Moje góry pamiętają, choć nieme (9)

23 września 2012 przez Zofia Konopielko

Opowieści mojej Mamy. Dziesięcioletnia Stefka na ulicach obcego miasta.

Dziewczynka  ma zaledwie 10 lat a już dźwiga potężny ciężar  samotnego życia. To małe wiejskie dziecko zostaje wrzucone do obcego wielkiego miasta,  musi docierać do obcej szkoły. Wędruje ulicami, coraz bardziej oswajając się z pędzącymi obok samochodami. Ogląda robotników wychodzących z fabryk, których jest dużo, bo to miasto przędzalni. Podziwia ich elegancję . Wszak zwyczajowo nawet po najcięższej pracy każdy robotnik musi się umyć i zmienić ubranie robocze na codzienne, czyste i w pojęciu dziecka wytworne. Pewnie są to nawyki niemieckie, które tutaj się przyjęły. Po prostu nie wypada pojawić się na ulicy w brudnej odzieży. Do końca życia Mama o tym opowiada, dziwując się zwyczajom przyniesionym do Polski ze wschodu, gdzie umorusany człowiek na ulicy nie jest dziwowiskiem

Opowieści mojej Mamy. Mama jest dzieckiem z innego świata…

Dziecko wałęsa się po mieście, szeroko otwierając błękitne oczęta. Wszystko jest niezwykłe. Ale najpiękniejsze są wystawy sklepowe. Zachwyca się kolorowo ubranymi manekinami ale zawsze długo się przygląda wystawom cukierni. Za szklaną niedostępną wielką zaczarowaną szybą piętrzą się stosy różnokształtnych ciastek. Gdy ktoś wychodzi z cukierni, dziecko wchłania całym organizmem cudny zapach kawy i słodkości dla niej niedostępnych.

To jest inny świat, nie jej świat.

Nawet nie ma pomysłu, by tam wejść.

Jest jak dzikie biedne zwierzątko, bierny obserwator zwykłego dla innych życia.

Zresztą i tak nie ma pieniędzy, a tyle rozumie, że te wyroby można tylko kupić….

Opowieści mojej Mamy. Smak czarnego chleba.

Moja Mama, długo później, gdy już jest w seminarium nauczycielskim, zamienia swoje czarne kawałki chleba na białe bułeczki okraszone masłem i wędliną z rozpieszczonymi zamożnymi koleżankami. Dla nich czarny chleb jest egzotycznym pachnącym rarytasem….  

Opowieści mojej Mamy. Ziemniaki drogocenne…

Mama jest jeszcze bardzo mała, ma niewiele ponad 10 lat. W moim wyobrażeniu jest stale za mała na samodzielne życie.  A jednak….Uczęszcza do 5 klasy szkoły podstawowej w  Białej która wtedy jest samodzielnym miastem położonym obok Bielska.

Mieszka w  tym mieście, w ciemnym kącie wspólnej izby z rodziną niemiecką  .

Którejś nocy, budzi się nagle, bo czuje, że ktoś szura obok jej legowiska.  I widzi swoją gospodynię, właścicielkę mieszkania, która po ciemku wyjmuje z leżącego obok siennika worka ziemniaki . Ten worek przywiózł ojciec Stefki, Michał. A przedtem w pocie czoła uprawiał kamienistą górską ziemię . Ziemniaki są podstawą pożywienia tego wiejskiego dziecka. Zalękniona niebieskooka dziewczynka leży cichutko,  nie reaguje, pewnie się boi poruszyć. Potem długo płacze, płacze do rana . A może nie płacze, może już wypłakała łzy i tylko twardnieje jej serce.

Gdy nadchodzi sobota, jak zwykle wędruje do domu, do  Godziszki. Boi się opowiedzieć ojcu o tym, że gospodyni ją okrada. Może się lęka, że ojciec zabierze ją do domu i umrą jej nadzieje na edukację . W końcu  mówi o tym matce, albo starszej siostrze. Wreszcie ta informacja dociera do ojca.  

Ten natychmiast reaguje, jest oburzony i  jedzie do Białej, rozmawia z gospodynią i postanawia zabrać córkę na kwaterę do innych, może lepszych ludzi….

Opowieści mojej Mamy. Kolejny etap edukacji mojej Mamy- Seminarium Nauczycielskie.

Stefka uczy się pilnie. Zresztą lubi te chwile spędzane z książką. Ładnym okrągłym pismem zapełnia ściśle limitowane ceną zeszyty. To pismo pozostaje na zawsze, nawet gdy jest już stara i niesprawna, jej literki są równe i po dziecinnemu okrągłe….

 Potem chce być księgową , bo kocha matematykę. Ale ojciec decyduje , że powinna zostać nauczycielką. Chcąc nie chcąc, zagrożona wyrzuceniem z domu, albo utratą szansy dalszej edukacji,  zdaje egzamin do Seminarium Nauczycielskiego w Białej.

Jak już pisałam, wówczas Bielsko i Biała są odrębnymi miastami , przedzielonymi jedynie rzeką Białą. Biała jest typowo przemysłowym miastem, tam kwitnie przemysł włókienniczy. W odróżnieniu od Bielska, gdzie mieszkańcami są głównie Niemcy, w Białej jest wielu Polaków.

