Pamiętnik mojego teścia- Jana Konopielko ( 20 ). Czas w areszcie śledczym w Wilejce.


  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

Czas w areszcie śledczym  (c.d.) .

zdjęcie z Wikipedii – Wilejka, lata 40 ub wieku

Siadłem na brzegu nar, które ciągnęły się od jednej ściany do drugiej przez dziesięć metrów.

Pod sufitem we wspomnianej ścianie było zakratowane okienko.

W drzwiach od korytarza widać było maleńkie okienko , a w nim małą dziurę- „wilczek”, przez który obserwował nas, siedzących i leżących  na tych gołych deskach,  strażnik .

Zrobili mi przyjaciele niedoli miejsce i ja wlazłem na nar. Zdjąłem swoją nową jesionkę i położyłem ją pod głowę zamiast poduszki. Torbę swoją z żywnością umieściłem pod narą. Ponieważ było gorąco na sali, zdjąłem marynarkę i sweter. Wszystko to położyłem na deskach zamiast materaca.

W sali wszyscy milczeli i ja też milczałem. Grobowe to milczenie przerwał  nam dozorca, otwierając drzwi. Dał nam rozkaz wychodzenia do ubikacji po jednemu. Wędrówka ta trwała około pół godziny.

Z kolei zaczęła się rozmowa o tym, za co nas aresztowano. Każdy tłumaczył, że on jest w niczym winny. Ja też w podobny sposób twierdziłem.

Wszyscy byliśmy pewni, że nas długo nie będą trzymać w areszcie i wypuszczą nas na wolność.

Tu jednak wszyscy myliliśmy się, bo nie znaliśmy ich, bolszewików bliżej. U nich, kto został aresztowany, mógł na wolność wrócić – jeśli będzie żył –  za 5, 10 i 15 lat, a może i za 25 lat !!!

Nadszedł wieczór. W celi nie ma światła, tylko przez „ wilczek” w małym okienku przedzierały się promienie elektryczne. W sali zapanowała cisza, przerywana od czasu do czasu stukiem butów stróża. Pobudka nastąpiła, gdy już było zupełnie widno na drodze i w naszej celi.

Śpiąc, nie czułem, co się działo obok mnie i na mojej jesionce, którą teraz przykryty byłem.

Dopiero gdy spojrzałem na palto, zobaczyłem, że coś się rusza maleńkiego, jak białe ziarenko makowe. Złapałem. Była to wesz. O rety !, ileż ich było w tej jesionce w drugich moich rzeczach, leżących pod bokiem zamiast siennika.

Wziąłem się za mordowanie tego plugastwa . Łapałem po jednej, kładłem na jeden paznokieć, i drugim cisnąłem do pęknięcia. Za godzinę wymordowałem sporo tych wszy- ale pozostało ich żywych niemało. Takąż walkę z tymi „ krwiopijcami” prowadzili i inni koledzy w nieszczęściu. Przerywaliśmy to paskudne- wstrętne zajęcie, tylko na czas pójścia do ubikacji lub spożycia posiłku.

 Codziennie któregoś z aresztowanych wzywano na śledztwo, które trwało nieraz do dwóch trzech godzin. Zawsze wracał taki nasz przyjaciel niedoli z miną grobową, zmaltretowany, nieraz i pobity.

Po kilkuminutowym odpoczynku opowiadał o śledztwie, jakie metody stosują, jak się wulgarnie wyrażają, często biją, gdy któryś nie chciał przyznawać się do winy, której nie popełnił.

Niektórzy koledzy informowali nas, że sędziowie śledczy często uciekają się do oszustwa w stosunku do aresztowanego-  a mianowicie: czytają mu protokóły – niektóre słowa, wyrażenia na odwrót. Czytają np.: „Nie przyznał się do winy” a napisane było : „ Przyznał się do winy”.

Taka informacja dla tych oskarżonych , którzy jeszcze nie byli w śledztwie, była bardzo pożyteczna.

Mnie na śledztwo nie wzywano, a tylko od razu z aresztu poprowadzono na sąd.

Spieszno  widocznie im było.

Sąd składał się z dwóch wojskowych i sekretarki.

 Świadkowie, którzy mieli świadczyć o moim przewinieniu, moim przestępstwie, stali pod drzwiami zamkniętymi.

 Owe drzwi otworzył mi konwojent.

Wszedłem do wnętrz, a on też wszedł za mną.

Stanęliśmy przed stołem sędziowskim. Strażnik cofnął się o krok ode mnie.

Sędzia przeczytał moje personalia, a  następnie oskarżenie:

      Że brałem udział w aresztowaniu przez Niemców Szczęsnego Sergiusza, przewodniczącego, którego zabiło ( ubiło ) gestapo.

Na pytanie , czy przyznaję się do winy, odpowiedziałem, że nie, nie brałem udziału w aresztowaniu i nie znam jego miejsca zamieszkania. Że takie oskarżenie na mnie, ktoś podał ze złości. Ja sam chowałem się przed niemieckim gestapo.

Wzywają świadków, po jednemu.

Pierwszy świadek mówi, że znam tego pana, był nauczycielem, dobrze uczył dzieci, z mieszkańcami żył w zgodzie.

Występuje drugi oskarżyciel i mówi: Jestem Szczęsna Maria- siostra Szczęsnego Sergiusza. Pyta sędzia: „ Czy oskarżony Jan Konopielko był, gdy waszego brata aresztowano?” Pada odpowiedź : „ Był”.

Mnie poniosło. Proszę sędziego o pozwolenie zadania pytania świadkowi paru pytań.

Sędzia pozwala.

Pytam: „ W co byłem ubrany?” . Ona milczy. „ Czy miałem broń?”. Też milczy. „ Czy było dużo ludzi?”. Trochę było. „ A kto aresztował?”-  Niemiec, policjant białoruski i tłumacz.

 „ A kto go powiózł samochodem?”. Ci trzej, odpowiada.

„ A jeśli ja byłem, tak jak pani mówi, to co ja robiłem?”. Nic.

Zwracam się do sądu, by sąd odłożyć a ja przedstawię świadków, że mnie tam nie było.

Sędzia mówi: „ Sąd odroczony”

Strażnik otwiera drzwi i wychodzimy. Gdy byliśmy za drzwiami, konwojent kazał założyć ręce w tył i pomaszerowaliśmy do aresztu śledczego, gdzie przekazał mnie w ręce stróża. Ten wpuścił mnie do sali.

Tu już czekali na mnie koledzy. W krótkich słowach opowiedziałem o przebiegu rozprawy, że sprawa została odłożona.

Idąc z sądu i siedząc na narach,  wciąż myślałem, dlaczego odłożono rozprawę. Czyż dlatego , że ja prosiłem i adwokat podtrzymał moją prośbę, mówiąc: „ Poddzierżywaju?” .

Czy może sąd nie miał prawa wydać orzeczenia na podstawie tylko jednego świadka oskarżającego mnie. Drugi świadek oskarżający , który się podpisał na protokóle, na podstawie którego sąd rozpatrywał tę sprawę, nie stawił się na rozprawę.

Nasuwa się pytanie, kto sporządził ten protokół.

Protokół ten napisał  jeden z pracowników NKGB, który przyjechał specjalnie do wsi Pasynki, gdzie mieszkała Szczęsna Maria- siostra poszkodowanego. We wspomnianym protokóle było, że aresztowało go gestapo: jeden Niemiec, jeden policjant białoruski i jeden tłumacz.  Brali w tym udział: Grudzina- sąsiad, Ciunowicz- sąsiadka i Jan Konopielko- ja. Protokół ten był podpisany przez Szczęsną Marię i Barana- aktywistę ( sołtysa) z Bajb.

Baran nie chciał się pod tym protokółem podpisać- że nie jest prawdą, że ja tam byłem- ale zmusił go sędzia śledczy, który powiedział: „Podpisywaj, bolesze jewo nie uwidzicie”.( podpisuj i tak więcej go nie zobaczysz)

Sprawę moją sąd zwrócił Urzędowi Śledczemu, by ten zebrał dokładniejsze dane o oskarżonym Janie Konopielko.

       Po tygodniu strażnik mnie wzywa na korytarz i oddaje w ręce konwojenta z automatem. Ten poprowadził mnie do sędziego śledczego. A więc znowu zaczęło się śledztwo. Pytanie: „ Czy ja byłem obecny, kiedy gestapo aresztowało predsiedatiela  sowieta Szczęsnego Sergiusza?”.  Nie – odpowiadam.  Ja sam kryłem się przed gestapo.

 „ Ty faszyskaja morda, nie pryznajuszsia, szto brał uczaścije w aresztowaniu predsiedatiela czerez gestapo!”. Krzyczy, ruga, żebym się przyznał do winy.

Ja znów powtarzam, że mnie tam nie było. Jeszcze z większą wściekłością rzuca się na mnie.

Ale ja milczę.

Wreszcie otwiera drzwi do pokoju i mówi do konwojenta  :” Zabieraj etowo faszysta”. Ręce zakładam w tył i idę, a za mną z automatem kroczy konwojent.

Ludzie idący chodnikiem, dają nam drogę i ukradkiem, z lękiem przyglądają się mi, jakbym był jakimś złoczyńcą, który mordował ludzi.

A przecież ja byłem naprawdę niewinny. Podłość sowieckiego czekisty to sprawiła.

  Przez pięć dni znów siedzę na swoim barłogu i opowiadam towarzyszom niedoli, jak zachował się wobec mnie sowiecki sędzia śledczy.

Po pięciu dniach słyszę swoje nazwisko w okienku : „ Konopielko – wychodzi”.

Chwytam marynarkę na plecy i już staję w otwartych drzwiach.

Ja na przedzie, a on z automatem za mną.

Domyślam się, że pewnie będzie konfrontacja z tymi oskarżycielami, którzy podpisali się na protokóle. Wchodzimy na korytarzy prowadzący do drzwi sędziego śledczego. Tuż przy nich siedzą Szczęsna Maria, która oskarżała mnie  w sądzie i jakiś nieznajomy mężczyzna.

Konwojent wpuszcza mnie do pokoju śledczego i sam się cofa.

Mówię: „ Dzień dobry”. Odpowiedzi z jego strony nie usłyszałem.

Wzywa, otwierając drzwi – Szczęsną Marię. Ta już jest także w pokoju śledczego. Zwraca się do Szczęsnej z zapytaniem: „ Czy ona mnie zna?” Ona odpowiada, że zna. Zadaje jej drugie pytanie: „ Czy on – pokazuje ręką na mnie – był w czasie aresztowania przez gestapo waszego brata- Szczęsnego Sergiusza?”. Ona odpowiada: „ Jego nie było”. Konsternacja u sędziego. Jest zaskoczony taką odpowiedzią.

Natychmiast każe jej wyjść za drzwi i sam za nią idzie na korytarz.

Słyszę, jak podniesionym głosem mówi, że ona podpisała protokół , w którym jest podpisane, że Jan Konopielko był obecny w czasie aresztowania waszego brata. Wy za to będziecie skazana na pięcioletnie więzienie. Jeśli powiecie, że był, nic wam nie grozi.

Wracają do pokoju i sędzia znowu ją pyta, czy byłem w czasie aresztowania.

Odpowiada ze spuszczoną głową, że „ był”.

Każe jej podpisać się na sporządzonym protokóle. Podpisuje i sędzia każe jej opuścić pokój – jechać do domu.

A teraz zwraca się do mnie i mówi. Będziemy kończyć śledztwo.

 Czyta protokół zakończenia śledztwa, ja uważnie słucham. Po skończeniu czytania, mówi do mnie : „ Podpiszcie”. Ja odpowiadam, że takiego protokółu nie podpiszę, bo w nim nie napisano, że na pierwsze pytanie , Szczęsna odpowiedziała, że mnie tam nie było, kiedy aresztowali predsiedatiela, a dopiero  za drugim razem, kiedy już przyszła z korytarza zmaltretowana i nastraszona pięcioletnią karą więzienia za to zeznanie .

Dlatego też proszę, o napisanie nowego protokółu zakończenia śledztwa z uwzględnieniem tego, co ja powiedziałem i ja to podpiszę .

Przy tym, dodałem, że ja jeszcze chcę przejrzeć całą teczkę swojej sprawy. Ja sam umiem czytać po rosyjsku.

Wściekł się na moje „ Nie podpiszę” i na moje żądanie przejrzenia teczki mojej sprawy. Krzyczał: „ podpisuj, jeśli nie podpiszesz- zabiję”. Chwyta spod pieca polano drewna przyniesione do ogrzania pieca, podnosi je do góry i mówi: „ Jeśli nie podpiszesz, zabiję”.

Zabijaj, ja i tak nie podpiszę, póki wy nie poprawicie protokołu i  nie dacie mi do przejrzenia.

Na to on, pluje mi w oczy i rzuca polanem pod piec.

Ja na to: „ Choroszaja kultura sudzi śledowatiela ( sędziego śledczego) . Proszę mi dać prokuratora, ja jemu wszystko przekażę.”

