List do bratanka, Jacka Łukaszewicza ( 9 )

Jacek.JPG

 

 

 

 

 

Jacku!

Tak sobie piszę do Ciebie te listy, których pewnie nie czytasz ale  wrzucam do blogu w nadziei, że może kiedyś zajrzą tam Twoi Synowie. A może jakieś prawnuki dopiero, a może nikt….

Dzisiaj znowu wracam myślami do Ciebie. Tym razem zadaję sobie pytanie, jaki Ty jesteś?

Wiem, że to bez sensu, bo  człek nawet siebie nie poznał do końca, a cóż dopiero Ciebie, syna mojego brata ?

     Otrzymałeś wspaniałe wykształcenie, masz zawody, którego wielu może Ci zazdrościć. Jesteś operatorem filmowym, reżyserem , absolwentem  słynnej Szkoły Filmowej w Sydney, którą zresztą założył Polak- Toeplitz. Masz za sobą roczne stypendium zawodowe na  paryskiej uczelni. Teraz pomimo wielkiej konkurencji utrzymujesz się na powierzchni, działasz. Chociaż Twojego dorobku nie znam, ale pewnie jeszcze kiedyś usłyszę lub zobaczę film, gdzie Twoje a właściwie nasze  nazwisko.

Od Twojej mamy wiem tylko, że Twoja wyróżniona zresztą , etiuda dyplomowa, to produkcja z oceanem , łóżkiem na plaży i dziewczyną- czy dziewczynami. Występowały w niej córki mojego kuzyna- Witolda, o których już pisałam.

    W moich oczach jesteś obywatelem świata, sowizdrzałem , niepokornym, chyba nieuporządkowanym , unoszącym się na fali wyobraźni, nie poddający się zwykłym rygorom życia, uroczym stworzeniem , potrafiącym zaczarować rzeczywistość.   Tak Ciebie postrzegam na podstawie różnorakich opowieści i nielicznych spotkań z Tobą . Może moja ocena nie jest pełna, może niezbyt prawdziwa….

Ale jaki może być jedyny syn ludzi tak niebanalnych.

     Twój nieżyjący już Ojciec to literat, budujący swoje życie na książkach, słowie pisanym, surowej obiektywnej krytyce utworów napisanych przez innych. Człowiek prowadzący  życie „ swawolnego dyzia”, jak mawiała o nim pierwsza żona- Grażyna. 

    Twoja Matka- sam wiesz jaka była. Pracowita rzeszowianka, o ciętym piórze, znana kiedyś dziennikarka radiowa zielonogórskiej rozgłośni. Musiała się przebijać ze swojego środowiska, miała wielkie ambicje i siłę, by osiągnąć to, co osiągnęła. Jednocześnie bardzo Ciebie kochała i ulegała Twoim pomysłom. Nie zawahała się ( może jednak się wahała- nie wiem co czuła) przed decyzją porzucenia ciekawej pracy, zawodu i wreszcie kraju w którym się urodziła i wyemigrowała z Tobą za oceany, do dalekiej Australii, bo o to prosiłeś…..

   

   Skracam ten, list, bo nadmiar dalszych wywodów  może  Ciebie zanudzić. Pewnie wrócę do tego tematu, ale za jakiś czas …tak więc na razie tyle….pozdrawiam Ciebie,  całą Twoją rodzinkę, znajomych i ten daleki , teraz już Twój kraj- Australię….bądź zdrów!

Twoja ciocia Zosia

 

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza ( 8 )

 

Jacku!

 

 

W moim ostatnim liście  pisałam  o Twojej Mamie, wspominając ją serdecznie. Ale właściwie niewiele o niej wiem,  o Gercie, o Jej życiu zawodowym i losach.

I dlatego  teraz  zajrzałam do Internetu, szukając  tam  jakiegoś Jej śladu.

Ku mojemu pewnemu zaskoczeniu znalazłam kilka informacji. Jakże miło, że o Niej nie zapomniano. Przecież minęło już tyle lat, kiedy wyjechała z Polski, z Zielonej Góry. Jestem wdzięczna ludziom, którzy prowadzą kalendarium wspominając tych, którzy odeszli. Jeśli  ludzi o których znajdujemy informacje, nie znaliśmy, to obojętnie przemykamy się wzrokiem po takich tekstach.

