każdego miesiąca i dochodziłem do wniosku, że na wadze przybywam bardzo powoli – po 300 -400 gram.

A wiadomym mi było, że jeśli za 3 miesiące nie przybędę co najmniej 3 -4 kg, ze stacjonara mnie nie wypiszą, a zostawią mię w nim jeszcze na 3 miesiące.

Kombinacja ta udała się.

Komisja uznała, że jeszcze muszę pobyć na leczeniu przez trzy miesiące.

Niezmiernie się cieszyłem z tego, że jeszcze będę odpoczywał i to w samą mroźną zimę.

W drugiej fazie mojego leczenia – odpoczynku- wziąłem się naprawdę leczyć- zjadać wszystko , co dawał stacjonar i kuchnia za moje usługi.

Ponadto zacząłem zaglądać i do swojej paczki, którą mi przysłała małżonka z Polski. Przysłała mi parę kilogramów cukru i mąki.

Był w paczce i czosnek , ale go w Moskwie wybrano- „ nie razreszajetsia” – ( niedozwolone).

Posiłki te, choć postne, ale dość obfite poprawiły moją kondycję.

Co miesiąc przybywałem na wadze po 2- 3 kg.

   Wreszcie minęły i te trzy miesiące.

Nadszedł koniec i ja musiałem pójść do pracy.

B y ł   t o  r o k  1 9 4 7

    Dni pracy po stacjonarze.

   Przydzielono mnie do brygady , która zajmowała się różnymi pracami w samym centrum miasta Mołotowsk. ( obecnie Siewierodwińsk)

W pierwszy dzień wygnano naszą brygadę na remont leżnikowki.

Wszędzie tundra, wiatr i to przenikliwie zimny, dmuchał tak silnie na tych polach , i ledwie można się było utrzymać.

Z wielkim trudem minął ten dzień.

Inny dzień był nieco lżejszy.

Pracowaliśmy przy oczyszczaniu brudów różnych toalet radzieckiej inteligencji – przeważnie leitenantów. Oddawali oni dług przyrodzie tam, gdzie znajdował się już dach na nowo postawionych domkach. Praca ta nie była męcząca, ale wstrętna.

Gdy trochę pocieplało na dworze, zaczęto nas uczyć, jak trzeba robić dachy na nowych  domkach fińskich . A więc siedziałem często na dachu i układałem – szyfier- obonit.

Praca ta nie była trudna i dość przyjemna.

Mogłem napatrzeć się na tundrę ciągnącą się setkami kilometrów w trzy strony: południe, wschód i zachód. Na północy widać było fale Morza Białego.

Tundra- to błotnista przestrzeń, porośnięta drobną roślinnością- jagodami różnego rodzaju- robiła smutne wrażenie.

Trudno tu żyć.

Może za parę lat, gdy wybudują tu Mołotowsk i stocznie i zahuczą tu syreny, ockną się tutejsi mieszkańcy i życie stanie się weselsze i przyjemniejsze.

 O b y  t a k  b y ł o  !

      Na razie jest tak, że morduje się tu dziesiątki tysięcy ludzi wolnych i uwięzionych. Wszyscy są półgłodni, a pracować muszą i pracują, bo żyć  pragną.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 26). W łagrze – budowa Mołotowska ( obecnie Siewierdodwińska ) – na tundrze – przy kole podbiegunowym – nad Morzem Białym.


zdjęcie z Wikipedii – widok na Siewierodwińsk (gdy Jan brał udział w budowie tego miasta nazywało się Mołotowsk)

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

     Podczas sprawdzania personelu – więźniów przez naczelnika często padały dla humoru takie oto odpowiedzi:

Stacja?- Stanskaja Basznia.

Srok? ( wyrok ? )- piać Stalinowskich piatiletek.  ( „pięciolatki”  to  od 1928 roku nazwa planów gospodarczych ZSRR – w rzeczywistości oznaczały wielki głód, bo gospodarka była katastrofalna  ) 

Koniec sroka? ( koniec wyroku ?) – Prychod Trumana. ( żartowano, że gdy przyjdą Amerykanie – co było raczej nieprawdopodobne  –  w latach 1945 – 1953 Harry Truman był prezydentem USA  )

A do słów naczelnika konwoju: szag ( krok )  w prawo, szag w lewo- my dodawaliśmy  i niżej wwerd- strelajem.

Te humorystyczne dodatki podtrzymują nasz nastrój, chociaż konwojenci na szczęście ich nie słyszą, bo gdyby się dowiedzieli , toby izolatka ( tu oznaczała celę gorszą niż samo więzienie ) była pełna nas.

Za pół godziny byliśmy przed wrotami zony budowniczej, do której wpuszczają tylko za przepustką.

 Konwój oddał nas pod kierownictwo cywila – dziesiętnika. Ten zaprowadzał nas już na miejsce pracy.

Pokazał nam pagórek ziemi, z której będziemy wybierali  grunt do taczek i wieźli go do stoczni budującej się nad brzegiem Morza Białego o 50 m.

Wytłumaczył nam, że od ilości wyniesionej ziemi będziemy otrzymywali odpowiednią  ilość gramów chleba i kawy po obiedzie.

Kto wyrobi normę  na 100%- ten otrzymuje granbijke: tj . 650 gram chleba, 27 gram cukru, 500 gram zupy rano i na obiad, litr kawy wieczorem, ryby 60 gramów na obiad.

Kto natomiast wyrobi normę 115% , ten otrzymuje chleba 750 gram, 500 gramów kaszy ( naszej rzadkiej zacierki).

A jeśli kto wyrobi normę na 130-140 %, otrzymuje chleba 850 gram- a więc dużą pajkę. Największą pajkę otrzymują ci pracownicy, którzy wyrobią normę powyżej 150%.

 Brygadzista otrzymuje pajkę w zależności od procentów zarobionych ogólnie.

 A więc brygadzista stara się podganiać swoich robotników do wyrobienia jak najwięcej procentów.

Dziesiętnik określa ilość procentów za daną pracę, a już brygadzista rozdziela między swoich robotników procenty wg swojego uznania.

Uznanie to często zależy od łapówki, którą otrzymuje od członka brygady albo od sympatii do danego członka.

Niesprawiedliwości tu pełno, a więc i nienawiści moc.

Z tych rozgoryczeń robotników rodziła się zemsta: często takich niesprawiedliwych brygadzistów zabijano, gdy siedzieli w porze obiadowej przy ognisku. Walili toporem w głowę.

Gdy takie wypadki zaczęły się powtarzać coraz częściej- Stalin wydał prykaz, skazywać na śmierć tych zabójców.

To spowodowało, że w łagrach zapanował spokój.

Po tych paru słowach o niesprawiedliwości brygadzistów przystępuję znowuż do opisania prac, które myśmy wykonywali pod komendą kierownika robót.

Ułożyliśmy deski od swoich stanowisk pracy aż do miejsca wyładowywania ziemi z taczek. Otrzymaliśmy łopaty do ładowania ziemi do wózków- taczek na jednym kółku. Naładowaliśmy wózki.

I zaczęliśmy pchać , każdy po swojej kładce- desce.

Pcham i ja, ale co kilka kroków kółko taczki spada z deski. Stawiam je na deskę i znowu pcham. Kilka metrów przejechałem i znowu zjeżdżam z tej deski. No cóż, nie umiem utrzymać równowagi .

Takiej pracy – pchania taczek po dość wąskiej  desce nie wykonywałem przedtem. Jeśli coś woziłem taczką, to ją pchałem po twardym gruncie.

A tu, po tej ziemi nie jest możliwością, bo koło zapada się w błoto.

I stop!

Jeszcze kilka razy  spadała  taczka z deski , dopóki dopchnąłem ją do miejsca przeznaczenia. Drugą taczkę z piaskiem już było lżej pchać i mniej razy zleciała mi z deski.

Do pory obiadowej mocno się zmęczyłem, ale już nabrałem wprawy i po obiedzie robota poszła mi sprawniej.

Za osiem godzin pracy wywiozłem około 16 taczek, chociaż niepełnych. Inni z mojej brygady potrafili za ten czas zapędzić po 20-25 taczek i to napełnionych ziemią po brzegi. Tacy rekordziści otrzymają na pewno po 150 %, a więc pajkę 850 gram- a może nawet 950 gram chleba i proizwodstwiennoj ( gotowanej,  wodnistej  ) kaszy .

Ja chyba, będzie dobrze jak, otrzymam garantijkę  za swoją pracę.

Taki wynik nie zmartwił mnie , bo postanowiłem, że będę wykonywał zadania na 100% – nie więcej.

 300 gramów chleba dokupię sobie za gotówkę, którą już zarobiłem podczas spekulacji. ( opisałem handel odzieżą )

 W dni wolne,- wychodnyje- odpoczywaliśmy- .

 Ja jednak  często zgłaszałem się na ochotnika do pracy przy rozładowywaniu wagonów z rybą, albo tuleniami- fokami. Tam zawsze można było skombinować tłuszczu tiuleniego , albo parę rybek.

Przyniesiony tłuszcz w nogawkach spodni watowych przetapiałem w bańce sześcianej i przelewałem do butelki.

Stąd po łyżeczce wlewałem do zupy, lub kaszy, by były smaczniejsze i pożywniejsze.

Transportowanie piasku za pomocą  taczek, trwało około dwóch- trzech miesięcy.

Nauczyłem się i ja, jak prawidłowo ganiać taczkę, ale nie była ona nigdy nasypana do samych brzegów tak, jak to inni moi towarzysze czynili.

W czasie tej pracy, często zjawiali się u nas złodziejaszki – torbochwaty i żądali przejrzenia nam kieszeni i zabierali wtedy cukier zawinięty w szmatkę czy uszytą torebkę albo porcje chleba czy też szczyptę tytoniu.

Obserwowałem to zjawisko, jak obierali takiego zdrowego Litwina i on płakał, bo się bał postawić opór tym torbochwatom.

Pomyślałem, że torbochwaty zbliżą się i do mnie.

Nie pomyliłem się.

Podchodzą, zatrzymują taczkę i żądają pokazania tego, co mam w kieszeniach.