Prowadzący śledztwo otwiera drzwi pokoju i każe konwojentowi mnie zabrać.

Wracam  do celi ze łzami w oczach , ale i z wściekłością, którą zaraził mnie ten Tatar.

Nazajutrz wzywają mnie znowu na śledztwo.

Wpuszczają mnie do pokoju sędziego śledczego, gdzie już jest „ Prokurator”. Pyta mnie, dlaczego nie podpisuję protokołu zakończenia śledztwa. Zamiast odpowiedzi na to pytanie , proszę go,  żeby wyprosił  sędziego śledczego z pokoju, dlatego, że wstydzę się mówić w jego obecności. Z początku powiada, że on nie może tego zrobić, ale po chwili namysłu mówi, żeby śledczy wyszedł. Ten opuszcza pokój.

Ja na to” „ Eto choroszo. Wy prawilno razsmotritie moju żałobu”. (To dobrze. Wy sprawiedliwie rozsądzicie moją skargę )

On na to –  mówcie:

Opowiedziałem o śledztwie z panią Szczęsną Marią, która na pierwsze pytanie odpowiedziała, że mnie nie było jak aresztowali jej  brata, a po raz drugi, powiedziała, że byłem obecny.

Po przesłuchaniu mojej skargi powiedział: : „ Nie prinimaju waszej żałoby, kogda ja nie podpiszu okończanija śledztwa”. ( Nie przyjmuję waszej skargi , dopóki nie podpiszę zakończenia śledztwa)

Na tym się skończyła moja rozmowa z prokuratorem.

Wszedł do pokoju śledczy i kazał konwojentowi odprowadzić mnie do aresztu.

Wracam na swoje przeklęte nary i myślę, co oni będę ze mną robić?

Prokurator i śledczy postanowili zaprosić do siebie głównego naczelnika śledztwa- pułkownika.

 A więc na drugi dzień ponownie prowadzą śledztwo ze mną.

Gdy już byłem w tym przeklętym pokoju, przyszli: pułkownik, prokurator i śledczy.

Pułkownik pyta mię:

” Poczemu wy grażdanin nie podpisywajecie okończanija śledztwa?”.

Ja odpowiadam:  „ Potomu, szto śledowatiel napisał w protokole nie tak, kak eto było skazano na naocznej stawkie czerez Maria Szczęsna, szto mienia nie było kak arestowali niemcy jej  brata. I nie podpiszu, poka nie budiet isprawleno ( poprawiono) – szto pierwej raz skazała, szto mienia tam pry aresztowanii nie było”.

A on, pułkownik mówi: „ Ty siebie płocho diełajesz”.  ( Ty źle robisz dla siebie) .

A ja na to: „ Chuże ( gorzej) nie budiet czem tiepier”.

Napisali protokół i czytają : „ Grażdanin Jan Konopielko odkazywajet ( odmawia) podpisania okończanija śledztwa.”. Podpisują się pod tym we trójkę i mówią, żebym i ja się podpisał.

 Ja odmawiam i mówię:” Jeżeli napiszecie, dlaczego odmawiam – podpiszę ten protokół”.

„ Iż kakoj mudry” mówi pułkownik.

Odprowadźcie go, pożałuje, ale będzie już za późno.

Te ostatnie słowa naczelnika w randze pułkownika NKWD – Narodnyj Komisariat Gławnoj  Biezapasności – nie przestraszyły mnie, ale utwierdziły , że taka jest sprawiedliwość w NKGB.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 19 ). Aresztowanie….


Zdjęcie z albumu rodzinnego moich Teściów – Jan już po powrocie z katorgi – pomimo tego co przeżył – zawsze pogodny …...

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

 ARESZTOWANIE

       Wczesnym rankiem w końcu miesiąca sierpnia 1944   roku weszło dwóch mężczyzn do naszego mieszkania ( w  Smorgoniach niedaleko Wilna ) i jeden z nich zapytał”  „ czy mieszka tu Jan Konopielko?”.

Stojąc w drzwiach sypialni , odpowiedziałem, że ja jestem tym, o którego pytają. Poprosił mnie o dowód osobisty. Wręczyłem mu. Popatrzył, popatrzył, w końcu mówi, że jestem aresztowany. Przy tym wyjmuje nakaz aresztowania i mi wręcza.

Czytam i mu zwracam. Mówi:” Idziesz z nami”.

Proszę ich o pozwolenie bym mógł  zjeść śniadanie. Pozwalają. Porozumiałem się z żoną wzrokiem – zrozumiała i podała śniadanie.

Gdy śniadanie było na stole z wódką, którą przyniosła. Poprosiłem i ich do spożycia tego posiłku i wypicia po kieliszku. Prośbę moją przyjęli.

Po śniadaniu spytałem, czy mogę iść do toalety, znajdującej się na podwórku. Udzielono mi pozwolenia i ja, wraz z jednym NKW- dzistą oddaliłem się, by oddać dług przyrodzie. Ta czynność trwała około trzech- pięciu minut, a ten mój stróż z polecenia Stalina, stał obok mnie i uważnie śledził moje ruchy, żebym nie dał drapaka to jest nie uciekł.

Nie myślałem ja o ucieczce i wróciłem spokojny do mieszkania , gdzie już był nastrój pogrzebowy.

 Żona płakała, dzieci: Mirek i mały Pawełek jej wtórowały. Ja tylko ich zapewniałem, że niedługo wrócę do domu, do nich, że nie zginę.

 Uściskając na pożegnanie żonę i dwóch łkających synków, opuściłem ze łzami ten kochający dom rodzinny.

NKW-dziści zaprowadzili mnie do aresztu.

Tam spotkałem już nie jednego znajomego.

W następnym dniu dowiedziałem się, że mnie i jeszcze kilka osób poprowadzą do Wilejki, wojewódzkiego miasta znajdującego się w odległości 25 km od Smorgoń.

O godzinie mniej więcej 11-tej zabierają mnie z aresztu i każą stanąć na podwórku koło furmanki. Za parę minut przyprowadzają kobietę i mężczyznę, którymi są sąsiedzi zamordowanych teściów- Ciunowiczowa i Gradzina.

W tymże czasie ktoś z krewnych przynosi mi od żony torbę z żywnością, którą za pozwoleniem konwojenta, pakują na wóz.

Już obaj konwojenci: lejtnant i szeregowy, ustawiają nas za furmanką a sami stają za nami i dają komendę: ruszamy!.

Wyjeżdżamy na główną ulicę prowadzącą z Wilna do Mińska. Wóz rusza powoli, my za nim kroczymy ze spuszczonymi głowami.

Mieszkańcy miasteczka z lękiem spoglądają zza węgłów swoich chat na ten nieszczęsny jakby pogrzebowy pochód.

Na uboczu, za mostem tej ulicy, widzę czekających mnie na pożegnanie żonę, brata Mateusza i nianię z trzyletnim Pawełkiem. Zwracam się do konwoju, żeby pozwolił mi pożegnać się z synkiem i rodziną. Całuję ich ze łzami w oczach i mówię Kochanemu Pawełkowi: tata będzie daleko, daleko?.

Żonie i bratu konwój pozwala odprowadzić mię do mostu na rzece Wilii.

Kroczymy końskim krokiem przez trzy kilometry i przed mostem zatrzymujemy się.

Żegnamy się z żoną, bratem i mówię, że niedługo się spotkamy.

Jeszcze daję polecenie małżonce, żeby zebrała z pola wysuszoną koniczynę.

Wóz rusza i my za nim.

Przejeżdżamy most. Przed nami już droga bez bruku.

Konwojent daje rozkaz, byśmy zeszli z kolein i szli ścieżką po prawej stronie wozu. Sam naczelnik konwoju wdrapuje się na wóz, a za nami już idzie tylko szeregowy konwoju z karabinem na ramieniu.

Lejtnant zadrzemał na wozie, a ja w tym czasie  zbliżyłem się do konwojenta i zacząłem mu opowiadać- pytać- za co mnie aresztowali? Muszę tu wspomnieć, że tym szeregowym konwojentem był mój uczeń z piątej klasy w szkole w Sukniewiczach.

Rozmowę naszą przerwał budzący się naczelnik konwoju. Kazał swojemu podwładnemu iść trzy kroki od aresztowanych.

W takim porządku doszliśmy do wioski Dzierwieli.

Tu starszy konwojent dał rozkaz zatrzymać się, bo już zaczynało się na dworze robić szaro- ciemno.

  Władza zaszła do jednego domu z tej wsi i zapewniła nocleg dla nas wszystkich.

Wprowadzono nas do pustej chaty, gdzie na ławkach stojących pod ścianami usiedliśmy i tak w tej pozycji odpoczywaliśmy całą noc do świtu- aż się dobrze rozwidniło na dworze. Przy nas przez całą noc siedział z karabinem ten mój uczeń piątej klasy.

Nazajutrz, gdy tylko się dobrze rozwidniło, ruszyliśmy w drogę do Wilejki, która jeszcze znajdowała się o około 20 km.

Za cztery godziny byliśmy już na podwórku śledczego. Naczelnik konwoju opuścił nas, zostawiając z nami konwojenta.

Długo, bo aż do samego ciemna, odpoczywaliśmy i pokrzepialiśmy się czym mogliśmy.

Nasz starszy konwojent nie potrafił przekazać nas wojewódzkim władzom śledczym, bo jak później dowiedzieliśmy od młodszego konwojenta, nie miał dokumentów potrzebnych  uprawniających do posadzenia nas w areszcie wojewódzkim.

Na noc musiał schować nas w piwnicy i zamknąć na kłódkę i na zewnątrz ustawił posterunkowego w osobie mojego ucznia.

Na surowej ziemi, bez żadnej podściółki, przeleżeliśmy w tej ziemiance do godziny 9- tej rano i wypuszczono nas na podwórko, gdzie jeszcze stał wóz, na którym przyjechał nasz władca. Teraz rozdzielili nas.

Mnie poprowadzili do aresztu śledczego, a tych dwojga, chyba puścili do domu, bo ja już ich więcej nie widziałem.

W areszcie śledczym w Wilejce

Mnie oddano strażnikowi oddziału śledczego. Ten zaprowadził mnie na korytarz i zamknął w ubikacji.

Będąc tam i wiedząc, że będzie jeszcze robił „ Szman”-  tj. kontrolował , schowałem chemiczny ołóweczek do cholewy buta.

Gdy otworzył drzwi , obszukał wszystkie moje kieszenie i torbę z żywnością, wpuścił mnie do aresztu – gdzie już nie było mało – dużo siedzących i leżących aresztowanych.

 Patrzyli na mnie, a ja na nich.

Nikogo nie znalazłem ze znajomych. Wszyscy byli obcy.

Na twarzach ich widziałem smutek i żal- te same uczucia jakie ja przeżywałem stojąc przed nimi.

Ten żałosny nastrój przy spotkaniu, przerwał nam strażnik otwierający drzwi do sali wywołując jednego z aresztowanych do wyjścia na korytarz.

Żona tego nieszczęsnego z synkiem sześcioletnim przyszła, żeby mu pokazać, gdzie jest tatuś. Krótko trwało to widzenie i trzeba było opuścić korytarz. Syn w niebogłosy krzyczał, żeby tato szedł z nim, do domu. Żałosny to był  krzyk dziecka. Później dowiedziałem się, że to był dyrektor średniej szkoły w Wilejce.

Widzenie niedozwolone skończyło się. Trwało dwie minuty. Żałosny płacz dziecka spotęgował i nasz smutek.

 Już ja siadłem na brzegu nar, które ciągnęły się od jednej ściany do drugiej przez dziesięć metrów.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia- Jana Konopielko ( 18 ). Dramatyczne losy siostry , szwagra , ich maleńkich dzieci i reszty rodziny.


  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

Szwagier i siostra

    Partyzanckie  oddziały ( sowieckie- przyp. Z.K..) były najczęściej małe – po trzy osoby.

W nocy przebywali w lasach, a na dzień wychodzili do wiosek, w których zdobywali pożywienie i często wiadomości o ruchach wojsk niemieckich.

Często rozmawiali z chłopami tych wsi. Werbowali młodych do wstąpienia w ich szeregi i nieraz zmuszali młodych chłopców do pójścia z nimi razem. Niewielu było ochotników- ale byli.

Mój szwagier, z zawodu krawiec, nawiązał z nimi kontakt bliższy. Szwagier i rodzice moi mieszkali w mojej rodzinnej  wsi- Kołpiei otoczonej wokół lasami i położonej o pięć kilometrów od miasteczka Smorgonie- gdzie była stacja kolejowa prowadząca z Wilna do Moskwy.

Szwagier często przychodził do mnie i pytał mnie o zachowanie się wojsk na drogach. Zrozumiałem, że on te wiadomości przekazuje swoim partyzantom- towarzyszom.

Pewnego dnia przyszła moja siostra w odwiedziny. Rozmawiałem z nią o tych ich conocnych gościach.

Przy tej okazji przekazała mi kartkę od partyzantów- którą przeczytałem i podarłem.

