Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 10 ). Cały Mireczek :)

„ ( … ) O tych zajściach miłosnych, o pracy w nowej szkole w Rudni, o przeniesieniu na własną prośbę do nowej szkoły w Glinnie- gmina Krewska, o pobraniu z Helusią, o pracy w miasteczku Holszanach po ukończeniu wyższego kursu nauczycielskiego w Warszawie i o tym, że przeniesiono mię do sześcioklasowej szkoły w Sukniewiczach w Gm. Smorgońskiej, tegoż samego powiaty Oszmiańskiego, nie będę na razie pisał, ale postaram się przedstawić życie w szkole w Sukniewiczach . W szkole znajdującej się o 6 km od domu teściów, domu Helusi- Cicinie. ( … )

Tak napisał Jan  ( było to w poprzednim – 9-  rozdziale pamiętnika) i przeszedł do opisywania szkoły w Sukniewiczach oraz swoich z młodzieżą przypadków.   

              Z jakiegoś powodu ( a może poniosło Go późniejsze wspomnienie wojny i katorgi)  nie znaleźliśmy w pamiętniku szczegółów na temat mariażu z Piękną Helusią.

Tylko Ona  mi kiedyś mi wspomniała- właściwie mimochodem –  że tak naprawdę to  się trochę bała Jana-  że taki czarny  i gwałtowny . Faktycznie karnacja jego była śniada, pod czarną czupryną i krzaczastymi brwiami tej samej barwy jarzyły się duże oczy w kolorze ciemnego bursztynu z zielonymi ognikami.

Można było sobie wyobrazić, że kochał Helusię z taką namiętnością z jaką dużo później nakazywał nam , posiadającym prawo jazdy, ale lękliwym kierowanie jego Syrenką którą nabył będąc już chyba po 60 – ce.

Na pewno kochał Helusię z tak wielką siłą, że nie mogła mu się oprzeć. Może też jej się trochę podobał i imponował ale  młodziutka była. Wszak  to dziewczę miało zaledwie 14 lat gdy się spotkali po raz pierwszy, a on -7 lat starszy-  dobiegał 21 . Był już dojrzałym wykształconym  mężczyzną, pracującym w zawodzie cieszącym się w międzywojniu estymą i docenianym finansowo.

Miłość z drobnymi niezawinionymi przygodami , które Jan opisał ( rozdział 9) przetrwała . Mogło też  być tak ,  że Helusia miała  jakieś inne zauroczenia – wszak to typowe w wieku dorastającej panny –  tego nie wiemy. Zresztą zawsze miała wielkie powodzenie u mężczyzn, bo pogodna, zda się bezproblemowa, wyluzowana, rozsiewała swoją radość – ludzie ją kochali – lubiła się  bawić  i tańczyć- czego byłam świadkiem. W czasie 12 letniej nieobecności Jana , gdy ten przemierzał Syberię na swej drodze przez piekło jakim była katorga ( będzie o tym później ) Helena miała licznych wielbicieli – ale synowie twardo stali murem i mówili – tatko wróci….. I tak się stało…

Ostatecznie doszło do ich małżeństwa ( w ogóle o tym czasie nie opowiadali – zresztą nie było czasu, bo zasypałam rodzinkę i siebie 🙂 czwórką rodzących się kolejno w krótkim czasie dzieci  ). To , co wiadomo z dokumentów  –  w wieku 22 lat Helena powiła mojego męża .  Urodził się w miejscowości Glinno , (gdzie Jan był kierownikiem szkoły)  i tak ma zapisane w metryce urodzenia.

Jan wspomina w Pamiętniku ( rozdział 9 ) ,  że wyjeżdżał , do Warszawy na wyższe kursy nauczycielskie . Napisał tylko tyle, resztę opowiedziała moja Teściowa – a do tej opowieści lubiła wracać.

Któregoś czasu – a było to w roku 1936-  Jan zabrał do Warszawy  wielbioną  żonę  oraz 1,5 rocznego pierworodnego – Mirka ( od 51 lat mojego męża ) . W czołówce tego wpisu zamieściłam zdjęcie z ich wspólnego spaceru .

Kiedy tak sobie szli  we trójkę – Mama, Tata i malutki syn – Mireczek nagle wyrwał się w uwięzi dłoni rodziców i pognał   przed siebie. Nie zdążyli go złapać bo  ich chłopczyk  nagle zahamował  przed podobnym jak on drobiażdżkiem – wyciągnął łapki i wołając  głośno na cały Plac Zamkowy – z wielkim zachwytem oraz podniebną radością – ooo dziewczynka !!!  sukieneczkę ma !!! i włoski ma  !!! – zabierał się do obejmowania i głaskania….. Ot –  cały Mireczek –  taki pozostał – energetyczny , niezależny , spontaniczny i kochający wszelakie Piękno 🙂 .

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 9 ). Perypetie miłosne i metody wychowawcze.

Po krótkiej przerwie spowodowanej wpisem o dr Fischbachu, Jego Chórze i Koncercie w Żaganiu oraz awarią serwera, na którym zapisuje się ten blog (co spowodowało mój lęk, że wszystkie teksty odfrunęły w niebyt – ale dzielni panowie informatycy przywrócili mi wiarę  w umiejętności ludzi – za co im wielka chwała) wracam do zapisków Jana.

W poprzednich ( 8 ) odcinkach było o trudnej drodze z klepiska chałupy , pasania krów i ogólnej beznadziei do upragnionego dyplomu nauczyciela.  O przepuklinie zwanej przez miejscowych kiłą i strasznym metalowym pasie a nade wszystko dokumencie I Wojny Światowej przeżywanej przez dziecko . Było też o wielkim zakochaniu Jana w pięknej kuzyneczce Helusi  i Miłości do grobowej deski ….o cudnym dniu spędzonym wspólnie na festynie w Wojstomie , noclegu na sianie i cierpieniach duszy i ciała z powodu braku pełnego aktu miłości….w imieniu Jana zapraszam więc do ciągu dalszego jego opowieści… na pewno jest uradowany bo bardzo kochał ludzi , lubił opowiadać i przebywać z młodymi ….


Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul….

                                                                              Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                                pow. Oszmiański

Mój życiorys. Część druga  spisywana od stycznia 1982 roku


( … ) Uspokoiłem się i poszliśmy na ulicę, by się nauczyć jazdy na rowerze. Przyłączył  się i młodszy braciszek, uczeń trzeciej klasy szkoły handlowej w Smorgoniach.

Po czterech dniach pobytu w domu dowiedziałem się od sąsiadów mieszkających vis a vis naszego domu, że ojciec mojej kochanej, mocno rozgniewał się na mnie z powodu wspólnego spania na sianie w stodole. Stryjek Heli, z którym razem kładłem się spać na sianie, objaśnił swojemu bratu, będącemu w Smorgoniach na targu, po swojemu to spanie. Widać mało skutecznie.

Pomawianie mnie, że uwiodłem niewinne dziewczę, ubodło mnie mocno. Pomyślałem, że ona biedna musiała i musi wysłuchiwać wyrzutów swojego ojca srogiego.

Nie czekając więc niedzieli, na którą umówiłem się z nią, natychmiast zjawiłem się u niej w Cicinie, gdzie ona mieszkała. Pierwszą na podwórku spotkałem jej matkę – dobrą i miłą Ciocię ( to stryjeczna siostra mojej rodzonej mamy).

Matkę Heli upewniłem, że na uwodzenie nie pozwoliłem sobie. Chociaż spałem w tej samej stodole.

Byłem zdania, że naprawdę kochanej osoby nie mógłbym skrzywdzić i upokorzyć, żeby później przeze mnie cierpiała. Z ojcem jej, tak się złożyło, że nie spotkałem się. Na pewno ciocia ojca uspokoiła.

     O tych zajściach miłosnych, o pracy w nowej szkole w Rudni, o przeniesieniu na własną prośbę do nowej szkoły w Glinnie- gmina Krewska, o pobraniu z Helusią, o pracy w miasteczku Holszanach po ukończeniu wyższego kursu nauczycielskiego w Warszawie i o tym, że przeniesiono mię do sześcioklasowej szkoły w Sukniewiczach w Gm. Smorgońskiej, tegoż samego powiaty Oszmiańskiego, nie będę na razie pisał, ale postaram się przedstawić życie w szkole w Sukniewiczach . W szkole znajdującej się o 6 km od domu teściów, domu Helusi- Cicinie.

Ta sześcioklasowa szkoła w Sukniewiczach stała o czterdzieści metrów od drogi prowadzącej ze Smorgoń do stacji Zaskowicze i powiatowego miasta Mołodeczna.

Szkoła ta nosiła nazwę szkoły im. J. Piłsudskiego. Chociaż była zbudowana z kloców drewnianych jeszcze nie otynkowanych, wyglądała wspaniale z zewnątrz. Wnętrze także było godne pochwały projektanta. Pośrodku znajdował się duży korytarz, z którego wchodziło się do klas o ogromnych oknach skierowanych na południe. Pięknie wyglądały ganeczki, prowadzące do wnętrza szkoły. Pokryta była czerwoną ciemną dachówką.

A wokół tej szkoły rosły piękne tuje, bzy i dużo różnych kwiatów.

W tej szkole pracowałem dwa lata jako kierownik tej placówki.

Współpracownikami byli : jedna nauczycielka i nauczyciel – były stary kierownik. Praca z nimi układała się pomyślnie.

Gorszą sprawą było z dyscypliną w szkole. Dziatwa była rozwydrzona. Przychodziło się z początku użyć metod niezawodnych.

Prowodyra – chociaż potężnego chłopca, chwyciłem za ręce i skrępowałem je po milicyjnemu, tak, że nie mógł się poruszyć z miejsca. A ja, uciskając coraz silniej – pytałem, czy będzie już zachowywał się poprawnie. Łzy mu się potoczyły i powiedział: Nie.

Wyszedł z kancelarii zapłakany. Widziało go dużo młodzieży , gdy wychodził ze łzami w oczach. Jednak on już więcej nie dokazywał tak, żeby go trzeba było wzywać do kancelarii. Po wyżej opisanym przejściu wzywałem jeszcze niektórych rozrabiaczy.

Ale już stosowałem inne metody.

A mianowicie: uczeń opowiadał mi, co zrobił złego, że go wezwałem na rozmowę. Nieraz po wyjaśnieniu , taki winowajca długo musiał stać w gabinecie dyrektorskim. Wreszcie nie wytrzymywał i z płaczem przyznawał się i obiecał, że więcej nie będzie tak robił.

Na skazanego wypuszczonego z kancelarii , czekali koledzy i zaraz pytali : „ no i co?” A on na to: „ Jak zarobisz to się dowiesz”.

Po paru tygodniach młodzież się uspokoiła, bo bała się kierownika. Przepracowałem w tej szkole dwa lata.

Oprócz pracy w szkole, prowadziłem koła młodzieży, które założyłem. Urządzałem z tutejszą młodzieżą przedstawienia, uczyłem ją śpiewu, prowadziłem chór młodzieżowy.

Poza swoim rejonem szkolnym brałem udział również w pracy społecznej w Dziewieniszkach, tutejszym ośrodku gminnym. Prowadziłem koło LOP-u, organizowałem zebrania, wygłaszałem przemówienia poświęcone rocznicom państwowym i urządzałem zabawy taneczne dla uczniów i  nauczycieli.

Wodziłem rej wśród nich. Szanowali i uważali mię za moją aktywność.

Byłem zadowolony z życia.

c.d.n.

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 19 ). Doktor Jerzy Fischbach i Jego Poznański Chór Madrygalistów im. Wacława z Szamotuł . Koncert w Żaganiu.


Pragę przeprosić Czytelników Pamiętnika mojego Teścia za ten wpis. Do Jana wrócę za 2 – 3 dni. Zapewniam. Działam z potrzeby chwili, bo dzisiejszy  powrót do tematu Dr Fischbacha i Jego Chóru Poznańskich Madrygalistów stał się koniecznością z racji Ich kolejnego Koncertu który zabrzmi jutro  w Śródce …..


Może zacznę zbyt trywialnie, ale chodzi mi po głowie powiedzenie –  Lepiej późno niż wcale. A to dlatego, iż myślimy, jakie dotknęło nas szczęście spotkać  po pół wieku  siebie nawzajem i poznać osobiście  dr Fischbacha i Jego fenomenalnych Chórzystów.

Tak zda się niedawno – staliśmy na dziedzińcu Anatomicum – radośni i przejęci – nowo mianowani studenci AM w Poznaniu. Był to pamiętny dla nas 1965 rok. Potem słyszeliśmy , że zajęcia z anatomii w któryś grupach ( niestety nie naszych ) prowadzi fantastyczny Człowiek – dr Fischbach. Trochę zazdrościliśmy kolegom , ale czas płynął i było jak było. Ktoś też mówił, że ten Pan Doktor wykłada również na Akademii Muzycznej oraz prowadzi Akademicki Chór przy naszej Alma Mater. Może kiedyś z daleka widywaliśmy chór i Maestro – bo zawsze uświęcał różne uroczystości akademickie.

Gdy już się spotkaliśmy Leszek, Jurek i ja  , choć  rozłąka trwała pół wieku –  rozpoczęliśmy długie serdeczne rozmowy i wrócił do nas tamten czas pierwszy w naszym życiu – niezapomniany początek naszej medycznej drogi  . Któregoś dnia Jurek nam oznajmił, że został zaproszony przez dr Fischbacha na Koncert Poznańskiego Chóru Madrygalistów im. Wacława z Szamotuł do Kościoła św. Wojciecha w Poznaniu Okazało się, że Jurek  spotykał dr Fischbacha na konferencjach neurologicznych , Leszek trochę pamiętał z przeszłości oraz to, że w pamiętnym 1968 roku, kiedy dr Fischbach odszedł z Chóru i Uczelni  – Leszek przejął kierownictwo Chóru- został jego Prezesem.