Natychmiast chwytam łopatę z taczki i pokręcam się z nią wokół siebie.

Odskakują i mówią: o kakoj srogi  staryk. ( na tle innych więźniów Jan był już niemłody – miał  prawie 40 lat )

A ja na to: „ ubiju, jeżeli podojdziecie bliżej ko mnie. „ .

Odeszli i już mnie więcej nie zaczepiali.

    U Łotyszów, Litwinów i Estończyków często oni robili „rewizję”.

W czasie obiadu ci szakale, często wyrywali z rąk chleb i uciekali.

Pewnego razu wychwycił mi 200 gramową pajkę chleba ze stołu i uciekał , a ja pędziłem za nim.

Dogoniłem go, ale pajki nie było- zjadł w biegu.

Dostał kilka boksów, ale pajki nie wrócił.

     Na tym proziwodstwie – budowie miasta stoczni i okręgu jednocześnie było nas więźniów około p i ę t n a s t u   t y s i ę c y oprócz cywilów.

Tu nie było obserwatorów, jak w zonie łagiernej, w łagrze- gdzie w dzień i w nocy obserwują, jak zachowują się więźniowie. Zaznaczam, że w zonie przebywają oni bez broni.

Na tej budowie były też więźniarki, które wykonywały takie same prace jak i my, mężczyźni. Parę miesięcy mieszkały one razem z nami w jednym łagrze, ale w innym baraku. Niektóre z nich pracowały w zonie w charakterze kucharek i praczek.

Potem oddzielono kobiety od mężczyzn. Zorganizowano dla nich osobne łagry.

Władza sowiecka doszła do wniosku, że wydajność kobiet i mężczyzn przy wspólnym pożyciu jest mniejsza.

A więc dokonali podziału na łagry żeńskie i męskie.

Ten podział jednak nie położył kresu między spotkaniami młodych kochających się par.  Przychodzili przecież do pracy do jednej i tej samej zony roboczej.

K o m u ż  b y ł a  w  g ł o w i e  t a  m i ł o ś ć ?

Komuż była w głowie ta miłość?

Była ona w sercach tych, którzy  nie pracowali i dobrze się odżywiali , otrzymując paczki od swoich rodzin. Takimi byli brygadziści no i Litwini, Łotysze i Estończycy. Ci ostatni otrzymywali z domu paczki – często 50 – kilogramowe. Pełno mąki, kaszy i tłuszczów. (  w tych krajach ludzie potrafili omijać nakazy Stalina dotyczące uprawy ziemi i hodowli bydła – dzięki temu nie doszło do dramatycznego spustoszenia kraju jak np. na Ukrainie )

Nie do miłości było tym, którzy cały dzień tyrali i żyli o pajce.

( teść opowiadał – bywało że kobiety proponowały seks za kromkę chleba, ale głodni nie mieli ochoty – wygasały zmysły )

Była w łagrze i jeszcze jedna grupa więźniów , których nazywano p r y m u s k a m i.

Oni, tworząc  grupki więźniów , strachem, groźbą przymuszali kucharzy, piekarzy do dawania im większej porcji chleba, kaszy, ryby.

Byli także inni, których  nazywano błatnymi – tj. otrzymującymi większe porcje przez protekcję.

Jak prymuski  tak i błatnyje , często byli karani za nieposłuszeństwo w wykonywaniu prac polowych. Sadzano ich do izolatek i zmniejszano porcję chleba z 650 gram do 450 gram. Tłumaczyli oni, że ich skazano na więzienie, a nie na roboty. Ganiano ich na roboty, ale oni tam nic nie robili.

Za czterema prymuskami  na robotę chodziło czterech konwojentów.

Takich to więźniów bardzo często przenosili z jednego łagru do drugiego.

U b r a n i e  w i ę ź n i a  w  l e c i e,  j e s i e n i  i  z i m i e.

Lato:

 Na głowie czapka z płótna prostego. Na plecach kurtka z płótna szarego. Spodnie z płótna siwego. Na nogach buciki  albo buty z płótna  szarego z podeszwą gumową.

Na plecach na bluzie naszyta łata kwadratowa o rozmiarach jednego decymetra, a na tej łacie numer więźnia podany przez władze obozowe – łagierne. Takaż sama łata z numerem jest przyszyta do prawej nogawki spodni. Prawda, że te znaki upiększają więźnia?. 

Widać z daleka  że to zakluczony.

Zima:

 Na nogi dają wojłoki, albo buty uszyte ze szmat z gumową podeszwą.

Na dolną część ciała spodnie watowe.

Na plecy ciałogrejka watowana i buszłat watowy – kurtka nieco dłuższa od ciałogrejki.

Na głowę dawali czapki – uszatki.

Na ręce otrzymywaliśmy rękawice, które trzeba było każdego dnia wychodnego cerować, kłaść łatę na łacie.

Jeszcze gorzej było z ciałogrejkami watowymi, które szybko zapalały się od iskier i niejednemu z nas wypalały się ogromne dziury, które trzeba było samemu latać.

Z obuwiem też mieliśmy niemało kłopotów.

Buty uszyte ze szmat , często jesienią albo wiosną rozmokły do tego stopnia , że nie trzymały się na nogach. Trzeba było te szmaty przywiązywać sznurami do podeszwy gumowych. A ponadto trudno te buty  było  wyciągać  z błota – gliniastej ziemi syberyjskiej

Prace na różnych obiektach

   Praca w zonie miasta Mołotowska nie była w jednym miejscu.

Rzucano naszą brygadę na różne obiekty.

Pracowaliśmy przy kopaniu rowów  do kanalizacji, wbijaniu słupów pod drewniane domki fińskie  zamiast robienia fundamentów . Domki te postawiono na tych słupkach. ( Rosjanie dostali je po II wojnie światowej od Finów w ramach reparacji wojennych –  Finlandia była związana  z Niemcami – Polska  w 1954 roku dostała część z nich jako „ dar” – do tej pory na warszawskim Jazdowie zachowało się kilka  – mieszkańcy walczą by je ratować – bo są już zabytkiem  a o innych opowiadała – koleżanka – wtedy młoda mężatka – mieszkała w jednym z takich na osiedlu studenckim na Jelonkach –i zimą budziła się  z przymarzniętymi do ściany  włosami – miała piękne, długie …)

Gdy tę pracę wykonywaliśmy późną jesienią , albo wczesną wiosną, odwiedzała nas szkolna młodzież przynosząc podarki nam swoje – drugie śniadanie , mówiąc:

„ proszu wziąć nasz buterbrot, my znajem, szto wy gaładaicie, a my kogda wierniomsia damoj , pokuszjem tam”.

Pewnego razu, gdy była śnieżna i zimna pogoda, ja i mój napornik, kopaliśmy rów w poprzek drogi. Nie było widać, jak koło nas przemknęły sanie i w nasz rów spadł bochenek chleba białego. Podniosłem go, podzieliłem się z towarzyszami. Jaka to była radość z tego powodu. Byli tacy ludzie, którzy współczuli naszej niedoli.

Nieraz w czasie przerwy obiadowej zachodziłem do domków , w których już żyli pracownicy cywilni. Zanosiłem im nazbieranego drzewa po zonie. Za to otrzymywałem kawałek chleba, albo garść kaszy- krup owsianych.

Pajki moje często traciłem przez „ karantijki  „. Często były mi dawane za to, że nie dawałem łapówki brygadziście. Kto miał na trzy dni karantijkę-  (co trzy dni wymierzano porcję  chleba) , ten nie otrzymywał w porze obiadowej kaszy 500 gram.

Niezmiernie trudno było przeżywać te 15- 20 minut gdy w kiszkach, w żołądku, było nieznośne ssanie połączone z boleścią.

Czasami te przykre pory obiadowe upływały mi na czytaniu książek, które przynosiła praktykantka na tych robotach.

O wiele lepiej upływał mi czas, gdy przeniesiono mnie do brygady , która pracowała przy rozdrabnianiu kamieni- kamniedrobiłka.

Od tego obiektu o sto metrów był sklep – magazyn, ale można było poprosić konwojenta, by kupił bochen chleba. Tak też i robiłem. Dawałem pieniądze konwojentowi , a on przynosił mi bochenek chleba. Za tego rodzaju usługę trzeba było także płacić. Nieraz prosiłem obywatela idącego do sklepu, żeby mi kupił bochenek chleba.

Pewnego razu szła pani w kierunku  sklepu – odziana w wytworny kostium i elegancko wyglądająca. Przeprosiłem ją, że zatrzymuję i proszę  o kupno chleba w sklepie. Powiedziała: „ K pożaleniu nie mogu etoj prośby spełnić, potomu, szto spieszu k bolnomu”.

A razu pewnego porosiłem chłopca szkolnego o przysługę. Zgodził się i przyniósł bochenek chleba. Za drugim razem tenże sam pacan, wziął pieniądze na kupno chleba, ale po wyjściu z magazynu na ganek, rozejrzał się i pomknął w inną stronę. Chyba dowiedział się od kogoś, że nam nie wolno wychodzić poza zonę.

W tej brygadzie- chociaż ciężka była praca- łupanie kamieni, rozbijanie, to jednak trochę pospekulowałem no i pajkę otrzymywałem większą.

Mojemu powodzeniu w tej brygadzie zazdrościli koledzy.

Mnie łupanie kamieni szło lekko.

Zrozumiałem, że łatwo jest rozłupać głaz, gdy się go ustawi umiejętnie – słojem do twarzy. Jedno, dwa uderzenia młotem i już ogromny kamień rozpadał się na części  dwie lub trzy. A te części już łatwo było rozłupać.

Rozłupane kamienie wrzucano do maszyny i tłuczono je na trzebionkę , którą odwożono już jako materiał do posypywania nowo wybudowanych dróg.

Po takiej dość ciężkiej pracy obiad zawsze smakował. Zjadałem z apetytem te duże pajki chleba i kaszę owsianą.

 Gdy tak spożywałem obiad, podszedł do mnie” cygan” – więzień z naszej brygady. Rozpytywał mię, skąd pochodzę i czym się zajmowałem na wolności.