Matka jest zachwycona elegancko ubranymi ludźmi , robotnikami, którzy wychodzą z fabryk . Ogląda wystawy gdzie piętrzą się białe bułki i różne ciasta. Nigdy nie wchodzi do środka , bo po prostu nie ma pieniędzy.

Szkołę prowadzą  zakonnice, kobiety z zamożnych rodzin niemieckich. Jeszcze tam są , niedawno widziałam ich  przecudne suknie z przezroczystej delikatnej czarnej tkaniny jedwabistej, miękko falującej na sztywniejszej czarnej podszewce.

Mama ciepło wspomina jedynie te zakonnice , które pochodzą z najbiedniejszych rodzin i nie wnoszą majątku do klasztoru. Muszą w zamian ciężko pracować fizycznie obsługując internat i klasztor. Codziennie dźwigają węgiel na wysokie cztery piętra klasztoru , szkoły i internatu. Mama czasami pomaga im w tych pracach, bo są już w podeszłym wieku, wychudzone i prawie bez sił. Te najbogatsze, z monogramami wyhaftowanymi na sukniach, opasłe i złe są złośliwe i bezwzględne w traktowaniu zarówno uczennic jak i ubogich współzakonnic.

Opowieści mojej Mamy. Profesor Koterbski.

Matka lubiła opowiadać o wspaniałym nauczycielu , z którym zetknęła się w Seminarium Nauczycielskim.

Nauczał tam muzyki i nazywał się pan profesor Koterbski.

Był ojcem późniejszej  znanej piosenkarki-  Marii.

Był  wzorem wytwornego  i w dodatku niezwykle przystojnego dżentelmena.

Nigdy w czasie lekcji nie wychodził z roli. Był dostojny , zawsze zrównoważony i bardzo opanowany . Do wszystkich odnosił się z szacunkiem i powagą.

Ubierał się elegancko i zawsze roztaczał miły zapach jakiejś dobrej wody kolońskiej.  

Do uczennic zawsze zwracał się  per pani, mimo, że nie wszystkie dziewczyny  były pełnoletnie w czasie edukacji.

Uczennice uwielbiały go i otaczały wielką estymą. Muzyki uczyły się pilnie, by mu nie sprawić przykrości.

Gdy kroczył ulicami Białej,  wyróżniał się z tłumu smukłą elastyczną sylwetką , ozdobioną wytwornym kapeluszem i ogólną  wielką elegancją .

Gdy mijał którąkolwiek swoją uczennicę, nawet najbiedniejszą czy najmłodszą, pierwszy się  kłaniał, zdejmując kapelusz.

Czasami odwiedzała go w szkole jego żona z małą córeczką, która przypominała żywe srebro. Wbiegała do klasy wnosząc żywiołową dziecięcą radość. I  wówczas uczennice widziały piękny czuły uśmiech swojego ukochanego profesora.  

Była samą radością .

Potem wyrosła z niej piękna zdolna rozśpiewana pannica, która do starości zachowała młodość. To Maria Koterbska, nasza rodzinna bardzo ulubiona  piosenkarka.

Ile w tym naszym uwielbieniu  było projekcji opowieści Mamy o jej ojcu, niezwykłym nauczycielu a ile zachwytu nad talentem Marii, trudno powiedzieć….

Opowieści mojej Mamy. Rzetelne przygotowanie do zawodu nauczyciela.

Uczennice Seminarium Nauczycielskiego poznają różne tajniki skutecznego nauczania. Po wojnie, gdy Mama uczy w Szkole Podstawowej w Gorzowie, zwaną Ćwiczeniówką, prowadzi lekcje, na których obserwatorami są uczniowie Liceum Pedagogicznego a potem Studium Nauczycielskiego. Wykładowcy tych szkół średnich lubią  Jej lekcje. Mama ma ich dużo i pamiętam jak w domu opracowuje konspekty swoich lekcji i także planowanych lekcji, które muszą prowadzić przyszli nauczyciele. Przybywają oni do naszego domu i w wielkim skupieniu przygotowują się do nich. Potem Mama ocenia jakość i styl przeprowadzonej przez młodzież lekcji. Jej głos jest ważny w ogólnej ocenie studenta.

Jeszcze długo po przejściu na emeryturę i po przeprowadzce do Warszawy, Mama otrzymuje okolicznościowe pocztówki od tych wykładowców. Niestety nie zachowały się bardzo miłe kartki od ówczesnego dyrektora Studium Nauczycielskiego pana Jodki, szkoda.

Podobno, gdy władze oświatowe wprowadzały kolejne reformy nauczania, nie zawsze były one zrozumiałe dla nauczycieli. Przychodzili wówczas do Mamy i prosili o wyjaśnienie. Te reformy nie były dla Niej żadnym odkryciem, przecież tego uczyła się w swoim przedwojennym Seminarium.

Opowieści mojej Mamy. Fundusz socjalny w Seminarium…

Zakonnice, które prowadzą  Seminarium Nauczycielskie w Białej, do której uczęszcza moja Mama  dbają o ogólny rozwój wychowanek.

Realizują plan wspólnych wyjść do teatrów, wyjazdy do Krakowa . Przedtem na lekcjach omawiają treść sztuki, scenariusze i zapoznają się z najciekawszymi przedstawieniami na świecie. Wyjazd jest bardzo uroczysty i pozostawia głębokie wrażenie wydarzenia bardzo ważnego w życiu.