 I oto znaleźliśmy się w magicznym stareńkim wnętrzu tego Kościoła i wspomniany Chór zda się prowadził nas do Nieba. I wówczas powstał artykuł zamieszczony w Biuletynie Wielkopolskiej Izby Lekarskiej , którego fragment chcę  zacytować, bo przypominać warto,  przypominania nigdy dosyć, ba – przypominanie kolejnym pokoleniom lekarzy tak ważnej postaci jakim jest dr Jerzy Fischbach jest naszym obowiązkiem. Oto fragment tamtej naszej opowieści tyczącej koncertu w Kościele św. Wojciecha w Poznaniu:

 ( … ) cała kościelna uroczystość i to piękne wnętrze zda się byłoby puste, gdyby nie iście anielskie brzmienia chóru. To oni, zapaleni chórzyści, na co dzień zwykli pracownicy najczęściej służy zdrowia, sprawiają, że Bóg nas widzi a przede wszystkim my widzimy niebo i Boga. Są łącznikiem szarego człowieka z Istotą Najwyższego. Ich łagodność, idealna harmonia głosów, piękne, bardzo wytworne ubrania, podkreślone dostojnością wielu siwych głów – a na ich czele dostojny dyrygent dr med. Jerzy Fischbach, Człowiek Ponadczasowy, Niezwykły. Znają go dobrze pacjenci, których jako specjalista neurolog traktuje holistycznie – zawsze wypyta o wszystkie choroby, umiejętnie dobierze leki i zawsze pomaga – także uśmiechem. Ilu kobietom pomógł gdy miały schorzenia neurologiczne i trudności z prokreacją. Tak dobierał leki, że wkrótce przychodziły do Niego z własnym, zdrowym dzieciątkiem w ramionach. Ilu studentom przekazał swą mądrość i wiedzę będąc przez długie lata pracownikiem naukowo- dydaktycznym Akademii Medycznej w Poznaniu. Ile prac naukowych opublikował, aby szkolić kolegów lekarzy i przekazywać im swą rozległą wiedzę (… ).

Doktor Jerzy Fischbach już w roku 1959 stworzył chór składający się głównie ze studentów Akademii Medycznej w Poznaniu, ale też innych poznańskich uczelni – którego był dyrygentem. Jego wielka wiedza muzyczna, umiejętność czytania partytury oraz dobierania odpowiednich głosów, harmonizowania ich by układały się w różnorodne utwory zachwycała. Chór występował w czasie większości uroczystości w Alma Mater i w innych miejscach. Pasję dr Fischbacha od 1982 roku kontynuuje prof. Przemysław Pałka, który przejął pałeczkę dyrygenta i funkcję dyrektora artystycznego. Ziarno zasiane przez Jerzego Fischbacha pięknie zakwitało licznymi nagrodami, jak: „Srebrna Lira” na 4. Międzynarodowym Festiwalu Chórów w Warszawie „Varsovia Cantus” (2008) czy na Międzynarodowym Festiwalu Chórów w Krakowie (2010) a artyści byli zapraszani do różnych krajów, jak Wielka Brytania, Austria, Czechy, Włochy, Szwecja, Hiszpania, Niemcy, czy Holandia; nagrywali wiele audycji radiowych i telewizyjnych w Polsce, a dokonania chóru zostały ujęte w 4 albumach; ostatni wydano w 2011 r. Doktor Jerzy Fischbach już dawno, z pozycji emeryta, obserwował jak się rozrasta i pięknieje jego dzieło – bo było wszak jak Jego dziecko, które jeszcze niedawno uczył chodzić a teraz poszło w daleki świat…

Jednak dr Jerzy Fischbach nie byłby sobą, tylko siedząc i obserwując. Wkrótce poderwał się do lotu – i tak oto jesienią 1994 r. zrealizował pewnie swoje dawno już opracowane zamiary i utworzył chór „Poznańscy Madrygaliści im. Wacława z Szamotuł”. Jak zwykle wykorzystał swoje muzyczne wykształcenie i wielkie doświadczenie, gdyż z grupy 22 osób – całkowicie amatorów – stworzył istną perełkę. Jak potrafi, jednocześnie pracując jako lekarz-neurolog, pomimo zaawansowanego wieku, znajdować czas na próby chóru, koncerty w różnych miejscach – ważnych dla pacjentów – jak szpitale, przychodnie, domy opieki – to słodka tajemnica tego Niezwykle Aktywnego Człowieka – jakich niewielu na świecie… (…)

         Kiedy dowiedzieliśmy się z plakatów oraz bezpośrednio od Pana dr Jerzego Fischbacha o planowanym Koncercie Chóru Madrygalistów im. Wacława z Szamotuł w Żaganiu, od razu przyszło do nas wspomnienie wspólnego z Chórzystami i Twórcą tego Chóru niezapomnianego Bożonarodzeniowego wieczoru w Klasztorze w Woźnikach – zapragnęliśmy się spotkać  ponownie i doznać wrażeń które pozwalają nam dotykać Nieba. Gdzież jest ten dość odległy Żagań, patrzyliśmy na mapę i rozkłady jazdy PKP. Jednak z różnych przyczyn rodzinnych plan okazał się nierealny. Jedynie Leszek Milanowski – chłopak o niewyczerpalnej energii i konsekwencji, pokonał trasę Londyn (gdzie mieszka i pracuje) – Poznań a potem wypożyczonym samochodem przebył ponad 200 km i godnie nas reprezentował. On jeden spośród naszej gromadki tak bardzo zna utwory muzyczne – zresztą kiedyś sam śpiewał w Chórze Akademii Medycznej w Poznaniu już po odejściu dr Fischbacha i został Prezesem tego Chóru. Byliśmy spokojni, że relacja Leszka będzie najpełniejsza i tak obrazowa iż jedynie w niewielkim zakresie, ale zrekompensuje naszą nieobecność a także zostawi ślad w naszych umysłach sercach i wyobraźni.

I tak też się stało. Leszek zdał nam dokładną relację z tłem historycznym wykonywanych utworów. Ma wszak to we krwi, bo choć Jego Tata był chirurgiem i może też miał zainteresowania humanistyczne  ale Mama – uczyła historii w Liceum w Kutnie . Rodziców Leszka nadal wspominają  liczni mieszkańcy tego miasta (  przekonałam się niedawno robiąc mały wypad do pięknego Kutna) .

A teraz oddaję głos Leszkowi :  

Żagań został założony podobno w VII wieku przez prasłowiańską księżniczkę Żagannę i ulica jej imienia biegnie w pobliżu klasztoru. Żaganna miała być według legendy córką Wandy i wnuczką księcia Kraka.  Po następcach Piastów miasto przeszło w ręce rodów niemieckich i kurlandzkich i związane jest z naszą a także europejską historią i kulturą. Żagań stał się jakby miejscem łączącym różne polskie  i europejskie drogi. Mieszkał tu słynny astronom Jan Kepler (1571-1630). Bywał tu Honoriusz Balzac (1799-1850) i dawał  koncerty  Franciszek Liszt (1811-1886),  Miasto jest słynne z ucieczki 73 alianckich lotników  w nocy z 24 na 25 marca 1944 roku ze Stalagu „Luft III” zakończonej egzekucją 50-ciu  z nich.  Tutaj powstawał  polski serial o czterech pancernych  z psem Szarikiem….

I właśnie to miasto, o tak złożonej świetnej historii zostało wybrane przez dr Jerzego Fischbacha  by tu właśnie uczcić dwieście ósmą rocznicę Konstytucji 3 Maja 1791 roku. I oto w maju  2019 roku Chór Poznańskich Madrygalistów im. Wacława z Szamotuł pod dyrekcją dr Jerzego Fischbacha uczcił nasze najbardziej narodowe Święto – Święto Konstytucji – koncertem w Kościele pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Żaganiu. Poklasztorny zespół augustiański jest uznany za polski pomnik historii. Kościół założony w 1183 roku przez księcia Bolesława I Wysokiego, syna księcia Władysława Wygnańca ze wspaniałym. monumentalnym gotycko-barokowym wnętrzem doskonale oddawał i wzmacniał akustyczne brzmienie Chóru stojącego w transepcie przed ołtarzem ….

Z okazji tego wielkiego, dla nas, Polaków ale też sławiącego Polskę w świecie  Święta –   repertuar obejmował pieśni polskie I polskich kompozytorów lub w ich opracowaniu.

         Koncert rozpoczęła recytacja najstarszego polskiego tekstu “Bogurodzicy Dziewicy” w wykonaniu Witalisa Nowickiego , po której Chór przypomniał  jej muzyczne brzmienie.  Napisana na pewno przed 1408 rokiem, śpiewana była na polach Grunwaldu, a jej czysto staropolski tekst  I pierwsza melodia zostały stworzone najprawdopodobniej przez córkę Mieszka II Lamberta – księżną  Gertrudę, na uroczystości koronacyjnej króla Bolesława Śmiałego w 1076 roku.

Z kolei symbolicznym dopełnieniem części inauguracyjnej była – zawsze mnie głęboko poruszająca  – napisana po łacinie, w 1253 roku –  “Gaude Mater Polonia” Wincentego z Kielc w opracowaniu Klonowica, polskiego XV-wiecznego kompozytora –  napisana na uroczystości beatyfikacyjne Świętego  Stanisława ze Szczepanowa.  Konflikt o uznawanie polskiego czy łacińskiego języka liturgicznego był podobno przyczyną tragicznej śmierci biskupa i wygnania króla.  Znamy bolesny i tragiczny dla Polski konflikt miedzy kościołem a władzą świecką. Obie wykonane pieśni symbolicznie jakby jednały Polaków  różnych poglądów.

           Ważną o ile nie najważniejszą częścią koncertu były pieśni napisane przez wybitnego polskiego kompozytora  GGG (orczyckiego) – bo tak się podpisywał, czyli  Grzegorza Gerwazego  Gorczyckiego (ok. 1665-  1734 ), kapelmistrza  katedry wawelskiej. Stanowisko to otrzymał w 1706 roku . Podobnym stanowiskiem kapelmistrza katedry w  Hanowerze, później Opery w Londynie cieszył się  Fryderyk Haendel (1685-1759) uważany  za największego narodowego  kompozytora angielskiego. Muzyka Gorczyckiego o 20 lat wyprzedza jego podobne wczesno-klasyczne utwory, niestety nie jest tak znana. Nasz polski Gorczycki może być śmiało uznawany za prekursora a Haendel za Jego naśladowcę.  Przypominają o tym Festiwale im. Grzegorza Gerwazego  Gorczyckiego w Bytomiu.

Chór śpiewał kolejno: “Ave Mundi Spes Maria”, “Omni Die Dic Mariae”, “Gaude Maria Virgo”, “In Manus Tuas Domine” I “Tota pulchra e Maria”. Przejmująco zwłaszcza zabrzmiało wysokie, wstrząsające czysto brzmiące,  solo sopranowe w wykonaniu  Małgorzaty  Maciołek. Godne i trafne uczczenie polskiego i europejskiego Święta –  polska muzyka.

             Trzecią część  rozpoczął Witalis Nowicki wierszem Juliusza Słowackiego  “Kiedy prawdziwie Polacy powstaną” z wymowną –  szczególnie dziś przejmującą   frazą : „…Polska, ale jaka?”

Ta część złożona  była z utworów późniejszych polskich kompozytorów.. Pięknie brzmiało Preludium c-moll op. 28 w  wykonaniu  godnego następcy Mieczysława Makowskiego.  Tu chyba wszyscy wspominali w duchu tego  Wielkiego Przyjaciela dr Fischbacha – kompozytora, pianistę, teoretyka muzyki i pedagoga –  który niestety odszedł do Pana w Święta  Bożego Narodzenia 2014 roku, zostawiając po sobie wiele kompozycji, aranżacji utworów które tu wymieniamy a przede wszystkim Zapamiętane Piękno Swojej Osoby. W dalszej kolejności tej części odśpiewano – przejmująco i wzniośle z niebywałą harmonią wszystkich głosów (  trzeba by tu wymienić chórzystów – ale przymusowa szczupłość tekstu jest przeszkodą ) – a więc zabrzmiało  „Largo” Fryderyka Chopina w aranżacji Makowskiego i dobrze znana „Pieśń Wieczorna” Stanisława Moniuszki z  iście anielskim solowym głosem   Małgorzaty Maciołek. Zakończeniem tej części była inna  – wesoła choć nostalgiczna-  pieśń  Moniuszki:  „Przylecieli sokołowie” z wymownym zakończeniem  dla emigrantów   –   „… rada bym polecieć  z Wami … …. lecz Ojczyzny żal” .

          Kolejną część koncertu rozpoczął Witalis Nowicki recytacją  wiersza Juliusza Słowackiego „Szli krzycząc Polska”.  Symboliczna była  w opracowaniu Makowskiego pieśń „Gdy ostatnia róża zwiędła” Ignacego Paderewskiego – przyjaciela amerykańskiego prezydenta – orędownika polskiej niepodległości-   Woodrowa Wilsona.  Następna  była jakże równie jak wszystkie inne wybrane utwory- symboliczna „Piosnka Dudziara” Adama  Mickiewicza z muzyką Ignacego Paderewskiego w opracowaniu naszego poznańskiego Feliksa Nowowiejskiego . ..

             Nawiązując do miejsca koncertu wyjątkowym akcentem na zakończenie była pieśń  „Santa Maria.” Wolfganga Amadeusza Mozarta.

.             Na prośbę publiczności – „Gaude Mater Polonia” uwieńczyła ten wspaniały koncert..

Zestawienie repertuaru, jego patriotyczna wymowa jakby  wpisały się w tym roku w apel o pojednanie Polaków, którzy niezależnie od poglądów powinni być dumni z naszej narodowej kultury i dziedzictwa historii. To tak jak w chórze, gdy jednostki o różnych poglądach i różnych głosach –  połączone i  zjednoczone muzyką – razem tworzą wspaniałą wartość , którą był ten koncert.

Cała uroczystość, piękne zabytkowe wnętrza  byłyby puste, gdyby nie chórzyści i publiczność wznosząca modły do Najwyższego z uszanowaniem każdej jednostki bez wzajemnej agresji, nienawiści, dzielenia na lepszych i gorszych  stała się niejako apelem o uszanowanie i przypominanie  Konstytucji.

 Jednocześnie myśli starych lekarzy biegły dużo dalej – by młodzi nie opuszczali tego kraju, by znajdowali tu prawdziwą europejską wolność, by mogli się szkolić zgodnie z zamiłowaniem , zdobywać specjalizacje o jakich marzą bo jak mówią – niestety brak takich możliwości często jest przyczyną wyjazdu z Polski.  Nasze wyobrażenia o prawdziwej wolności to właśnie taki kraj, nie tylko piękny przyrodą zabytkami i muzyką, ale też kraj  szczęśliwych ludzi. 