Odpowiadając, zerknąłem za siebie, gdzie leżał buszłat z bochenkiem chleba i spostrzegłem, że chleb mój już poniósł jakiś kolega. Rzuciłem się za nim w pogoń. Dogoniłem, ale chleba już przy nim nie było. Schował za kamień. Pokazał mi, gdy go zacząłem okładać kułakami. Ale już jedna trzecia część była zjedzona. Jeszcze dostał ode mnie parę szturchańców. To był nędzny towarzysz niedoli – Turek. Namówił go do tej kradzieży tenże „cygan” , który prowadził ze mną rozmowę dla uśpienia mojej czujności.

Po przyjściu do baraku, znowuż go pobiłem, bo byłem od niego silniejszy.

W tym czasie, w czasie bójki, spostrzegł nas brygadzista- ruski diabeł – i ten tak mię obłożył kułakami , że długo odczuwałem ten ból w bokach.

Tenże sam „cygan” , o którym już wspomniałem, szukał u mnie w nocy pieniędzy. Wiedział, że mam je, ale odnaleźć nie mógł. Aż pewnego dnia zapytał mnie , gdzie ja chowam pieniądze. Odpowiedziałem – że „w żapie”- tj w dupie . On, że „ uwarował” u mnie i skorzystał z bochenka chleba i parą bielizny. Cóż, nie złapałem go za rękę, bo to zrobił w nocy, kiedy ja spałem .

U mnie pod łóżkiem walizka stała zamknięta. Trudno było schować coś do jedzenia od swoich złodziei. Ale kazano nam oddawać swoje walizki do przechowalni tzw. kapciorka.

Były to najczęściej skrzynki zbite z cieniutkich deseczek i miały zameczki. W kapciorku też były kradzione, chociaż miały numery przy zamku. Mnie także skradziono z przechowalni walizeczkę , którą kupiłem, gdy tylko znalazłem się w łagrze. To była rozpacz dla mnie. Meldowałem o tym naczelnikowi łagru. Ten zdjął z pracy tego „ kapciorszczyka”, ale walizki z całym moim bogactwem nie zwrócono mi.

Szczęściem jeszcze było dla mnie to, że pieniądze – jeszcze parę rubli było przy mnie.

To ogołocenie mnie doprowadziło do tego, że ja także zacząłem zdobywać kawałek chleba , gdzie tylko była jakaś możliwość. Kradłem wszystko, co nadawało się do jedzenia. Kradłem kartofle, które zdobywałem w ten sposób, że wyznaczany byłem do skrobania ich w kuchni. Brałem bez pozwolenia rybę, tłuszcz fok, gdy chodziłem na pracę- sortowanie . Nieraz znajdowali u mnie te produkty w nogawkach spodni. Nieraz też bito mnie za takie postępowanie. Ale to nie powstrzymywało mnie, gdy chciałem jeść ,  istnieć,  żyć.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 25). Życie łagiernika w Mołotowsku ( obecnie Siewierodwińsku ) , przy kole podbiegunowym na tundrze nad Morzem Białym.


zdjęcie z albumu Teściów – Helena, Jan i Mirek sprzed aresztowania – pewnie ten obrazek pomagał Janowi przetrwać w łagrze ..

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

Karantin  – kwarantanna

Karantin  –  piętnastodniowy wolny czas kwarantanny  spędza się w zonie swego łagru. Jest przeznaczony na odpoczynek  po przebytej drodze ( takie są przepisy dla zakluczonych).

Co ja robię w tym czasie?

 Idę z baraku swego  do oglądania innych baraków , z których więźniowie wyszli do pracy.

W baraku, tak jak w pierwszym tak i w innych spotykam dyżurnych tego domu dla zakluczonych.

Przedstawiam się, że jestem z tego nowego etapu ( transportu) , który przybył tu do was z Orszy.

Pytam, jak się macie w tym łagrze. „ Ot, tak, kak widno”- goworit- mówi:

 „ Uże kończaju swój srok- 10 liet. ( Już kończę odsiadywanie swojego 10 letniego wyroku).  Za miesiąc, dwa ujedu damoj , a możet na zsyłku. I eto bywajet.” .

Przy okazji pyta mnie : „ Niet li u was na prodaż switrow, rubak wierzchnich, bocinek choroszych a może palto- paletiszko ?”.

Obiecuję jemu przynieść cośkolwiek. Żegnam się ze swoim nowym znajomym.

Zachodzę do drugiego baraku. Tu też musiałem się przedstawić dyżurnemu baraku. W rozmowie z nim dowiedziałem się także, że on już zbiera się do wyjścia z łagiera. Przepracował w tych łagierach piętnaście lat.

Ostatnie pięć lat nie mógł już chodzić na ogólne roboty, więc „pracował w zonie w charakterze stróża baraku, stołowoj, podmietajłam.

Kilka razy leżał w stacjonarze –oddechowym domie. Kogda był ja  mołod, dzierżali mienia na katorżnych rabotach”.

Jednym słowem, tutaj postradał i potierał  molodść i zdarowije .( utracił  młodość i zdrowie).

Oprócz tych słów wypowiedzianych  z  gorzkim żalem zapytał mię, czy nie można kupić „ u nowiczów” czegoś z ubrania. Odpowiedź moja była, że tak.

      Ponieważ nadchodził już czas obiadu, więc wróciłem do swego baraku.

Tu zacząłem poszukiwać  wśród znajomych osób , kto ma coś dobrego do zbycia- sprzedania. Pokazali mi swetry i koszule. Zaproponowałem im, że będę  pośrednikiem w tej transakcji. Zgodzili się. Spytałem , za ile rubli można sprzedać sweter , koszulę. Sweter- za 8 rubli, koszulę- za 5 rubli.

Po obiedzie poniosłem te rzeczy proszącym.

Gdy obejrzał , zmierzył sweter, powiedział, że bardzo mu się podoba. „ A skolko budziet stać?”. Dziesięć rublej. Nie targował się i zapłacił. Koszula także podobała się jemu, ale była trochę za mała. Po namyśle wziął ją za 8 rubli. Sprzedaż się udała. Zarobiłem na tej transakcji 4 ruble- więcej jak bochenek chleba.

 Wszystko- sprzedaż i kupno odbywa się w tajemnicy.

Taką spekulację uprawiam przez cały „ karancin”- kwarantannę.

Zarobiłem na tym interesie 15 rubli. A więc mam już gotówkę na pajdki chleba. Pajdka chleba- 350 gram- kosztuje w zonie 1 rubel.

Miejscem targowym , chociaż niedozwolonym jest miejsce koło jednego baraku, wszystkim dobrze znanym.

Często to targowisko rozgania naczelnik  zony – tak samo zakluczony.

Na to targowisko  często wynoszą porcje cukru- 27 gram- ci, którzy chcą palić.

Ci palacze w łagrze, to są naprawdę nędzarze.

Sprzedają oni za parę papierosów  ostatnią pajdkę chleba albo porcję cukru.

Oni są przeważnie zdechlakami.

    Rzecz zrozumiała, że najwięcej  na targowisku było chleba i cukru od tych, którzy pracowali w „chleboreskach „ – krajali chleb i od tych , którzy dzielili cukier.

Nigdy nie dawali pełnej porcji chleba lub cukru. Wolno im było nie doważać na pajce 2-3 gramy , ale oni kombinowali i po 5 gramów.

Takich kombinatorów , gdy tylko złapano na gorącym uczynku , natychmiast zwalniano z tego zajęcia, a nieraz osadzano do izolatki. Dokonywała tego specjalna komisja, składająca się z cywilów.

     Te ostatnie dni kwarantanny  upływały na wyborach brygadzistów i tworzeniu brygad.

c.d.n.

    P i e r w s z e  d n i  p r a c y  p o  k w a r a n t a n n i e

  Już był miesiąc marzec. ( 1946 rok )

Słońce świeciło jasno i było dość ciepło, chociaż ziemi była jeszcze trochę przemarznięta.

       O godz. 6 rano rozlegał się sygnał- dzwon z rejką- by wychodzić na robotę.

Brygady zgromadzone na leżniówce są liczone. Było ich około dwustu. W każdej co najmniej po 25 zakluczonych.

Po sprawdzeniu obecności przychodzimy do wrot – drzwi zamknięte.

Strażnicy wychodzą z wartowni i otwierają wrota. Skrzypią one jak nieboskie stworzenie.

Przy otwartych wrotach stoi pięciu strażników i dwóch podliczających i zaraz że  sprawdzają pierwszą piątkę – obmacują ubranie, kieszenie, obuwie itp.

Od bramy odprowadzają pierwszą sprawdzoną piątkę i zatrzymują ją po 40 m.

Podchodzi następna piątka, w której też robią szman.

Dołączają ją do pierwszej, przy której już stoją konwojenci ze swoimi naczelnikami i psami. Konwojenci są uzbrojeni w automaty gotowe do strzału .

Odprowadzają naszą brygadę ( 30 osób) , która była pierwsza w tej kolumnie brygad, o 30-40 m od bramy- zatrzymują i każą przykucnąć.

Teraz zaczyna się sprawdzanie przez naczelnika konwoju danych personalnych każdego więźnia wyprowadzonego poza zonę.

 Z listy czyta on nazwisko skazanego – ten odpowiada-„ jest”, stacja- artykuł?-  63 ( białoruski kodeks, rosyjski- 56), srok?- termin na który został skazany- „dziesięć lat”.

Koniec sroka- 1954 – odpowiadam.

Daje komendę- Wstać!

Podrywamy się na nogi, mówi naczelnik konwoju: Uprzedzam, krok w prawo, krok w lewo – bez uprzedzenia strzelamy-strzelamy!

Naprzód !- Ruszyła brygada do pracy.

Idąc piątkami rozluźniają się.

Więc konwojenci, jak psy, krzyczą: „Podciągnij się !”.

Już się nie trzymamy pod ręce, a tylko staramy się iść w piątce.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 24 ). Mołotowsk nad Morzem Białym – pierwszy stopień do sowieckiego piekła.


z Wikipedii zdj satelitarne tego miasta – jest położone tuż pod północnym kołem podbiegunowym w obszarze wiecznej zmarzliny…

 Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

 Piekło sowieckie

  Mróz panuje do 25 i więcej stopni C. Zimno jest nie do zniesienia w wagonie.