Ale jeśli byli i są nam bliscy, zatrzymujemy się w biegu, wspominamy i cieszymy się, że w ten sposób wracają do nas, stale żywi. I tego właśnie doświadczyłam, gdy w zielonogórskim portalu znalazłam taką notkę . Z niej się też dowiedziałam, kiedy opuściliście Polskę. Był to rok 1981, tak więc jak obliczyłam , miałeś wtedy już 18 lat, a myślałam, że znacznie mniej. …Cytuję to, co napisano o Twojej Mamie:  

 

<<Zielona Góra

 

16 sierpnia 2003 roku

Zmarła redaktor Gertruda Fajger – Łukaszewicz. Od 1962 roku dziennikarka Zielonogórskiej Rozgłośni Radiowej ( wcześniej dziennikarka „ Nowin Rzeszowskich ”) . Specjalizowała się w reportażu radiowym o tematyce rolnej.. W sierpniu 1981 roku wraz z synem Jackiem wyjechała do Austrii a stamtąd do Sydney w Australii. Pisała do tamtejszej prasy polonijnej

. Wydała książkę „ Moja emigracja” .>>

 

Może ta notka jest lakoniczna, ale nie dla nas, bo byliście i jesteście nam bardzo bliscy ….

 

A oto inna informacja o Gercie, zamieszczona w portalu  „ radio Gubin”

 

<< …Początek ostatniego programu upłynął jednak w jubileuszowym klimacie a to w związku z obchodami 35-lecia Państwowej Szkoły Muzycznej I stopnia w Gubinie. Gościem Forum była dyrektorka placówki Alicja Gil, która przypomniała kilka ważkich faktów z historii szkoły, nazwiska znakomitych absolwentów i kilka ważnych wydarzeń z życia szkoły w jej długiej już przecież historii. Uzupełnieniem tych rocznicowych refleksji był archiwalny reportaż zrealizowany w latach 70-tych przez dziennikarkę Radia Zielona Góra Gertrudę Fajgier – Łukaszewicz pt. „Egzamin z Teraźniejszości” z lat 70-tych. Jego bohaterem był pierwszy dyrektor i inicjator powstania szkoły Leonard Kuryłowicz. ….>>

 

I jeszcze jedna wzmianka zamieszczona w Internecie opracowana przez pana Rusiaka z

 „  Życia Literackiego” :

<< …Zielonogórski oddział ZLP nadal utrzymywał intensywną współpracę z Wydawnictwem Poznańskim , które niemal każdego roku wychodziło na rynek Krakowy z utworami autorów lubuskich. ….wydano w 1980 w Poznaniu antologię „ Reportaż z Nadodrza”, którą…opracował redakcyjnie A.K. Waśkiewicz. W antologii znalazły się reportaże dziennikarzy zielonogórskich i gorzowskich: ( m.in. ) Gertrudy Fajger – Łukaszewicz….>>

 

    Szkoda, że nie mam tych materiałów, poczytałabym z chęcią. Pewnie, gdyby się bardzo postarać, można byłoby je otrzymać. Ale moje umiejętności w tym temacie są niewielkie, więc nawet się nie zabieram. Ale może Ty, Jacku albo Twoi synowie kiedyś się zainteresują i dotrą do tych publikacji….

Nie posiadam także książki Twojej mamy, którą napisała na emigracji, a o której wspominano w kalendarium. Wiedziałam, że pisywała w australijskiej prasie polonijnej i wydała książkę , ale tej publikacji nam nie przywiozła. Nie wiem dlaczego, może nie przywiązywała do niej dużej wagi…szkoda….

 

Kończę już ten list, pozdrawiam Ciebie bardzo bardzo ciepło. U Was już pewnie późna wiosna , bo wszak w czasie gdy u nas Boże Narodzenie, w Australii pełnia lata.

Swoją drogą to niezwykłe, że na jednej wspólnej naszej kuli ziemskiej taka różnorodność…a już nie wspomnę o fakcie, że Wy chodzicie do góry nogami, patrząc z naszej perspektywy…

jak to wszystko działa, trzyma się jakiejś całości stale mnie zadziwia …i wiesz co, Jacku, tak rozmyślam teraz nad tym, kto to wymyślił, stworzył. Może  On był , może naprawdę był…..

 

Jeszcze raz pozdrowienia i uściski dla Twoich , ciocia Zosia.

 

 

 

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza.( 7 )

List do Jacka ( 7 )

 

Jacku !!!