     Wszystkie wykonane w czasie tego Koncertu  utwory muzyczne oraz dobór recytowanych tekstów miały głęboką, właściwie ponadczasową  symbolikę  którą przeżywamy do tej pory . Jesteśmy ogromnie wdzięczni dr Jerzemu Fischbachowi za tę wielką lekcję patriotyzmu.  Życzymy Jemu i Chórzystom oraz Recytatorom wielu dobrych  aktywnych lat w niestrudzonym pokazywaniu prawdziwej pięknej  Polski Polakom….

Z powyższego opisu działalności artystycznej chóru i jego dyrygenta wyraźnie wynika, że muzyka – tym bardziej niosąca ze sobą ładunek patriotyzmu – jest sztuką, rozrywką, przyjemnością i lekarstwem poprawiającym funkcjonowanie ludzkiego ciała i duszy, a jej uniwersalizm przecież łączy całe narody i kultury.

A  na zupełnym marginesie warto dodać , iż opisana historia pokazuje że warto dbać o przyjaźnie – dążyć do spotkań – spełniać Marzenia nawet w snach nie wymarzone ( jak w przypadku autorów relacji) i zawsze czekać na coś Pięknego, Nowego  co na pewno nadejdzie –  a dowodem jest pojawienie się w naszym niezbyt młodym metrykalnie ale wiecznie poszukującym życiu –  dr Fischbacha i Chóru Madrygalistów –  zwykłych i jednocześnie Niezwykłych Ludzi przynoszących  Cud Muzyki.

              Leszek S. Milanowski,  Zofia Łukaszewicz – Konopielko ,  Jerzy T. Marcinkowski, 

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 8 ). Powaga i zamożność nauczycielskiego stanu i piękny festyn z ukochaną Helusią.


Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul….

                                                                              Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                                pow. Oszmiański

Mój życiorys. Część druga  spisywana od stycznia 1982 roku

 Pod koniec roku szkolnego otrzymałem pismo z inspektoratu szkolnego w Oszmianie, że  zostałem z urzędu przeniesiony z dnie pierwszego września 1932 roku do jednoklasowej szkoły w Rudni, znajdującej się o 3 km od miasteczka gminnego w Dziewieniszkach. Nie pytano mnie o zgodę na przeniesienie, bo korzystałem ze stypendium państwowego przez dwa lata w seminarium nauczycielskim w Wilnie.

Zanim się przeniosłem do nowej szkoły w Rudni, najpierw odwiedziłem ją. Podobała mi się ona. Znajdowała się o 300 metrów od stawu, na którym stał młyn z domem właściciela. Domek, w którym połowa jego była pod szkołą, wyglądał zachęcająco. Naokoło było pełno kwiatów: róż, georginii i innych. Tuż, o trzydzieści kroków od szkoły stał domek drugiego gospodarza. Właśnie z tym drugim gospodarzem umówiłem się, że będę u niego mieszkał i płacił miesięcznie 15 zł wraz z gotowaniem potraw z moich produktów.

Dwa tygodnie przed rozpoczęciem zajęć w szkole, na  gminnym koniu przewiozłem swój dobytek do nowego mieszkania- pokoju. Od kolegi- jeszcze ze szkolnej ławy w Wilnie kupiłem żelazne łóżko z siatką drewnianą i postawiłem je w swoim pokoiku. Do siedzenia gospodarz wstawił dwa taborety i zydelek z wiadrem do wody oraz stolik. Również gospodarz napełnił siana do materaca- siennika. To na razie było całe moje umeblowanie w moim mieszkaniu. Po paru tygodniach dopiero zrobiłem sobie sam etażerkę z desek młynarza i wstawiłem w kątek mieszkania. Do pokoju wchodziło się przez sień. Pokój miał trzy nieduże okienka, dwa wychodzące na ulicę- drogę prowadzącą do młyna i do miasteczka Dziewieniszek, a jedno na podwórko

      Całe wakacje szkolne spędzałem rodzinnej wsi u rodziców. Było mi u nich przyjemnie i miło. Mieszkańcy wsi nie nazywali mnie już Jaśkiem , ale „ Panem Janem”. A więc odzywali się do mnie z szacunkiem i powagą. Nie szczędzili mi wyrazów uznania i podziwu , że się pierwszy wybiłem wśród młodzieży w tutejszej gminie.

I rzeczywiście byłem pionierem nauki  w tych okolicach. Zazdrościli mi wszyscy: jak rówieśnicy, tak i starsi. Rodzice moi i całe rodzeństwo także byli dumni ze mnie i z moich sukcesów.

 W domu panowała radość i szczęście. Brat młodszy, Piotr poszedł się uczyć na krawca, a brat najmłodszy- Mateusz zaczął uczęszczać do szkoły handlowej w Smorgoniach. Siostra Anka też zgłosiła chęć pójścia na naukę na krawcową. Za naukę wyżej wymienionych obiecałem opłacać ja, który poczułem się do wdzięczności za pomoc mi w czasie moich studiów trwających sześć lat.

Czas wakacji upłynął mi na odwiedzaniu kolegów i koleżanek . Wspólnie z kolegą wizytowaliśmy koleżanki w ich domach u rodziców. Urządzaliśmy tam potańcówki. W każdą niedzielę jeździłem do swej niebogiej, kochanej Helusi ( późniejszej żony- przyp.Z.K.), która mieszkała u rodziców o 8 km od mojej miejscowości.

             Będąc u niej, ułożyliśmy plan następnego spotkania  w Wejstomie , gdzie odbywał się wielki” fest”- uroczystość kościelna. Ona przyjechała swoim wozem, najpierw do swoich krewnych  do Konstanpola, a stamtąd do kościoła znajdującego się o 7 km w Wojstomie. Ja też miałem w tej miejscowości swoich krewnych , ale od razu na uroczystość przyjechałem rowerem.

Spotkaliśmy się , oboje wniebowzięci. Pełni szczęścia , wśród tłumu ludzi spacerowaliśmy po ulicy niebrukowanej pełnie zadowolenia i dumy z siebie, że jesteśmy razem. Zauważyli nas moi koledzy też spacerujący i przyłączyli się do nas. Przedstawiłem im swoją bogdankę, jako siostrzyczkę w Chrystusie. Żartów i śmiechu było pełno. Każdy stara się czymś zaimponować mojej siostrzyczce. Po dwugodzinnym spacerze żegnamy się.

My wracamy do swojego- jej wozu. Ja proponuję – żeby pojechała ze mną na rowerze moim do swoich krewnych. Zgadza się.

Więc kupuję cukierków dla niej i dla dzieci krewnych .

Siadamy na rower i mkniemy osiem km do celu- Konstanpola. To przestrzeń niedługa, ale jechać trzeba powoli i uważnie, bo dużo ludzi maszeruje tą ścieżką do kościoła.

Mkniemy i dzwonimy.

Piesi ustępują z drogi- ścieżki- szybko z małym podskokiem i wesołym krzykiem.

Za pół godziny byliśmy już na podwórku jej stryjostwa. Obdarowaliśmy wszystkich słodyczami. Z kolej gosposia zaprosiła nas na podwieczorek. Najedliśmy się do syta smacznej babki z masłem, kiełbasą, zapiliśmy mlekiem. Resztę czasu wieczornego spędziliśmy na spacerze po sadzie pełnym gruszek, jabłek i kwiatów.

Gdy już zaczęło ciemnieć przyszliśmy na podwórko, gdzie czekał nas stryjek z pościelą do spania w stodole.

W tej ogromnej stodole na dole kopy pachnącego siana położyła się moja „ siostrzyczka” , a je ze stryjem popełzliśmy wyżej na kopę siana i tam urządziliśmy sobie spanie.

Obudziłem się i spostrzegłem, że stryja obok mnie nie ma. Głośno spytałem, czy wszyscy już wstali?

Dał się słyszeć głos ukochanej Helusi.

Popełzłem, żeby ją wyciągnąć z siana, a ona w tej chwili uciekła ze swojego gniazda i szła już do studni, by się umyć.

Ja też skierowałem swe kroki do wody, gdzie już stryjenka jej stała z ręcznikiem i zapraszała na śniadanie. Po smacznym posiłku składającym się z blinów kartoflanych- ślicznie myśmy podziękowali za wszystko i ruszyliśmy w drogę do domu.

Ona koniem, a ja rowerem obok wozu.

Za wsią Mickiewiczami na rozstajnej drodze pożegnaliśmy się , bo jej droga do domu szła w lewo, moja prowadziła w prawo.

Z wielkim żalem ucałowałem jej rączki i gorące usteczka.

Słowami: Bądź zdrowa , pomknąłem na swym błyszczącym” rumaku” – rowerze.

     W domu, w swoim pokoju nikogo nie było. Jakoś smutno mi się zrobiło i na płacz się zbierało. Czułem się tak , jak czuje się naprawdę zakochany. A byłem, byłem w takim stanie. Żeby rozwiać te uczucia rzewności, wyszedłem z mieszkania, a spostrzegłszy stojący rower pod ścianą domu , zarzuciłem nogę na siodełko i pomknąłem do leśniczówki, znajdującej się o dwa kilometry. Tam spotkałem stojącą na balkoniku dawną znajomą, córkę ( obecnie mężatkę za leśniczym) mojej pani profesor w seminarium nauczycielskim w Borunach, gdzie uczyłem się przez cztery lata. Po przywitaniu i krótkiej wymianie paru słów, pożegnałem ją, bo powiedziała, że czeka na męża z gośćmi na obiad, nie raczyła nawet zaprosić mię do mieszkania na herbatę.

To oziębłe, nieuprzejme zachowanie tej znajomej pani, było dla mnie poniżeniem, które rozżaliło mnie tak, że po powrocie do domu, do swojego pokoju , rozpłakałem się.

Brat starszy, który wszedł do mieszkania w czasie mego beczenia, podszedł do mnie i powiedział, że nie warto ronić łez.

To prędko minie, on także płakał po swojej dziewczynie, która wyszła za mąż  ….

c.d.n.       

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 7 ). Życie nauczyciela i perypetie z pierwszym rowerem :) .

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul….

                                                                              Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                                pow. Oszmiański

Mój życiorys. Część druga  spisywana od stycznia 1982 roku

Przez sześć miesięcy pracy w szkole zaoszczędziłem ponad 600 zł. Pobory moje wynosiły 165 zł miesięcznie plus 25 zł na mieszkanie. Postanowiłem wydać je na święta Wielkanocne i kupno roweru.

Za połowę tej sumy ( 300 zł) kupiłem dla mamy wełny na suknię, tacie- ubranie, bratu starszemu- buciki, 6- ciu siostrom- materiału na sukienki i dwóm braciom młodszym- materiał na koszule. Oprócz tych podarków , zakupiłem dla taty dwie paczki papierosów i parę paczek machorki. Ponadto dla wszystkich przygotowałem cukierków i obwarzanek plus butelkę wódki.

Ze wszystkimi tymi prezentami wyjechałem na święta do swojej rodziny- do rodzinnej wsi Kołpiei- do rodziców. Jechałem pociągiem ze stacji Bieniakonie do Wilna, a z Wilna do Smorgoń. Dalszą drogę tj. ze stacji Smorgonie do swego celu podróży do Kołpiei odbyłem furmanką ze starszym bratem – Michasiem.

Na przyjazd mój z niecierpliwością czekali nie tylko rodzice, siostry i trzech braci, ale i sąsiedzi. Cieszyli się wszyscy z mojego przyjazdu. A największą radość sprawiłem im prezentami , którymi ich obdzieliłem. Tato był dumny ze swego „ Jaśki” ( tak mnie nazwano). Przybyłych do mieszkania sąsiadów częstował tabaką i papierosami, a ja częstowałem cukierkami dzieciaki i wszystkich domowników.

    Pierwszy dzień Świąt Wielkiejnocy, spędziłem u rodziców, na drugi dzień wyruszyłem do swojej  ukochanej „ siostrzyczki” Helusi, która mieszkała od naszej wsi o 15 km. ( Wielka Jedyna Miłość i późniejsza żona Jana – przyp. Z.K. ). Drogę tę przebyłem sam kierując czarnym  rumakiem, wyhodowanym przez mego starszego brata Michasia. Spotkanie było radosne z niewinnymi uściskami i pocałunkami. Obdzieliłem wszystkich prezentami i cukierkami. Po uroczystym przyjęciu  grałem wszystkim na skrzypcach różne utwory wesołe i smutne. Na drugi dzień mojego pobytu w gościnie odwiedziliśmy z Helusią p.p. Piątych, małżeństwo naszych dobrych znajomych- bliskich mi  po fachu- nauczycieli. Do rodziców wróciłem w trzecim dniu. Wróciłem szczęśliwy i zadowolony.Trzy dni ostatnie spędziłem w swojej wsi. Tu spotkałem się ze swoimi rówieśnikami- kolegami ze szkoły podstawowej. Bawiłem się z nimi na ich zabawach tanecznych. Z wielkim szacunkiem odnosili się do mnie. Starsi wiekiem ode mnie zwracali się do mnie na „Pan Jan”, a nie jak przedtem „Jaśka”.

    Powrotną drogę do szkoły z gościny odbyłem tą samą trasą- koleją żelazną – ze Smorgoń przez Wilno do stacji Bieniakonie. W drodze powrotnej widziałem się z kolegami ze szkolnej ławy w seminarium . Opowiadali mi o ciężkiej pracy w swojej szkole. Ja natomiast myślałem że u mnie w szkole była zabawa nie praca. Z  11 osobową  grupką uczniów to był oddech. Chociaż musiałem łamać głowę przez kilka godzin nad przygotowaniem się do lekcji.

                        Nauka jazdy na nowym rowerze.

      Kupiłem sobie rower Wanderer w Wilnie. Przywiozłem go furmanką ze stacji do Bil- swojego miejsca pracy. Zaraz po wyładowaniu „ tej maszyny – lśniącego ładnego roweru” zabrałem się do nauki jazdy na nim.