Z oburzeniem powiedziałem jej, żeby do nas więcej nie przychodziła. Bo u nas moc szpiegów i mogą donieść o tym Niemcom, a oni nas rozstrzelają.

Po tygodniu Niemcy wieś naszą rodzinną spalili. Podczas pożaru, każdy z wioski uciekał gdzie mógł.

    Do naszego mieszkania wpadł wspomniany szwagier  i krzyknął: Janku ratuj.

Głos echa jeszcze nie umilknął, kiedy wskoczył do mieszkania żołnierz w niemieckim mundurze i głośno zakrzyczał: „ Kto tu przed chwilą wszedł”, patrząc na nas dwóch stojących przed nim.

 Szwagier ubrany w całości, a ja w półkoszulku z temblakiem na ręku i spodniach.

Szybko żołnierz się zorientował i chwycił nowoprzybyłego za ramię i wyprowadził na podwórko.

Za nim- żołnierzem wszedł jeszcze jeden gestapowiec z kobietą- tłumaczką i patrząc na mnie zapytał po niemiecku, czy ja tam nie figuruję na liście współpracujących z partyzantami. Tłumaczka stanowczo stwierdziła, że nie.

Szwagra poprowadzili do gestapo.

W tejże chwili wjeżdża na nasze podwórko wozem  moja siostra z niemowlęciem  przy piersi i  drugim też małym  dzieckiem.

Podbiegają do niej gestapowcy i gdy ona już wyszła z wozu – pytają ją o dokumenty i aresztowują ją.

Zostawiają  nam dzieci ze słowami : „ Bierzcie te dzieci bandyckie”.

Siostrę sadzają na wóz , którym przyjechała i z dwoma gestapowcami odjeżdżają na gestapo.

Chcąc wyratować siostrę i szwagra udałem się po poradę do znajomego mi tłumacza kolegi Woltmana. Ten zaprosił komendanta miasta do naszego mieszkania.

Tu, częstując go, błagaliśmy, by wstawił się w sprawie aresztowanych w gestapo. Nazajutrz dał nam znać kolega Woltman, że komendant miasta był w gestapo i tam mu odpowiedzieli, że na nich są donosy na piśmie, że kara ich nie ominie.

Tegoż samego dnia ciocia Wiera poniosła aresztowanym jedzenie.

 Gestapo przyjęło posiłek i powiedziało, żeby przyniosła dziecko na nakarmienie piersią matki, bo strasznie ją bolą sutki przepełnione mlekiem.

Ciocia przyniosła trzytygodniową dziewczynkę. Pozwolono ją nakarmić. W tym czasie matka, szepnęła ze łzami w oczach: „ Błagam, opiekujcie się dziećmi , bo nas już nie puszczą żywych” .

Rzecz zrozumiała, że oboje szwagier i siostra przyznali się do kontaktów – współpracy z radzieckimi partyzantami. Nie wytrzymali kaźni, jaką stosowało niemieckie gestapo- przyznali się.

Co robiono z takimi, którzy się przyznawali do wrogiej działalności przeciwko Niemcom? Najczęściej wywozili do lasu po dwóch- trzech i kazali skazanym kopać dół. A gdy ten już był gotowy, stawiali ofiary twarzą do wykopanej jamy i z tyłu strzelali w głowę. Jamę zasypywali, równając ją z powierzchnią ziemi.

Tak też rozprawili się gestapowcy ze szwagrem Bazylim i siostrą Anną.

   Sowiecka armia po rozgromieniu Niemców pod Stalingradem- Wołgogradem- szybko szła na Zachód, chociaż faszystowska armia ustępując zniszczyła wszystkie drogi i mosty.

W miesiącu sierpniu 1944 już była na ziemiach Białorusi.

Tam, gdzie zjawili się bolszewicy , zaraz rozpoczęły się aresztowania- czystka niebłogonadziożnych- tj niepewnych obywateli.

       Ja nie spodziewałem się, że i mnie do nich zaliczą.

Ale zaliczyli i aresztowali w końcu sierpnia 1944 roku w miasteczku Smorgonie, gdzie mieszkałem.

Mieszkając w tym miasteczku, nie współpracowałem z Niemcami, gdy oni ten teren okupowali.

Nie miałem też kontaktów z partyzantami bolszewickimi, którzy mnie namawiali do współpracy z nimi, przysyłając kartki przez siostrę Ankę, bym się z nimi spotkał. Jak wspomniałem siostra moja mieszkała w rodzinnej mojej wsi Kołpiei, znajdującej się za rzeką Wilią, o 5 km od Smorgoń.

      W tych okolicach, koło Kołpiei było dużo lasów i tam właśnie przebywali sowieccy partyzanci grupami. W nocy przychodzili do gospodarzy i zaopatrywali się w żywność. W dzień, czasami też przychodzili i zaciągali siłą w swoje szeregi młodych zdatnych do służby wojskowej.

Dlaczego nie nawiązałem kontaktu z partyzantami sowieckimi ?

Dwie były przyczyny. Po pierwsze, byłem mocno zaangażowany w remont młyna po zamordowanych teściach, a po drugie- to , że bałem się gestapa niemieckiego, które rozstrzeliwało bez pardonu podejrzanych i jego rodzinę.

 Szkoda mi było żony i synka Mirka i drugiego synka – jeszcze maleńkiego Pawełka.

Jak przedtem pisałem – gdy Niemcy się dowiedzieli, że w wiosce Kołpiei często przebywają partyzanci, urządzili blokadę tej wsi i spalili ją doszczętnie.

Był to dzień Zielonych Świąt, 1943 roku.

Spalił się i mój rodzinny dom, który przecież i ja pomagałem budować, zaraz po skończeniu pierwszej wojny światowej.

Ludność tej wsi, gdy zobaczyła, że przybyło wojsko niemieckie i zaczęło podpalać domy, uciekała do pobliskich lasów, albo sąsiednich wsi.

Szwagier wraz ze swoją rodziną, także uciekli ze strachu do nas, do Smorgoń. Gdy tylko szwagier Bazyli przekroczył próg naszego domu, za nimi wpadło dwóch Niemców i go aresztowało. Siostrę  Annę, aresztowano na podwórku, a dzieci oddano nam.

Tymi Niemcami, którzy zabrali siostrę i szwagra byli własowcy, odziani w mundury niemieckie.

Następnego dnia ciocia Wiera zaniosła do więzienia małą córeczkę siostry Anny do nakarmienia piersią.

Ciocia Wiera widziała ją zbitą, zmaltretowaną . Prosiła wtedy cichym głosem, by wszyscy krewni zaopiekowali się dziećmi, gdyż oni już nigdy do nich nie wrócą- zostaną zabici. Już o tym pisałem wcześniej.

Od tłumacza niemieckiego dowiedziałem się , że na nich pisali donosy, a głównie gospodarz wsi, któremu partyzanci rozbili piec w mieszkaniu za to, że gdzieś wysłał swoich synów, których oni chcieli zabrać w swoje szeregi. 

Ten gospodarz, którego prześladowali partyzanci, uciekł do Smorgoń i tam zamieszkał z zemstą w sercu. Gdy szwagier uciekał z podpalonej wioski, ten natychmiast dał znać gestapo , że jedzie- ucieka z rodziną.

I że są to ludzie, którzy współpracowali z partyzantami. Oddział żandarmerii natychmiast otoczył nasz dom i tu złapali szwagra i siostrę  z dziećmi.

   Dzieci, które Niemcy nam rzucili, były z początku u nas, a później zabrała je babcia z dziadkiem do siebie i wychowali je w małej chałupinie, którą dziadek pobudował na zgliszczach spalonego dużego domu.

W wychowywaniu tych sierot pomagała i ciocia Marysia, która razem zamieszkała z rodzicami w tej nieszczęsnej wsi Kołpiei.

Ciocia Marysia nie objęła  żadnego stanowiska w kołchozie, chociaż ją namawiali, by została księgową.

Została zwykłą kołchoźnicą, bo nienawidziła ( i nienawidzi do dzisiejszego dnia) władzy radzieckiej. Miała wykształcenie szkoły zawodowej i mogła pełnić obowiązki, które jej proponowali, ale ona za nic na świecie nie chciała współpracować z pijanicami i złodziejami.

Tak więc wolne chwile poświęcała tym biednym dzieciom i już dość starym swoim= naszym rodzicom.

Gdy zmarł ojciec, ona z matką wychowywała chłopczyka, który już uczęszczał do szkoły i pomagała doglądać dziewczynki- Heli. Uczyła ją chodzić, mówić, a gdy Helence minęło siedem latek, oddała ją do szkoły i czuwała nad jej nauką i wychowaniem.

Gdy wróciłem z obozu sowieckiego- z łagru- sierotka miała już ponad dwanaście lat.

Braciszek jej odbywał służbę wojskową w armii sowieckiej.

Po śmierci babci ( mojej mamy), kiedy ja już byłem w Polsce, ciocia ją oddała do domu dziecka, gdzie skończyła szkołę podstawową i skierowano ją do Instytutu Pedagogicznego w Mińsku. Z pomyślnymi wynikami skończyła ten Instytut i obecnie pracuje w przedszkolu. Wyszła za mąż i ma już dwóch synów.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 17 ). Remont młyna bo żyć trzeba na przekór trwającej wojnie.


Młyn w Cicinie o którym mowa- zdjęcie z albumu Heleny i Jana Konopielko. Ponoć jeszcze teraz miejscowi mówią że jadą do młyna Wojciulów ( nazwisko panieńskie Heleny)

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

Remont młyna zamordowanych rodziców małżonki

  O sześć kilometrów od mojej szkoły w Sukniewiczach znajduje się posiadłość Wojciulów, moich teściów, zamordowanych – jak już opisywałem poprzednio –  przez bandytów.

Na tej posiadłości przedsiębiorczy i niezmiernie pracowity teść pobudował młyn na rzeczułce swojej. Miał już z tego młyna niezłe dochody.

W czasie panowania Bolszewików, w młynie tym woda uszkodziła zaporę wodną i młyn już stał – nie pracował.

 Potrzebny był remont.

Wyszukałem specjalistę od młyna. I z nim pojechałem obejrzeć jego stan i możliwość naprawy. W pierwszym rzędzie trzeba było zrobić tamę- zaporę na szerokość prawie dwóch metrów. Na naprawienie zapory trzeba było 3-4 metrów drzewa, kloców o długości 3,5 metra.

 Pierwszy wóz takiego drzewa przywiózł mój brat- Michał, mieszkający o 8 km od tego folwarku o nazwie  Cicino.

To była praca zbyt uciążliwa dla jednego dostarczyciela, a ponadto za daleko było do wsi i niewygodnie było przeprawiać się przez rzekę Wilię, która nie miała mostu.

Ludzie dobrej woli, znajomi, poradzili mi, bym się udał na stację kolejową w Zalesiu o 4 km od Cicina, gdzie leżą sterty drzewa i tam rozpytał, czy tych kloców nie mógłbym stamtąd wziąć na reparację mostu – zapory. Długo nie zwlekając, udałem się do tej stacji, gdzie rzeczywiście leżały te kloce.

A więc skierowałem kroki do Komendy niemieckiej, bo już Niemcy weszli,  z prośbą o   5 m3 drzewa na remont mostu, przez który jeżdżą niemieckie samochody. Niemiec dał zapiskę, że mogę korzystać z tego drzewa. W ciągu dwóch dni nawiozłem tego drzewa tyle, ile mi było potrzeba.

 Znalazłem też i majstrów, którzy się podjęli załatać dziurę w zaporze. Z opłatą umówiłem się – zbożem, albo mąką po puszczeniu młyna w chód.

Największymi trudnościami w tym remoncie było wyżywienie 4- ch robotników przez tych 7 dni pracy. Nie mniejszym kłopotem było wciąganie kafara- baby na kołowrotku w górę za pomocą linek- ręcznie. Ta praca tak mnie wymęcza , że nigdy w życiu nie podejmę się podobnej  pracy.

 Oprócz wyżej wspomnianej pracy przy łataniu zapory- tamy zjawiła się druga sprawa. Było nią znalezienie naliwki do kamienia młyńskiego. Przeszperałem cały swój rejon bez rezultatów.

Ktoś poradził mi, bym się udał do wsi znajdującej się za Wilejką. Chyba około 30 km od domu. Jazda przez 10 km przez las za rzeką Wilią i tyleż km przez las za miastem wojewódzkim Wilejką, nie wzbudziła we mnie strachu, chociaż wiedziałem, że w tych lasach przez które będę jechał na rowerze, grasują sowieccy partyzanci.

Jadąc przez miasto Wilejkę wstąpiłem do kolegi ze szkolnej ławy. Ten opowiedział mi, że w tych lasach, przez które będę jechał po materiał- nalewkę, pełno jest partyzantów i mogą mnie wcielić do swoich szeregów, bym pomagał bić Niemca.

No i tak przestroga kolegi nie powstrzymała mnie do dotarcia do zamierzonego celu, znajdującego się o 12 km od Wilejki.

