Po krótkiej przerwie spowodowanej wpisem o dr Fischbachu, Jego Chórze i Koncercie w Żaganiu oraz awarią serwera, na którym zapisuje się ten blog (co spowodowało mój lęk, że wszystkie teksty odfrunęły w niebyt – ale dzielni panowie informatycy przywrócili mi wiarę w umiejętności ludzi – za co im wielka chwała) wracam do zapisków Jana.
W poprzednich ( 8 ) odcinkach było o trudnej drodze z klepiska chałupy , pasania krów i ogólnej beznadziei do upragnionego dyplomu nauczyciela. O przepuklinie zwanej przez miejscowych kiłą i strasznym metalowym pasie a nade wszystko dokumencie I Wojny Światowej przeżywanej przez dziecko . Było też o wielkim zakochaniu Jana w pięknej kuzyneczce Helusi i Miłości do grobowej deski ….o cudnym dniu spędzonym wspólnie na festynie w Wojstomie , noclegu na sianie i cierpieniach duszy i ciała z powodu braku pełnego aktu miłości….w imieniu Jana zapraszam więc do ciągu dalszego jego opowieści… na pewno jest uradowany bo bardzo kochał ludzi , lubił opowiadać i przebywać z młodymi ….
Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .
Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-
Heleny z d. Wojciul….
Jan Konopielko
Nauczyciel w Sukniewiczach,
pow. Oszmiański
Mój życiorys. Część druga spisywana od stycznia 1982 roku
( … ) Uspokoiłem się i poszliśmy na ulicę, by się nauczyć jazdy na rowerze. Przyłączył się i młodszy braciszek, uczeń trzeciej klasy szkoły handlowej w Smorgoniach.
Po czterech dniach pobytu w domu dowiedziałem się od sąsiadów mieszkających vis a vis naszego domu, że ojciec mojej kochanej, mocno rozgniewał się na mnie z powodu wspólnego spania na sianie w stodole. Stryjek Heli, z którym razem kładłem się spać na sianie, objaśnił swojemu bratu, będącemu w Smorgoniach na targu, po swojemu to spanie. Widać mało skutecznie.
Pomawianie mnie, że uwiodłem niewinne dziewczę, ubodło mnie mocno. Pomyślałem, że ona biedna musiała i musi wysłuchiwać wyrzutów swojego ojca srogiego.
Nie czekając więc niedzieli, na którą umówiłem się z nią, natychmiast zjawiłem się u niej w Cicinie, gdzie ona mieszkała. Pierwszą na podwórku spotkałem jej matkę – dobrą i miłą Ciocię ( to stryjeczna siostra mojej rodzonej mamy).
Matkę Heli upewniłem, że na uwodzenie nie pozwoliłem sobie. Chociaż spałem w tej samej stodole.
Byłem zdania, że naprawdę kochanej osoby nie mógłbym skrzywdzić i upokorzyć, żeby później przeze mnie cierpiała. Z ojcem jej, tak się złożyło, że nie spotkałem się. Na pewno ciocia ojca uspokoiła.
O tych zajściach miłosnych, o pracy w nowej szkole w Rudni, o przeniesieniu na własną prośbę do nowej szkoły w Glinnie- gmina Krewska, o pobraniu z Helusią, o pracy w miasteczku Holszanach po ukończeniu wyższego kursu nauczycielskiego w Warszawie i o tym, że przeniesiono mię do sześcioklasowej szkoły w Sukniewiczach w Gm. Smorgońskiej, tegoż samego powiaty Oszmiańskiego, nie będę na razie pisał, ale postaram się przedstawić życie w szkole w Sukniewiczach . W szkole znajdującej się o 6 km od domu teściów, domu Helusi- Cicinie.
Ta sześcioklasowa szkoła w Sukniewiczach stała o czterdzieści metrów od drogi prowadzącej ze Smorgoń do stacji Zaskowicze i powiatowego miasta Mołodeczna.
Szkoła ta nosiła nazwę szkoły im. J. Piłsudskiego. Chociaż była zbudowana z kloców drewnianych jeszcze nie otynkowanych, wyglądała wspaniale z zewnątrz. Wnętrze także było godne pochwały projektanta. Pośrodku znajdował się duży korytarz, z którego wchodziło się do klas o ogromnych oknach skierowanych na południe. Pięknie wyglądały ganeczki, prowadzące do wnętrza szkoły. Pokryta była czerwoną ciemną dachówką.