Muszę się przyznać, że nigdy dotychczas nie miałem do czynienia z takim środkiem komunikacji. Nie umiałem nawet go prowadzić za rączki- kierownicę. Toteż naukę rozpocząłem od opanowania umiejętności chodzenia z nim, prowadząc go za rączki. A tu trzeba jeszcze dodać, że ulica w tej wiosce nie była nie tylko asfaltowana, ale nawet pełna błota. Więc  z trudem zaciągnąłem swój rower za wieś, gdzie było nieduże poletko ziemi, co prawda mające nieduże bruzdy, ale lepszego już znaleźć nie było można i na takim skrawku ziemi pchałem tam i z powrotem swój piękny rower. Z kolei w tymże samym dniu zacząłem stawiać lewą nogę na pedale i pchać do naprzód. Szło to z wielkim trudem. Zmęczyłem się i spociłem, chociaż byłem cały czas w trakcie tego ćwiczenia w jednej bluzie. Upadłem, wywróciłem się kilka razy w ciągu tej nauki. Podarłem spodnie i poszarpałem sobie ręce do krwi padając na rower. Ćwiczenie  jazdy na lewym pedale zostawiłem na następny dzień i wróciłem do swego mieszkania z wielkim apetytem na jedzenie. Zjadłem kolację i zaraz położyłem się do odpoczynku. W następnym dniu zaraz po śniadaniu udałem się na swoje „ boisko” , miejsce ćwiczeń ( jeszcze trwały ferie wielkanocne) i zacząłem przedłużać naukę jazdy. Od razu rozpędziłem rower trzymając jedną ( lewą) nogę na pedale, spróbowałem zarzucić prawą nogę za siodełko. I bęc, na młodą zieloną trawkę. Nie udało się. Spróbuję drugi, trzeci raz , wszystko mi się nie udaje, ale bez przewracania się. Zjechałem kilka razy z pochyłej grzędy na jednym pedale. Próbuję innego sposobu. Prawy pedał nastawiam pionowo. Prawą nogę przekładam przez ramę , lewą nogę stawiam na pedale i podnoszę się na rączkach kierownicy w górę, siadam na siodełku padając jednocześnie w przód całym swoim ciałem. Rower potoczył się, a ja zdążyłem prawą nogą nacisnąć na pedał najpierw prawy a później lewy. Rower się toczył.  Jeszcze raz nacisnąłem na pedały , ale straciłem równowagę i upadłem. O, jakaż była radość w mym sercu z przejechania na siodełku tych 6 metrów. Ten pierwszy sukces dodał mi ochoty do kontynuowania tej nauki. Teraz powtarzałem raz za razem ten sposób siadania na rower i za każdym razem szło mi coraz lepiej i lepiej. Przez dwa tygodnie ćwiczyłem się w tej jeździe. W końcu próbowałem jeździć po drodze suchej, którą kroczył koń, ciągnąc wóz. Ścieżką, którą chodzili ludzie  trudniej mi było jechać, gdyż wpadałem do rowu, ścieżka była  dużo węższa od dróżki zrobionej przez konia. Ciężka to była droga, ale bezpieczniejsza- rzadziej się wywracałem. Gdy opanowałem siadanie na siodełku przy pomocy unoszenia się na rękach, zacząłem ćwiczyć siadanie, stawiając lewą nogę na pedał i zarzucając prawą nogę za siodełko przy rozpędzonym rowerze. Ten sposób był o wiele trudniejszy do opanowania. Po paru tygodniach i ten przyswoiłem.

   A więc po trzech tygodniach jeździłem już dość możliwie. Pierwszą drogę na pięknym rowerze odbyłem ze swej szkoły do szkoły w Konwaliszkach znajdujących się o 3 km. Prawdę mówiąc, nie obeszła się ta jazda bez przygód. Kilka razy wywróciłem się i poszarpałem do krwi łydkę. Jednak ta przykrość nie powstrzymała mnie od następnych przejażdżek. Robiłem je niemal każdego dnia po obiedzie po lekcjach. Po miesiącu jazdy, całkowicie opanowałem jazdę na rowerze i zacząłem już odwiedzać swoich kolegów mieszkających i pracujących  w gminnym miasteczku Dziewieniszkach, położonym o 12 km od Konwaliszek. Wszędzie , gdzie się zjawiłem, moim rowerem zachwycali się koledzy i młodzież.

Po godzinach zajęć najczęściej jeździłem do Konwaliszek do księdza Brzozowskiego. Od niego dowiedziałem się, że on pracował- był księdzem w Popowcach osiedle gminy Wojstom pow. Wklejka. Ja przypomniałem , że w jego parafii przystępowałem po raz pierwszy do spowiedzi i komunii świętej.

Część wolnego czasu poświęcałem Kołu Młodzieży Wiejskiej, które założyłem w tej wsi. Z tą młodzieżą urządziłem jedno przedstawienie , na które zaprosiłem księdza i nauczyciela. Przedstawienie zakończyło się zabawą taneczną.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 6 ). Duma i radość z pracy nauczyciela

 

Pamiętnik Jana Konopielko ur. 12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia 1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul….

                                                                              Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                                pow. Oszmiański

Mój życiorys. Część druga  spisywana od stycznia 1982 roku

Od strony  31-

ROK 1982-  STYCZEŃ.

Minęło już czterdzieści cztery lata od chwili, kiedy przestałem opisywać swoje życie- swój życiorys- swoje wspomnienia. Opisałem to do momentu przyjazdu do mojej pierwszej szkoły w Bilach- Gm. Dziewiewiszki pow. Oszmiański- do filii trzyklasowej szkoły w Konwaliszkach.

      Po przyjeździe do tej szkółki kierownik macierzystej szkoły który mnie towarzyszył w drodze,  przekazał szkołę i dokumenty wraz z dziennikiem lekcyjnym.

     Jadąc już przez wieś Bile dowiedziałem się od kierownika szkoły- mojego przełożonego, że tu jest druga szkoła- szkółka litewska, a ja mam pracować w polskiej szkole.

      Odjechał kierownik do swojej szkoły, a ja ze swoim bagażem zostałem sam.

Po paru minutach zgłosił się do mnie gospodarz tego domu. On mieszkał z rodziną w drugiej części pomieszczenia. W rozmowie z nim- gospodarzem- ustaliliśmy, że będąc u nich na całodziennym stołowaniu, płacąc im po 20 zł miesięcznie. A już w tymże dniu skorzystałem z kolacji na którą mnie zaprosił gospodarz.

Pierwszą noc spędziłem – spałem w szkole na stole na materacu wypchanym sianem.

 Noc nie minęła bez wrażeń, bo myszy harcowały po ławkach i przeskakiwały przeze mnie.

     W drugim dniu pobytu w mojej nowej szkole znalazłem sobie mieszkanie, oddzielny pokój z dwoma dużymi oknami, ale bez pieca. Umówiłem się płacić gospodarzowi po 15 złotych miesięcznie, gdy postawi piec.

Wracam więc od gospodarza, gdzie mam mieszkać, do szkoły , koło której już się kręcą dzieciaki. Witam się z nimi, mówiąc i „ dzień dobry”. Mówię, że będę ich nauczycielem, że jutro mają wszystkie przyjść do szkoły o godzinie 8.00 rano. Paru chłopców większych proszę o pomoc w przenoszeniu mi rzeczy do domu, w którym będę mieszkał. Z chęcią ze mną idą i urządzam przy ich pomocy łóżko- stawiam dwie ławki drewniane obok ściany i pokrywam je deskami, których dostarczył mi właściciel tego domu. Przybijamy gwoździami i już mamy łóżko. Na to łoże kładę siennik- materac- wypchany sianem. Wyciągam prześcieradło i zaścielam- pokrywam całość , a na wierzch tego wszystkiego kładę- rozścielam koc. I już mam łóżko gotowe- posłane. Gospodarz przynosi taborety dwa i jakiś stolik.

To jest umeblowanie w moim  pokoju.

Po obiedzie odwiedzam wieś i jej okolice.

Dowiaduję się, że najbliższa stacja kolejowa jest w Bieniakoniach o 10 km odległa, znajduje się ona między stacją Lida i…..

Do szkoły macierzystej w Konwaliszkach mam 3 km.

W tychże Konwaliszkach jest Kościół Katolicki, w którym duszpasterzem jest ks. Brzozowski, mój dawny znajomy, bo pierwszą Komunię przyjmowałem z jego rąk w 1916 roku w Popowcach Gm. Wojstom pow. Wilejski. Z przyjemnymi myślami , że już jestem nauczycielem , wróciłem do swego pokoju i po spożyciu kolacji położyłem się do spania na „ madejowym łożu” i już  tu myszy  nie trwożyły mojego błogiego snu.

     W drugim dniu mojego pobytu w tej szkole nastąpiło moje I- sze spotkanie z uczniami- dwiema uczennicami i dziewięciu uczniami- chłopakami. A więc była to bardzo  mała grupka dzieciaków- tylko 11. Zapisałem ich do dziennika lekcyjnego. Podzieliłem ją na grupy. Do I-szej klasy zaklasyfikowałem 3 chłopaków , do II kl.- czterech uczniów ( dwie dziewczynki i dwóch chłopaków) i do III kl. – 4 chłopaków. I i II klasę połączyłem w jedną zmianę, która miała się uczyć od godz. 8 rano do 11, a III klasa – czterech chłopców , miała przychodzić do szkoły na drugą zmianę.

   Poinformowałem ich o podręcznikach, które mieli do nabycia. Niektórzy już mieli takie książki, a nawet zeszyty z przyborami do pisania i rysowania.

Rozmowa, którą prowadziłem z uczniami była z początku nieśmiała a dopiero następnego dnia ożywiła się i poczułem się i ja także raźniej.

Po trzech godzinach lekcyjnych puściłem dzieciaków do domu, a ja również w dobrym nastroju wracałem do swego gołego pokoiku.

                  Przygotowanie się do lekcyj.

   Nie zważając na to, że miałem bardzo mało uczniów w klasie do lekcji przygotowywałem się bardzo solidnie. Każdą jednostkę lekcyjną opracowywałem: pisałem temat lekcji, plan jej, pytania nauczyciela i odpowiedzi ucznia. Przede mną na stoliku leżały wszystkie podręczniki , których używały dzieci do nauki w szkole. Znajdował się również i program nauczania do którego coraz to zaglądałem, by lekcję ułożyć poprawnie- metodycznie.

     Opracowywałem każdą lekcję dla każdej klasy. Robiąc te konspekty pamiętałem, że będą one oceniane przez Komisję egzaminacyjną przed którą będę zdawał egzamin praktyczny po dwóch, trzech latach pracy w szkole.

Dotychczas byłem tylko nauczycielem tymczasowym , a po egzaminie praktycznym stawałem się nauczycielem stałym.

Przygotowanie do lekcyj zabierało mi dużo czasu, nieraz trzy i więcej godzin dziennie. Pracę tę wykonywałem z przyjemnością. Z przyjemnością też prowadziłem lekcje. Szczególnie lubiłem lekcje śpiewu, bo ja grałem na skrzypcach piosenki ( zaplanowane, a dzieciaki prędko je przyswoiły i z ochotą śpiewały).

    Po miesiącu pracy zapoznałem się z młodzieżą tutejszej wsi i okolicy. Założyłem tu Koło Młodzieży Wiejskiej i zorganizowałem chór młodzieżowy. Urządzaliśmy przedstawienia i zabawy, wieczorki taneczne.

Wieczorki odbywały się niemal każdej niedzieli.

Na nich sam bawiłem się- tańczyłem i uczyłem kulturalnie tańczyć młodzież.

Po dwóch miesiącach pracy nadeszły ferie zimowe. Do domu nie pojechałem na Święta Bożego Narodzenia , ale przesłałem paczkę z podarkami dla wszystkich, dla całego rodzeństwa z życzeniami świątecznymi.

Święta Bożego narodzenia spędziłem u księdza w Konwaliszkach. Z nim jeździłem końmi na sankach do kościoła o 10 km, gdzie ksiądz także odprawiał nabożeństwa. Pod koniec świąt wróciłem do domu i urządziłem choinkę dla dzieci , a dla młodzieży- zabawę.

Myślami w czasie Świąt byłem u swej ukochanej siostrzyczki- Helusi, która tak zawładnęła moją duszą i moim sercem, że nawet wszelkie pokusy nie imały się mnie przez minione prawie cztery lata (Helusia została żoną  Jana i przez kolejne ponad 50 lat wyjąwszy 12 przymusowej  rozłąki w czasie katorgi Jan poza nią świata nie widział – przyp.Z.K.) .

     Dni i miesiące mijały po Świętach szybko. Cały byłem pochłonięty pracą w szkole nad przygotowaniem do Święta 3 maja. Na zebraniu Rady Pedagogicznej postanowiono, że ja wygłoszę na placu sportowym przemówienia o 3 maju. Bez protestu przyjąłem propozycję, ale nie bez dreszczyku w sercu. Przecież ja jeszcze nie występowałem na trybunie przed publicznością.

Praca nad wystąpieniem:

  Najpierw ułożyłem plan ogólny do przerobienia, a następnie zapełniłem go materiałem- treścią ogólną. Gdy już miałem tak szkic w pamięci przystąpiłem do napisania treści szczegółowego tekstu. Nie szło to łatwo. Przekreślałem te zwroty i całe zdania. A gdy już stwierdziłem, że treść i forma jest możliwa zaczynałem czytać głośno. Wszystko to odbywało się w moim pokoiku i jak sam stwierdziłem, mój głos naruszał spokój moich gospodarzy mieszkających na drugim końcu ich domu.

     W następnym dniu uczyłem się tego przemówienia w lasku znajdującym się niedaleko od wioski. Szło to jak z kamienia- co pewien czas musiałem zaglądać do tekstu. Głos mój był dźwięczny i donośny. Słysząc to idący chłop koło lasku przestraszył się i opowiadał we wsi, że nasz „Pan” chyba zwariował, bo krzyczy i krzyczy w lasku. Ta repetycja powtarzała się przez parę dni. Chodziło mi o to, żeby to przemówienie wygłosić z pamięci bez kartki w ręku.

     Nadszedł dzień 3  maja. Przybywam z garstką swoich dzieci do Kościoła. Po nabożeństwie wychodzi tłum ludzi z kościoła i podąża w kierunku trybuny. Ja już jestem przy trybunie. Serce bije mi coraz mocniej. Koleżanki stojące obok pokpiwają  ze mnie, że się denerwuję, ale ja udaję zucha i uśmiechem odpowiadam im. Pada komenda „ Baczność” i harcerstwo śpiewa „ Jeszcze  Polska nie zginęła”. Podnoszę się na trybunę i zaczynam mówić. Setki oczu zwrócono w moim kierunku, ale ja już nikogo nie widzę. Tylko mówię i mówię raz głośniej raz ciszej , rozbrzmiewa mój głos. Wreszcie wznoszę : „ Niech żyje 3-ci maja”. Głośno powtarzają uczniowie i biją brawa. Po zakończeniu przyjmuję gratulacje od koleżanek i kolegów. Wyrażają uznanie za piękną mowę. Ksiądz przebywający w tym czasie w swoim mieszkaniu odległym o 50 m, słyszał wyraźnie moją orację i przy spotkaniu wyraził mi wyrazy uznania.