Więc jadę, mknę ścieżką dla pieszych. Za pół godziny jestem we wsi, celu mojej drogi. Gospodarz, do którego przyjechałem, oświadczył mi, że już nie ma tego urządzenia” naliwki” do kamienia młyńskiego. Smutno mi się zrobiło, bo ponadto powiedział, że w tym rejonie u nikogo tego materiału nie ma.

Zostało mi z niczym wracać do domu , a już i szarzeć zaczęło na dworze.

Ale jechać wąską ścieżynką na rowerze przy takim świetle, było prawie niemożliwe,

Więc znalazłem sobie nocleg u sołtysa, który napoił mnie mlekiem i położył spać w przedpokoju. Tylko zasnąłem, aż to słyszę łomot do drzwi i krzyk : „ Gospodarzu- otwieraj drzwi”- po rosyjsku. Gospodarz otworzył drzwi w sieniach. A oni, partyzanci sowieccy prędko pytają : kto do was obcy przyjechał? Gospodarz odpowiada, że jakiś pan przyjechał ze Smorgoń i szuka naliwki do kamieni młyńskich. Na rozkaz ich otwiera drugie drzwi, a oni w tym czasie krzyczą: „Ręce do góry”.

Szybko zrywam się z pościeli i stoję z rękami w górze.

Wchodzą jeden za drugim do przedpokoju z bronią gotową do strzału. Pierwszy  ma nagan a trzech za nim postępujący – karabiny ręczne.

 Podchodzi do mnie bliżej brygadier tej grupy i mówi ostro:” Dokumenty wasze”. Wyciągam dowód osobisty, wydany przez władze radzieckie. Stoi w dowodzie” dyrektor- niepołnośredniej szkoły w Sukniewiczach, rejon Smorgoń”.

Drugi partyzant robi kontrolę w moich kieszeniach i teczce, którą miałem ze sobą.

Trzeci towarzysz stoi z bronią na pogotowiu o krok od tych dwóch i uważnie śledzi moje zachowanie. W końcu dają rozkaz, abym opuścił ręce.

Już zupełnie w innym tonie pyta mnie, dlaczego nie idę do partyzantki.

Odpowiadam mu, że dlatego, iż Niemiec jeszcze jest silny, a jak osłabnie, to będziemy go trzepać.

Wszyscy słyszą moje słowa.

Jeden z nich robi swojemu starszemu wyrzut, że on mówił, iż Niemiec jest już słaby.

 Ich dowódca pyta jeszcze mnie, jakie ja znam języki.

Odpowiadam: polski, rosyjski, białoruski.

A litewski język czy znam.- mówię, że nie.

Gospodarz podał sowietom kolację , a po kolacji grupowy mówi gospodarzowi: Was ten człowiek ( wskazując na mnie) może sprzedać Niemcom, za to że wy przyjmujecie w swoim domu partyzantów sowieckich, i że macie z nimi łączność.

Gospodarz nie stchórzył i odpowiada mu, że ten obywatel na pewno nie zamelduje w komendzie niemieckiej, bo on nienawidzi Niemców- ja za to ręczę. No to w takim razie miejcie żal do siebie, jeśli Wasz dom i Waszą rodzinę spalą Niemcy. Pomyślałem, a nuż nie będzie mnie bronił ten uczciwy człowiek- sołtys. I mnie wezmą ze sobą i gdzie w krzakach zastrzelą. Po tej rozmowie grupowego z sołtysem wstają od stołu , dziękują mu za kolację i odchodzą.

Jeden z nich zwrócił się do mnie, abym oddał mu zegarek, bo jego jest zepsuty.

Ja mu tłumaczę, że i mnie jako nauczycielowi jest potrzebny zegarek.

On jednak chwycił mój nowy zegarek i prędko pobiegł za towarzyszami.

Ja ciężko westchnąłem ale ucieszyłem się, że tak pomyślnie wszystko się skończyło. Jeszcze było za ciemno na dworze, żeby ruszyć do domu, więc leżąc na swojej pościeli czułem nienormalne bicie serca.

Strach teraz nawet wzmógł się, bo gdy stałem z podniesionymi rękoma, zamarło we mnie wszystko- czułem tylko, że nadszedł koniec mojego życia. Gdy tylko trochę rozwidniło się , że można było ścieżką powoli jechać na swoim rowerze, obudziłem gospodarza, którego serdecznie ucałowałem i najserdeczniejsze mu złożyłem dzięki. Przecież on uratował mnie od zguby.

W 40 minut byłem już w Wilejce. Nie wstąpiłem już do kolegi, ale czym prędzej mknąłem przez Wilejkę do domu.

Gdy byłem już za wspomnianym miastem, dopędziłem furmankę i poznałem siedzącego w mundurze niemieckim- policjanta białoruskiego- dobrze mi znanego.

Pozdrowiłem go- a on nie odpowiadając na moje pozdrowienie chwyta za karabin i krzyczy:

 „ Nie jedźcie blisko mnie, bo zastrzelę”. Przycisnąłem mocniej na pedał i oddaliłem się od niego. Pomyślałem, że zwariował, albo był mocno zalany.

Resztę drogi przez niebezpieczny partyzancki las przejechałem aż do promu na rzece Willi,  bez zatrzymywania się i bez żadnych przeszkód, jednym słowem- szczęśliwie.

W domu powitali mnie radośnie żona i synek Mirek.

Po obiedzie i odpoczynku żona powiedziała mi, że mistrz od młyna zdobył nalewkę na kamień i już pojechał do Cicina- do młyna, żeby nalewać kamień. Dowiedziałem się również, że roboty stolarskie we młynie są już na ukończeniu. To mnie bardzo ucieszyło.

 Po kilku godzinach i ja opowiedziałem małżonce o swoich przygodach za Wilejką z partyzantami, jak byłem bliski śmierci, albo zabrania mnie do szeregów partyzanckich. Nie aprobowała tego mojego wyjazdu , bo wszyscy dobrze wiedzieli ,  że są tam partyzanci sowieccy.

Na drugi dzień po lekcjach w szkole, pojechałem do młyna, żeby przekonać się o zakończeniu prac remontowych przy młynie. Stwierdziłem, że dziura w zaporze już załatana i woda przez otwarty wylot płynie prawidłowo. Mistrz , który nalewał kamienie zameldował mi , że młyn można będzie puszczać w ruch za 3 dni.

Nareszcie nadszedł dzień puszczenia wody przez zastawę na koło młyńskie. Siła wody ruszyła koło i młyn odżył. Mąka zaczęła się sypać spod kamieni młyńskich.

Nazajutrz już było pełno klientów ze zbożem do zmielenia. Wydałem polecenie, żeby w pierwszej kolejności mielić gospodarzom , którzy przychodzili do pracy gdy odbywał się remont. Parę dni we młynie pracował – mełł zboże mistrz naprawy, a po nim szwagier jeszcze niepełnoletni – uczyli się tej pracy. Prędko oni opanowali tę robotę i mistrza zwolniłem z tej pracy.

Solidnie zakropiliśmy ten remont, rozpłakałem się z nim i odszedłem do swego domu w Smorgoniach.  

Młyn pracuje, ale dochodu wielkiego nie daje.

Nie mogę się rozliczyć ze swoimi pracownikami.

 Winą takiego stanu rzeczy jest i to, że brat i szwagier piją, więc nie mogą na tydzień zebrać worka mąki na pokrycie długu. Trzeba częściej kontrolować ich pracę i likwidować przestoje młyna, no i mniej przepijać zarobionych kilogramów.

Już i Niemcy się dowiedzieli ,że młyn pracuje, więc domagają się podatku. Na razie udało mi się usprawiedliwić swoje „ nie mogę płacić”, bo muszę spłacać długi swoim robotnikom. Ale często i robotnicy przyjeżdżają upominać się o zwrot długu.

Pewnego dnia spotkałem na targu w Smorgoniach sąsiada mieszkającego 1,5 km od młyna- Kamińskiego, gospodarza zamożnego i niegłupiego, który przyznał się mi, że bandyci- chłopcy przychodzili do niego w nocy, chyba po to, żeby go zabić.

Uciekł on przed nimi przez strych i pobiegł do swego brata, mieszkającego o pół kilometra od niego. Powiedział przy tym, że jak jeszcze  raz go odwiedzą , on im sprawi niespodziankę, ponieważ kupił sobie karabinek skrócony i ich tym uczęstuje.

Pytał, czy ja tam w Cicinie często nocuję. Odpowiedziałem, że czasami, a w samej rzeczy to chyba jeszcze żadnego razu tam nie nocowałem.

Radził mi, żebym zaopatrzył się w jakąś broń, bo tam u nas grasują jacyś partyzanci – a może to tylko „ obieraki”.

Prawdą było , że po lasach organizują się grupki partyzantów, ale oni nie dokonują morderstw na tutejszej ludności. Tylko robią szkody wrogom- Niemcom. Zrywają koleje żelazne, mosty na głównych drogach no i zakładają dynamit na szlakach, którymi zaborcy dowożą na front amunicję.

Partyzanci, to żołnierze sowieccy, którzy nie zdążyli uciec z tych terenów, które Niemcy zajęli w szybkim czasie.

 Niemcy z początku spędzili ich do miasta Mołodeczno za druty, gdzie nie było co jeść, a więc umierali oni z głodu.

 Po paru tygodniach wojny, Niemcy pozwolili tutejszej ludności zabierać ich do pracy na roli. Jakiś czas pracowali i to niektórzy nawet bardzo dobrze i uczciwie.

Po paru miesiącach , kiedy nawałę wrogów wstrzymali pod Moskwą, Stalin wydał polecenie – prikaz – żeby nierolnicy radzieccy łączyli się w grupy , brygady i rozpoczęli bić Niemca na tyłach jego armii.

Niemcy staczali walki z partyzantami, nieraz ciężkie. Musieli na tyłach obstawić bory swoimi żołnierzami, żeby się chronić .

 Obowiązkiem partyzantów sowieckich było powiększać swoje szeregi przez włączanie młodzieży , która mieszkała na terenach okupowanych przez Niemców. Tak też i czynili.

Ale grasowały też bandy” wolne”, które zajmowały się grabieżą dóbr mieszkańców.

Partyzanci takie grupy niszczyli, bo one psuły im opinię.

By się obronić przed tymi bandami, chciałem zaopatrzyć się w broń, ale to mi się nie udało.

 Więc postanowiłem jechać do młyna bez broni i tam przenocować, by móc zarobić mąki na spłacenie długów. Brata i szwagra wysłałem do domu, a sam zająłem się mieleniem zboża. Umiałem mleć, więc szło mi w pracy przez cały dzień bez przeszkód.  Zarobiłem parę worków mąki i chyba worek kaszy. Pracowałem tak długo, jak długo była woda w stawie.

Przyszedłem na noc do pokoju, w którym bandyci wymordowali całą rodzinę małżonki. Przygotowując się do spania, pomyślałem o tamtym napadzie i że coś podobnego może się stać i teraz.

Rozmawiałem przedtem z  tymczasowym gospodarzem, który mieszkał z rodziną obok w drugim pokoju, potwierdził, że grasuje tu dużo band i radził  , że jeśliby ktoś w nocy zastukał, nie należy otwierać ni okien ni drzwi. Pozamykałem więc wszystkie okna i drzwi. Wziąłem sobie od gospodarza siekierę i wróciłem do swego pokoju. Siekierę postawiłem przy łóżku, uchyliłem jedynie trochę okno, żeby w razie czego bezszelestnie wyskoczyć z pokoju. Położyłem się, ale od razu nie zasnąłem.

Gdy tylko się zdrzemnąłem, dał się słyszeć głos stukania z pokoju za ścianą i słowa:

 „ Gospodarzu dajcie chleba”. Szybko zerwałem się z pościeli, chwyciłem topór stojący przy łóżku i cichutko wszedłem do pokoju, w którym stukano do okna.

Wyszedł do mnie i gospodarz , któremu cichutko powiedziałem, żeby wziął pół chleba z naszego składzika.

Gospodarz tłumaczył bandytom, że tu nie ma właściwego gospodarza, a syn zamordowanego pojechał do Smorgoń.

Ja w tym czasie stoję blisko ściany i widzę za oknem , że przed  drzwiami domu stoi człowiek z karabinem, w czapce i w spodniach Galie. Obok okna stoją  przytuleni do ściany dwaj mężczyźni, z których jeden trzyma nagan, a drugi- nie widać dokładnie co . ( Noc była widna). Odchodzę od okna do swojego łóżka, a gospodarz w tym czasie otwiera okno – przez szparę rzuca chleb i natychmiast zamyka okiennicę na haczyk.

Ja z jedną nogą postawioną na krawędzi łóżka słyszę : „ wsiorawno, dawaj chaziaina

( gospodarza)” i gdy to słowo jeszcze wisiało w powietrzu, ja już skoczyłem przez uchylone moje okno i pomknąłem co sił w kierunku dojrzewającego sadu i pola, do którego było około stu metrów.