Już na uroczystym rozpoczęciu edukacji w Seminarium, dyrektorka szkoły mówi o wspólnych wycieczkach i wyjazdach do teatru i od razu uspokaja uczennice, że te, które są niezamożne mogą korzystać ze specjalnego szkolnego funduszu pod warunkiem złożenia oświadczenia, że po zdobyciu zawodu, ze swoich pierwszych pensji, oczywiście w miarę możliwości,  będą zwracały zaciągnięty dług. Podobno nie zdarzyło się , by dziewczyny zawiodły. W ten sposób wszystkie miały szansę przeżyć pięknie czas nauki.

Mama wspomina o tym wielokrotnie i pewnie Jej stałe zainteresowanie światem zachowane do bardzo późnej niedołężnej starości zostało pobudzone właśnie w okresie nauki w Seminarium.

Pewnie też trafiło na bardzo podatny grunt niezwykłej  osobowości mojej Mamy.  

Opowieści mojej Mamy. Wyprawy w góry.

W Seminarium są organizowane  wycieczki w góry .

Beskidy , Tatry są na wyciągnięcie ręki. I na szczęście wyjazdy nie są kosztowne.

 Potem wędrują górskimi szlakami, odziane w długie spódnice. Nie wiem jak to jest możliwe, że te spódnice nie przeszkadzają w pokonywaniu wspinaczki. Ale to takie czasy, gdy dziewczyny w spodniach to jedynie wyraz ekstrawagancji. Tak więc opatulone w swoje kreacje lądują na Giewoncie , co widać na zachowanym  zdjęciu. Na głowach mają obowiązkowe czapki z ładnym monogramem na czole.

Dziewczyny czekają na te wyprawy, nie straszne im trudy, bo widoki zapierające dech w piesiach dodają im skrzydeł.

 Gdy córka mojej kuzynki, nauczycielka w szkole w Łodygowicach, miejscowości u podnóża Beskidu Małego , zapalona miłośniczka górskich wędrówek, zabiera młodzież ze swojej szkoły na kilkudniowe wyprawy, spotyka się z zarzutem rodziców, że dzieci są przemęczone po łażeniu w góry. Nawet trudno to skomentować. Czy to znak czasów? Nadopiekuńczość to czy głupota? Co wyrośnie z tych dzieci?

Opowieści mojej Mamy. Mama zostaje nauczycielką.

W ostatniej klasie Seminarium Mama już nie mieszka w internacie, bo pobyt w nim obciąża budżet rodzinny.  Z domu maszeruje na stację kolejową w Łodygowicach, pokonując trasę ponad 3 km. Polna droga zbiega w dół Kotliny Żywieckiej , i w dwóch miejscach wiedzie przez strumyki, które w czasie ulewnych opadów bardzo przybierają. Mama musi przejść nad nimi  wąską chybotliwą kładką.

Nadchodzi maj i dni matur. Jest rok 1925. Wystrojona odświętnie Mama  pędzi do pociągu. Woda w strumykach jest wielka, ciemnobrązowa, mętna i skłębiona. Na kładce Mama traci równowagę i wpada do potoku. Wydrapuje się na brzeg i ociekając wodą wpada do pociągu. Dopiero w szkole wyciera się, wyżyma spódnicę i wylewa wodę z butów i wkracza do sali egzaminacyjnej. Nikt nie zauważa, że jest przemoczona i dygocze z zimna. Ale pisze , jest przygotowana i nie ma problemów z wiedzą. Wraca do domu tą samą drogą. Następnego dnia podąża na kolejny egzamin.

Gdy po zakończeniu matury ze świadectwem dojrzałości, dyplomem nauczyciela w kieszeni przychodzi do domu, chce się pochwalić, ale nikt nie ma czasu na rozmowę.

 Jedynie jej matka, odwraca się od garów i pyta- czy zdałaś? Odpowiada zdałam – to dobrze, słyszy odpowiedź.

Gdy wraca ojciec z pola, chwali córkę, i od razu mówi, że teraz ona musi pomagać finansowo rodzinie, gdyż edukacja była kosztowna.

Dla Mamy jest to oczywiste, więc słowa ojca trochę bolą. Ale przełyka to pokornie.

Opowieści mojej Mamy. Wyjazd na kresy…

Po uzyskaniu dyplomu nauczycielki Mama od razu rozpoczyna poszukiwanie pracy. Nie jest o nią łatwo. Miejscowe szkoły mają już stałą kadrę nauczycieli, zresztą Mamę kusi Świat daleki.

I dlatego, gdy się dowiaduje, że są wolne etaty  na Wileńszczyźnie, od razu podejmuje decyzję wyjazdu. Jest rok 1925, niedawno powstała Polska i nowe polskie szkoły na terenach wschodnich  bardzo potrzebują nauczycieli.

 I Mama mając poczucie misji, że niesie tam kaganiec oświaty, opuszcza rodzinny dom i rozpoczyna wędrówkę na dalekie kresy.  

Czy rodzina Ją tkliwe żegna, nie wiemy. Pewnie się już wszyscy przyzwyczaili do Jej nieobecności w domu.  Starsze przyrodnie siostry są zajęte swoimi sprawami, są już zamężne, albo przygotowują się do ślubu. Młodsze rodzeństwo może zazdrości, może podziwia. Ale poza Mamą żadne dziecko z tej rodziny nie opuściło stron rodzinnych , więc pewnie ta zazdrość i ten podziw dla starszej siostry, jeśli w ogóle były, były niewielkie.