      Początek mojej kariery był na tym polu zabierania głosu publicznie bardzo udany i ośmielił mnie i często zacząłem występować z wypowiadaniem swoich zdań na konferencjach nauczycielskich.

    Ferie wielkanocne spędziłem w domu rodzinnym i u mojej Helusi…

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 5 ). Spełnione marzenie.

 Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul….

                                                                              Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                                pow. Oszmiański

Mój życiorys. Część pisana przed II wojną światową.

Po ukończeniu trzech kursów seminarium nauczycielskiego w Borunach przeniosłem się do państwowego seminarium nauczycielskiego w Wilnie. Przyczyną przeniesienia był brak w seminarium boruńskim czwartego i piątego kursu.

    W czasie wakacyj po ukończeniu trzech kursów byłem u księdza dziekana w Żupranach – prosiłem go, by się przyczynił do przedłużenia mi stypendium na okres dwóch lat pobytu w Wilnie. Moje dotychczasowe stypendium było przeznaczone tylko dla uczniów seminarium nauczycielskiego  w Borunach. Więc dlatego , że się przeniosłem do Wilna musiałem usilnie prosić swego opiekuna, by wpłynął na posiedzeniu księży o przelanie tego stypendium na seminarium w Wilnie. Prośbie mojej zadość się stało.

    W powrotnej drodze wstąpiłem jeszcze do Borun, skąd wracając, zaszedłem na no do dalekich krewnych. Ci krewni mieli 14- letnią córkę. Po spędzeniu tam całej niedzieli w towarzystwie tej absolwentki szkoły powszechnej, zakochałem się w niej- jak się to mówi- na śmierć i życie. Ona się odwzajemniała. ( została jego żoną, urodziła mu dwóch synów i była faktycznie jedyną Wielką Miłością jego życia – to moja teściowa – Piękna – Helena  z d. Wojciul – przyp. Z.K.)   

     Zakochany aż po uszy rozpoczynam naukę na czwartym kursie seminarium nauczycielskiego w Wilnie. Tu w Wilnie zrzucam z bioder pas przed przepukliną, co mnie przynosi radość życia. Muszę w tym miejscu wspomnieć jeszcze, że ta przepuklina była przeze mnie ukrywana przez cały czas pobytu w szkole. Biorąc udział w zawodach sportowych duże miałem szanse wygrany, ale ten pas, uciskający mi biodra, aż do krwi nieraz, był przyczyną moich przegranych i największym nieszczęściem w ogóle w życiu.

   Pozbycie się krępujących ciało sprężyn dawało mi swobodę ruchu i rokowało lepszą przyszłość w życiu.

    Nauka w seminarium nauczycielskim na czwartym kursie została mi przerwana na tydzień ( bo po upływie tego czasu przyszło mi odroczenie służby wojskowej do ukończenia studiów), na skutek powołania mnie do wojska celem odbycia służby wojskowej.

Tydzień w wojsku wydał mi się rokiem, bo zmartwienie moje nie miało granic, że służba wojskowa przerwała mi naukę, na ukończenie której po wojsku nie będę miał żadnych środków, gdyż stypendium już mi nie wrócą.

     Po tygodniowym pobycie w wojsku, już nawet w szkole podoficerskiej, ukończyłem kurs czwarty, piąty i zdałem maturę w 1930 roku. Pomimo nawału pracy w szkole , nie zapomniałem o swej najdroższej, do której często pisywałem listy, przepełnione słowami miłości. Miłość do swej bogdanki była dla mnie bodźcem do większego wysiłku, który miał doprowadzić do osiągnięcia celu, do ukończenia szkoły i otrzymania posady, która by zapewniła mi niezależność materialną od rodziców.

    Po maturze w miesiącu wrześniu 1930 powołano mnie do wojska do szkoły podchorążych rezerwy w Biedrusku. Początkowo myślałem zostać w wojsku na stałe, ale po pierwszym ćwiczeniu okazało się, że nie jestem zdolny do dłuższych marszów. Płaska stopa była tego powodem i z tego względu zwolniono mnie po tygodniu do domu.

    W powrotnej drodze z wojska wstąpiłem do kuratorium Okręgu Szkolnego w Wilnie i złożyłem podanie o posadę na nauczyciela z wymienianiem powiatu oszmiańskiego. Po dwu tygodniach dostałem nominację na nauczyciela w filii szkoły powszechnej w Konwaliszkach pow. Oszmiańskiego.

     W krótkim czasie przygotowałem się do wyjazdu. Zakupiłem sobie koc, dwa prześcieradła, parę- dwie zmiany bielizny w gorszym gatunku, parę skarpetek, matka zrobiła maleńką poduszeczkę i zapakowawszy to wszystko do starej taniej walizki w miesiącu listopadzie ruszyłem autobusem ze Smorgoń do inspektoratu szkolnego w Oszmianie.

    Muszę dodać, że wszystko cokolwiek w jakim sklepie brałem przed wyjazdem, brałem na kredyt – na weksle.

    Nie mogę nie pominąć w tym miejscu o wielkiej radości, jakiej doznałem po otrzymaniu posady. Jak kiedyś żegnając rodziców przed wyjazdem  do szkoły rzewnie płakałem z powodu zabierania od nich ostatnich groszy na swoje różne potrzeby, tak teraz łkałem z wielkiej radości , że nareszcie będę mógł odwdzięczyć się im za wszystko. Moją radością cieszyło się całe rodzeństwo, a więc 3 braci , jeden starszy a dwóch młodszych , 6 sióstr młodszych ode mnie.

     Mieszkańcy mojej wsi nie mogli jeszcze uwierzyć, że będę miał już posadę. Przekonali się dopiero z chwilą, gdy rodzice otrzymali ode mnie 500 zł na pokrycie długów- weksli.       Wracam do podróży  z domu do miejsca pracy. Po załatwieniu formalności w inspektoracie , i zorientowaniu się w kierunkach dalszej drogi, autobusem udałem się do m. Dziewieniszek, skąd koniem gminnym dostałem się do szkoły w Konawliszkach. Tu po rozmowie ze swoim kierownikiem szkoły na jakiejś lichej szkapinie odbyłem drogę do filii 3 klasowej szkoły w Konawliszkach- Bile.

Pamiętnik mojego Teścia – Jana Konopielko ( 4 ). Upragnione seminarium nauczycielskie.

Pamiętnik Jana Konopielko ur. 12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul….

                                                                              Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                                pow. Oszmiański

Mój życiorys. Część pisana przed II wojną światową.

      Pewnej niedzieli przypomniałem ojcu, że trzeba mi będzie za dwa tygodnie kilkadziesiąt złotych na wyjazd do seminarium. Po namyśle  odrzekł mi ojciec, że z tego seminarium nauczycielskiego nic nie będzie, że ono jest za daleko, by móc dostarczyć produktów na wyżywienie, a pieniędzy na wszystko nie będzie mógł postarać się. Poradził mi, bym wstąpił do szkoły w Borunach, gdzie uczyli się synowie znajomych  z sąsiedniej wsi.

       Nie tracąc czasu w następnym dniu wyruszyłem do jednego z wspomnianych uczniów mieszkających o osiem km od naszej wsi. Dowiedziałem się od tego ucznia, przyszłego mego przyjaciela, że ta szkoła w Borunach, to też jest państwowe seminarium nauczycielskie. Zapada decyzja przejścia do Borun. Na piechotę, jak  zawsze na bosaka, udałem się do dyrekcji seminarium nauczycielskiego w Borunach , położonych o 35 km od mojej wsi. Trafiłem tam akurat na odbywające się egzamina wstępne. Pamiętając, że z rachunków dostałem zastrzeżenie, prosiłem dyrektora by mnie zechciał przeegzaminować  ze wszystkich przedmiotów zanim sprowadzę dokumenta z seminarium święciańskiego. Lecz dyrektor  na to nie przystał, oświadczając, że mnie przyjmie do szkoły na podstawie świadectwa wydanego przez tamto seminarium, że złożyłem.

         Po powrocie do domu wyjechałem następnego dnia do Święcan, by zabrać swoje dokumanta i przedłożyć je dyrekcji seminarium w Borunach. Zbiegiem okoliczności przyjechałem właśnie w tym czasie, kiedy odbywały się egzamina dla nowowstępujacych i tych, którzy mieli zastrzeżenia z jakiegoś przedmiotu.

Nie zgłaszając się do dyrekcji po dokumenty, zasiadłem do egzaminu piśmiennego z rachunków. Skoro dowiedziałem się, zasiadłem do egzaminu piśmiennego z rachunków. Skoro dowiedziałem się, że wynik jest dodatni, zgłosiłem się do dyrekcji po dokumenty. Z dokumentami , zaświadczeniem, że egzamin na kurs wstępny złożyłem, powróciłem do domu. Z domu nazajutrz ruszyłem do Borun, gdzie ostatecznie załatwiono sprawę przyjęcia do seminarium.

Po powrocie do domu przygotowywałem się do odjazdu do szkoły. Moi i sąsiedzi śmiali się ze mnie, że idę się uczyć nie mając pieniędzy. Mówili , że po paru miesiącach wrócę do domu dalej paść krowy. Mieszkańcy mojej wsi byli ciemni, Zaledwie paru mężczyzn posiadała umiejętność czytania i pisania, którzy jakie- takie mieli wykształcenie- czterooddziałowe szkoły rosyjskiej. Nie mogli tego zrozumieć , że syna biednego chłopa przyjęto do jakiegoś tam seminarium. Powiedzenie ironiczne i dokuczanie ze strony sąsiadów i rówieśników, z którymi przez pięć lat, aż do 17 lat życia pasłem krowy, były bodźcem , który w przyszłej nauce, zmuszał  mię do wytrwania do końca.

     Dnia 1 września 1924 roku na małym i chudym koniku, zaprzężonym do długiego wozu, naładowanego kartoflami, mąką i słoniną, wyruszyłem po raz pierwszy do seminarium nauczycielskiego. W Borunach – nieduże miasteczko ( dwa sklepy, kościół i mury szkolne przylegające do tego kościoła) o 18 km do najbliższej stacji Oszmiana.

Jechałem do swej wymarzonej skarbnicy wiedzy ze łzami z radości przez cały dzień.

Skoro stanąłem u celu, produkty zdałem kucharce, łóżko drewniane zaniosłem do sypialni – internatu. A więc zamieszkałem w internacie płacąc za utrzymanie produktami.

      Pomimo, że miałem skończone tylko cztery klasy, a moi koledzy po pięć i sześć , nie ustępowałem im  w żadnym przedmiocie. A przeciwnie, w niektórych przodowałem.

       Ażeby nie ciągnąć od rodziców ostatnich groszy krwawym mozołem zapracowanych, zająłem się podcinaniem włosów kolegom, co mi dawało niezły zarobek wystarczający na drobne potrzeby szkolne. ( Nadmieniam, że w tym miasteczku nie było żadnego fryzjera).

Z wielkim wysiłkiem pracowałem umysłowo i fizycznie z myślą, że mi się uda przejść na stołowanie bezpłatne i zwolnić rodziców od comiesięcznego przywożenia produktów co powodowało w domu już po kilku miesiącach mojego pobytu w szkole niedostatki.

Marzenie moje ziściło się.

Koledzy, najpierw jednego kursu, a później i innych, wysyłali swoją delegację do dyrektora z prośbą o przyjęcie mnie, jako naprawdę niezamożnego , na stołowanie na koszt wszystkich uczniów. Władza się zgodziła na to.

Więc mniej więcej od drugiego półrocza byłem na całkowitym utrzymaniu kolegów za podcinanie włosów . Początkowo strzygłem tylko nożycami, a po paru tygodniach- maszynką, którą zakupili koledzy do tego celu. Pracy więc miałem bardzo dużo, mniej może umysłowej, niż fizycznej jaką było strzyżenie. Ze wszystkiego wywiązywałem się należycie. Dodam jeszcze, że po kilku miesiącach mojej praktyki fryzjerskiej, byłem zapraszany przez panów profesorów , dyrektora, księdza i doktora do podcinania włosów. To mi każdej soboty przynosiło parę złotych , którymi opłacałem różne składki.

     Przez rok pierwszy nauki w szkole byłem harcerzem i to harcerzem w pełnym tego słowa znaczeniu. Wszystkie przykazania spełniałem co do joty.

     W szkole nie byłem lubiany przez wszystkich kolegów. Nieraz staczałem bójkę z kolegą ze starszej klasy, gdy ten właził mi w drogę podczas moich dyżurów przy stole. Dużo było takich, którzy odnosili się do mnie zaznaczając swoją wyższość pod względem pochodzenia i lepszego ubrania.

W pierwszym roku pobytu w szkole przebywałem boso, w porciętach i bluzie ze swego płótna (samodział).

     Kurs wstępny ukończyłem z wynikiem ogólnym dobrym.

W roku następnym powiodło mi się bardzo, gdyż od II-go półrocza otrzymałem stypendium z dekanatu- od księży. Od tego czasu pilnowałem więcej nauki, niż rzemiosła produkującego mi pieniądze. Mimo to, nauka szła mi nieco trudniej. Powodem tego stanu rzeczy było prześladowanie mnie przez nauczyciela i dyrektora za to, że podczas wizytacji kuratora zawiodłem nadzieje odpowiadając z języka niemieckiego. Była to wina nauczyciela, który nie znając mnie dobrze, rzucił mi pytanie z nowej lekcji, czego przed tym nigdy nie czynił. Dyrektor prześladował mnie za śmiech, przed którym powstrzymać się nie mogłem, kiedy on się zaczął jąkać mówiąc.

     Za niedopełnione przestępstwo byłem często pytany i za najmniejsze uchybienie obelżywie karcony. Zdwajałem wysiłek w przygotowywanie się do lekcji i mimo tak ciężkiego przygnębienia duchowego zdołałem przezwyciężyć wszystko i przeszedłem na kurs drugi.