Gdy znalazłem się w życie, chyba o 15 metrów od brzegu pola , zatrzymałem się klęcząc na jednym kolanie i nasłuchiwałem, czy bandyci za mną nie gonią.

Okazało się, że nie. A głosy było słychać od drzwi we młynie. Chcieli otworzyć drzwi we młynie, ale nie dali rady. Więc wracają na dróżkę, która prowadzi do wsi Draki.

Dróżka prowadzi z początku w dół, akurat gdzie ja skryłem się w życie. Serce mi zamiera, gdy słyszę kroki coraz bliżej i bliżej. Aż nareszcie w dolince tej dróżki słyszę odgłos butów, oddalających się w prawo.

A więc poszli do bogatego gospodarza mieszkającego na górze, około 1,5 km ode mnie.

Staję na dwie nogi, żyto szumi tak cichutko, jakby chciało mi powiedzieć, że mnie obroniło od tych złoczyńców- bandytów.

Wreszcie na dworze staje się widnieje, więc idę do swojego łoża.

Na podwórku spotykam Iwana, który u nas pracuje. Mówię mu, że wracam z ucieczki od bandytów. Zachodzę do swojego pokoju i tu opowiada mi Natasza- dziewczyna ze Związku Radzieckiego, służąca, kucharka dla robotników: że i ona uciekła z pokoju, gdy usłyszała, że ja wyskoczyłem. Bandyci chodzili do młyna, ale i tam nic nie wskórali. Z powrotem szli koło domu i poszli do wsi Drak.

 Na podwórko wjechała furmanka z bagażem do młyna. Zatrzymała się i gospodarz tego wozu wszedł do nas, do pokoju, gdzie ja prowadziłem rozmowę z towarzyszką niedoli. Na pytanie moje, co tam słychać w okolicy, opowiedział, że bandyci postrzelili P. Kamińskiego. To mnie poruszyło, toż to ci sami byli u nas.

Prędko zmełłem mu zboże na mąkę i pomknąłem do tego rannego p. Kamińskiego.

Tam na podwórku zobaczyłem już  ciężarówkę, na której przyjechali jeden Niemiec i policjant białoruski, znajomy mi doktor- Żydek i także dobry przyjaciel- tłumacz- Woltman.

Po przywitaniu zobaczyłem trzech mężczyzn leżących z rozłożonymi  na bramie rękami. Opowiedziałem, że i u mnie w nocy dziś byli bandyci. Przyglądam się im leżącym i nie mogę nic powiedzieć, czy to ci sami, czy też nie. Charakteryzuję to co widziałem :  jeden stał przy drzwiach do sieni, wysoki trzymający długi karabin w pogotowiu  w spodniach Galie, drugi znajdował się tuż pod oknem z naganem, a trzeci był tak przytulony do ściany, że jego nie było widać.

To wszystko co opowiedziałem, zapisali do protokołu w obecności Niemca.

Na podwórku słychać było jęk i stękanie. Wszedłem do wnętrza domu chorego. Poznał mnie i powiedział, że mój teść zamordowany pożyczył  od niego za życia osiemdziesiąt rubli w złocie na budowę młyna. Przy tym przypomniał, że ci sami bandyci, którzy już napadli na jego dom i wtedy on uciekł, przyszli we trzech do niego ponownie. Pożegnałem go serdecznie i zwróciłem się do lekarz, który stał obok jego łóżka: „ czy on wyżyje?”. Zaprzeczył głowę i cichutko powiedział, że „ nie”, ponieważ kula trafiła go w płuco. Wyszedłem z pokoju z oczami pełnym łez.

Siadłem na rower i z bólem serca potoczyłem się do domu, jeszcze w tym czasie do szkoły. Z nieopisaną radością spotkali mnie żona z synkiem, którzy już byli powiadomieni, że Janek- Pan uciekł od bandytów.

    Po kilku dniach Niemcy objęli szkołę i my musieliśmy wyjechać do Smorgoń i tam zamieszkać. Szkoła przestała być czynna, bo Niemcy osiedlili w tej szkole litewską milicję, która miała bronić przyczółka dla partyzantów, którzy przedzierali się przez rzekę Wilię i szli w głąb gęsto zasiedlonymi osiedlami i wioskami, wśród których łatwiej było zdobyć żywność.

Parę miesięcy żyli tam litewscy milicjanci, a później opuścili te swoje „ kryjówki”, które „ porobili przed partyzantami”.

Skoro dowiedzieli się partyzanci, że w tym domu- szkole nikogo nie ma, spalili ją doszczętnie. Zostało tylko żałosne pogorzelisko.

Szkoły już w tym miejscu nie ma i dotychczas nie zbudowano przez władze sowieckie ( dziesięć lat temu wstecz przejeżdżałem tędy).

Gdy już mieszkałem w Smorgoniach, też często jeździłem do tego młyna, ale nocować już nie nocowałem. Szukałem legowiska w stogu siana na dworze lub w stodole. Zadowolony jestem , że rozliczyłem się ze swoimi dłużnikami.

Pisałem 1.II.1984 roku

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 16 ). Niemcy atakują ….

zdjęcie własne, jakby symbol …

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

Zdawało się jak gdyby  wszystko było na dobrej drodze do niezłego życia.

      Aż tu niespodziewanie  gruchnęła wiadomość , że Niemiec napadł na Związek Radziecki i szybkim marszem posuwa się w kierunku Mińska.

Już w pierwszych dniach tej wojny, tj. 22 czerwca 1941 roku wojska sowieckie, przeważnie zmotoryzowane mknęły co sił na wschód od Mińska, bo samoloty niemieckie już bombardowały wszystkie większe miasta, włącznie z Mińskiem.

Taka niespodziewana napaść stworzyła panikę.

Wszystkie oddziały piechoty wojsk radzieckich uciekały z dróg głównych prowadzących na wschód, bo samoloty niemieckie gęsto obstrzeliwały te szosy.

Samolotów bolszewickich nie było widać.

A jeśli których się pokazał, to niemieckie „ meserszmity „ skierowywały swój lot na wroga, dopędzały i zbijały bez wielkiego trudu na ziemię.

Na własne oczy widziałem kilka takich strąceń, z jednego zapalonego samoloty wyskoczył na spadochronie sowiecki żołnierz.

Panice uległy i władze miejscowe, bo dopiero na drugi dzień wojny z Niemcami zarządzili  mobilizację.

Mnie też  osobiście  przywiózł kartę mobilizacyjną mój inspektor szkolny.

Żegnając się po krótkiej rozmowie, powiedział „ „ no i dadzim ( damy ) giermańcom „. Odjechał mój dobry przyjaciel, który uratował mnie od wywozu na Sybir ….

      Ze łzami w oczach żony i synka zbierałem się do pójścia na wojnę za bolszewików.

W polskim wojsku nie służyłem, bo na komisji dali mi kategorię D- co oznaczało udział  jedynie w pospolitym  ruszeniu z bronią.

A teraz nikt nie pytał mnie czy mogę służyć w armii.

    Z teczką w ręku ruszyłem na punkt zbiorczy- na stację kolejową w Zalesiu, skąd mieli nas zawieźć  do Mołodeczna. W drodze spotkałem się ze znajomym z tutejszej wsi , też powołanym do wojska . Z nim to dobrnąłem do miejsca wyznaczonej zbiórki. Tu już było na placu około 50 osób czekających na przyjście pociągu z Wilna. Minęła 1 godzina, druga, a pociągu nie widać i nie słychać.

Zainteresowało mnie, co się dzieje na szosie idącej z Wilna na Mołodeczno.

 Idę przez krzaki, a nad głową gwiżdżą samoloty niemieckie. Po dziesięciu minutach wysuwam głowę z krzaków i widzę jak mkną po szosie sowieckie tankietki, tanki, motocykle i inne zmotoryzowane oddziały. W popłochu uciekają, a samoloty gonią za nimi i ostrzeliwują ich z karabinów maszynowych.

 Wracam do miejsca oczekiwania pociągu. 

A pociągu jak nie było, tak nie ma.

Ktoś z aktywistów dał rozkaz: Idziemy piechotą do Mołodeczna.

Sprzeciwu nie ma, więc ruszamy w drogę.

Na drodze, brzegiem idziemy jeden za drugim, bo centrum szosy jest zajęte przez uciekających na łeb na szyję.

Idąc dość wolno , spojrzałem w lewo i zobaczyłem swoje rodzinne lasy. One dały mi bodźca , żeby uciec z tej gromady do tych gęstwin ojczystych, by tam przesiedzieć ten gorący czas ucieczki wojsk radzieckich. Do tych moich myśli o ucieczce, dołączają się znaki, które nam daje jeden żołnierz siedzący z tyłu małego czołgu- twarzą do nas,  idących: „Wracajcie w tył i w las, w krzaki, bo tu Niemiec wszystkich wykosi”.

Podzieliłem się z tą myślą z towarzyszem, z którym wyszedłem z domu. Zgadzał się ze mną. Więc robimy jeszcze parę kroków naprzód i szybko skręcamy w prawo i w krzaki, które nas schowały- przyjęły w swoje objęcia.

Tego, że zniknęliśmy z luźnego łańcucha idących, chyba nikt nie zauważył. Bo któżby pilnował kogoś w takiej panice, każdy dbał o siebie , o własną skórę.

Już było prawie ciemno, gdy zabrnęliśmy do jakiegoś osiedla. Nie pytając o pozwolenie gospodarza, wleźliśmy do jego stodoły i tam nocowaliśmy.  Nikt nam snu nie naruszył.

 Obudziły nas promienie słoneczne, które przedarły się przez szczeliny w ścianach stodoły.

I oto jesteśmy na podwórku, nad którym przelatują samoloty pilnujące drogi oczyszczonej już z uciekających wojsk bolszewickich.

Gdy znajdujemy się na szosie, już na niej nie ma nikogo.

Tylko jeden jakiś uciekinier mknie na rowerze ze Smorgoń w naszym kierunku. Podjeżdża do nas.  Poznaję w nim znajomego komsomolca. Krzyczy, nie schodząc z roweru, żebyśmy prędzej uciekali, bo Niemcy tuż- tuż.

Opuszczamy punkt obserwacyjny i udajemy się w kierunku swojego domu.

Postanowiliśmy wracać do domu drogami polnymi.

Idziemy, a tu o 100 metrów od nas mkną niemieckie „meserszmity”  na stację kolejową, gdzie pełno ludzi czeka na pociąg. Sypią pociskami z karabinów maszynowych. Krzyk, pisk, jęk unoszą się w niebiosa.

My spokojnie idziemy do swych rodzin.

Po drodze spotykamy obywateli radzieckich mknących na motocyklach i ciężarówkach naładowanych bogactwem obywateli Białorusi.

     W ciągu dwóch godzin byliśmy w swej wsi Sukniewicze., gdzie zostawiłem swego towarzysza a sam poszedłem do swojej szkoły.

Z lękiem wstąpiłem do mieszkania, gdzie z radością spotkali mię żona z synkiem Mirkiem. Na pytanie moje, czy byli przedstawiciele władzy radzieckiej, odpowiedziała żona, że tak, z samego rana.

Po pokrzepieniu się obiadem poszedłem do krzaków, żeby schować się od tych aktywistów, którzy mogliby mię wydać swoim wiernym przyjaciołom( sowietom ). Noc więc spędziłem w kryjówce.

Rano czekałem na przyjazd Niemców. Obserwowałem ich zbliżanie się siedząc na dachu domu sąsiada.

I wreszcie pokazała się kolumna wojsk wrogich. Pierwsi mknęli na  motocyklach z przyczepą . Były to oddziały wywiadowcze. Za nimi jechały lekkie tankietki.

Wszyscy żołnierze wyglądali tak ubrani, jakby jechali na bal do Moskwy.

Jechali nie szosą, a drogą drugiego gatunku ze Smorgoń przez Zaskowicze na Mołodeczno.

    Pierwsza kolumna wojsk zmotoryzowanych zatrzymała się naprzeciwko naszej szkoły w odległości 300 metrów. Niektórzy przybiegli by oddać dług przyrodzie.

Kilku ciekawskich wstąpiło do naszego mieszkania.

Wyjęli mapę i pokazali nam, jak będą posuwać się naprzód po terytorium Związku Radzieckiego i jaką drogą po rozbiciu tego państwa wrócą do swej ojczyzny- Niemiec. Mówili, że Stalinowi będzie „ kaput”- byli pewni swego zwycięstwa….

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 15 ). Życie ludzi i przygody w szkole białoruskiej .

Z albumu rodzinnego Heleny i Jana Konopielko. Jan elegancki nauczyciel okresu międzywojennego …..

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

Chyba nie od rzeczy będzie, Moje Kochane Wnuczęta, że poświęcę parę słów tej szkole w Sukniewiczach.

Była ona nie tylko szkołą dla dzieci, ale także ośrodkiem kulturalnym i oświatowym.

Tu odbywały się przedstawienia i tańce młodzieży, narady z rodzicami itp., imprezy szkolne.