Ale  tego dnia wyjątkowo  Ojciec dowozi ją i jej niewielki kuferek na stację w Łodygowicach. Podróż pociągiem trwa około dwóch dni.

Z Łodygowic znajomy pociąg unosi Mamę  do Bielska,  potem podróż jest nowością. Nowe krajobrazy za oknem, inne klimaty. Jej góry zostają daleko. ..

W Bielsku Mama wsiada do innego już, obcego pociągu, który kończy bieg w Warszawie. O czym myśli ta młoda osiemnastoletnia dziewczyna, gdy siedzi sama w tłumie innych podróżujących. Czy ma lęk i niepewność w sercu? Pewnie nie, bo już jest zahartowana, przecież od 10 roku życia żyje wśród obcych.

Gdy dobija do Warszawy, wie, że musi pokonać znaczą trudność. Gdyż  Jej pociąg dojeżdża do dworca głównego, a kolejny, do Wilna wyrusza  z  warszawskiej Pragi.  By tam dojechać  trzeba przemierzyć kawał Warszawy. Ale i to pokonuje.

Z Warszawy do Wilna podróż jest nieomal komfortowa, mimo, że twarde deski wpijają się w pupę. Ale Mama ma odporną na niewygody pupę góralki i twardy charakter ….

W Wilnie ostatnia już  przesiadka do pociągu na Petersburg .

Teraz trzeba uważać, by nie przegapić maleńkiego miasteczka nieopodal Rakowa,  gdzie jest docelowa stacja Mamy.

Stamtąd zabierają Ją wozem dobrzy ludzie.

I wkrótce ląduje w Rakowie, małym sennym miasteczku, pachnącym gnojem i brudem a także łagodnymi uśmiechami miejscowych. Mowa ich zaśpiewna, miękka, trafia prosto do serca. Mama jest zadziwiona nowymi dla niej wrażeniami, ale  ogólnie od razu czuje, że jest w domu….

Moje góry pamiętają, choć nieme (8)

Opowieści mojej Mamy. Wątpliwości Stefy czy jest kochana przez rodziców.

Jak już napisałam,  14 kwietnia 1907 roku w Godziszce, dużej Beskidzkiej wsi, przychodzi na świat pierwsze dziecko Marianny i Michała Jakubców.

Niestety jest to kolejna dziewczynka. Nadają Jej imię Stefania, Stefa.

 Ma duże  intensywnie błękitne  oczy, w których, do Jej ostatniego dnia  życia –  do tych 93 lat których pomimo bardzo trudnego życia dożyła –  niespodziewanie rozjarza się  radość i  ciekawość wszystkiego co dookoła .

Gdy zaczyna dorastać, myśli, że jest niekochana. Wychowywana bez czułości. Bo tak było w tym domu , bo dzieci w domu dużo i rodzice zapracowani.

Lubi przesiadywać  na wysokim progu   przysadzistego, drewnianego i sczerniałego dotykiem lat domu i obserwować świat .

Czasami pylistą drogą  przejeżdża powóz z parą dorodnych koni , a w nim  wytwornie ubrana  kobieta.

Pewnego dnia powóz zatrzymuje się  przed domem, kobieta wysiada i pyta dziewczynkę o jej ojca. Wchodzi do izby . Rozmawiają. Kobieta mówi że jest bezdzietna  , że od dawna obserwuje to dziecko. Dziewczynka jej się   podoba się   i chce ją adoptować a wychowa tak jak zechce ojciec.

I dziewczynka słyszy słowa ojca- ja nie mam dziecek (tak tam mawiano)  na rozdawanie.

Od tej pory już  wie, że jest kochana.

Opowieści mojej Mamy. Odcienie gestów.

Nikomu nie mówi, że słyszała rozmowę ojca z wytworną panią, kiedy to  ojciec na propozycję oddania jej do adopcji zdecydowanie odpowiada- nie.

Mama swoje  odkrycie , że jednak jest kochana, ukrywa  głęboko w sercu, opowiada dopiero o tym pod koniec swojego życia córce, która zasłuchana siedzi na podłodze, obok łóżka matki a teraz to opisuje w tym miejscu….

Stefania pozostaje nadal nieufna, surowa, nie okazująca nigdy miłości swojej  córce a może wszystkim swoim dzieciom. Dobrze, że córka czuje Jej ciepło i wcale nie tęskni za przytuleniem. Też się tego nie nauczyła. Rozumie, że możliwy jest bliski kontakt z mężczyzną . Ale z kobietą? I gdy przytula ją jej przyszła teściowa, dziewczyna odsuwa się zniesmaczona.

Jak długo trwało, zanim zrozumiałam, że przytulenie ma wiele  znaczeń i barw…

Opowieści mojej Mamy. Marzenia Stefy.

W wieku 6 lat Mama rozpoczyna edukację  w miejscowej czteroklasowej szkole w Godziszce. Nauka jej przychodzi łatwo i jest najmilszym zajęciem pod słońcem. Wychodzi w pole z książką i zaczytana,  czasami  zaniedbuje podstawowe obowiązki i nie zauważa, że krowa wchodzi w szkodę. Oczywiście grozi to laniem, więc spłoszona przepędza krowiny na swoją część łąk, ciągnąc opierające się zwierzęta za wielki łańcuch, za duży i za ciężki dla maleńkich dłoni drobnej dziewczynki. Ale działa siłą woli a lęk przed karą dodaje energii. Wie, że nie lubi zajęć w gospodarstwie. Nie lubi prac na polu i w ciemnej dużej  kuchni, gdzie stale parują sagany z jadłem dla wielkiej rodziny a nieopodal nich gary z ziemniakami   dla prosiąt….marzy o nauce, książkach, wielkim świecie i podróżach. Wie, że jest to mało realne, bo w gospodarstwie przydaje się każda para rąk, a jej mama stale unosi wielki brzuch i wydaje na świat kolejne rozwrzeszczane stworzenie.