A wokół tej szkoły rosły piękne tuje, bzy i dużo różnych kwiatów.
W tej szkole pracowałem dwa lata jako kierownik tej placówki.
Współpracownikami byli : jedna nauczycielka i nauczyciel – były stary kierownik. Praca z nimi układała się pomyślnie.
Gorszą sprawą było z dyscypliną w szkole. Dziatwa była rozwydrzona. Przychodziło się z początku użyć metod niezawodnych.
Prowodyra – chociaż potężnego chłopca, chwyciłem za ręce i skrępowałem je po milicyjnemu, tak, że nie mógł się poruszyć z miejsca. A ja, uciskając coraz silniej – pytałem, czy będzie już zachowywał się poprawnie. Łzy mu się potoczyły i powiedział: Nie.
Wyszedł z kancelarii zapłakany. Widziało go dużo młodzieży , gdy wychodził ze łzami w oczach. Jednak on już więcej nie dokazywał tak, żeby go trzeba było wzywać do kancelarii. Po wyżej opisanym przejściu wzywałem jeszcze niektórych rozrabiaczy.
Ale już stosowałem inne metody.
A mianowicie: uczeń opowiadał mi, co zrobił złego, że go wezwałem na rozmowę. Nieraz po wyjaśnieniu , taki winowajca długo musiał stać w gabinecie dyrektorskim. Wreszcie nie wytrzymywał i z płaczem przyznawał się i obiecał, że więcej nie będzie tak robił.
Na skazanego wypuszczonego z kancelarii , czekali koledzy i zaraz pytali : „ no i co?” A on na to: „ Jak zarobisz to się dowiesz”.
Po paru tygodniach młodzież się uspokoiła, bo bała się kierownika. Przepracowałem w tej szkole dwa lata.
Oprócz pracy w szkole, prowadziłem koła młodzieży, które założyłem. Urządzałem z tutejszą młodzieżą przedstawienia, uczyłem ją śpiewu, prowadziłem chór młodzieżowy.
Poza swoim rejonem szkolnym brałem udział również w pracy społecznej w Dziewieniszkach, tutejszym ośrodku gminnym. Prowadziłem koło LOP-u, organizowałem zebrania, wygłaszałem przemówienia poświęcone rocznicom państwowym i urządzałem zabawy taneczne dla uczniów i nauczycieli.
Wodziłem rej wśród nich. Szanowali i uważali mię za moją aktywność.
Byłem zadowolony z życia.
c.d.n.


Zdjęcie Helusi z albumu rodzinnego moich Teściów. Zwyczajowo nie odklejałam fotografii by jej nie uszkodzić. Zapewne lata 30 ubiegłego wieku – czas edukacji. Ponoć była uczennicą Szkoły Handlowej….tu w czapce i z tarczą …..może ktoś rozpozna na podstawie innych starych zdjęć ten ubiór…
Co też Helusia musiała przejść zanim wszystko się wyjaśniło. Metody Pana Jana …nie powiem,całkiem,całkiem. Pozdrawiam
Ciekawe wspomnienia, napisane tak, że nie sposób je pominąć, jeśli już zaczęło się czytać. Czekam na ciąg dalszy. Pozdrawiam serdecznie.
Piekna dziewczyna-kobieta na zdjeciu, nie dziwie sie, ze zakochal sie w niej Pan Jan.
Jego wspomnienia, jak kazde poprzeprzednie , sa tak ciekawie przekazane, ze czyta sie je jak wspaniala powiesc.
Gratuluje Tobie Zosiu takiego tescia, nietuzinkowego czlowieka.
Na pewno Twoj maz Mirek odziedziczyl po ojcu to co najpiekniejsze i najwartosciowsze tj.milosc i szacunek do drugiego czlowieka oraz wielki zasob wiedzy i upor z jakim dazyl do jej osiagniecia.
Takich ludzi , chcialoby sie, by bylo jak najwiecej, wtedy i swiat bylby inny.
Teraz uczen stara sie wychowywac nauczyciela pod siebie, a nie odwrotnie itd………………Przykra rzeczywistosc, do ktorej dopuszczono ze skutkiem oplakanym.
Znów kawałek ciekawej historii. Proszę,o cd . Myślę że każdy cieszy się z kolejnego.