Przy władzy radzieckiej – też spełniała ona rolę miejsca zebrań mieszkańców tych wiosek rozsianych gęsto wokół niej.

W tym budynku odbywały się  też wybory kandydatów do komisji w Mińsku, która zajmowała się  sprawą  przyłączenia Zachodniej Białorusi do Białorusi Wschodniej- Republiki  Białoruskiej.

Tu też wybierano kandydatów do rad narodowych.

Mnie do tych wyborów nie zapraszano.

Na kandydatów wybierano tylko biedotę. Takie było polecenie przedstawiciela władz radzieckich.

Żeby ściągnąć na wybory jak największą ilość obywateli, zorganizowano z jednej z klas szkolnych sklepik, gdzie można było kupić: cukier, ciastka, czekoladę i inne słodkie rzeczy, których brakowało w sklepikach wiejskich zorganizowanych niedawno.

Charakterystyczną rzeczą było to, że przedstawiciel radziecki  zaproszenia do naszego domu  nie przyjął, mówiąc, że wolno jemu tylko bywać u biedaków na noclegu i posiłkach. Ślepo wypełniał rozkazy swych władz.

        Ciekawi Was, Kochane Wnuczęta,  na pewno, jaki nastrój panował wśród tutejszych mieszkańców?

Otóż- różny. 

Bogaci bali się władzy radzieckiej, biedni- cieszyli się , że ta władza przyniesie im lepsze życie. I że, oni biedacy, zagórują nad kułakami. Że będą mogli uczyć w szkołach wyższych swoje dzieci oraz , że będą mieli darmowe leczenie i będę mieli prawo do odpoczynku. Bogatsi bali się, że im odbiorą gospodarstwo – krowy, świnie i owce i włączą ich do wspólnych gospodarstw- kołchozów, o których słyszeli od swoich krewnych przebywających w Związku Radzieckim, a teraz ich odwiedzających. Perspektywa ich życia była niewesoła. Żeby nie oddać swojego dobytku w całości do kołchozu, zaczęli zarzynać krowy, owce, świnie i solić mięso na przyszłość.

Radziecka władza po włączeniu Zachodniej Białorusi do Związku Radzieckiego – zaczęła żądać podatku za ziemię- podatku w naturze: mięsa, zboża, kartofli oraz mleka do mleczarni. Kto nie miał tych produktów , kupował u sąsiadów i zdawał.

Nieraz chłopi organizowali całe karawany tych wozów i odprawiali na punkt zbiorczy z orkiestrą – harmoszką na czele.

A więc nastrój wśród ludzi był mieszany- jedni się cieszyli- drudzy smucili.

A dla nas, nauczycieli, ogólnie biorąc, przybycie bolszewików było zaskoczeniem, a nawet wstrząsem. Ani jeden z nas nie był pewny swojej pracy, swego życia.

Wiedzieliśmy, że nas zamienią ich nauczyciele, a nas wywiozą na Syberię, Kazachstan. Tak się też i stało.

                Z nadejściem wiosny 1940 roku zaczęły się wywozy.

Najpierw wywozili z całą rodziną pozostałych urzędników polskich, osadników po pierwszej wojnie światowej, gajowych i niektórych nauczycieli urodzonych na południu Polski.

Mnie pozostawili, chociaż moją osobę omawiali na zebraniu aktywistów.

Do mnie mieli pretensję, że „ obkułaczyłem się” , bo się ożeniłem z córką bogatych rodziców, którzy posiadali folwark, własny dom w Smorgoniach i zbudowali młyn na swoich połaciach.

Obronili mię od wywozu inspektor szkolny Brudzina i dyrektor średniej szkoły – Siedachow. Oni mi sami powiedzieli, że póki oni tu będą pracowali, nikt mię nie ruszy.

Obaj byli członkami partii komunistycznej i właśnie od nich to zależy, kogo należy wywieźć. Te protokoły na wywóz oni ustalali i zatwierdzali.

Dwóch aktywistów znających obywateli wyznaczonych na wywóz składali swoje podpisy, stwierdzając , że to są obywatele niebezpieczni dla władzy radzieckiej.

Takie zapewnienie wyżej wspomnianych „ towarzyszów” uspokoiło mnie.

Zbieranie „wrogów „ na wywóz ciągnęło się nieraz miesiąc i dłużej, aż nazbierali- napełnili wszystkie   wagony podstawione na stacji kolejowej w Smorgoniach . Wagony miały w środku piece żeliwne, które przy paleniu kopciły. Ludzie nazywali te piece „ kopciłowkami „ . W tych właśnie wagonach-   kopciłowkach wieźli niewinnych obywateli polskich do Kazachstanu i na Syberię.

Z naszej szkoły nikogo nie wywieziono, ale z sąsiedniej zabrano dwóch nauczycieli z rodzinami.

Po odejściu transportu ze stacji uspokoiło się życie nauczycieli i zamożniejszych chłopów.

W czasie wakacji władze szkolne zorganizowały  kurs dokształcający dla nauczycieli nie znających języka białoruskiego i rosyjskiego.

Inspektor szkolny , o którym już wspominałem, powiedział mi, że musi polskich nauczycieli przerobić na nauczycieli radzieckich, bo od niego na Zjeździe partii zażądano zwolnić tych pedagogów z pracy, którzy nie są zwolennikami władzy radzieckiej.

Po wywozach dużej ilości ludności nawet i wiejskiej, nastąpił jakby spokój.

Po  kursie dokształcającym , nauczyciele zaczęli pracować normalnie, ale często odwoływali się do dzieci, swoich uczniów o poprawienie ich nieprawidłowej mowy białoruskiej.

Parę słów o sobie.

   W pierwszych miesiącach władzy radzieckiej miałem kilka przykrych spraw. Oto pewnego dnia zachodzę do klasy i widzę, że kilku uczniów- chłopców klasy piątej stoi przed portretem Stalina i jeden z nich pokazuje palcem i czyta : „ ….”to było brzydkie słowo- nie chcę  tutaj cytować

Reaguję na to natychmiast, szybko podchodzę do portretu Stalina. I rzeczywiście, takie słowo jest napisane wyraźnie. Natychmiast sięgam do kieszeni po gumkę i delikatnie ścieram ten wyraz.

Będąc na zebraniu  dla rodziców następnego  dnia starałem się to wszystko zatuszować, bo wiedziałem, że gdyby o tym zajściu dowiedziała się władza radziecka , natychmiast i chłopcy ale przede wszystkim  ja byłbym pociągnięty do odpowiedzialności- mnie na pewno by aresztowali  i wywieźli jako wroga komunizmu.

    Drugim grzechem przeciw władzy socjalistycznej było to, że nie pozwoliłem urządzić zabawy tanecznej dla młodzieży w szkole po wyborach do rad gromadzkich.

Młodzież poskarżyła się inspektorowi szkolnemu.

I ten na drugi dzień wezwał mnie do swego gabinetu i pytał dlaczego tak postąpiłem ? Wyjaśniłem mu, że w szkole polskiej nie wolno było urządzać zabaw tanecznych, tak i w szkole radzieckiej.

W moich oczach inspektor porwał donos i powiedział : „ lepiej byłoby pozwolić”. Jeśliby ten donos nie trafił w moje ręce, mógłbym mieć wielką przykrość za tamowanie radości młodzieńczej po takich wyborach.

    Trzecim uchybieniem było to, że po wygłoszeniu w szkole mowy pierwszomajowej, na której byli obecni : inspektor szkoły i dyrektor średniej szkoły ( obaj partyjni) wzniosłem okrzyk na cześć pierwszego maja mówiąc: „ Niech żyje  trzeci – zaraz poprawiłem –  pierwszy maja”.

To zająknięcie” trzeci….” Komsomolcy interpretowali jako kpinę z władzy radzieckiej.

 I z tego też można było wysnuć dużo wniosków wrogiego nastawienia od obecnego reżimu.

  W drugim roku szkolnym 1940- 1941, pomimo okupacji,  praca w szkole poszła raźniej.

Przestali nękać wywozami, w sklepach pojawiło się trochę więcej towarów.

Mnie osobiście, było lżej pracować.

Ba, nawet kuratorium w Obłispołkomie ( w kuratorium szkolnym )  zatwierdzili mnie ponownie na dyrektora niepełnośredniej szkoły. 

Już szykowałem materiał na tynkowanie swojej szkoły, bo ona była zbudowana z opilonych bierwion- klocków.

Zdawało się jak gdyby  wszystko było na dobrej drodze do niezłego życia.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 14 ). O losach morderców , o śmierci polskiej szkoły i trudach nauczania w szkole białoruskiej pod okupacją sowiecką.


Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

Po upływie kilku tygodni władza radziecka zaczęła ścigać bandytów, o których w różnych zakątkach zajętej Białorusi było słychać.

Złapano i tę trójkę uciekającą napełnionym wozem łupami za granicę na wschód.

Wóz i łupy zdobyli- zrabowali u starszego małżeństwa, które też zamordowali.

To było niedaleko miasteczka Krewa ( historyczne miasteczko- Król Jagiełło mieszkał tam w zamku i jeździł na polowania z Jadwigą).

Bandyci jak wiadomo byli w Wilejce pod śledztwem.    Przyznali się do zamordowania gospodarzy – męża i żony koło Krewa, ale nie przyznali się do morderstwa rodziny Wojciulów, chociaż panny Kulickie na konfrontacji- śledztwie poznały jednego z bandytów z plamą na twarzy. Tak czy inaczej bandyci nie uszli kary takiej, na jaką zasłużyli.

Zamordowano ich razem z innymi więźniami w więzieniu w Wilejce, kiedy władza radziecka uciekała przed Niemcami w czerwcu 1941 roku.

         Po pogrzebie rozjechali się krewni do domów, a ja z żoną i synkiem Mirkiem i bratem żony- Piotrem zamieszkaliśmy w Smorgoniach ( 5 km od szkoły w Sukniewiczach).

Po paru dniach pojechałem do szkoły, by ogłosić dzieciom, że zajęcia w szkole rozpoczną się w następnym dniu.

Jeżdżąc od wioski do wioski znajdującej się o 1- 2 km od szkoły, byłem pod wrażeniem strachu, że bandyci są wszędzie i mogą napaść i na mnie.

Wracając do domu- do Smorgoń, wstąpiłem do naczelnika milicji radzieckiej i poprosiłem o pożyczenie jakiejś broni, bym mógł bezpiecznie jeździć do szkoły w Sukniewiczach.

Prośbie mojej zadośćuczyniono i wręczono mi dubeltówkę z pięciu nabojami. Z bronią pod marynarką wróciłem do domu i poczucie śmiałości i odwagi wróciło mi

     Zapomniałem napisać, że przed wyjazdem do domu wstąpiłem i do stróża szkolnego, któremu poleciłem by sprzątnął szkołę, umył okna, podłogę i pozdejmował portrety polskich orłów w klasach i na korytarzu.

Z bólem serca poprosiłem go też o powieszenie portretów Stalina i pięcioramiennych gwiazd w kancelarii , pokoju nauczycielskim, w klasie u góry nad tablicą szkolną. Bo taki był odgórny nakaz i nie było dyskusji.

    Z kolei zwołałem krótką naradę z dwoma nauczycielami, którzy : jeden nauczyciel mieszkał u gospodarza o 100 m od budynku szkolnego, a nauczycielka- w budynku szkolnym. Powiadomiłem swoich nauczycieli, że jestem powołany na dyrektora przez inspektora szkolnego władz radzieckich, że nasza szkoła nazywa się „ niepołnośredniaja szkoła N.S.Sza w Sukniewiczach”.

Naukę w szkole będziemy prowadzili w języku białoruskim, języka polskiego nie będziemy uczyli. Natomiast od 3 klasy będzie wykładany język rosyjski. Do szkoły jeszcze mają przysłać 3 nauczycieli. W  tym roku szkolnym ma być sześć klas, a w następnym roku- 7 klas. Kończąc, powiedziałem żeby się wzięli uczyć alfabetu rosyjskiego- kto nie umie.

      Na rozpoczęcie nauki w szkole przyszły prawie wszystkie dzieci, które uczęszczały do szkoły polskiej.

Dużo już ich było na podwórku przed moim przyjazdem – przed godziną ósmą.

Przy spotkaniu witali się ze mną w języku polskim – tak jak przedtem.

Na polecenie moje wszystkie dzieci zgromadziły się w jednej z trzech klas.

Wchodzimy do klasy. Dzieci – uczniowie wstają.

Ja mówię po białorusku : że od dzisiejszego dnia będziemy w tej szkole uczyć się po białorusku, tj. mówić i pisać.

Zajęcia w szkole będą zaczynać się dla klas I, II, III o godz. 8.00 , a dla klas IV, V, VI o 11.30. Książek do języka polskiego nie należy przynosić do szkoły, będą inne książki- białoruskie. Na pytania zadawane przez dzieci, odpowiadałem także po białorusku. Objaśniłem dzieciom, że będą się one uczyć w tych samych klasach, w których uczyły się dotychczas.