Gdy czas edukacji w godziszczańskiej szkole dobiega końca, Mama jest coraz bardziej  zamyślona i ponura. Ma już 10 lat i wielkie nierealne marzenia….

Ale któregoś dnia dzieje się coś, co w umyśle dziecka jawi się jak cud. Oto miejscowy ksiądz , który uczy w szkole religii, wzywa ojca na rozmowę. Ojciec odświętnie ubrany idzie długą żwirową drogą wiodąca przez środek wsi, a ona drepcze obok niego. Nie wie o co chodzi, ale czuje powagę chwili. Tata znika w głębi korytarza, a ona siedzi cichutko na podłodze pod oknem i czeka.

Małe serce bije niespokojnie

Opowieści mojej Mamy. Michał podejmuje decyzję , która wpływa na całe życie Stefki- mojej Mamy.

Gdy wracają do domu, tato milczy. Milczy dalej, gdy zasiada do obiadu, a Marianna pyta o powód wezwania go do szkoły.

Michał umie milczeć, swoje problemy rozwiązuje w milczeniu, zwykle namyślając się długo, czasami nawet kilka dni nad wydaniem decyzji. Ale gdy wreszcie przerywa milczenie, to wiadomo, że z nim dyskutować nie wolno i nie warto.

Tak jest i teraz.

Nazajutrz jest niedziela. W takim dniu nie wolno pracować, jedynie oporządzić trzeba zwierzęta domowe.

Po śniadaniu ojciec obwieszcza uroczystym tonem, że zdecydował, że ksiądz go przekonał i jego córka- Stefka pójdzie do miasta, by dalej się kształcić.

Dziewczynka zaszlochała, bo ogarnął ją lęk przed nieznanym. Przecież była raz w mieście z matką i o mało się nie zgubiła na ogromnych ulicach wśród spieszącego gdzieś stale tłumu. Ale ojciec ją zgromił i kategorycznym tonem oznajmił, że nie ma co płakać, że jest zdolna, bo tak powiedział ksiądz i na pewno da sobie rade.

Mama przygarnęła ją , co było niezwykłe , przytuliła a inne dzieci patrzyły na tę scenę z podziwem.

Te starsze , które już rozumiały, może zazdrościły, może nie ale na pewno inaczej popatrzyły na zahukaną młodszą siostrę.

Opowieści mojej Mamy. Michał znajduje lokum dla córki…

Michał wsparty słowami księdza, że jego córka jest zdolna i warto ją nadal kształcić,  podejmuje ostateczną decyzję . Przecież w tej rodzinie nigdy pęd do wiedzy nie był głównym celem życia. Może był i jaki ksiądz w rodzinie, bo to było najwyższym stopniem kariery dziecka wiejskiego,  ale nic o tym nie wiemy.

Późnym sierpniem a może lipcem o mglistym już poranku ojciec Stefki jedzie do Bielska ze świadectwem córki i  błądząc po ulicach Białej odnajduje szkołę, którą polecił mu miejscowy godziszczański ksiądz. Za pazuchą trzyma list polecający od księdza i świadectwo córki. Co przeżywa, nie wiemy. Może jest nawet dumny i szczęśliwy, gdy uzyskuje od kierownika tej szkoły akceptację. Przecież to krok milowy w jego życiu, w życiu tej wioski. Pierwsze wiejskie dziecko z Godziszki ma się  kształcić. To jednak musiało być niezwykłe przeżycie. 

Potem odszukuje adres  pewnej rodziny niemieckiej, których tutaj wielu mieszka. Może  również ksiądz doradzał, może podano ten adres w szkole. Ludzie godzą się , że za niewielką opłatą udzielą małej kąta w swoim wielkim pokoju, gdzie sami śpią.

Na początku września 1917 roku odbywa jeszcze jedną podróż do Bielska, tym razem już swoim wozem. Przywozi wiązkę siana , którą upycha w zgrzebny worek i we wskazanym przez gospodarzy ciemnym kącie układa go na podłodze. Na chwilę zapachniało wsią , świeżym górskim powietrzem, ale po chwili ten upojny zapach pochłonęła wilgoć izby. I siano stało się zwykłym łożem dla córki , zresztą podobnie było w ich domu.

Potem wnosi worek z ziemniakami, które zgodnie z umową ma gotować gospodyni dla Stefki. To ma być podstawowe jadło dla jego dziecka.

Drugim elementem pożywienia ma być mleko. Co tydzień dziewczynka ma wracać do domu i stamtąd przywozić dwie kanki mleka. Z jednej wypija mleko świeże, w międzyczasie kwaśnieje mleko w drugiej kance i też jest smakowite. Do tego są albo ziemniaki albo czarny suchy chleb, który również przywozi z domu

Opowieści mojej Mamy. Droga do nowej szkoły.