Piszę do Ciebie, bo taką mam wewnętrzną potrzebę. Bo kto do Ciebie może tak pisać.     Widziałam dużo, zapamiętałam i teraz utrwalam tamte czasy. Niech nie odejdą w cień zapomnianej przeszłości. Tak więc dopóki są we mnie, dopóki żyję jeszcze, to posłuchaj….

    Wiedzieliśmy o Tobie dużo, Twoja mama- Gerta pisywała regularnie listy do Rodziców. Zapamiętałam Jej rozwichrzony charakter pisma, te duże litery stawiane z rozmachem. Było tam o życiu australijskim, o Waszych losach i losach Twoich dalekich kuzynek, które już wcześniej wylądowały na tym dalekim kontynencie…Wiem, że te listy były dużym wydarzeniem w życiu moich Rodziców, a Twoich dziadków. Przecież na tym etapie życia, w tej późnej starości żyli jedynie światłem odbitym od swoich dzieci, ale przede wszystkim wnuków….

    Minęło kilka lat i gdy tylko stało się to możliwe,  Twoja Mama  zaczęła odwiedzać Polskę. Pozostawiła tutaj swoją rzeszowską rodzinę, jeszcze żyli Jej rodzice. Miała wielu przyjaciół no i nas…

Mieszkaliśmy już wtedy w Warszawie i gdy Twoja mama, Gerta przylatywała z Australii do Polski zatrzymywała się na kilka dni w domu moich Rodziców, a Twoich Dziadków.

Spotkania były serdeczne, chociaż już wtedy nie była żoną mojego Brata….

Wspominam Jej wizyty. Pojawiała się jak radosny huragan, miała w sobie tyle energii…Obładowana tobołami, stawała w drzwiach i swoim nieco zachrypłym głosem, który jej pozostał, pomimo tego że już  dawno przestała palić, komunikowała, oto jestem…

Po powitaniach, rozsiadała się na wersalce w dużym pokoju moich Rodziców, a Twoich dziadków i od razu otwierała którąś z dużych toreb, wydobywając prezenty. Myślałam o tym jak długo i starannie musiała się przygotowywać do tej wizyty. Każdy z nas otrzymywał jakiś australijski prezencik, o wszystkich pamiętała. Zapamiętałam  malutkie,  pluszowe misiaczki koala , i inne regionalne pamiątki, i zawsze jakieś ciuszki. W tych latach Polska była szara, przaśna i te kolorowe ciuszki zachwycały. W czasie ostatniej wizyty zdumiała się, że ten kraj się bardzo zmienił, stał się bardziej kolorowy i  owe ciuszki już nie budziły takiego entuzjazmu. Chociaż my cieszyliśmy się nieodmiennie bo docenialiśmy Jej pamięć o nas i wysiłek włożony w kompletowanie prezentów. Zachowałam niewielkie słynne australijskie opale, które przekażę kiedyś swoim dzieciom. Na opakowaniu napisałam od kogo i skąd są, może ktoś przeczyta…przypomniałam sobie też, że gdy Twoja Mama przybyła do nas z Australii po raz pierwszy przywiozła piękny wieniec z kwiatów chyba gardenii, który miejscowi w Bangkoku zakładali podróżnym na szyję  gdy ci przesiadali się tam z samolotu z Sydney do samolotu do Warszawy …a kiedyś , chyba gdy się u nas zjawiła po raz pierwszy poprosiła o wódkę z pieprzem. Miała jakieś dolegliwości gastryczne po tych samolotowych posiłkach. Okazało się jednak, że pieprz co prawda był, ale gorzej z wódką. Zadowoliła się więc naparem z dziurawca, który zaserwował Jej Twój dziadek i też pomogłoJ …..

    Opowiadaniom o Waszym życiu, oczywiście o Tobie ale też o specyfice waszej nowej ojczyzny, nie było końca. Wszystko nas interesowało bo Gerta opowiadała ciekawie. Nic dziwnego, przecież była dziennikarką z zawodu, więc potrafiła wyłapywać najbardziej interesujące historie…

Potem odwiedzała koleżankę która mieszkała gdzieś niedaleko nas, na Żoliborzu, wyjeżdżała do Rzeszowa, zwykle leciała tam samolotem z Warszawy, w planach miała jeszcze Zieloną Górę i wracając ponownie była u nas. Chyba jej pobyt w Polsce trwał  około dwóch miesięcy, ale nie jestem pewna….