Po krótkiej pogadance nastąpiła przerwa, podczas której starsze dzieci odeszły do domu, a młodsze poszły do swoich klas ze swoimi nauczycielami. Po godzinie lekcyjnej – 45 minutowej zwolniliśmy dzieci do domu.

Od 14.01.1983 do 2.01. 1984 była przerwa w moim pisaniu wspomnień, na skutek choroby- skrętu kiszek, od czego o mało nie umarłem. 34 dni leżałem w szpitalu, w którym dokonali szczęśliwej operacji, która trwała około dwie godziny. Tylko dzięki memu sercu jeszcze żyję. Ale życie w tym wieku ( 78 lat bez 19 dni) robi niespodzianki. Oto dziś stwierdzono u mnie żółtaczkę i piszę to już w szpitalu na oddziale zakaźnym, na którym przyjdzie mi poleżeć co najmniej 4-5 tygodni.

Kontynuuję opowieść o szkole białoruskiej pod okupacją sowiecką:

Dzieci przychodzą do szkoły i nauczyciele ( dwóch ich jest) też.

Ale cóż z tego, kiedy nie ma obiecanych przez władze  podręczników w języku białoruskim. A nauczyciele nie umieją ani czytać ani pisać, ani też mówić po białorusku.

Ja, jako dyrektor ( już nominowany) Niepołnośredniej szkoły, znam ten język , bo nas w seminarium nauczycielskim w Wilnie uczono tego języka. Ponadto sam się urodziłem w tych stronach i językiem moim w dzieciństwie , aż do 17  roku życia był białoruski.

 Nauczyciele natomiast stykali się z białoruską mową tylko obcując z dziećmi i ich rodzicami , nigdzie się tego języka nie uczyli, bo oni przeważnie pochodzili z południowej części Polski.

Wyjście z tej trudnej sytuacji było takie, że ja zacząłem uczyć języków białoruskiego i rosyjskiego, a im dwojgu oddałem inne przedmioty: matematykę, fizykę, rysunki, śpiew i gimnastykę.

Szły te ich lekcje jak z kamienia. Często było niemało i śmiechu.

Przez dwa miesiące było nas nauczycieli w tej szkole troje- jedna nauczycielka i nas dwóch, nauczycieli. Po wizytacji inspektora szkolnego przysłano nam jeszcze dwie siły nauczycielskie, wśród nich nauczyciela – Żyda i nauczycielkę języka białoruskiego ( moją żonę).

 Z nauczycielem Żydem miałem dużo kłopotu. On tak mówił śmiesznie, że wszystkie dzieci w klasie pokładały się ze śmiechu. Powtarzał słowo: Nuu….nuu…Brak było w klasie dyscypliny i posłuszeństwa. Nieraz przerywał lekcję i przychodził do mnie ze skargą do pokoju nauczycielskiego. Musiałem interweniować w tej sprawie.

Z nauczycielką, moją żoną, nie miałem podobnych tarapatów, chociaż ona nie miała przygotowania pedagogicznego, bo tylko ukończoną szkołę handlową. Na kilku lekcjach przykładowych przeprowadzonych przeze mnie, zorientowałem ją, jak ma uczyć języka białoruskiego. Z wymową białoruską  była obeznana, bo pochodziła z Wileńszczyzny.

Zadowolony byłem, że tak się dobrze złożyło, że żona przestała choć na kilka godzin myśleć o zamordowanych rodzicach.

Bo cały czas, gdy byłem na zajęciach w szkole, ona stała przed oknem i patrzyła na drogę, skąd często jej rodzice jeździli na targ do miasteczka Smorgonie, a stamtąd wracając, zajeżdżali do nas, do szkoły w Sukniewiczach. ….

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 13 ). O bandytach i okolicznościach mordu – relacje sąsiadów.


Zdjęcie z albumu moich Teściów – jest tam Helena, Jan i mały Mirek a obok niego zamordowana wespól z rodzicami i braćmi – siostra mojej teściowej – Bronia – ukochana mądra czuła córka ….

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

W dalszej części pamiętnika Jan pisze o swoim teściu- Janie Wojciulu – ojcu Heleny, zamordowanym z rodziną we wrześniu 1939 i okolicznościach w jakich bandyci dotarli do  rodzinnego domu Heleny by popełnić tę straszliwą zbrodnię……

(… )    Jan Wojciul urodzony w Konstampolu gm. Wojstom, pow. Wilejski woj. Wileńskie , mieszkał i wychowywał się do lat 16 przy rodzicach. Pomagał im w pracy na roli.

Mając 17 lat wyjechał do Ameryki Południowej za pożyczone pieniądze od przyjaciół, bo rodzice jego nie byli w stanie opłacić podróży za granicę. Po 7 latach ciężkiej harówki na obczyźnie, wrócił do kraju z małą „ gotówką”.

Ta suma pieniędzy nie wystarczała mu , by założyć dobrą gospodarkę, więc ożenił się i wyjechał po raz drugi sam jeden bez żony, za jej zgodą, do Ameryki Północnej.

W 1919 roku wraca do kraju, do żony i już siedmioletniej córki. Tym razem udało mu się zapracować sporo dolarów.

Trzeba pamiętać, że ten człowiek nie pił alkoholu i nie palił papierosów.

Był nadzwyczaj pracowitym i sprawiedliwym człowiekiem.

Po przyjeździe do kraju zabrał się do realizowania swoich młodzieńczych marzeń.

Zakupił 5 ha ziemi, pobudował na niej dom mieszkalny i zabudowania gospodarskie. Gospodarka zaczęła dawać dobre dochody.

A więc mając pieniądze, kupił plac w Smorgoniach pod kamienice. Po dwóch latach stała już kamienica w centrum miasteczka- Smorgonie.

Na tym nie zakończył swej działalności.

Po paru latach przystąpił do budowy młynu kamiennego w Cicinie. I ten obiekt zbudował. Z pieniędzy które zgromadził dzięki ciężkiej pracy a także pożyczek od  swoich bliskich sąsiadów.

 Młyn zaczął działać i dawać dochód, który pomagał właścicielowi spłacać zaciągnięte długi .

Bandyci, którzy dokonali morderstwa na rodzinie Wojciulów- moich teściów – nie wiedzieli, że jest w długach, bo sami siedzieli w więzieniu w Wilnie na Łukiszkach.

Wśród tych trzech bandytów był jeden znajomy Wojciulom. Nazywał się on Kunawicz. Mieszkał przed odbyciem kary więziennej w Smorgoniach u swoich rodziców.

U tychże rodziców mieszkała na kwaterze córka Wojciulów podczas uczęszczania do siedmioklasowej szkoły w Smorgoniach. Tenże Kunawicz ( młody) był hersztem tych zbójów. On sprowadził z więzienia ich do siebie- do Smorgoń i stąd ruszyli po zdobycz- dolarów, złota- pieniędzy.

      Pierwsza miała paść ofiara ich łupów wdowa mieszkające na końcu wsi Sukniewicze, niedaleko 50 metrów- od remizy strażackiej. O tym, że ma pieniądze wiedział bandyta- Kunawicz. Wiedział, że ona otrzymuje dolary z Ameryki od krewnych.

To ta grupa bandytów przechodziła koło mojej szkoły i pytała o drogę do remizy. Doszli do wspomnianej remizy. Stanęli pod jej ścianą i po chwili namysłu jeden z nich ruszył do oglądania obiektu napadu. Kiedy przechodził bliziutko obok okien, zauważył to jeden z sąsiadów siedzących przy samym oknie , słuchając wiadomości radiowych. Szybko wyszedł on z mieszkania i zobaczył, że jakiś człowiek prędko oddala się od tego domu w kierunku remizy, gdzie stali jego towarzysze- bandyci. Bandzie nie udał się napad na wdowę.

 Od remizy skierowali swe kroki do Cicina do  p. Kulickiego, sąsiada teścia mojego, mieszkającego o półtora kilometra drogi od niego. Jego piękny dom drewniany stał na wzgórku za młynem. Okien było dużo. Bandyci weszli na ganek i załomotali w drzwi. Na odgłos : kto? Odpowiedź- Milicja. Gospodarz po usłyszeniu tego głosu skoczył przez tylne okno w ścianie przeciwnej na ogród, gdzie rosły krzewy. Nie złapał go bandyta, a tylko córeczka sześcioletnia wpadła w jego ręce bo ona także widząc uciekającego ojca zsunęła się do zarośli.

Córkę postawili przed drzwiami i powiedzieli, że jeśli nie otworzą drzwi to ją zabiją. Otworzyła matka drzwi. Weszli i zażądali oddania: złota, dolarów i pieniędzy.

Odpowiedź była: „Nie mamy”.

Jeden z bandytów wziął z wieszaka kurtkę i nałożył na siebie. Szybko przeszli przez pokoje i wrócili na ganek. Bali się, że na nich może właściciel zwołać sąsiadów. Po krótkiej naradzie dwóch bandytów wchodzi znowuż do mieszkania i zabierają dwie panny ze sobą, mówiąc im, że poprowadzą ich do komendy milicji w Smorgoniach ( 11 km od Cicina).

Szybko opuszczają ten teren, zatrzymując się przy szkole znajdującej się za mostem młyńskim. Pytają: „ Czy nauczyciel ma pieniądze ?” Pada odpowiedź : „ Pieniądze trzymają w PRO”.

 Idą dalej.

Na przedzie kroczy ten z blizną- Kunawicz, który dobrze zna te drogi i dróżki. Za nim w odstępie pięciu kroków idą te dwie porwane dziewczyny, a za nimi dwóch bandytów. Dochodzą do drogi krzyżowej. Jedna dziewczyna – panna, widząc przewodnika skręcającego w prawo, mówi „ Do Smorgoń „ w lewo. Odpowiedź herszta „ Za mną”. I idą dalej.

Dziewczyny zrozumiały, że idą do Wojciulów. Bandyta Kunawicz- herszt bandy, kroczy na przedzie, a za nim idą ci dwaj bandyci, już trzymając za ręce panny.

Gdy byli już o dziesięć metrów od domu, zatrzymali się wszyscy.

Znajomy bandyta Wojciulów powiedział, że one mają zastukać do okna i drzwi obok , znajdujących się od podwórka.

Gdy usłyszą głos , mają powiedzieć : „ To my Lodzia i Jadzia, proszę otworzyć”.

Z chwilą, gdy drzwi będą otwarte , mogą uciekać. Dwaj bandyci rozstawili się pod oknami od ogrodu, a herszt z pannami pod drzwiami i oknami od podwórka. Psom, które ujadały, rzucono widocznie jakieś jedzenie, bo się uspokoiły. Za niewykonanie poleceń pannom zagrożono śmiercią. A więc wykonały.

Bandyci zaczęli wchodzić do mieszkania, a panny umknęły do  domu( Do dziś dnia żyją).

   Pomimo kary śmierci, jaką grożono dziewczynom za rozgłaszanie o napadzie , jednak one opowiedziały rodzicom i przyjaciołom

.

Od nich to i ja dowiedziałem się o tym, co wyżej napisałem.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia- Jana Konopielko ( 12 ). „ Gdzież był wtedy ten Bóg Wszystkowidzący …. „


Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

21 września 1939 roku o godz. 6 rano, żona wstała i odchodząc, powiedziała mi, że idzie do rodziców w Cicinie, by ich powiadomić, że ja już otrzymałem nominację na dyrektora szkoły w Sukniewiczach.

Nie przeszło pół godziny, gdy słuchając już porannych wiadomości radiowych , zobaczyłem przez okno, że na oklep na koniach rodziców jadą szwagier Piotr i młynarz.

 W tejże minucie wpada do mieszkania zalana łzami żona, która mówi, że w Cicinie wszystkich wymordowali bandyci, tylko zostali : Piecia ( Piotr)- Jej brat  i młynarz, bo nocowali w stodole. Przynagla mię, żebyśmy tam natychmiast szli.

Ta wiadomość tak na mnie podziałała, że zdrętwiałem i tylko wyrzekłem, że nigdzie nie pójdę.

 Po kilkunastu sekundach zacząłem myśleć, że to pewnie ci wymordowali, których gnałem z pewną grupką ludzi dwa dni temu wstecz. To oni się zemścili.

Szok minął po paru minutach. Wziąłem żonę na ramę roweru i pojechaliśmy do wymordowanych rodziców. Młynarz i szwagier jechali za nami na koniach.

Po dwudziestu minutach byliśmy na podwórku zamęczonych. Tam spotkaliśmy grupkę smutnych sąsiadów. Zsiedliśmy z roweru i żonę prosiłem, żeby nie wchodziła do domu.

Sam natychmiast skoczyłem do okna od kuchni by zobaczyć okropność- mord.

Spojrzałem przez okno i zobaczyłem wewnątrz kuchni rozpłatane ciała, okrwawione z i podciętymi szyjami, leżące na podłodze cementowej. Wstrząśnięty tym widokiem krzyknąłem: „ Pomści się ta krew!”.