Droga z domu do szkoły wydaje się długa, mimo, że obiektywnie jest to zaledwie około 20 km. Najpierw musi dotrzeć na dworzec kolejowy w Łodygowicach, dużej wsi na obrzeżach Kotliny Żywieckiej, u podnóża Beskidu Małego, oddalonej od Godziszki o 3 km.  Początkowo ojciec dowozi ją na stację wozem, ale jest to dla niego uciążliwe i wkrótce,  gdy już nastaje wiosna, dziewczynka sama brnie do stacji kolejowej. Zawsze niesie swoje dwie kanki z mlekiem.

Jak to możliwe, że tak mała dziewczynka sobie radzi.

Ale to nie są obecne czasy, gdzie dzieci wychowywane są pod kloszem.

Stefka jest dzielna, przecież całkiem niedawno była ze swoją przyrodnią siostrą Kaśką na pielgrzymce do Kalwarii Zebrzydowskiej….

Pamiętnik mojego Teścia – Jana Konopielko ( 4 ). Upragnione seminarium nauczycielskie.

Pamiętnik Jana Konopielko ur. 12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul….

                                                                              Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                                pow. Oszmiański

Mój życiorys. Część pisana przed II wojną światową.

      Pewnej niedzieli przypomniałem ojcu, że trzeba mi będzie za dwa tygodnie kilkadziesiąt złotych na wyjazd do seminarium. Po namyśle  odrzekł mi ojciec, że z tego seminarium nauczycielskiego nic nie będzie, że ono jest za daleko, by móc dostarczyć produktów na wyżywienie, a pieniędzy na wszystko nie będzie mógł postarać się. Poradził mi, bym wstąpił do szkoły w Borunach, gdzie uczyli się synowie znajomych  z sąsiedniej wsi.

       Nie tracąc czasu w następnym dniu wyruszyłem do jednego z wspomnianych uczniów mieszkających o osiem km od naszej wsi. Dowiedziałem się od tego ucznia, przyszłego mego przyjaciela, że ta szkoła w Borunach, to też jest państwowe seminarium nauczycielskie. Zapada decyzja przejścia do Borun. Na piechotę, jak  zawsze na bosaka, udałem się do dyrekcji seminarium nauczycielskiego w Borunach , położonych o 35 km od mojej wsi. Trafiłem tam akurat na odbywające się egzamina wstępne. Pamiętając, że z rachunków dostałem zastrzeżenie, prosiłem dyrektora by mnie zechciał przeegzaminować  ze wszystkich przedmiotów zanim sprowadzę dokumenta z seminarium święciańskiego. Lecz dyrektor  na to nie przystał, oświadczając, że mnie przyjmie do szkoły na podstawie świadectwa wydanego przez tamto seminarium, że złożyłem.

         Po powrocie do domu wyjechałem następnego dnia do Święcan, by zabrać swoje dokumanta i przedłożyć je dyrekcji seminarium w Borunach. Zbiegiem okoliczności przyjechałem właśnie w tym czasie, kiedy odbywały się egzamina dla nowowstępujacych i tych, którzy mieli zastrzeżenia z jakiegoś przedmiotu.

Nie zgłaszając się do dyrekcji po dokumenty, zasiadłem do egzaminu piśmiennego z rachunków. Skoro dowiedziałem się, zasiadłem do egzaminu piśmiennego z rachunków. Skoro dowiedziałem się, że wynik jest dodatni, zgłosiłem się do dyrekcji po dokumenty. Z dokumentami , zaświadczeniem, że egzamin na kurs wstępny złożyłem, powróciłem do domu. Z domu nazajutrz ruszyłem do Borun, gdzie ostatecznie załatwiono sprawę przyjęcia do seminarium.

Po powrocie do domu przygotowywałem się do odjazdu do szkoły. Moi i sąsiedzi śmiali się ze mnie, że idę się uczyć nie mając pieniędzy. Mówili , że po paru miesiącach wrócę do domu dalej paść krowy. Mieszkańcy mojej wsi byli ciemni, Zaledwie paru mężczyzn posiadała umiejętność czytania i pisania, którzy jakie- takie mieli wykształcenie- czterooddziałowe szkoły rosyjskiej. Nie mogli tego zrozumieć , że syna biednego chłopa przyjęto do jakiegoś tam seminarium. Powiedzenie ironiczne i dokuczanie ze strony sąsiadów i rówieśników, z którymi przez pięć lat, aż do 17 lat życia pasłem krowy, były bodźcem , który w przyszłej nauce, zmuszał  mię do wytrwania do końca.

     Dnia 1 września 1924 roku na małym i chudym koniku, zaprzężonym do długiego wozu, naładowanego kartoflami, mąką i słoniną, wyruszyłem po raz pierwszy do seminarium nauczycielskiego. W Borunach – nieduże miasteczko ( dwa sklepy, kościół i mury szkolne przylegające do tego kościoła) o 18 km do najbliższej stacji Oszmiana.

Jechałem do swej wymarzonej skarbnicy wiedzy ze łzami z radości przez cały dzień.

Skoro stanąłem u celu, produkty zdałem kucharce, łóżko drewniane zaniosłem do sypialni – internatu. A więc zamieszkałem w internacie płacąc za utrzymanie produktami.

      Pomimo, że miałem skończone tylko cztery klasy, a moi koledzy po pięć i sześć , nie ustępowałem im  w żadnym przedmiocie. A przeciwnie, w niektórych przodowałem.