 I wreszcie słyszymy sygnał pociągu obwieszczający , że kończy się nasza męka.

Jesteśmy na stacji: „ Mołotowsk” . ( obecnie Siewierodwińsk)

Wysiadamy z wagonów. Skaczemy, zsuwamy się po podłodze do drzwi i opuszczamy na ziemię.

Konwojenci ustawiają nas w piątki. Ruszamy.

Po wyjściu z zabudowania kolejowego jesteśmy na drodze prowadzącej do naszego domu- baraku, znajdującego się w łagrze.

Pada komenda: „ Biegom!”.  Padają strzały z rakiet „ Buch, buch” to w lewej stronie to z prawej. Krzyczą konwojenci : „Podciągnij się”.

Znowuż strzały z rakiet : Buch buch buch!.

Światło obejmuje całą kolumnę. Istne piekło „ biblijne”.

Biegniemy co sił, padamy, i znów światło rakietowe i głosy : „ Biegom”, podciągnij się.

Już się zdawało, że ja dalej nie mogę biec, sił mi brakuje.

Już się zdawało, że ja dalej nie mogę biec, sił brakuje.

Ale oto nagle ucichły strzały i nikt już nie pogania. Komenda: „ Stać”.

Przed nami stoi NASZ RODZINNY BARAK  oświetlony reflektorem z zewnątrz i żarówkami wewnątrz. Wchodzimy do tego baraku. Jest ciepło. Stajemy.

Wydaje się, że jesteśmy w niebie.

Po chwili zjawia się przed nami oficer NKGB ze swoimi pomocnikami. Pozdrawia nas, mówiąc: „ Dzień dobry obywatele więźniowie. Ja jestem waszym naczelnikiem i będę wami kierował. Na pewno zmarzliście. „ Głosem przyciszonym odpowiadam „ Tak”.

„Czy macie jakieś życzenia na swoich tawariszczy kotoryje was obiżali. Mówcie, my ich teraz ukaramy” . Wszyscy milczą.

A ja szeptem do swego towarzysza mówię, który stał obok mnie. Oddaj buty –  które mi zabrałeś. A on na to, że wymienił je na chleb. Mówię do niego, że ty jeszcze nie zdążyłeś tego zrobić. Jeśli w ciągu minuty nie oddasz mi butów, to ja zgłoszę to naczelnikowi. Stchórzył mój towarzysz niedoli i za pół minuty oddał mi buty.

Naczelnik ze swoją świtą opuścił barak.

My pozajmowaliśmy nary i sumki- torby położyliśmy u wezgłowia. Odpoczywamy.

Nie minęło dwudziestu minut jak dał się słyszeć głos: „ Wsie zakluczonnyje  pierechodzitie na druguju storonu baraka biez wieszczej – budziem sczytać.”  ( wszyscy więźniowie przechodzą na drugą stronę baraku bez rzeczy – będziemy liczyć )

Zostawiam swój sidor ( tłumok) z rzeczami i idę. Podliczanie odbywa się prędko.

Wracam i już jestem przy swojej narze i rzucam oczy na torbę. O rety, rozwiązana. Przyglądam się, czego brak. Nie ma butów, pary bielizny i kawałka kiełbasy. No cóż, stało się i nie odstanie.

 Ten wypadek zrobił na mnie bardzo przykre wrażenie, ale i pouczył , że trzeba być czujnym i nikomu nie dowierzać.

Na kolację dali nam po pół litra zupy- bałandy-„ krupa krupu  ganiajet, szeja łamajet”  i po trzysta gram chleba, tu, w łagrze wypiekanego a więc niepełnowartościowego.

Po tej kolacji , choć chudej, ale ciepłej poczułem się nieco raźniej.

Długo nie rozmyślałem i zebrawszy swoje bogactwo pod głowę, nie zrzucając wojłoków z nóg, zasnąłem….

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

 Karnalit- kwarantanna

Pierwsze 15 dni w łagiere.

    Obudził mnie głos pochodzący od rejki żelaznej, w którą dyżurny walił młotem na pobudkę.

Zerwałem się ze swej niżnej nary do toalety i umywalni.

Cały czas jestem ubrany w nową jesionkę. Bałem się zdejmować ją z pleców, bo mogli

” szakały ”- złodzieje pochwycić.

Na śniadanie też poszedłem w tym jesiennym palcie do stołówki. Po spożyciu półtoralitrowej zupy i 250 gram chleba wróciłem do baraku na swoje nary.

   Zjawili się u mnie dwaj cywile, a może więźniowie, którzy już kończą swój dziesięcioletni pobyt w obozie i pytają, czy ja nie chcę sprzedać „ osiennieje palto”?. Powiedziałem cichym głosem- „ Da” i poprosiłem ich przysiąść na moim łóżku, żeby się nie gapili obcy na nas.     

Jeden z kupujących nałożył na siebie palto a drugi obejrzał  go w palcie i powiedział :

 „ Dobrze leży”. „ Za skolko oddadzicie?”. „Za dwadcać rublej”- za dwadzieścia rubli. 

Nie zdejmując z pleców palta płacą dwoma dziesięciorublowymi papierowymi banknotami i szybko oddalają się, bo im widocznie nie wolno tu przebywać.

Ja pieniądze chowam głęboko do kieszeni koszuli, bo wiem, że tu jest pełno złodziei, którzy czyhają na dobra swoich towarzyszy niedoli, bo są głodni, no i mają już przyzwyczajenia bandycko- złodziejskie.

A i przyjaciołom głodnym nie można wierzyć .

Ten schowek, tj. kieszeń koszuli ,do którego złożyłem tę gotówkę, nie był gwarancją w nocy, bo złodzieje prędko mogą znaleźć.

Długo myślałem, gdzie te pieniążki schować.

Wreszcie wpadłem na pomysł, że najlepiej  przyszyć łatę do kalesony w rozkroczu- blisko organów- moszny.

Pomysł ten zrealizowałem i ruble umieściłem chyba w najbezpieczniejszym miejscu.

Przez dziurę w kieszeni w spodniach mogłem je wyciągać i chować do tajemniczego schowka.

Po sprzedaży palta wyszedłem z baraku, by oglądać zonę – łagier.

Jest w nim około dwudziestu baraków, piekarnia, kuchnia, pralnia, kancelaria, ustęp na pięć, dziesięć oczek i izolatka.

Cały ten obszar ziemi – 5 ha- zajęty przez łagier jest zagrodzony trzymetrowymi  słupami i powiązany kolczastym drutem. Między tym ogrodzeniem , co 50 metrów, stoją wyżki , dla obserwujących- pilnujących ruchu w zonie. Nad każdą wyżką palą się reflektory o mocnym napięciu i oświecają jasno całą zonę. Na każdej takiej wyżce stoją wartownicy z automatami załadowanymi i od zimna, kręcą się, ruszają, by nie zmarznąć.

    Tej obserwacji dokonałem stojąc na kładce zbitej z desek i ułożonych na poprzeczkach, które są przybite do słupków wpędzonych do torfu ( ziemi) tundry.

Miasto Mołotowsk ( obecnie Siewierdodwińsk)  leży na południowym brzegu Morza Białego, łączącego swoje wody  z Morzem Barentsa.

W roku 1946 , kiedy tam mnie przywieziono – to miasto jeszcze budowało się na tej tundrze, ciągnącej się na południe, wschód i zachód po sto kilka kilometrów.

Ścieżki około baraków wyłożone są deskami- na słupach wbitych w ten torf głębokości od jednego do dwóch metrów. Drogi te wyłożone nazywają się leżniówkami, bo inaczej nie można by się poruszać w tym błocie.

Domy tu się buduje na słupach , które trzeba wbijać w ten torf.

Twarda gleba leży pod tym torfem. Łatwo jest wbić słup do głębokości gleby- ziemi, ale dalej w głąb idzie słup z wielkim trudem.

Dlatego też’ zakluczeni” tych słupów nie zagłębiają tak jak wymagają tego przepisy. Gdy tylko nadzorujący tych robót oddali się , zaraz że pracownicy ścinają ten słup o 30-50 cm – żeby nie trzeba było gnać go w glebę.

I dlatego domy zbudowane w tym mieście są przeważnie pochylone to w jedną to w drugą stronę, jakby były pijane. Słupy się pochylają, gdy nie są wbite do gleby- ziemi na głębokość co najmniej na jeden metr.

Oprócz tych drewnianych domów, domków, budują w tej tundrze „ wojenny goradki”- wojenne miasteczka- z cegły- piętrowe.

 Rzecz zrozumiała, że pod takie domy- kolosy- robią podmurówkę.

Najpierw usuwają słój torfu,  a następnie kopią głębokie rowy i zalewają je cementem. Materiały na budowę przywożą maszynami na prowizorycznie zbudowanych leżniowkach.

Tuż przy brzegu samego morza budują stocznię.

Cały obszar budownictwa otoczony jest druciastym płotem z wyżkami, na których stoją zmęczeni – zmarznięci żołnierze i uważnie obserwują , by któryś pracownik- uwięziony nie dał drapaka- nie uciekł.

Do tej pory nikogo nie wpuszczają bez przepustki , nawet cywilów, których tu zatrudniają.

To moje ogólne pojęcie o tych spostrzeżeniach o tym Mołotowsku. ( obecnie Siewierodwińsku)

Uwaga! Nie mylić miasta Mołotowsk z miastem Mołostow- na Uralu

c.d.n.

( wrzuciłam do blogu 22.07.2019)

Pamiętnik mojego teścia- Jana Konopielko ( 23 ). Początek tułaczego życia katorżnika. Konwój z automatami i psami. ” Przygody „w punkcie zbornym w Orszy i w pociągach .


Widok na Orszę lat 30 ub wieku. Zdjęcie z Wikipedii

 Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

 Upłynęło około tygodnia od wyroku sądowego , gdy nas – już skazanych – zebrano w ogólnej celi i stąd wyprowadzali na wyjazd pociągiem do Orszy na zbiorczy punkt -„ pieresyłocznyj punkt”.