   W następnych dwóch latach wiodło mi się w nauce nieźle.

Zdołałem ukończyć drugi i trzeci kurs seminarium z wynikiem dobrym, korzystając od pierwszego aż do trzeciego kursu ze stypendium w kwocie 40 złotych miesięcznie.

      Warto wspomnieć, że drogę do domu na różne święta odbywałem na piechotę, boso w okresie letnim.

W zimie w marynarce sukiennej swego wyrobu i czapką uczniowską siedzącą na wierzchu głowy, szedłem do domu w największe mrozy i zawieruchy śnieżne.

W drodze do domu, gdy mi nogi odmawiały posłuszeństwa , nocowałem w pierwszej lepszej chałupie, odwdzięczając się za to i za danie kolacji lub śniadania, ostrzyżeniem włosów domownikom.

Drogę powrotną do szkoły często odbywałem koniem.

A nawet jednego razu po wakacjach- na byku, gdyż koń był chory.

Przyjazd mój na byku wywołał sensację wśród kolegów, a nawet i nauczycieli. Dokuczali mi tym bykiem przy każdej sposobności. Bolało mnie to, ale nie mógł mię ojciec czym innym przywieźć.

    W czasie różnych ferii z książką się nie rozstawałem. Podziwiali moją pilność nawet wieśniacy mojej wsi.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 3 ). Samotny bój o dostęp do edukacji .

Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                               pow. Oszmiański

Mój życiorys. Część pisana przed II wojną światową.

    Wiosna roku 1919 była dla mnie najprzykrzejszym okresem czasu, jaki w swoim życiu miałem. Był to okres głodu i panowania w naszej wsi choroby- krwawki ( czerwonki  ). Maluczko było zasiane u nas zboża ubiegłego roku, bo nie mieliśmy czym siać, to też i zebraliśmy niewiele. Jadłem chleb w osiemdziesięciu procentach z plewami, bo, nawet jego nam zabrakło w miesiącu czerwcu.

A więc odżywiałem się wraz – już ośmiu rodzeństwem tj. czterema braćmi i tyloma siostrami, zacieraczką na pół z plewami i trawami.

Wczesną wiosną, gdy mieszkańcy naszej wsi odkopywali jamy, do których żołnierze rosyjscy zlewali nie zjedzoną zupę- biwakując w lesie, towarzyszyłem im w tej pracy, biorąc czynny udział. 

Nie do uwierzenia – ci ludzie , po odkryciu takiej jamy pomyjnej, w której było do połowy- na metr lub więcej kaszy –  jedli ją z apetytem. Ja także , od odkryciu takiej jamy, spróbowałem ( skosztowałem) jeden raz chleba leżącego przez przeszło półtora roku w ziemi. Połknąć jednak nie zdołałem tego smakołyku dla innych . A więc wydobywałem tę tak zwaną przez nas” kaszę” nie dla siebie, ale dla świń.

Ta kasza, którą nosiłem najczęściej na plecach do domu, stała się dla mnie nieszczęściem, aż do czwartego kursu seminarium. Dźwiganie ciężarów w okresie, kiedy byłem odżywiany prawie trawą zabielaną bez chleba, spowodowało rozruszenie kanału  pachwinowego. A więc miałem przepuklinę, którą u nas na wsi nazywają „ kiłą”. Pomimo, że kryłem się z tą wadą , jednak wszyscy na wsi o tym wiedzieli i przy każdej nadarzającej się okazji nazywali mię „ kiłem” co było dla mnie największą obrazą. Za takie nazwanie mnie biłem każdego czym mogłem. Było to dla mnie prawdziwą męczarnią duchową – obcując z kolegami, rówieśnikami, którzy ironicznymi uśmiechami dawali mi do zrozumienia, że wiedzą jakim ja jestem.

Ażeby dalszemu rozruszaniu się kanału zapobiec, kupił mi ojciec w Wilnie pas, który nosiłem od 13 do 22 roku życia. Noszenie pasa krępowało mię wobec kolegów, z którymi się bawiłem i kąpałem. Będąc bez pasa, mogłem niejednego przekonać, że nie jestem takim, jakim mnie nazywają, gdyż przepuklina była niewielka i dla nie znających się na tym nie spostrzegalna. Trudno natomiast było przekonać któregoś, gdy spostrzegł , że noszę jakąś sprężynę. Ponadto ten pas po pewnym czasie stał się bardzo dokuczliwy , bo wrzynał się w mięśnie aż do krwi swoim żelazem, pozbawionym obszycia, chroniącego przed zadawaniem bólu. Nieraz z płaczem siedząc w kryjówce owijałem tę sprężynę szmatami, by się tak nie wrzynała w ciało. A ileż zabiegów musiałem przedsiębrać przy rozbieraniu się do naga, by nie dać poznać, że jestem z tą wadą.

       Będąc w takim stanie, nawiedziła mnie krwawa ( czerwonka), na którą nawiasem mówiąc chorowała cała wieś. Ta choroba, która trzymała mnie w swoich kleszczach przez przeszło dwa tygodnie, przyczyniła się jeszcze więcej do rozszerzenia kanału pachwinowego.

      Po powrocie do zdrowia nie miałem szczęścia do odpoczynku i wzmocnienia się na siłach. Musiałem zająć się pracą, którą wykonywała matka, gdyż ona- matka zapadła obłożnie na zdrowiu. Rolę gospodyni domu pełniłem od maja do późnej jesieni. Rola ta przypadła mi dlatego, że najwięcej wśród rodzeństwa wykazywałem zdolności do tej pracy. Ojciec mój nie potrafił sobie nawet słoniny rozkraszyć, a brat starszy odziedziczył właśnie cechy ojca w tej dziedzinie.

Praca moja przy kuchni ograniczała się do pieczenia blinów i gotowania prymitywnych potraw, jak kapuśniaka, kartoflanki i samych kartofli. Pomocnikami w tej pracy były małe siostry. Pełnienia obowiązków gospodyni, gdy nosiłem pas od przepukliny, było dla mnie męczarnią.

Ponadto byłem przez cały czas choroby matki pod wrażeniem, że ona może lada dzień umrzeć. Nie było w ciągu całego miesiąca prawie jednego dnia w któryby nie pogrzebano kogoś z niedawno zapadłych na zdrowiu.

Po skończonej pracy w kuchni siadałem na framudze okiennej i przyglądałem się zaledwie poruszającym się osobom o spuchniętych nogach, rękach i twarzy od głodu. Widziałem niejednego nieboszczyka, wiezionego na pobliski cmentarz i postępujących za nim paru osób, podobnych raczej do bałwanów ( z powodu opuchlizny)  , niż do ludzi. Te kondukty żałobne posuwające się co pewien krótki czas napawały mnie strachem, że moja matka też za niedługo odejdzie w zaświaty.

    Życie więc było istną męczarnią duchową i cielesną. Pociecha znikąd nie nadchodziła. Karmiłem młodsze rodzeństwo kartoflami oblanymi rzewnymi łzami z powodu wielkiego nieszczęścia. W takim stanie zdrowia i niepewności przeżyłem trzy miesiące.

    Skoro matka wracała do zdrowia, u mnie wracała energia do życia. Gdy wreszcie matka objęła swoje obowiązki przy kuchni, zdawało się, że wróciłem z piekła do nieba.

Czułem się naprawdę szczęśliwym dzieckiem. Wszystko się teraz do mnie uśmiechało.

I gdyby nie ten pas krępujący moje ciało i ruchy, byłbym dzieckiem szczęśliwym nadal przy boku matki. Ale wrzynanie się pasa w ciało, odbierało mi chęć do życia. Po roku życia w takim stanie przyzwyczaiłem  do takiego trybu życia. Przy cięższych pracach starałem się wyręczyć bratem lub ojcem. Zajęciem moim w 13, 14, piętnastym roku życia było odpasywanie kolejki za krowy, jeżdżenie na „ nocleg”( pasanie krów w nocy) i pomoc rodzicom przy uprawie roli.

       Tak upływają mi dni wiosną, latem i jesienią. Zimą pomagam ojcu młócić, karmić trzodę i krowy, rżnąć sieczkę , a wieczorami chodzę na wieś do rówieśników lub starszych chłopców, z którymi gram w karty na pieniądze albo bez pieniędzy.

       W 15 roku życia zacząłem myśleć o nauczeniu się jakiegokolwiek rzemiosła, bo pracy na roli i przy gospodarce nienawidziłem. Może i dlatego, ze byłem z pasem na biodrach, który mi mocno dokuczał przy każdej pracy wymagającej ruchu nóg i bioder.

Faktem było, że starszy brat cieszył się z dużej ilości zboża w stodole, ja wzdychałem patrząc na nie, bo wiedziałem, że trzeba będzie młócić cepami przez kilka tygodni.

       Jak mogłem, tak się wykręcałem od pracy potrzebującej dużego wysiłku z mojej strony. Ale pokazać ojcu, który pędził mnie do pracy, bez względu na mój stan zdrowia, że nie próżnuję , robiłem buty drewniane, wiązałem pantofle z powrozików, obszywałem różne sukmany i chodaki. Ta praca dawała mi zadowolenie, bo po jej dobrym wykonaniu zawsze dostawałem pochwałę od kogoś. Z największym umiłowaniem  wyplatałem koszyki pasąc czy to krowy , czy też konie. Wszystkie te prace wykonywałem co prawda z chęcią, ale nie dawały one mi nic na przyszłość. Zdawałem sobie sprawę, że rolnikiem nie zostanę. Po pierwsze dlatego, że ziemi miał ojciec mało- 4 ha, a po drugie jak już wspomniałem, nie lubiłem tej pracy.

     Rozpocząłem więc w 15 roku życia uczyć się u szewca, u jednego z szewców będących w mojej wsi. Chwalił mię majster za moją pilność i pojętność. Za parę miesięcy nauczyłem się zelować buty i nakładać łaty na nie. Po okresie zimowym nauka została przerwana na czas prac wiosennych i letnich.

     W tymże roku w jesieni została założona szkoła polska w naszej wsi. Otóż na prośbę moją oddał mnie ojciec do szkoły, która mieściła się w naszym domu. Przyjął mnie nauczyciel- były sierżant wojsk polskich – do drugiej klasy. Uczyłem się bardzo pilnie i wykazywałem bardzo dobre postępy w nauce. Jakimś prawem przesadził mnie nauczyciel z  klasy drugiej do trzeciej po czterech miesiącach nauki. I w tej klasie dawałem sobie radę. A więc w ciągu jednego roku szkolnego ukończyłem dwie klasy. W następnym roku uczęszczałem do klasy czwartej , mając już szesnaście lat. Byłem w tej klasie jednym z najlepszych uczniów, jeśli chodzi o opanowanie materiału.

Ojciec, który początkowo zaganiał mnie do pracy, odrywając od książki, w czwartej klasie już zachęcał do nauki. Ba, nawet prosił nauczyciela, by ten uczył mnie jeszcze po lekcjach. A więc przez prawie miesiąc pobierałem naukę dodatkowo, by być lepiej przygotowanym do wstąpienia do gimnazjum lub innej jakiejś szkoły. Nauczyciel mój miał się zająć doprowadzeniem mnie do egzaminu i ulokowaniem w jakiejś szkole. Po ukończeniu czterech klas szkoły powszechnej z wynikiem bardzo dobrym czekałem przez całe wakacje na swego pana, który, odjeżdżając na wakacje, obiecał przyjechać po mnie i zawieść do średniej szkoły.      Wakacje minęły i rozpoczął się rok szkolny 1923/24, a ja pozostałem w domu ze swymi marzeniami, bo” pan „zapomniał o obietnicy.

Gdy nadchodził początek roku szkolnego, prosiłem ojca, by się dowiedział, do jakiej szkoły można wstąpić, ale ten zajęty pracą i nie znający się na tych sprawach , zbywał mnie powiedzeniem :„  jak chcesz się uczyć, to idź, szukaj szkoły”- mówił po białorusku. Z bólem w sercu i łzami w oczach pasłem to krowy to konie i myślałem, czymże ja jestem gorszy od tych, którzy się uczą. Mocno zazdrościłem uczniom, którzy w różne święta wracali skądś w mundurkach do domu koło naszej wsi, a ja musiałem paść trzodę.

    Prosiłem Boga cichutko, by mi przyszedł z pomocą w urzeczywistnieniu marzeń- wstąpienia do szkoły średniej. Ani prośba do Boga ani też płacz, którym chciałem zmusić ojca do poszukania dla mnie szkoły, nic mi nie dały. Musiałem szukać sam czegoś. Było mi bardzo trudno, bo nie miałem nikogo znajomego, kto by mnie poinformował o bliskich szkołach średnich- o warunkach przyjęcia.

Sam byłem jeszcze za mało rozwinięty. Oprócz wsi własnej i pobliskiego miasteczka nie widziałem większych osiedli. Prawda, pociągiem jeździłem parę razy, gdy miałem jeszcze osiem lat. Mimo to, rozpocząłem sam poszukiwania.

      Któregoś dnia jesiennego- pewnie w niedzielę , gdyż w powszednim dniu nie miałem czasu, wybrałem się do pobliskiego miasteczka- Smorgoń- do księdza, z prośbą o poradę, gdzie znajdują się jakie szkoły, i jak się  dostać do którejś z nich. Dobra dusza ksiądz wskazał mi seminarium w Święcianach, które miało powstać dopiero. Mało tego. Poprosił w moim imieniu organistę , by ten się zwrócił z zapytaniem piśmiennie o warunkach przyjęcia. Poszedł więc list do dyrekcji nowo- powstającego seminarium nauczycielskiego. Ja z radością wprost nie do opisania wróciłem do domu i z biciem serca czekałem odpowiedzi. A gdy ta szybko nie nadchodziła, niecierpliwiłem się mocno i każdej niedzieli przez miesiąc chodziłem do organisty z zapytaniem, czy już nie nadeszła odpowiedź. W czwartą niedzielę powiedział mi organista, że  odpowiedź nadeszła na mój list i że nie jest ona wesoła, gdyż  seminarium w tym roku nie założono jeszcze, a ma ono powstać prawdopodobnie w następnym roku szkolnym. Było to dla mnie strasznym ciosem, ale nie traciłem nadziei, że mi się uda kiedyś osiągnąć mój cel.