       Ażeby nie ciągnąć od rodziców ostatnich groszy krwawym mozołem zapracowanych, zająłem się podcinaniem włosów kolegom, co mi dawało niezły zarobek wystarczający na drobne potrzeby szkolne. ( Nadmieniam, że w tym miasteczku nie było żadnego fryzjera).

Z wielkim wysiłkiem pracowałem umysłowo i fizycznie z myślą, że mi się uda przejść na stołowanie bezpłatne i zwolnić rodziców od comiesięcznego przywożenia produktów co powodowało w domu już po kilku miesiącach mojego pobytu w szkole niedostatki.

Marzenie moje ziściło się.

Koledzy, najpierw jednego kursu, a później i innych, wysyłali swoją delegację do dyrektora z prośbą o przyjęcie mnie, jako naprawdę niezamożnego , na stołowanie na koszt wszystkich uczniów. Władza się zgodziła na to.

Więc mniej więcej od drugiego półrocza byłem na całkowitym utrzymaniu kolegów za podcinanie włosów . Początkowo strzygłem tylko nożycami, a po paru tygodniach- maszynką, którą zakupili koledzy do tego celu. Pracy więc miałem bardzo dużo, mniej może umysłowej, niż fizycznej jaką było strzyżenie. Ze wszystkiego wywiązywałem się należycie. Dodam jeszcze, że po kilku miesiącach mojej praktyki fryzjerskiej, byłem zapraszany przez panów profesorów , dyrektora, księdza i doktora do podcinania włosów. To mi każdej soboty przynosiło parę złotych , którymi opłacałem różne składki.

     Przez rok pierwszy nauki w szkole byłem harcerzem i to harcerzem w pełnym tego słowa znaczeniu. Wszystkie przykazania spełniałem co do joty.

     W szkole nie byłem lubiany przez wszystkich kolegów. Nieraz staczałem bójkę z kolegą ze starszej klasy, gdy ten właził mi w drogę podczas moich dyżurów przy stole. Dużo było takich, którzy odnosili się do mnie zaznaczając swoją wyższość pod względem pochodzenia i lepszego ubrania.

W pierwszym roku pobytu w szkole przebywałem boso, w porciętach i bluzie ze swego płótna (samodział).

     Kurs wstępny ukończyłem z wynikiem ogólnym dobrym.

W roku następnym powiodło mi się bardzo, gdyż od II-go półrocza otrzymałem stypendium z dekanatu- od księży. Od tego czasu pilnowałem więcej nauki, niż rzemiosła produkującego mi pieniądze. Mimo to, nauka szła mi nieco trudniej. Powodem tego stanu rzeczy było prześladowanie mnie przez nauczyciela i dyrektora za to, że podczas wizytacji kuratora zawiodłem nadzieje odpowiadając z języka niemieckiego. Była to wina nauczyciela, który nie znając mnie dobrze, rzucił mi pytanie z nowej lekcji, czego przed tym nigdy nie czynił. Dyrektor prześladował mnie za śmiech, przed którym powstrzymać się nie mogłem, kiedy on się zaczął jąkać mówiąc.

     Za niedopełnione przestępstwo byłem często pytany i za najmniejsze uchybienie obelżywie karcony. Zdwajałem wysiłek w przygotowywanie się do lekcji i mimo tak ciężkiego przygnębienia duchowego zdołałem przezwyciężyć wszystko i przeszedłem na kurs drugi.

   W następnych dwóch latach wiodło mi się w nauce nieźle.

Zdołałem ukończyć drugi i trzeci kurs seminarium z wynikiem dobrym, korzystając od pierwszego aż do trzeciego kursu ze stypendium w kwocie 40 złotych miesięcznie.

      Warto wspomnieć, że drogę do domu na różne święta odbywałem na piechotę, boso w okresie letnim.

W zimie w marynarce sukiennej swego wyrobu i czapką uczniowską siedzącą na wierzchu głowy, szedłem do domu w największe mrozy i zawieruchy śnieżne.

W drodze do domu, gdy mi nogi odmawiały posłuszeństwa , nocowałem w pierwszej lepszej chałupie, odwdzięczając się za to i za danie kolacji lub śniadania, ostrzyżeniem włosów domownikom.

Drogę powrotną do szkoły często odbywałem koniem.

A nawet jednego razu po wakacjach- na byku, gdyż koń był chory.

Przyjazd mój na byku wywołał sensację wśród kolegów, a nawet i nauczycieli. Dokuczali mi tym bykiem przy każdej sposobności. Bolało mnie to, ale nie mógł mię ojciec czym innym przywieźć.

    W czasie różnych ferii z książką się nie rozstawałem. Podziwiali moją pilność nawet wieśniacy mojej wsi.

Opowieści mojej Mamy. Mama zostaje nauczycielką.

W ostatniej klasie Seminarium Mama już nie mieszka w internacie, bo pobyt w nim obciąża budżet rodzinny.  Z domu maszeruje na stację kolejową w Łodygowicach, pokonując trasę ponad 3 km. Polna droga zbiega w dół Kotliny Żywieckiej , i w dwóch miejscach wiedzie przez strumyki, które w czasie ulewnych opadów bardzo przybierają. Mama musi przejść nad nimi  wąską chybotliwą kładką.