A więc 16 lutego 1945 roku  wyprowadzono nas, więźniów – około dwudziestu z więzienia. Uszeregowano w piątki i kazano trzymać jeden drugiego pod ręce.

Konwój z automatami w rękach otoczył nas. Na przedzie i z tyłu kolumny stali oficerowie z psami. Kolumna ruszyła na stację.

Ludzie oglądający ten pochód, żegnali się i płakali. Bo niejednego ojca i matki był tu syn.

Mojej – Kochanej żony – Helusi nie było na pożegnaniu.

Ona jeszcze jechała do Wilejki , gdzie było nasze więzienie i wiozła mi proszone ubranie. Gdy dotarła do więzienia, ja już byłem w drodze.

Po zorientowaniu się w rozkładzie pociągów postanowiła dopędzić mnie w Orszy.

 I dopędziła.

Moja Helusia dotarła do Orszy, znalazła tam” pieresyłocznyj punkt” i przekazała mi podarek.

Był tam kożuszek, wojłoki, ciepłe watowe spodnie , oprócz tego było w tej podajance ciepła bielizna i różnego rodzaju jadło. Ledwie to wszystko przeniosłem z kancelarii tego biura.

Ta podajanka wzbudziła wszystkich zainteresowanie , a przede wszystkim tych, którzy toreb nie mieli przy sobie.

Do ogromnej sali na piętrze domu spędzono  więźniów około dwóch tysięcy.

Na środku tego kolosu  stały dwie beczki – paraszyty – do opróżniania się.

 Wokół nich chodzili – spacerowali- przeważnie grupami , skazani na roboty.

Jedni mieli ze sobą pod pachą jakieś torby z żywnością , drudzy tych toreb nie posiadali. Oni też wyrywali tym, którzy posiadali te torby. Trudno było się obronić od tych głodnych rabusi. To byli przeważnie groźni bandyci – recydywiści- dla których więzienie , czy też obóz pracy był radnym domem.

Ja, ksiądz i jeszcze jakiś towarzysz niedoli  nie chodziliśmy po tej wielkiej sali, tylko staliśmy opierając się o ścianę tego bloku, albo siedzieliśmy na swoich rzeczach.

 Ci” szakale” – głodni ludzie, nie mogli się dobrać do naszego kącika i wyrwać nam nasz dobytek. Tak było na sali w dzień, kiedy świeciło jeszcze słońce.

W nocy, ta zgraja przypuściła ataki na naszą grupkę, bo wiedzieli, że my mamy pełne „ sidory”- torby. Jeden już wstawił nogę między  mną a księdzem leżącym obok mnie i zgiął się tylko, a już dostał ode mnie takiego kopniaka butem, że jęknął z bólu i powiedział: „ Czort krepko bijot” ( diabeł mocno bije).

I poszli dalej szukać lepszego szczęścia.

Nazajutrz wyprowadzają nas na podwórko i ustawiają w piątki.

Konwojenci z automatami rozstawiają się o pięć kroków od kolumny i o 10 kroków jeden od drugiego. Starszyzna otacza nas z psami z przodu i z tyłu.

Dają komendę : „ w pierod”( do przodu) .

Ruszyliśmy.

Za 20 minut byliśmy już na stacji kolejowej. Stoją wagony puste, ale dla transportu zwierząt. Czyż my mamy jechać nimi?

Ależ tak – dają komendę  włazić do tych wagonów.

Kto silniejszy i sprytniejszy wskakuje i zajmuje miejsce lepsze- cieplejsze- na górnych narach.

A ja, chociaż” niezłomek” mam trochę siły, ale bez stopieniek nie mogę wskoczyć , bo mi zawadza ten duży „ sidor”( tłumok).

Jakoś przy pomocy ręki, którą podał mi dobry człowiek , wgramoliłem się do tego „bydlęcego domu –wagonu” .

 Księdza nie było już za mną, chyba zatrzymali go w Orszy – na pieresyłocznym.

Wagon był duży i pomieścił nas więźniów siedemdziesiąt osób.

Było po jednej i po drugiej stronie po pięć nar.

Pośrodku stał nieduży żeliwny piec.

W ścianie przy drzwiach była wyrąbana dziura przez którą wychodziło na zewnątrz korytko  do oddawaniu długu przyrodzie” ciężkiego i grubego” też.

Na narach wszyscy się nie pomieścili, więc zajmowali miejsca pod ścianami i wokoło nie ogrzewanego pieca.

 Ja zająłem miejsce pod ścianą.

Ruszył pociąg.

„ Szakale” zaczęli działać. Podeszło do mnie trzech i zaczęli odbierać mi mój „ Sidor”- torbę z pożywieniem. Trzymając mocno swoje skarby zacząłem krzyczeć wniebogłosy : „Gwałt, gwałt”.

Posłyszeli te głosy konwojenci stojący na butorach. Natychmiast dali znak, by się pociąg zatrzymał.

Pociąg stanął. Zaskrzypiały drzwi wagonu naszego. Otworzyły się.

Wpadło czterech konwojentów z młotkami. Podniesionym głosem zawołał jeden : „ Kto kryczał?” .

Nikt się nie odezwał i ja też. Pomyślałem , że jeśli ich wskażę, że odbierali ode mnie moje rzeczy oni się pomszczą na mnie, nawet mogą zabić. Bo im by to nie przeszło bezkarnie.

Konwojenci pomyśleli pewnie, że gdzieś zrobiono dziurę w podłodze wagonu. Zaczęli sprawdzać  ostukując młotkami podłogę i ściany przepędzając nas z jednej strony wagonu na drugą, walili takich młotkami gdzie popadło.

Po dokonaniu przeglądu konwojenci wyszli z wagonu zamykając nas w wagonach.

Dali sygnał.

Pociąg ruszył naprzód.

Minęło kilkanaście minut i zjawiło się do mnie stojącego przy ścianie z węzełkiem, dwóch „ zakluczonych”- więźniów- bandytów, tych samych którzy na mnie przedtem napadali.

Proponują mi przejść do nich na górne nary , gdzie będzie cieplej i nikt mnie tam nie skrzywdzi a oni mnie tam obronią.

Nie wierząc w ich współczucie przyjąłem tę propozycję, bo innego wyjścia dla ochrony mojego mienia nie było.

Przerzucili moje rzeczy na górne nary, a mnie pomogli wdrapać się na nie.  Było tam ciepło i nawet nie ciasno.

Obdarzyłem moich „dobrodziejów” sucharami i kęsami słoniny. Głód był u nich zaspokojony.

Zaczęli opowiadać o swoich sukcesach i porażkach w bandyctwie i złodziejstwie, za które oto teraz zostali skazani – dostali po 10 lat- „ isprawitilenych trudowych łagierej”.

Układali sobie plany , jak się lepiej urządzić w łagrze, by nie ganiali na ogólne prace poza zoną.

Przechwalali się, „ że  łagier i tiurma to ich dom”.

Jeden z nich,  z tych już łaskawych dla mnie bandytów, który teraz nie brał udziału w naszej rozmowie wlazł do torby mojej i wyciągnął z niej ciepłą koszulę – obwiązał nogi, mówiąc, że jest mu zimno w starych burach.

Drugi za jego przykładem wyjął mi z torby letnie buty z cholewami. Tłumaczył się, że jest mu bardzo chłodno w zanoszonych pantoflach.

Jeden i drugi obiecali, że zwrócą mi, gdy będą wychodzić z wagonu.

Piekło sowieckie

  Mróz panuje do 25 i więcej stopni C. Zimno jest nie do zniesienia w wagonie.

 I wreszcie słyszymy sygnał pociągu obwieszczający , że kończy się nasza męka.

Jesteśmy na stacji: „ Mołotowsk” . ( obecnie Siewierodwińsk)

Pamiętnik mojego teścia- Jana Konopielko ( 22 ). Więzienie w Wilejce – drugie śledztwo , sąd, fikcyjni świadkowie i wyrok który był od początku zaprogramowany przez sowietów….


Po raz kolejny to zdjęcie z Wikipedii. Wilejka lat 30 ubiegłego wieku. Po lewej stronie duży budynek- prawdopodobnie więzienie w którym przebywał Jan i wielu wielu Polaków ….

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

 Drugie śledztwo i sąd

   Po 12 miesiącach pobytu w więzieniu wezwano mnie na śledztwo. Powiadomiono mnie, że sprawę moją będą rozpatrywać po raz drugi.

Mnie nie powiedziano, że była ona rozpatrywana przez Osobowe Sowieszczanije w Moskwie i zwrócono do rozpatrzenia na podstawie miejscowych świadków.

Śledczy zażądał ode mnie  uzupełnienia danych , mówiących o mojej niewinności. Dowodów, że nie brałem udział w aresztowaniu predsiedatiela sielsowieta.

Podałem, że w tym dniu, w którym aresztowano  predsiedatiela byłem u ciotki – Leoszkowej Wiery w Smorgoniach.

Powiedziałem również, że ludzi namawiałem, by nie płacili podatków Niemcom, ponieważ oni już odstępują.

Poprosiłem, żeby postawili mnie na konfrontację z milicjantem, który brał udział w tym aresztowaniu predsiedatiela. Te badania trwały prawie półtora tygodnia. Była konfrontacja z policjantem który brał udział w aresztowaniu. Stwierdził on, że ja nie byłem przy aresztowaniu.

Sprawę, że ja byłem u Leoszkowej w czasie aresztowania odrzucono, ponieważ była ona moją krewną.

Wiadomość o ponownym moim śledztwie dotarła do Smorgoń, do władz rejonowych.

Tu rozchodziły się pogłoski, że chyba mnie wypuszczą, bo nie ma świadków przeciwko mnie, oprócz świadka w osobie siostry aresztowanego – Anny Szczęsnej.

Władze rejonowe szukały świadków , którzy stwierdzili by moją obecność w czasie aresztowania.

Ale nie znaleźli nikogo, oprócz niej – którą nauczyli mówić- powiedzieć- że był.