Do wnętrza mieszkania dotychczas jeszcze nikt nie wchodził, oprócz szwagra i młynarza. Idąc do drzwi sieni znowuż uprzedziłem małżonkę, by została na dziedzińcu, bo wewnątrz: „ Sodoma i Gomora”.

Otwieram drzwi do sieni: pełno krwi, przeskakuję kałuże, otwieram drugie drzwi do kuchni: tu także wszędzie na podłodze krew, krew i ciała z podwiązanymi rękami w tył i nogami oraz poderżniętymi gardłami. Tu znajduje się pięć osób: jedna leży na rozebranym łóżku- służąca, przy jej łóżku siostra żony Bronia- 16 letnia uczennica w pełni życia i urody, tuż- brat Janek, chłopak12 – letni, dalej brat- Zdzisiek- 8 lat i brat Pawełek – rówieśnik naszego synka- Mirka. ( Gdybym go nie zabrał z tej gościny trzy dni temu- spotkałby go taki sam los.)

O k r o p n e !

Rodzice byli zamordowani w piwnicy, znajdującej się w pokoju sypialnym pod podłogą. Ojca ze związanymi rękoma i nogami jeszcze skrępowali powrozami w kłębek i przebili mu serce nożem. Matka, która leżała tuż obok ojca miała także związane ręce, nogi i poderżnięte gardło. Usta jej zakneblowali szmatami, aby nie krzyczała.

Po obejrzeniu tych okropnych widoków udałem się do gościnnego pokoju. Spojrzałem na otwarte szuflady w stoliku i zobaczyłem tam porżnięte kłębki z nićmi. To dowód, że bandyci szukali złota i dolarów.

W stoliku znalazłem swój dyplom ukończenia Wyższego Kursu Nauczycielskiego.

Na podłodze zobaczyłem małe dziecięce stopki we krwi kierujące się za dużą donicę z oleandrem.

Po wyjściu z domu zorganizowałem grupkę ludzi, która mi pomogła uporządkować umęczonych. Wnieśliśmy ich do dużego mieszkania i ułożyliśmy na słomie przykrytej prześcieradłami, a ich ciała przykryliśmy białymi prześcieradłami z rąbkami  uchylonymi, by można było widzieć ich twarze.

Dopiero teraz, po uporządkowaniu pomordowanych, wprowadziłem żonę do pokoju. Widok, w bestialski sposób umęczonych : rodziców, siostry, trzech braci wstrząsnął ją tak mocno, że padła na kolana i zalała się gorzkimi łzami, łkała i trzęsła się cała. Ja, trzymając ją pod rękę, by nie zemdlała, także roniłem rzęsiste łzy.

 I myślałem, gdzież był Ten Bóg Wszystkowidzący męki niewinnych czworga dzieci, pracowitych i dobrych dwojga rodziców?. I mord  7 ofiary –  obcej pracowitej  dziewczyny – służącej-  którą umęczoną już zabrał jej brat do swego domu i tam ją pogrzebał.

 Gdy małżonka uspokoiła się, opuściłem ją, udając się na podwórko, gdzie zorganizowałem stolarzy do urządzenia 6 trumien, grabarzy do kopania grobu.

Z kolei wysłałem człowieka do księdza w Smorgoniach, by się umówił z nim, na którą godzinę mamy przybyć z pogrzebem na cmentarz.

Zarządziłem nakarmić trzodę chlewną, bydło, konie i inne zwierzęta domowe, które rykiem, beczeniem i szczekaniem nie dawały spokoju.

 Szukałem również gospodarza, któryby się podjął zamieszkać i gospodarzyć w tym folwarku Cicinie. Zgłosił się na to stanowisko mój sąsiad ze wsi Kołpiei. On tu pracował kilka lat w charakterze parobka.

 Nikt z krewnych przybyłych na pogrzeby nie ośmielił się tu żyć.

Ludność na  osiedlach w  czasie tego bezprawia bała się spać i we własnym domu. Schodzili się po kilka rodzin na noc do jednego sąsiada. Krewni, którzy przybyli na pogrzeb, nocowali przy ognisku, które paliło się przez całą noc na podwórku. Ja z małżonką nocowaliśmy także u sąsiadów we wsi.

W ciągu nocy trumny były zrobione.

W pięciu trumnach złożono sześć osób, najmłodszego – 2 letniego synka Pawełka złożono razem z matką.

Wszystkie trumny postawiliśmy na trzy wozy w konie zaprzęgnięte.

 Na innych trzech furmankach usiedli obecni krewni na pogrzebie.

Córka- moja żona, syn Piotr i brat mojego teścia usadowili się obok przy trumnach umęczonych rodziców.

Pogrzeb ruszył z jękiem i ze łzami na cmentarz w Smorgoniach ( 12 km od Cicina).

Żeby ksiądz mógł spotkać jadący pochód, ja pojechałem szybko na rowerze i powiadomiłem go o zbliżającym się pochodzie.

O godz. 12 .00 ksiądz spotkał jadących u wrót miasteczka.

 Po zorganizowaniu się- pochód pogrzebowy ruszył przez ulice miasteczka na cmentarz.

Tłumy mieszkańców odprowadzały tragicznie zmarłą- zamordowaną w bestialski sposób rodzinę spokojnego, pracowitego mojego teścia – Jana Wojciula.

Pochowani są w jednej mogile na wschodnim brzegu cmentarza w Smorgoniach….

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 11). Idą sowieci ….


Stare zdjęcie z albumu moich Teściów – młyn w Cicinie skąd pochodziła moja teściowa. Wśród innych dóbr był własnością jej rodziców. Ojciec kilkukrotnie wyjeżdżał do Ameryki Północnej i Południowej gdzie ciężko pracując pomnażał majątek. Na swoją i rodziny zgubę – o czym będzie dalej ….

Pamiętnik Jana Konopielko ur. 12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul….

      1 września 1939 rok

  1 września 1939 r. to data wybuchu drugiej wojny światowej.

W wojnie z Niemcami udziału nie brałem, ale ciężko przeżywałem, jak Ojczyzna – Polska była deptana przez niemieckiego żołnierza. Wojna trwała około dwóch tygodni i skończyła się klęską Polaków.

Niemcy, po rozbiciu polskiej armii nie doszli do nas, tj do województwa Wileńskiego, w którym my mieszkaliśmy.

Te tereny wkrótce zajmowała armia radziecka, która posuwała się wolnym krokiem koło mojej szkoły w kierunku Wilna.

Ta wiadomość, że idą” Sowieci” spowodowała w tych stronach anarchię, w której zostali wypuszczeniu z więzień w Wilnie różnego rodzaju bandyci.

Nawet biedniejsi  chłopi  dotychczas spokojni zaczęli  napadać na zaprzyjaźnionych sąsiadów, ale bogatszych –  grabili i zabijali ich.

Takie wypadki miały miejsce nawet w naszej okolicy, w Cicinie, gdzie mieszkali rodzice mojej żony, i w tym właśnie czasie przebywał w gościnie mój czteroletni synek – Mirek.

Któregoś dnia  dowiedziałem się  o  grabieży w Cicinie – u moich teściów, natychmiast wsiadłem na rower i już odjechałem od szkoły pięćdziesiąt metrów,  gdy nagle spostrzegłem kolumnę wojsk radzieckich, poruszających się w moim kierunku.

Zatrzymałem się i czekałem, aż wojska mnie miną.

One nie minęły mię , bo także stanęły naprzeciwko mojej szkoły.  Podszedłem do grupy żołnierzy i pozdrowiłem ich w języku rosyjskim.

Nieśmiało, wahając się  odpowiedzieli mi dzień dobry ( po rosyjsku).

Widząc wśród nich oficera w stopniu lejtnanta – porucznika, zwróciłem się do niego z prośbą- i zacząłem mówić, że niedaleko stąd – o 4 km – grabią i zabijają biedniejsi chłopi zamożniejszych. Czy nie mógłby pan porucznik wysłać tam kilku żołnierzy, żeby ich uspokoić. Odpowiedź: Nie mogę. Za nami idą żołnierze administracyjni i oni zaprowadzą porządek.

      Za dwadzieścia minut byłem przy szkole w Cicinie, gdzie stała gromadka mężczyzn i patrzyła jak jedna furmanka zjeżdżała ze wzgórka.

Ludzie krzyknęli, że to jadą grabieżcy od Wojciula, od mojego teścia mieszkającego od szkoły o kilometr za wzgórzem.

Natychmiast rzuciłem rower i prosiłem ludzi, żeby mi pomogli dopędzić tych bandziorów i odebrać im to, co wieźli. W pięciu rzuciliśmy się na spotkanie ich. Gdy jadący spostrzegli nas biegnących w ich kierunku, zawrócili konia i zaczęli uciekać od nas. Zanim my dognaliśmy na wzgórze, już oni byli za posiadłością moich teściów, których dom stał o trzydzieści metrów od tej drogi.

Widząc, że nie dopędzimy uciekających grabieżców, bo jechali coraz szybciej z górki,  zaszliśmy do teściów, którzy niezmiernie się ucieszyli z naszego przybycia. Opowiedzieli, że bandyci zabrali chomąto, lejce skórzane, trochę mięsa, słoniny i patefon. Bielizny naszej nie było pod ręką, więc nie mogli chwycić.

Moich wspólników w obronie rodziców, teściowie uczęstowali i oni poszli do domu.

Ja na parę minut zatrzymałem się. Omówiłem z rodzicami sprawę wymłócenia zboża na chleb.

Obiecałem im przysłać pomoc ze swojej rodzinnej wsi, znajdującej się o 10 km od nich. Wreszcie pożegnałem się, zabrałem tam przebywającego synka – Mirka i piechotą z nim poszedłem do szkoły, gdzie zostawiłem swój rower.

Szedł on z pełnymi oczami łez. Tak mu było przyjemnie u babci i dziadka, mógł łapać w stawie ryby ze swoimi rówieśnikiem, synkiem rodziców – Pawełkiem. Od szkoły jechaliśmy do domu rowerem. Niezmiernie ucieszyła się matka – moja Helutka , gdy go zobaczyła  już w domu, na podwórku szkolnym.

My mieszkaliśmy w budynku szkolnym specjalnie pobudowanym dla kierownika szkoły.

Po krótkim odpoczynku , ja udałem się na rowerze do swojej rodzinnej wsi Kołpiei, znajdującej się o 6 km od mojej szkoły, za rzeką Wilią. Tam udało mi się namówić brata i krewniaka na wyjazd do Cicina do Wojciula na jeden dzień- sobotę – tj. na jutrzejszy dzień na młóckę.

Brat Michaś, założył własnego konia do wozu, na który ja postawiłem swój rower, bo już nim jechać było za ciemno, przyszedł też krewniak i pojechaliśmy.

U rodziców byliśmy za dwie godziny. Na podwórku spotkały nas ujadające psy. W mieszkaniu nikogo nie było. Wszyscy spali w stodole, bo bali się powrotu grabieżców . Na odgłos szczekania psów wyszedł gospodarz- mój teść  i zaprosił  gości do mieszkania na kolację.

Ja spożyłem tylko szklankę mleka, i odjechałem do domu, chociaż było już zupełnie ciemno. Jakoś dojechałem szczęśliwie.

Domownicy: żona i synek spotkali mię z wielką radością.

       Nazajutrz po śniadaniu pojechałem rowerem do Oszmiany, powiatowego miasta, gdzie znajdował się inspektorat szkolny – już sowiecki . Byłem wezwany do tego urzędu przez władzę radziecką –  inspektora szkolnego. Gdy byłem u drzwi, zapukałem i usłyszałem- proszę- otworzyłem drzwi i zobaczyłem stojącą przede mną kobietą. Domyśliłem się, kto to jest. Więc pozdrowiłem ją mówiąc- dzień dobry. Przedstawiłem się. A ona usłyszawszy moje nazwisko, powiedziała: Wy Ukrainiec?. Ja odpowiedziałem: Nie, ja jestem Polakiem. Powiedziała mi, że mam otworzyć szkołę i nauczać dzieci w języku białoruskim. Wyszedłem za drzwi i tu spotkałem  kolegów- nauczycieli. Powiadomili mnie, że w domu Związku Nauczycielskiego wypłacają nam pobory w imieniu Polski. Zgłosiłem się do Związku i otrzymałem 450 zł –pobory za dwa miesiące.

Jeszcze w tym czasie można było kupić w sklepie wszystko. Więc szybko pojechałem do sklepu. Nakupowałem dużo łakoci, spirytusu litr, materiał na ubranie. To wszystko dobrze spakowałem na bagażnik i pomknąłem do domu.

            Już ciemniało, gdy byłem u siebie.

Żona niespokojna opowiedziała mi, że przed paru minutami przechodzili tu, koło szkoły , trzej mężczyźni i pytali o drogę do remizy. Pomyślałem, że pewnie jakieś osoby wracały z wojska do domu.

Nazajutrz okazało się, że to byli bandyci, którzy wymordowali, wyrżnęli całą rodzinę moich Teściów….

c.d.n.