Nadchodzi maj i dni matur. Jest rok 1925. Wystrojona odświętnie Mama  pędzi do pociągu. Woda w strumykach jest wielka, ciemnobrązowa i skłębiona. Na kładce Mama traci równowagę i wpada do potoku. Wydrapuje się na brzeg i ociekając wodą wpada do pociągu. Dopiero w szkole wyciera się, wyżyma spódnicę i wylewa wodę z butów i wkracza do sali egzaminacyjnej. Nikt nie zauważa, że jest przemoczona i dygocze z zimna. Ale pisze , jest przygotowana i nie ma problemów z wiedzą. Wraca do domu tą samą drogą. Następnego dnia podąża na kolejny egzamin.

Gdy po zakończeniu matury ze świadectwem dojrzałości , dyplomem nauczyciela w kieszeni przychodzi do domu. Chce się pochwalić, ale nikt nie ma czasu na rozmowę.

 Jedynie jej matka, odwraca się od garów i pyta- czy zdałaś? Odpowiada zdałam- to dobrze, słyszy odpowiedź.

Gdy wraca ojciec z pola, chwali córkę, i od razu mówi, że teraz ona musi pomagać finansowo rodzinie, gdyż edukacja była kosztowna.

Dla Mamy jest to oczywiste, więc słowa ojca trochę bolą. Ale przełyka to pokornie.

 

Opowieści mojej Mamy. Michał podejmuje decyzję , która wpływa na całe życie Stefki- mojej Mamy.

Gdy wracają do domu, tato milczy. Milczy dalej, gdy zasiada do obiadu, a Marianna pyta o powód wezwania go do szkoły.

Michał umie milczeć, swoje problemy rozwiązuje w milczeniu, zwykle namyślając się długo, czasami nawet kilka dni nad wydaniem decyzji. Ale gdy wreszcie przerywa milczenie, to wiadomo, że z nim dyskutować nie wolno i nie warto.

Tak jest i teraz.

Nazajutrz jest niedziela. W takim dniu nie wolno pracować, jedynie oporządzić trzeba zwierzęta domowe.

Po śniadaniu ojciec obwieszcza uroczystym tonem, że zdecydował, że ksiądz go przekonał i jego córka- Stefka pójdzie do miasta, by dalej się kształcić.

Dziewczynka zaszlochała, bo ogarnął ją lęk przed nieznanym. Przecież była raz w mieście z matką i o mało się nie zgubiła na ogromnych ulicach wśród spieszącego gdzieś stale tłumu. Ale ojciec ją zgromił i kategorycznym tonem oznajmił, że nie ma co płakać, że jest zdolna, bo tak powiedział ksiądz i na pewno da sobie rade.

Mama przygarnęła ją , co było niezwykłe , przytuliła a inne dzieci patrzyły na tę scenę z podziwem.

Te starsze , które już rozumiały, może zazdrościły, może nie ale na pewno inaczej popatrzyły na zahukaną młodszą siostrę.

 

Śladami mojego Taty. Edukacja mojego Taty.

 

Zdjęcie z rodzinnego albumu, podpisane przez Tatę. Tato jest po lewej stronie na górze, zwrócony prawym profilem do obiektywu.

 

Mój Tato od wczesnego dzieciństwa ukochał koleje żelazne. Już o tym pisałam.

Pewnie dlatego wybrał odpowiadający mu kierunek kształcenia. W efekcie ukończył Szkołę Techniczną w Wilnie na kierunku Dróg i Mostów. Na zdjęciu jest grupa absolwentów, a podana data to rok 1930. Brakuje mi informacji, czy wówczas dopiero ukończył tę szkołę, czy było to spotkanie po latach. Może na dalszą edukację w Wilnie zdecydował się po kilku latach od ukończenia szkoły w Rakowie, może rodzice nie mogli podjąć decyzji- wszak był ich ukochanym chucherkiem . Bo nie sądzę, żeby miał problemy w szkole, bo był zbyt pilny, zdolny i ambitny. Ale w końcu nigdy nic nie wiadomo….Już i tak się nie dowiemy….

     Po wojnie zdecydował się pójść na studia zaoczne. Był w tym duży udział mojej Mamy, która pomysł gorąco popierała. Pamiętam Jego wyjazdy do Poznania. Ponieważ miał duże problemy gastryczne, jeszcze poobozowe, nie mógł się stołować w miejscach zbiorowego żywienia, bo dolegliwości bólowe i inne się nasilały. Dlatego Mama przygotowywała mu na te kilka dni delikatną cielęcinkę i peklowała w słoikach, które dla mnie były cudne.

Słoiki owe, jeszcze poniemieckie, miały  wytłaczane napisy na pokrywce, gładką aksamitną w dotyku gumkę i zapięcie na ciekawy zameczek. Podziwiałam kunszt…może obiektywnie niezbyt wyszukany, ale wówczas dla mnie czarujący.

Z tymi słoikami Tato udawał się na dworzec i znikał…..wracał dumny, obwieszczał Mamie, że idzie do przodu.

Aż któregoś dnia przywiózł dyplom inżyniera i wszyscy się cieszyliśmy. Oznaczało to koniec udręki , wspierania , nieobecności Taty w domu oraz możliwość jego awansu w pracy.

Bo On spokojnie wspinał się ścieżką  zawodową w swoim gorzowskim ukochanym Oddziale Drogowym PKP, aż doszedł  do najwyższego w Gorzowie stanowiska Naczelnika tego Oddziału