    Zakończenie śledztwa.

Sędzia śledczy- Soroki- ogłasza mi, że śledztwo zakończono.

Czyta mi protokół i każe podpisać się pod nim.

Ja proszę sędziego,  by zezwolił mi samemu przejrzeć akta. Zgadza się. Więc przekładam- czytam akt po akcie. Zatrzymuję się na protokóle podpisanym przez Barana, który był obecny przy aresztowaniu predsiedatiela Szczęsnego. Oto jego słowa- które wypowiadał na ocznej stawce- konfrontacji w pierwszym śledztwie. „ Jewo- znaczy mnie- nie było podczas aresztowania.  A poczemu wy podpisali?- pyta go śledczy. Potomu, szto zastawił mnie śledowatiel- mówiąc- podpisywajtie, uże wy jewo bolsze nie uwidzicie”.

    Sąd odbył się za tydzień. Przyjechała i małżonka.

 Byłem pewny, że mnie uniewinnią. Ale gdzież tam.

W ich interesie było skazać mnie, chociaż śledczy zdawali sobie sprawę, że jestem niewinny.

Sędzia śledczy postarał się o drugiego świadka tak samo fałszywego jak pierwszy. Namówili, a może namówił  sam sędzia śledczy, żeby matka skazanego powiedziała na rozprawie, że byłem przy aresztowaniu jej syna, w przeciwnym razie grozi jej córce- Szczęsnej Annie, kara dwóch lat więzienia.

Oto jestem na sądzie.

Sąd odczytuje oskarżenie, że brałem udział w aresztowaniu Szczęsnego Iwana, którego następnie Niemcy rozstrzelali.

Następnie wywołują:

A. Szczęsna – matkę syna zamordowanego. Pytają ją, czy ona mnie zna? Potakuje-„ da„ – tak. „ A znaju ja jejo?-  odpowiadam, że nie znam.

Pokazuję też te słowa napisane w protokóle i mówię, że oto są słowa, które mówią, że mnie tam nie było i że w niczym nie jestem winny.

A sędzia  na to: „ Wsiorawno, budziem sudzić, wy niebłogonadzieżnoje lico w naszem stroju, wy wlijacielny cziełowiek- możecie nam wredzić”. ( wszystko jedno, będziemy sądzić, bo wy jesteście wrogiem ustroju i będziecie nam przeszkadzać )

Przejrzałem jeszcze kilka  protokółów – aktów i znalazłem protokół, który napisał milicjant aresztujący predsietatiela..

 Pokazałem sędziemu śledczemu , że on także stwierdza, że mnie nie było podczas aresztowania. Sędzia „ Eto sud reszyt” ( to sąd zdecyduje).

A na moje pytanie , dlaczego nie ma w aktach protokółu  grażdanki Leoszko Wiery, którą ja prosiłem was, grażdanin zbadać ( przesłuchać). Odpowiedź: „ ona wasza siostrzenica i ja nie mogę przyjąć jej zeznań”.

Zrezygnowany byłem w końcu i wreszcie protokół podpisałem, licząc na sprawiedliwy wyrok sądu. 

Natychmiast powiadomiłem żonę, że  prędko odbędzie się sąd.

W czasie rozprawy sąd pyta świadka.

Był li  Konopielko Jan, kogda aresztowywali waszego syna?. Kobieta milczy. Powtarzają pytanie. „ Był ili niet?”. Wtedy ona odpowiada: „ BYŁ”. Pytanie drugie: „ A szto on diełał?” Ona milczy.

Więc pytają dalej.” Automat u niego był ili puszka ? ” ( czy miał karabin maszynowy lub armatę  ? )  . Odpowiada: BYLI  ( miał ) .

„ Szto on dziełał s automatom ili puszkom ?”.  Ona milczy.

Sędzia pyta: „ Strzelał?”- ona odpowiada” STRIELAŁ

Wszyscy obecni na Sali sądowej wybuchają śmiechem. Ja także uśmiecham się i myślę , że oskarżycielka jest niepoczytalna.

Sąd zwraca się do niej. „ Twoja , babuszka pieśń spietaja, możecie wychodzić”. Ona wychodzi.

Sąd zwraca się do mnie: „ Wam obiniajemyj sud predstawlajet poslednije słowa”. ( Sąd wam pozwala na  ostatnie słowo )

Mówię : „Uważajemyj sud/ Razreszycie gawarić po polski?”

Odpowiadają: Można- gaworicie

Proszę mnie uniewinnić.

Po pierwsze dlatego, że ja nie brałem udziału w aresztowaniu Szczęsnego Iwana „predsiedatiela sielskowo sowieta”. Potwierdzili to na naocznej stawce – na konfrontacji-

Baran i milicjant Borowski J.

Po drugie: Anna Szczęsna – siostra aresztowanego – w czasie konfrontacji za pierwszym razem powiedziała , że mnie nie było, a kiedy wyprowadził ją sędzia śledczy za drzwi i straszył, że ona będzie ukarana za „ łożnoje pokazanje „ ( fałszywe zeznanie ) w protokóle , który podpisała. Po powrocie z korytarza, ona powiedziała- że ja byłem.

Za nieprawidłowe śledztwo ja zaskarżyłem sędziego śledczego przed prokuratorem. A gdy ten nie uznał mojej skargi, odpowiedziałem, że nie podpiszę zakończenia śledztwa w tym sądzie, dopóki nie będzie napisane w protokóle tak, jak odbyła się konfrontacja.

Na drugi dzień przyszli: prokurator i naczelnik śledczego oddziału. Naczelnik mnie też zmuszał do podpisania zakończenia śledztwa, jednak ja powtórzyłem, żeby fałszywie sporządzony protokół  był poprawiony, a wówczas ja podpiszę zakończenie śledztwa.  Sprawa śledztwa pierwszego zakończyła się tym , że odesłano ją na „ osoboje  sowieszczanije w Moskwu”.

Oświadczam też, że zeznanie matki aresztowanego o mojej obecności w czasie aresztowania jest niewiarygodne, bo nie mogłem strzelać z automatu , ani też z arudzii ( strzelby) ani tym bardziej z puszki ( z działa) . Śmiech obecnych na sali świadczył też, że to zeznanie było fałszywe.
Matka aresztowanego tak zeznawała, bo chciała obronić córkę od kary za fałszywe podpisanie protokołu.

Jeszcze raz proszę o uniewinnienie mnie.

Po paru minutach ogłaszają, że sąd uznaje winnym oskarżonego i skazuje go na 10 lat więzienia „ isprawitielnych trudowych łagierej”.

A więc spełniły się słowa sędziego śledczego :” Budziem sudzić nie smotria na wasze dokazitilestwa, szto wy niewinowat” ( wydamy wyrok niezależnie od waszych dowodów niewinności)

Taka była sprawiedliwość stalinowskiej polityki

Wracając z sądu do celi zobaczyłem czekającą małżonkę. Bez pozwolenia konwoju krzyknąłem, że zostałem osądzony na 10 lat poprawczej pracy i żeby prędko przywiozła wojłoki, kożuszek i watowane spodnie, bo prędko wywiozą.

 Całych 17 miesięcy przesiedziałem w więzieniu. Był to koszmar naszego życia- żony i mojego.

c.d.n.

A w tym czasie Żona Jana – opowiadała mi moja Mama, która już wówczas przyjaźniła się z Konopielkami –  a także jak było opowiadała moja Teściowa. 

Helena była wtedy  niespełna 30 letnią kobietą – matką dwojga małych  dzieci – piękną i delikatną, przyzwyczajoną do dobrobytu. Zdobywała jedzenie, by sporządzać mężowi paczki – jak nazywa je Jan – podajanki a potem z bagażami –   zakutana w chusty bo zima była mroźna –  pieszo pokonywała kilometry by dostać się do pociągu. Pociągi jeździły nieregularnie – wszak trwała wojna , a gdy przyjeżdżał – nie zawsze udawało jej się wcisnąć , bo ludzie tłumnie podróżowali – w różnym celu – też handlowym . Potem szła dalej i długimi godzinami  stała pod murem więzienia, by strażnik otworzył okienko i przyjął paczkę. Kiedyś tak czekała wśród innych  zapłakanych  kobiet przez 3 dni … dwie narracje …..

Jan  w pojęciu sowietów był wrogiem ludu –  nie dość , że wykształcony to jeszcze bogaty majątkiem żony. Takich należało usuwać z życia ……

Pamiętnik mojego teścia- Jana Konopielko ( 21 ). Więzienie w Wilejce i życie uwięzionych .


Ponownie zamieszczam to zdjęcie ( jedyne jakie znalazłam w Wikipedii ) panoramy Wilejki z lat 30 ubiegłego wieku , tj. z okresu, gdy Jan był tam więziony. Po lewej stronie widać duży obiekt – myślę, że to jest właśnie opisywane więzienie. W nim też przebywał brat mojego Taty – Witold – znalazłam notkę w Ośrodku Karta – była to ostatnia informacja o nim. Potem wg relacji świadka o czym opowiadała mi mama – zginął nad Morzem Białym, wdeptany w błoto przez współwięźniów bo nie chciał im oddać jedynej kromki chleba …był wrogiem sowietów – czyli ludu, bo pracował w gminie jako urzędnik – aresztowany zaraz po wkroczeniu sowietów na Kresy ….jego ćiężarną żonę i 10 letnią córkę wywieźli na Sybir…

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

 WIĘZIENIE W WILEJCE

  Na tym się skończyło pierwsze śledztwo, po którym należało oczekiwać sądu wojewódzkiego.

 Jednak organy śledcze nie skierowały tej sprawy na rozpatrzenie sądu, a jak się później dowiedziałem, wysłały ją do rozpatrzenia szczególnego do Moskwy- „ na osobowe sowieszczanie w Moskwu”.

Tam w Moskwie ta sprawa przeleżała przez prawie 12 miesięcy.

A mnie przeniesiono z celi śledczej do więzienia, które się znajdowało w wojewódzkim mieście Wilejce.