    Na razie, gdy nadeszła zima, wybłagałem ojca, by mnie oddał do szewca do Smorgoń. Nie z tą myślą szedłem do szewca, by się nauczyć szyć buty, ale, żeby być blisko gminy. Zapoznać się z urzędnikami w gminie i później poprosić ich przyjęcie mnie na jakiegoś pracownika w biurze. Miałem o sobie zdanie, że potrafię ładnie pisać i załatwiać niektóre sprawy.

      Marzenie moje o wstąpieniu do gminy na pracownika spełzły na niczym.

       Praca u szewca nie zadawalała mnie, jednak przetrwałem przy tym warsztacie całą zimę. Z chwilą wiosny porzuciłem swego majstra i rozpocząłem szukać szkoły.

       Pewnej niedzieli pojechałem po raz pierwszy do Wilna ze znajomą przekupką z myślą, że mi się uda zapisać do jakiejś szkoły. ( Muszę wspomnieć, że jechałem bez zezwolenia rodziców. Pieniędzy na podróż nakradłem od krewniaka, który mieszkając u nas handlował krowami) . Gdy moja towarzyszka podróży sprzedawała swój towar, ja udałem się na poszukiwanie szkoły. Spotkałem jakiegoś chłopaka na wąskiej ulicy i zapytałem go szkołę średnią. Wyjaśniłem mu moją wielką chęć wstąpienia do szkoły i uczenia się. Chłopiec- do posług- zrozumiał mnie i zaprowadził do jakiegoś dużego gmachu, gdzie uczyli się klerycy. Długo tam czekałem i nie doczekałem się na przybycie przełożonego tego seminarium duchownego. Cudem jakimś wróciłem do swojej towarzyszki, bo wychodząc z kamienicy na ulicę naprawdę nie wiedziałem, którędy mam iść.

       Nie wskórawszy nic musiałem wracać do domu. Za posiadane pieniądze , a noszone w czapce pod podszewką, kupiłem pięć butelek półlitrowych wódki na sprzedaż. Z wódką zawiniętą  w chustki, w których miałem chleb na drogę, wróciłem do domu w nocy.

    Na pytanie rodziców, gdzie byłem tak długo, powiedziałem prawdę. Rodzice byliby nie uwierzyli, gdyby nie dowód- wódka.

     Przywiezioną wódkę prędko sprzedałem, zarabiając sto procent. Taki wielki zysk zachęcił mnie do powtórnego wyjazdu do Wilna po wspomniany napój. Tym razem zakupiłem już 10 półlitrówek i po przywiezieniu szczęśliwym udało mi się również prędko rozprzedać i zarobić nie mniej niż poprzednio. Ale ku mojemu utrapieniu nastąpiła dewaluacja marki polskiej. Za skarb swój mogłem kupić już tylko pięć butelek półlitrowych wódki. Jeszcze przywoziłem kilka razy wódkę z Wilna. Ale, gdy przekonałem się, że nie mam z tego handlu żadnego zysku , a przeciwnie ponoszę straty, zarzuciłem to zajęci, pozostając z bardzo małą ilością gotówki.

   Znowu wróciłem myślami do wstąpienia do szkoły. Ale, gdy przyszedłem do przekonania, że nie uda mi się to, postanowiłem zapisać się do wojska na ochotnika.

    Pewnej niedzieli letniej, a może powszedniego dnia, wybrałem się do Urzędu Gminnego znajdującego się o 12 km od mojej wsi z myślą zapisania się na ochotnika do wojska. Tam dowiedziałem się , że jeszcze nie czas na zapisywanie się na ochotnika.

Żona sekretarza- nauczycielka tamtejszej szkoły powszechnej , zaczęła mnie wypytywać skąd jestem i co mię skłania do tak wczesnego pójścia do wojska. Wytłumaczyłem jej swoje powody. Ona mi poradziła bym lepiej wstąpił do seminarium nauczycielskiego, które powstaje dopiero w Święcanach. Ta kochana pani obiecała pomóc mi do wstąpienia do tego seminarium.

   Po powrocie do domu opowiedziałem to ojcu i następnego dnia z dwuzłotówką w chusteczce od nosa poszedłem na bosaka po metrykę do księdza w Smorgoniach. Ponieważ metryki mojej nie było w tej parafii, więc bez odpoczynku udałem się do księdza w Doniuszewie, położonego o piętnaście kilometrów od Smorgoń, a od mojej wsi o 10 km. Głodny i zmęczony do ostatka, z bólem nogi od przebicia kolczastym drutem, bo szedłem na bosaka, wróciłem z metryką do domu.  Nazajutrz, skoro świt, poniosłem dokumenty potrzebne do podania dla p. nauczycielki, mieszkającej o 12 km od mojej wsi, która to pani zawiozła moje podania do dyrekcji państwowego seminarium nauczycielskiego.

      Działo się to wszystko tuż przed wakacjami. Powróciwszy do siebie od wspomnianej pani nauczycielki zapadłem na zdrowiu i musiałem leżeć w łóżku niemal przez cały tydzień. Przyczyną choroby było nadwerężenie przebitej przez drut nogi.

      Z chwilą, gdy ból w pachwinie się zmniejszył i guzy zaczęły maleć, udałem się do swojej pani nauczycielki , by się dowiedzieć, jak stoją sprawy mego przyjęcia do seminarium nauczycielskiego. Gdy moja opiekunka zobaczyła mnie u siebie, mocno się zdziwiła , że nie jestem w tej chwili na egzaminach wstępnych, które właśnie w tych dniach się odbywały.

Wiadomość ta , że jestem dopuszczony do egzaminu na kurs wstępny z jednej strony ucieszyła mnie, a z drugiej zmartwiła, że może być już za późno. Podziękowałem swej opiekunce jak umiałem, złożyłem jej podarunek pod postacią kawałka- jakie 1/3 kg słoniny, wziętej bez wiedzy rodziców i spiesznie wróciłem do domu z radością w sercu.

Tu spotkała mnie kara za oderżnięty kawał słoniny. Ojciec uderzył mnie tak mocno kawałkiem słoniny, że zaprzysiągłem zemstę.

Kiedy rozgniewany ojciec uspokoił się, opowiedziałem mu, że jutro muszę jechać do Święcian na egzaminy i nie mam na drogę pieniędzy. Początkowo nie chciał temu wszystkiemu wierzyć, ale, gdy wytłumaczyłem mu i przekonałem go, poskrobał się po głowie i zaczął medytować. Umyślił sprzedać niedużego i ostatniego wieprzka na moje potrzeby. Dopiero na drugi dzień po sprzedaniu prosiaka dał mi ojciec tyle gotówki, ile było trzeba na bilet, z czym wyruszyłem sam jeden do Święcian.

     Z kawałkiem chleba razowego i odrobiną słoniny w torbie ruszyłem do wspomnianego seminarium. Pomimo, że nie byłem w tym miasteczku nigdy i nie wiedziałem nawet dobrze, gdzie robić przesiadkę, wyruszyłem we wspomnianą drogę, licząc na to, że się dowiem wszystkiego od pasażerów. Tak się też i stało.

Kupując bilet na pierwszej stacji podsłuchałem rozmowę pewnej pary młodych, którzy wspominali miasteczko Święciany – cel mojej drogi. W wagonie dowiedziałem się od tych państwa, że jadą do Święcian. Więc pilnowałem się tej pary przy przesiadkach i dzięki jej przyjechałem do miejsca przeznaczenia.

Miałem tu też niemały kłopot z noclegiem- nie wiedziałem, gdzie można przenocować. Na szczęście trafił mi się jakiś Żydek, który też poszukiwał noclegu. Z tym Żydkiem zaszedłem do jakiejś piwiarni i na jednym tapczanie po jedną kołdrą- kocem- przespałem noc.

Nazajutrz bez  posiłku udałem się do seminarium nauczycielskiego. Długo szukałem samego lokalu, a jeszcze dłużej kancelarii. Nareszcie znalazłem się w kancelarii i wyjaśniłem swój cel przybycia.

Krótko mi oświadczyli, że już są egzamina skończone i będę mógł składać je dopiero w jesieni. Było to dla mnie gorsze, niż uderzenie obuchem w głowę. Wiedziałem, że gdy teraz nie zostanę przyjęty, ojciec nie puści mnie- nie da pieniędzy, na wyjazd w jesieni. Z drugiej strony bałem się szyderstw mieszkańców mojej wsi, którzy nie wierzyli, że syna chłopa mogą przyjąć do szkoły średniej.

      Postanowiłem po krótkim namyśle pójść do samego dyrektora i błagać- by mnie przyjął. Odnajduję dyrektora we własnym mieszkaniu, i z płaczem tłumaczę mu, że nie przyjęcie mnie teraz do szkoły, zmusi do dalszej męczarni w domu.

Na pytanie dyrektora, czy będę chciał się uczyć przez sześć lat, z uniesieniem oświadczyłem, że choćby i przez 20 lat.

Gdy dyrektor przekonywał mnie, że przyjmie mnie w jesieni, jeśli zdam egzamina, rzuciłem mu się do całowania rąk z płaczem i błaganiem, by jednak rozstrzygnął tę sprawę. Uległ dyrektor mojej rozpaczliwej prośbie i wydał polecenie podwładnym mu nauczycielom , by przeegzaminowali mnie. Egzamin  na kurs wstępny złożyłem ze wszystkich przedmiotów z wynikiem pomyślnym, z wyjątkiem rachunków, które teoretycznie znałem bardzo dobrze, ale jak przyszło się wytłumaczyć , jak to działanie zrobiłem, nie potrafiłem tego wyjaśnić. Rezultat- przyjęty zostałem zastrzeżeniem z rachunków- z których miałem składać jeszcze egzamin w jesieni.

     Muszę zaznaczyć, że do egzaminu zupełnie się nie przygotowywałem i że składałem go po rocznej przerwie po ukończeniu czterech oddziałów.

        Wakacje po egzaminie upłynęły mi na marzeniach o szkole, jak będę się uczył, czy dam sobie radę, skąd wezmę pieniądze na utrzymanie, gdy ojciec ich nie ma. Nieraz całą noc spędziłem nad rozmyślaniem- będąc na noclegu. Były to myśli miłe i zarazem przykre, że po rozpoczęciu nauki, jeśli nie wykażę się dobrymi postępami, nie dadzą mi zapomogi i będę zmuszony przerwać swe studia. Z góry przysięgałem sobie w duchu , że muszę być jednym z najlepszych uczniów tak jak byłe w szkole powszechnej.

    Wakacje dobiegały końca.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 2 ). Czas Pierwszej Wojny Światowej.

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie . Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony- Heleny z d. Wojciul….

                                                                              Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                                pow. Oszmiański

Mój życiorys. Pierwsza Wojna Światowa ( spisane przed II wojną).

    W jesieni , gdy już toczy się walka na zachodzie i południu, dowiaduję się i ja o tej wojnie z ust starszych gospodarzy. Mam 8 lat.

Myśląc, że wojna nazajutrz będzie u nas, rozdaję kolegom jabłka uzbierane w nocy w ogrodzie sąsiada.

W kilka dni po tym fakcie zobaczyłam na własne oczy żołnierzy niemieckich konnych. Był to wywiad. Wieczorem tego dnia najechało konnicy niemieckiej moc! Leżąc pod kożuchem trząsłem się jak osika i ukradkiem spoglądałem jednym okiem, jak chodzili po naszej chacie, w czapkach stalowych.

 Nazajutrz, gdy wojsko opuściło wieś, udałem się z rodzicami na wozie, pełnym różnych, najpotrzebniejszych gratów, do pobliskiego lasu, gdzie wykopał ojciec jamę , przykrył ją chrustem i ulokował nas w niej. Ponieważ zabranego jedzenia prędko nam zabrakło , gdyż było nas tylko samych dzieci pięcioro, a do tego rodzice i babka, więc ja z matką, babką poszedłem do wsi, aby coś wziąć do jedzenia. Pozwolono nam wyjść z lasu ale, gdyśmy wracali, żołnierz niemiecki na koniu dopędził nas i kazał pod karą śmierci wracać do swojej chaty we wsi. Zły na Niemca wracałem z babka do niedawno opuszczonej chaty, bo matka, gdy Niemiec trochę odjechał  umknęła do lasu.

Wróciłem do swojego okopu z babką wieczorem. Siedzieliśmy w tym lesie  przez miesiąc. Po oswojeniu się z hukiem i gwizdami strzałów, często wychodziłem z lasu na pole po kartofle nie zważając, że na tym polu była pierwsza linia okopów niemieckich. W lesie widywałem żołnierzy rosyjskich – kozaków, którzy wypytywali mnie , gdzie się znajdują wojska niemieckie.

    Po miesięcznym pobycie w jamie wykopanej w  lesie udaliśmy się do krewnych, mieszkających o 10 km od nas. Zabrał nas czworo ojciec na wóz, pozostawiając tylko do pilnowania dobytku babkę i starszego brata. Jadąc gościńcem nie widziałem żadnego Niemca. Gdy dotarliśmy do celu, byliśmy szczęśliwi.

Ale trwało to niedługo bo oto po paru godzinach najechało dużo wojska do tej małej wioseczki. Nie było i tu schronu. Nie czekając długo, wracamy do swojej kryjówki leśnej. Lecz jazda była już trudniejsza bo oto, co kilka kilometrów przebytych, żołnierze- strażnicy niemieccy robili rewizję w naszym wozie, poszukując szpiegów. Z trudem dotarliśmy do lasu, przed którym stała wioseczka, będąca pierwszą linią okopów niemieckich.

Do lasu straż niemiecka nie wpuściła nas. Próbował ojciec jeszcze przedrzeć się krzakami na koniu, ale gdy tylko zawrócił z gościńca i zatrzaskały gałęzie, zatrajkotał karabin maszynowy, zmuszając do odwrotu.

Wracamy z gościńca do wioski, by przenocować u znajomych. Po chwili przekonujemy się , że we wsi nie ma żywej duszy. Ojciec szuka dalej, a ja pilnuję konia. Wreszcie znajdujemy znajomych i nocujemy tam, śpią jedno na drugim, gdyż zwykła jama, nakryta deskami. Była bardzo mała.