Więzienie to pobudowano jeszcze za carycy Katarzyny II. To ogromny, czteropiętrowy dom, ogrodzony murem kamiennym o wysokości 3 metrów i bramą żelazną z drzwiczkami wejściowymi. Na murach stały wieżyczki, w których bez przerwy była straż z automatami. Całe boisko naokoło więzienia było oświetlone lampami elektrycznymi. W ścianach tego diabelskiego gmachu pełno było żelaznych okienek z kratami ( bez szyb).

 Strach mnie przejął, gdy stanąłem z towarzyszami więźniami przed takim kolosem.

Zaskrzypiała zardzewiała brama, chociaż ją często otwierano dla „ niewinnych gości”. Weszliśmy na podwórko więzienne. Bramę zatrzaśnięto z takim zgrzytem i jękiem, że w żyłach moich krew się ścisnęła. Przed drzwiami więziennymi formują nas w dwójki i wpuszczają na korytarz piwniczny.

               Cela więzienna nr 9.

    Z korytarza wpuszczają do celi dziewiątej. Weszło nas około  dwudziestu, a już było ich – starych więźniów ponad trzydziestu.

Pełna była sala o powierzchni trzydziestu metrów z okienkami małymi i zakratowanymi grubymi żelaznymi prętami, bez okien szklanych.

Mury grube, do połowy znajdują się w ziemi. Podłoga cementowa.

Przy drzwiach stoi naczynie blaszane, do którego więźniowie „oddają dług przyrodzie’. Pieców i światła brak. Drzwi po wpuszczeniu nas do wnętrza, zaryglowano.

Więc zaczęliśmy sobie szukać miejsc do siedzenia. Ja ulokowałem się pod samym oknem- kratami, gdzie jeszcze było wolne miejsce. Inni siadali tam, gdzie stali, gdzie było wolne miejsce. Siedzieliśmy na swoich torbach, woreczkach, w których mieliśmy trochę sucharów i innego jadła podawanego nam przez rodzeństwo z domu. Ja miałem tego pożywienia pod dostatkiem, bo w każdym tygodniu raz przyjmowano „ podajanki”. Żona starała się odwiedzić mnie każdego tygodnia.

   Gdy zrobiło się w celi ciemno, zaczęliśmy się układać do snu.

Układaliśmy się tak, jak się układa śledzie w beczki : boczkiem jeden do drugiego, a tylko ja mogłem się położyć na grzbiecie, bo znajdowałem się we framudze okiennej – w dole na posadzce cementowej.

Dzięki temu, że  miałem ze sobą nową granatową jesionkę, nie marzłem, leżąc pod oknem.

Inni towarzysze niedoli, nie wytrzymaliby tego chłodu. To już był miesiąc grudzień, a więc zimno ciągnęło mocno.

Śpiąc w tak stłoczonej masie, trudno było wleźć z powrotem, gdy się wyszło do naczynia blaszanego za swoją potrzebą.

Trzeba było siły użyć, żeby utracone miejsce odzyskać.

Sygnałów na pobudkę, ani też na wstawanie nie robiono. Wstawaliśmy tylko wtedy, gdy dał się słyszeć głos dyżurnego otwierającego drzwi do celi. „ Wychodzić do łazienki”.

Pierwsza para stojąca na przedzie przy samych drzwiach, chwytała za uszy „paraszę” i niosła do ubikacji. Na „oddawanie długu przyrodzie „ dawano  dwie minuty. Kto nie zdążył , wypróżniał się w celi do „ paraszy”.

Do mycia się nie goniono nas, bo w celi nie było wody.

Tylko na śniadanie dawali po pół litra gotowanej wody, trochę zaprószonej jakimiś ziołami- niby kawą. W tej kawie nie było czuć słodyczy. Ale kto czuł głód, nie gardził tym darem i spożywał z 200 gramami chleba.

Na obiad i kolację dawano także po 200 gram chleba. Oprócz chleba, na obiad dawano pięćset gramów zupy- „ bałandy” zaprawionej zgniłą rybą bolszewicką.

Od takiego posiłku umrzeć nie można, ale żyć bardzo ciężko- dla tych którzy nie otrzymywali „ podajaszek” od swoich rodzin. A było takich cierpiących niemało. Prawda, że my otrzymujący „ podajankę”, dzieliliśmy się swoimi kęskami, ale to było niczym z pragnieniem głodu.

W celi, chociaż nie było szyb w oknach , ani pieców i mróz trzeszczał na dworze- było ciepło. Ogrzewaliśmy swoje mieszkanie własnymi oddechami i wyziewami ciał. Przez okienne kraty płynęła na zewnątrz para jak z pieca.

Gdy trochę rozwidniało na dworze, wszyscy więźniowie, siedząc na swoich tobołkach, zajmowali się mordowaniem wszy, których było pełno w naszej bieliźnie i ubraniu.

Z początku mojego pobytu w więzieniu, oddawano bieliznę do domu, do prania, ale po upływie dwóch miesięcy zabroniono.

Więc to plugastwo tak się rozmnożyło, że wybuchła epidemia tyfusu plamistego.

W każdej celi było pełno chorych, których nie było komu leczyć.

W naszej celi leżało i żałośnie stękało około dwudziestu więźniów.

Wiadomość o wybuchu epidemii dotarła do władz więziennych dopiero wtedy, gdy trzeba było chorych wynosić na noszach z celi.

Prawda, że lekarza posłano do zbadania chorych, ale już ich nie zdołano   uratować- pomarli. Martwe ciała wyciągano z  sali.

Stróże ciągnęli je przez korytarz jak padlinę do drzwi, przy których stała ciężarówka gotowa do ładowania trupów. Wywożono ich ciała do pobliskiego lasu, gdzie zakopywano je w ziemi na wieczny odpoczynek.

Z powodu tej choroby zmarło w tym więzieniu około trzystu ( 300) więźniów.

      W czasie panującego tyfusu plamistego rozpoczęto walkę z nim za pomocą ganiania – prowadzenia jeszcze żywych więźniów do kamer dezynfekcyjnych, w których zabijano wszy za pomocą dużej  temperatury.

Był taki wypadek, że w komorze spalono nie tylko wszy, ale wszystką prażącą się odzież.

   I jeszcze drugi wypadek był w tej kamerze, gdy ja dostałem od konwojenta cztery susy w bok, tak silne, że ból długo nie ustępował. A za co? Za porwanie- poszarpanie karteczki, którą on czytał po wyjęciu z kieszeni mojej marynarki.

Gdy się zorientowałem, że ta kartka napisana była od żony , natychmiast wyrwałem ją z rak naszego stróża i w mig ją podarłem na malutkie kawałeczki, żeby nie można było odczytać, tego, co tam było napisane.

Kara na tych czterech susach nie skończyła się, bo po powrocie do celi za parę minut, posadzono mię do izolatki na siedem dni. To była już druga izolatka.

POBYTY W IZOLATKACH WIĘZIENNYCH

Pierwszą izolatkę przeżyłem,  jeszcze będąc w celi śledczej.

Jak doszło do tego, że mnie ukarano izolatką pierwszą.

Gdy siedziałem jeszcze w celi śledczej, wpadłem na pomysł, żeby nawiązać korespondencję z  żoną. Otrzymując ” podajanki”  przez okienko w drzwiach , zamieniłem parę  słów z obsługującą ten dział.

Wywnioskowałem, że można przez nią podać wiadomość żonie, że brata mojego, Mateusza , także poszukuje NKGB i niech on ucieka jak najdalej od Smorgoń. Tę moją prośbę wykonała ta obsługująca i przy następnej „połajance” powiadomiła, że brat mój wyjechał.

Taki  kontakt z tą panią ośmielił mnie do napisania kartki do żony  na płótnie ołóweczkiem chemicznym , który przemycałem w bucie, idąc do celi śledczej.

Na kawałeczku płócienka białego , wyrwanego z kołnierzyka koszuli, napisałem, żeby po otrzymaniu dała znać w następnej „podajance” przez włożenie do niej paru obwarzanków.

 Przy tym napisałem, żeby w każdej „podajance” –  torbie – torebce, szukała końca nici, gdzie jest zaszyta wiadomość – kartka. Po pierwszej mojej podajance oddając  koszulę z poprutym kołnierzem , krótko powiedziałem, żeby żona szukała w kołnierzu koszuli. W następnej „podajance” od żony otrzymałem parę obwarzanków i niezmiernie się z tego ucieszyłem. Bo to oznaczało, że mój list otrzymała.

Korespondencja z domem trwała mimo otrzymywania kar- izolatek .

 Pierwszą 10 dniową izolatkę otrzymałem w końcu listopada .

Oddając  dla żony rzeczy puste po jednej „podajance” napisałem na dnie puszki blaszanej :

„ Wszystko otrzymałem”.

Te słowa nakreślone przez mnie zauważył i odczytał współpracownik tej dobrej kobiety, która już była w dobrych kontaktach ze mną. Ten pomocnik zaskarżył mnie przed naczelnikiem, że prowadzę niedozwoloną pierepiskę. ( korespondencję)

Administracja ukarała mnie bardzo surowo – dała 10 dni izolatki. W tej pojedynce otrzymywałem  300 gramów chleba i dwa litry wody dziennie .

      Izolatka

 To była  pojedyncza komórka o długości około dwóch metrów i szerokości- ponad 1 m. Podłoga cementowa, a na niej trzy deseczki przybite do niziutkich poprzeczek.

W oknie krata bez szkła okiennego.

W kącie przy drzwiach  stoi maleńka paraszeczka. ( wiadro do załatwiania się ) .

W takiej kajutce można by było żyć , gdyby nie ten przeklęty chłód w listopadowe ranki i noce. Ponadto ubrany byłem na letnio: buty, bielizna letnia, lekki sweterek i marynarka. Wrzucony byłem do pojedynki przed nadejściem nocy.

Z początku , gdy zaczęło dokuczać zimno, walczyłem z nim uprawiając gimnastykę różnego rodzaju, by się trochę ogrzać. Żeby trochę odpocząć , mierzyłem stopami długość pokoju tam i z powrotem. Próbowałem usiąść na swojej narze i zdrzemnąć. Ale gdzież tam było do snu,  gdy zimno przenikało do każdej kosteczki. Znowuż podrywałem się na nogi i ćwiczyłem ręce, nogi i tułów.

 I tak robiłem aż do ostatnich sił.

Trwało to z małymi przerwami po godzinie i dwie.

Strażnik, który od czasu do czasu zaglądał do” wilczka” w drzwiach ( mała dziureczka ) i widział, że ja nie mogę zasnąć z powodu chłodu- zimna, zlitował się nade mną. Otworzył  izolatkę i poradził mi, bym usiadł na deseczkach i nakrył głowę aż po szyję marynarką. Uczyniłem to wg jego wskazówek. I o cud! Zasnąłem – zdrzemnąłem się – chyba na parę godzin.

I tak ciągnęły mi się noce.

W dzień, gdy  było już widno na dziedzińcu więziennym , przynoszono mi 300 gram chleba razowego i nalewano dwa litry wody gorącej w kubek.

Chleb – porcję chleba połamałem na trzy kawałki i położyłem w kącie swojej pojedynki.

Wodę gorącą w kociołku, postawiłem przy swojej narze, która mnie ogrzała i „ kołysała” do drzemki przez co najmniej godzinę.

Gdy się ocknąłem, spożyłem  kromkę chleba z wodą tylko trochę ciepłą.

W takiej męce przeżyłem siedem dni.

W końcu tego dnia zabrano mnie do łaźni.

To było przez dniem święta wielkiej rewolucji. Kąpiel trochę ożywiła mnie, ale pójście po kąpieli do tej samej celi , mogło mnie zgubić, zapalenie płuc pewne. Nie tracąc ani sekundy czasu po zamknięciu drzwi łaźni, zwróciłem się z błagalną prośbą do lejtnanta , by mnie przeprowadził do jakiejś innej celi, bo w tej to ja zginę z chłodu.

Prośba o dziwo poskutkowała i przeprowadził mnie do pojedynki , trochę cieplejszej, chociaż było w niej dużo nieznośnego smrodu.

Te  ostatnie trzy  dni swej kary zniosłem już o wiele lepiej.

Po powrocie do celi, byłem już ostrożniejszy z tą korespondencją , ale nie przestałem jej uprawiać.

Druga izolatka

– kara za wyrwanie z rąk konwojenta i porwanie kartki od żony na drobne szczątki, była znioślejsza. 

Wrzucono mnie do pojedynki, w której już było dwóch więźniów.

Ponadto przyszedłem do tego miejsca odosobnienia z pełnymi nogawkami sucharów i innych smakołyków.

Tu miałem lepsze samopoczucie, bo cieszyłem się, że kartka była zniszczona i treści jej nie znają i nie wiedzą, kto ją przysłał.

A gdyby ją odczytano w biurze więziennym , mogły być nieprzyjemności dla małżonki.

Za moim przykładem zaczęli inni więźniowie fabrykować kartki i  zaszywać je w zakładkach bielizny, czy też toreb z podajankami.  Podpadli i inni jak ja wcześniej.

Żeby przerwać tę korespondencję zabroniła władza więzienna przesyłać bieliznę do prania do domu.

Mimo tych ograniczeń i karcerów ja nie przestałem kontaktować się z żoną.

Podajanki nadal podawano , a więc torebki chociaż maleńkie, dostawały się do celi i z powrotem szły do domu po opróżnieniu. Właśnie w tych małych torebkach wszywałem kartki z bibuły i wysyłałem je do domu. Żeby pracownicy nie wykryli tych szwów, mocno je tarłem, by nie było szelestu.

Taka korespondencja trwała aż do osądzenia mnie i wywiezienia do łagru

    Drobne sprawy więźniów

   Do tych spraw należałoby zaliczyć śledzenie ruchów w sąsiedniej celi nr 10 – w celi skazanych na karę śmierci.

Za pomocą pukania w ścianę, dowiadywaliśmy się ilu więźniów znajduje się w tej celi. Pukali 8 razy, a więc było ich ośmiu. W następnym dniu odpukiwali, zostało tylko sześć osób.

Dwie osoby zabrano i dokonano egzekucji – zastrzelono lub powieszono.

Ten fakt zabierania z celi śmierci więźniów , my, stojący przy swoich  drzwiach, podsłuchiwaliśmy .

Zaszurały buty kilku ludzi w korytarzu o godz. 12 w nocy. Okienko w drzwiach celi zastukotało. Dał się słyszeć głos patrolu więziennego; Taki, a taki ( nazwisko skazanego) przygotowitsia k wchodu. Po prostu- po paru sekundach otwierają się drzwi ( skrzypią )  i wychodzą : jeden najpierw , a drugi czegoś jeszcze szuka. Koledzy mówią, że szuka rzeczy. Na to konwojent: „ Jemu uże wierszyzny nie nada”. Wyszli, bo drzwi trzasnęły i klucz zazgrzytał.

Poszli, a za nimi dwaj strażnicy i władza: naczelnik więzienia, prokurator i sędzia.

Na podwórku już stał „ czarny werań”- samochód wywożący więźniów skazanych na śmierć. Wozili przeważnie do lasów , gdzie kazali jeszcze skazańcowi kopać dół i strzelano do nich nad dołem, skąd spychano ciało w dół i strażnicy zakopywali jamę.

A niekiedy urządzano szubienicę na placu w miasteczku i wieszano tam skazanego przy spędzonych obywatelach, by odstraszyć innych od ucieczek do borów, skąd robiono wypady na wojska sowieckie ( AK- Armia Krajowa).

    Niektórym więźniom, skazanym na karę śmierci, udawało się otrzymać ułaskawienie od

 „ osobowo sowieszczanija” w Moskwie. To znaczy zamieniano karę śmierci na 2-3 lata więzienia.

    Takiego jednego szczęśliwca z celi śmierci przerzucono do naszej celi.  Skazano go na karę śmierci za to, że był naczelnikiem miasta rejonowego w czasie okupacji niemieckiej.

A więc przypisywano mu wszystko zło, którego Niemcy dopuszczali się w  tym rejonie. Po skazaniu  go na śmierć, tak jak i innych, kazano im składać podanie z prośbą o ułaskawienie do władz w Moskwie. Niektórzy z nich napisali, ale byli i tacy, którzy nie chcieli pisać. Za takich zrezygnowanych, podania pisali pracownicy biura.

Nie wszystkie prośby zostały uwzględnione, ale jego prośbę załatwili pozytywnie – dali mu za to piętnaście lat więzienia –  „ katorżnych robót”.

Po trzech miesiącach pobytu w celi śmierci był niepodobny do normalnego trzydziestopięcioletniego mężczyzny. Wyglądał jak szkielet, cały obrośnięty siwym włosem. Idąc, słaniał się i coś do siebie mówił. Czy to głód na niego tak podziałał? Ależ- nie. Jeść, jak on mówił, dawali pod dostatkiem, ale organizm nie przyjmował- nie żądał. Świadomość, że za dzień lub dwa już go nie będzie  wśród żywych zabiła w nim chęć do życia. Wróżyli tylko, po kogo teraz oprawcy przyjdą. Było to życie koszmarne.

Nam, siedzącym w celi obok – nie myślało się o śmierci, tylko o przyszłym życiu.!!!!!

Nieraz śmieliśmy się do rozpuku, gdy udało się wyprowadzić w pole obserwatorów-  nadziratielej.

W celi siedzieli różni – niektórzy potrafili wydobyć ogień z waty. Ani tytoniu, ani ognia nie wolno było mieć w kamerze, karano za posiadanie- karcerami. A jednak palacze potrafili znaleźć ogień w wacie, tj. robili kłaczek z waty i tarzali go drewniakiem, albo butem po podłodze cementowej- 5-10 sekund i gdy go rozerwali był już dym w środku- wata się zapali przy pierwszym podmuchu ustami.

A więc, ogień już był i błyszczał w ciemności.

Spostrzegli to nadziratieli – obserwatorzy i natychmiast wpadli do naszej celi i zaczęli szukać zapałek, grożąc izolatką albo obniżeniem porcji chleba. Nic nie znaleźli i odeszli z groźbami.

Tytoń palacze przemycali za pomocą podajanek. 

W więzieniu skazani porozumiewali się ze sobą za pomocą długich nitek, które opuszczali z pięter wraz z ładunkiem – zawiniątkiem. My też posyłaliśmy im wiadomości napisane na kartkach za pomocą tegoż sznurka.

Ja najwięcej  poświęcałem czasu na przygotowanie korespondencji dla żony.

Podajanki, które nam przekazywane były przez rodzinę , przez pełniących służbę były okradane. Dzielili ono prawie na pół.

Jeden z moich kolegów ze szkolnej ławy spróbował się poskarżyć naczelnikowi więzienia. Wezwali go do biura i tam skargę rozpatrzyli – zbili go tak mocno, że ledwie żywego wrzucili do celi.

Zrozumieliśmy, że „ kogda siedzisz w gównie, nie podnimajsia gołowie” ( kiedy siedzisz w gównie, nie podnoś głowy).

Sprawiedliwość jest u tych, którzy są wolni i rządzą nami.

Z naszej celi niektórych więźniów ganiano na śledztwo.

Jeden z takich spróbował uciec. Odskoczył on od konwojenta, ale na huk strzału, który oddał tenże prowadzący, przybiegli mu inni konwojenci na pomoc i tego biedaka złapali. Zbili go na kwaśne jabłko i wrzucili z powrotem do celi. Długo on stękał, bo na bokach i na nogach pełno było ran i guzów.

c.d.n.

Na marginesie muszę napisać, że w tym więzieniu przebywał też brat mojego Taty – Witold – znalazłam notkę w Ośrodku Karta – była to ostatnia informacja o nim. Potem wg relacji świadka o czym opowiadała mi mama – zginął nad Morzem Białym, wdeptany w błoto przez współwięźniów bo nie chciał im oddać jedynej kromki chleba …był wrogiem ludu w pojęciu sowietów , bo pracował w gminie jako urzędnik – aresztowany zaraz po wkroczeniu sowietów na Kresy ….jego ćiężarną żonę i 10 letnią córkę wywieźli na Sybir…