Nazajutrz byłem świadkiem ataku wojsk rosyjskich na niemieckie. Armaty rosyjskie bez ustanku od rana do ciemna grzmiały. Pociski na szczęście przelatywały nad nami i spadały na chaty , zapalając wieś. Przez otwór założony poduszkami staczały się tylko kule ołowiane , któremi bawiłem małe siostrzyczki, by zapomniały o wodzie, której się domagały, a o którą było tak trudno. Koń nasz, który był mocno przywiązany do wozu, dłuższy czas rzucał się jak szalony, aż wreszcie  Niemiec porżnął  powróz i uwolnił go od tej straszliwej męki.

Ogniem armatnim zmusili Rosjanie Niemców do cofnięcia się. Niemcy odstępując sami, zmuszali i ludność cywilną do cofania się. Dużo jej- ludności- popędzili do przodu , ale my , pomimo, że nas także zmuszali nie ruszyliśmy się z miejsca, bo za małe były dzieci.

Z chwilą, gdy ściemniało posłyszałem krzyki : ura, ura! Wojsko rosyjskie było do ataku. Niedługo byli przy naszych i w naszych okopach, poszukiwali Niemców. Widziałem po wyjściu z okopu, jak zabierano rannych i zabitych, słyszałem ich jęki.

       Tego samego wieczora wróciliśmy na piechotę do swoich okopów, czyli do jamy  w lesie. Nie zastaliśmy tam nikogo, więc udaliśmy się do swojej wsi, w której jak się później przekonaliśmy, stał już obóz wojsk rosyjskich

       Zaledwie tydzień minął, i już znowu musiałem uciekać z rodzicami do lasu, bo wojska niemieckie posunęły się w kierunku naszej wsi i mogły z łatwością  pociskami armatnimi zasypać ją.

Byłem tu świadkiem, jak wojska rosyjskie ( tabor) uciekało na łeb na szyję z naszej wioski do lasu.

 Ja z ojcem, pędząc świnie przed sobą szedłem do lasu dość spokojnie przyglądając się z furią uciekającym żołnierzom.

Od tego czasu już nie wróciłem z rodzicami do swojego domu. Byłem jeszcze raz sam jeden i widziałem dziury w ścianach od pocisków armatnich i pocisk leżący na środku mieszkania. Jeszcze od czasu do czasu wychodziłem z lasu na pole, by nakopać ziemniaków i popatrzeć na swą ukochaną wieś .

Przebywając w lesie przez kilka tygodni bez dostatecznej ilości żywności , niemal codziennie chodziłem do żołnierzy rosyjskich po chleb, którym karmiłem całą rodzinę. 

Jednego razu o mało nie przekroczyłem pasa neutralnego i nie przedostałem się na stronę niemiecką. Czujka, znajdująca się blisko okopów niemieckich zatrzymała mię i pod groźbą kary śmierci kazała mi więcej się nie pokazywać. Chociaż głód parł mię do żołnierzy, ale strach przed śmiercią pohamował mnie.

Nie mając czego jeść i odczuwając dotkliwie dokuczliwe zmiany jesiennej słoty, wyjechaliśmy do Konstanpola , siedziby stryja, który z całą rodziną został wygnany do Niemiec. W Konstanpolu , znajdującym się o 10 km od naszej wsi i o sześć km od pierwszej linii okopów niemieckich, przeżyłem z rodzicami cztery lata.

Z tego trzy lata spędziłem w otoczeniu żołnierzy rosyjskich, którzy w naszej chacie mieli odpoczynek po 1 tygodniowym lub dwutygodniowym pobycie w okopach na pierwszej linii. Oni to byli pierwszymi moimi nauczycielami śpiewu i gry w karty. Pamiętam do dziś dnia niektóre piosenki przez nich śpiewane. Umiejętności gry w oczko na pieniądze i innych bez pieniędzy nauczyłem się od nich, stojąc u nich za plecami, gdy grali. Nieraz do północy śledziłem ich ruchy z kartami i nikt mi tej przyjemności nie przerwał, gdyż całe rodzeństwo spało. Tak upływały mi wieczory zimowe.

 Dnie spędzałem na grze w karty- w zapałki z kolegami i na zbieraniu chleba wśród żołnierzy dla swojego rodzeństwa. Żołnierze , litując się nade mną, dawali mi nie  tylko chleb, ale i cukier, pieniądze. Dlatego też chętnie odwiedzałem swoich chlebodawców- żywicieli, ale każdego dnia innych. Na takim zajęciu upłynęła pierwsza zima w domu stryja.

     Huk armat, trajkot karabinów maszynowy i gwizd bomb spadających z samolotów , początkowo mię  przerażały, ale po trzech miesiącach oswoiłem się z tym wszystkim i traktowałem to jako zwykłą rzecz, która nie robiła silniejszego wrażenia. Nieraz, to było wiosną, gdy spadnie pocisk armatni na ziemie i jeszcze z miejsca jego zarycia się unosi się dym, ja już oglądam jego ślady.

     Wiosną roku 1915 po raz pierwszy poznałem zapach gazu duszącego, puszczonego przez Niemców. Nie uległem jego szkodliwemu działaniu, bo był on już słaby zanim przepłynął przestrzeń sześciokilometrową.

Wiosna wspomnianego roku upłynęła mi na pasaniu na powrozie jedynej krowy i noszeniu chleba od żołnierzy.

W chwilach wolnych od tych zajęć grałem ze starszymi i rówieśnikami w karty na pieniądze, które zdobywałem- kradłem od ojca z pudełka, do którego ten składał po otrzymaniu od żołnierzy za biały chleb lub papierosy rozsprzedane.  Drugim źródłem dochodu były jałmużny od oficerów i podoficerów w gotówce- w kopiejkach. W grze byłem zawsze oszukiwany pomimo, że umiałem grać.

      Dzięki grze w oczko nauczyłem się liczyć do 25- i  wykonywania działań dodawania i odejmowania w pamięci.

Tegoż roku w lecie ojciec powierzył mi funkcję sprzedawania chleba białego żołnierzom w ich koszarach. Co drugi dzień z bratem starszym nosiłem chleb- piróg- do okopów i tam rozprzedawałem i odważając na ręcznej wadze żądane porcje. Po rozprzedaniu białego chleba szedłem z bratem do innego oddziału żołnierzy i prosiłem o pieniądze i cukier. Bardzo rzadko wracałem z pustymi kieszeniami i brakiem supełka w chusteczce do nosa , który to supełek oznaczał, że pieniądze są. Chleba razowego, którym żołnierze obdzielali mnie, często nie brałem, za co łajali ( rugali) mię żołnierze. Na takich zajęciach mija mi rok 1915. Mam 9 lat.

     W roku 1916 wiosną wyjechałem z ojcem do Krasnego- na linii Mołodeczno- Mińsk, gdzie zamierzał ojciec zostawić mię w ochronce polskiej dla dzieci  wygnańców.  Byłem w tej ochronce przez dwa dni, a na trzeci, rozbeczałem się tak mocno, że ojciec zabrał mnie z powrotem do domu.

     Po pewnym czasie odjechałem wraz z kolegami z tej wsi pod opieką jednego z ich ojców do ochronki także polskiej w Radoszkowicach. Tu przebyłem około trzech tygodni.

Po raz pierwszy posłyszałem mowę polską, która mi się bardzo podobała. Starałem się łamać swój język białoruski, mówiąc po polsku. Nauczyłem się tu kilku liter łacińskich pisać, poznałem parę gier w piłkę, i zapamiętałem parę bajek. Gdyby nie dokuczał w tym zakładzie brak jedzenia, byłbym z pewnością dłużej w tej szkole.

    Muszę nadmienić, że z powodu słabego odżywiania nas, ja byłem zmuszony do wynalezienia sposobu zaspokojenia głodu. Otóż gdy wszystko bractwo posnęło w pokoju i kucharki już chrapały w kuchni, szedłem po zdobycz- po razowy chleb na kuchnię. Każda nocna wycieczka była udana, a żołądek na całą dobę zaspokojony. W tymże samym miasteczku na współkę z kolegami kradłem od Żydów słodycze, że kraść od Żyda nie jest grzechem.

    Po powrocie z ochronki uczęszczałem do niedawno założonej szkoły rosyjskiej , znajdującej się o 3 km od mojej wsi w miejscowości Macewicze- gmina Wojstom pow. Wilejski. W szkole tej było prowadzone dożywianie dzieci wygnańców. Więc, jako wygnaniec także otrzymywałem obiad, składający się z dobrej zupy i jeszcze lepszego drugiego dania. Ponieważ przy tej szkole prowadzony był niewielki internat dla dzieci z dalszych miejscowości, więc dawano tu i śniadanie, na które ja mocno starałem się zdążyć, gdyż był na nim pieróg i słodka herbata.

      Nauka w szkole szła mi łatwo, gdyż dużo liter już znałem, a z rachunków więcej umiałem niż  trzeba było umieć  w klasie pierwszej. Dlatego też po paru tygodniach prowadziła mnie nauczycielka ( nauczycielek było trzy) do klasy drugiej. A gdy nie dawałem rady z czytaniem w kl. II, postanowiła nauczycielka tak, że czytać będę z klasą I-szą a rachować z II-gą. Tam nauczycielka prowadziła dwie klasy. Do szkoły uczęszczałem przez dwa lata i skończyłem dwie klasy.

Z chwilą wybuchu rewolucji w Rosji zamknięto tę szkołę.

W tym samym budynku po kilku tygodniach  zorganizowano szkołę polską, do której chodziłem większą chęcią niż do rosyjskiej, pomijając to, że w tamtej smaczniej dawali jeść. W krótkim czasie pokochałem swoje panie i starałem się im nie dokuczać tak, jak dokuczałem nauczycielkom rosyjskim.  

Język polski , jakim one się posługiwały  w rozmowach z nami – miał coś  w sobie pięknego przyjemnego i rozbrajającego . Delikatnością , której nigdy nie doświadczyłem od nauczycielek rosyjskich, zdobyły mię nauczycielki polskie.

Szkoda wielka, że do tej szkoły ( polskiej) chodziłem tylko parę miesięcy, bo z chwilą wiosny, musiałem paść krowę, a jeszcze w miesiącu marcu jeździłem z ojcem, bratem i stryjem budować dom na zgliszczach swej siedziby w Kołpiei.

 Do szkoły już nie wróciłem- aż do roku 1922….

     Byłem zajęty przy budowie chaty. Jeździłem z ojcem do lasy po drzewo na budulec. Woziłem z nim i starszym bratem deski z okopów rosyjskich. Zbierałem po schronach ramy ze szkłem, łopaty, topory, słowem to, co było potrzebne do naszej gospodarki.

      Gdy jeszcze matki- gospodyni nie było przy stawianiu prowizorycznej chaty, ja ją zastępowałem, gotując kartoflaną z kawałkiem słoniny lub zakraszając ją słoninką dla pracowników. Po nakarmieniu ich pomagałem skrobać drzewo na dom. Przy takiej pracy spędziłem trzy miesiące.

      Zwrot w moich zajęciach nastąpił z chwilą, gdy matka przeniosła się z pięciorgiem dzieci młodszych ode mnie do chałupy nowo-zbudowanej. Ona więc zajęła się kuchnią, a ja musiałem paść jedyną karmicielkę- Ryżulę. Pasłem ją po sąsiednich ogrodach, których gospodarze jeszcze nie wrócili, po sadach i łąkach. Smutno mi było z Ryżulą. Ona porykiwała tęskno, a ja, trzymając ją na powrozie, prosiłem ją , by jadła i rzewnie, cichutko popłakiwałem. Codzienne pasanie krowy przeze mnie , było dla mnie istną męczarnią. Toteż nie było chyba dnia, w którym bym nie oblał się łzami wyprowadzając ją na paszę. W niektórych dniach, by się uwolnić choć na jeden dzień od tego ciężkiego obowiązku, udawałem chorego i nie wstawałem z łóżka. Skoro ktoś popędził krowę na pastwisko, wstawałem ze swojego barłoga i prosiłem matkę by mi dała jeść. Gdy zaś nie było jej w chałupie , sam właziłem do pieca, wyciągałem kaszę z ziemniaków. Wstawanie moje zaraz po wyprowadzeniu krowy przez starszego brata, który był bardzo potrzebny do pomocy ojcu przy budowie, dało do zrozumienia że ja symulowałem chorobę.

Po kilku takich wypadkach nie wierzyli mi rodzice i rózgą podnosili z łóżka. Krowę pasłem tylko na ranku i pod wieczór. W czasie, gdy krowa stała w chlewie, ja pomagałem w pracy mamusi, albo szedłem z koszem na ryby, których po wojnie było moc w rzece. Pomoc moja w pracy matce polegała ba zbieraniu trawy dla świń, suszeniu tej zieleniny i karmieniu nią  czworonożnych zwierząt..

       W święta i niedziele w zajęciach moich była zmiana. Polegała ona na tym, że zamiast krowy, pasłem konia albo bawiłem się, pilnowałem domu z  pięciorga małymi., gdy matka szła do kościoła do Smorgoń. Natomiast, gdy matka była w domu, szedłem na ryby, grzyby, orzechy w zależności od pogody lub okresu czasu.

     Tak minęło mi : lato i jesień po powrocie do swojej wsi.

     O zimie roku 1918 nie mam wiele do pisania. Minęła ona mi na tarciu słomy dla krowy, skrobaniu ziemniaków na śniadanie i kolację. Wieczorami grałem z kolegami- towarzyszami starszymi od siebie w karty i zapałki , w tzw” kogucika” na pieniądze. W grze nic mi się nie powodziło- bo rzadko kiedy wygrałem a stale przegrywałem. Pomimo to, że przegrywałem nieomalże za każdym razem i byłem karany przez ojca, siła namiętności pchała mię zawsze do tego rodzaju rozrywki. Było to już nałogiem mocno zakorzenionym nie tylko we mnie, ale u wszystkich mężczyzn powojennych , którzy podczas wojny nie mając nic do roboty, grali tylko w kart. Nałóg do gry w karty towarzyszył mi aż do chwili nauki w seminarium nauczycielskim na pierwszym kursie. …..

c.d.n.

Gdy w 1914 roku rozpoczęła się I Wojna Światowa Jan miał 8 lat, gdy skończyła- 12. Jako dziecko już tyle przeżył….

W tym czasie zginęło 14 milionów  ludzi. Po raz pierwszy w historii użyto w niej broni chemicznej, samolotów, okrętów podwodnych, czołgów i ciężarówek. To tyle z Wikipedii.