To by było  na razie na tyle, Jacku. Pomimo tego, że tamte czasy dawno odeszły , i tamci bliscy mi Ludzie też przenieśli się do innego, ponoć lepszego świata i żyją już Wiecznie, wspomnienia moje  są stale żywe i chciałabym je zachować, utrwalić. Może się uda….

Pozdrawiam Ciebie Jacku i Twoich bliskich gdzieś tam daleko sobie żyjących , Twoja ciocia Zosia.

 

 

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza ( 6 )

List do Jacka ( 6 )

Jacku!!!

I oto kolejny list do Ciebie, bo pogadać by się chciało, ale daleko jesteś. Zresztą nie zawsze bezpośrednia rozmowa jest tak przyjmowana jak nieruchome słowo na papierze ( w tym wypadku monitorze). Nie budzi takiego sprzeciwu, nie może  odparować ciosów, po prostu  jest….

    Nie pomnę dokładnie, ale chyba miałeś 13 czy 14 lat, kiedy razem z matką wyemigrowałeś do Australii. Nie spodziewaliśmy się takiego przebiegu wydarzeń, chociaż już wiedzieliśmy, że tam wybyła żona naszego kuzyna ( syna brata  Twojego dziadka Wacka- Witolda Łukaszewicza, tego, który się urodził na syberyjskim zesłaniu ). Już kiedyś o nim wspominałam w tym blogu …zabrała ze sobą dwie córki, pozostawiając ich ojca w głębokim szoku i żałobie…. Ta kobieta porzuciła ciekawą pracę w Zielonej Górze, tak ładnie układała się jej kariera zawodowa, ale wybrała inne życie. Pochodziła z tych samych stron, w których urodziła się Twoja matka. Mieszkając w Zielonej Górze, przyjaźniły się , w pewnym sensie też stanowiły elitę tego miasta. Tak więc ich decyzje były szeroko omawiane w ich środowiskach. Echa docierały aż do Gorzowa.      

Podobno Ty bardzo chciałeś wyjechać. Nie wiem co Tobą kierowało, może tylko chęć przygody, a może oddalenie się od tego miasta, gdzie nadal mieszkał Twój ojciec  ale już z nową żoną, a jej syn był Twoim klasowym kolegą. Chyba nie darzyłeś go sympatią, bo jego matka zabrała Ci ojca…Tak więc zamknęło się koło wzajemnych pretensji. Pewnie zapamiętałeś to,  co  kiedyś wykrzyczała do Ciebie Iwonka . I teraz przyszła kolej na Ciebie, a teraz   Ty stawiałeś ten sam zarzut innemu chłopcu….Brutalny świat dorosłych zadeptywał Wam, biednym, porzuconym dzieciom, ich piękny niewinny i naiwny świat…

    Tak więc Gerta, Twoja mama zostawiła swoją radiową redakcję , gdzie była ceniona i nagradzana i poszła za Tobą, za Twoim pomysłem a może marzeniem. Wiernie Ci towarzyszyła, roztaczając opiekuńcze skrzydła. My już przestawaliśmy się dziwić tym decyzjom, musieliśmy zaakceptować i  tę sytuację, bo przecież nie mieliśmy wpływu na życie Zenona , jego żon i dzieci. Piszę, my, bo uczestniczyłam w rozmowach Twoich Dziadków, i razem z nimi próbowałam to wszystko objąć rozumem….  

I tak ten zły świat dorosłych osaczył mnie na początku mojego młodzieńczego życia. Pewnie dlatego budowałam potem tak swoją rodzinę , starając się by była silna i spoista, wielokrotnie rezygnując z własnych ambicji , potrzeb , jakby zatracając swoje ego. A wszystko dlatego, by zachować spokój i jakiś ład w mojej rodzinie . Teraz, po bardzo wielu latach patrzę na siebie z odpowiednim dystansem czasu, przyglądam się swojemu życiu jakby było to życie innej, obcej kobiety . I wiesz co , Jacku, pomimo jakiejś odrobiny  żalu, że czasami gubiłam swoje ego w swoim związku, czuję się z tym dobrze. Małżeńskie życie to wielokrotnie rezygnacja , akceptacja i tolerancja….i oceniając z tak bardzo odległej perspektywy jaką jest 45 lat w związku, takie postępowanie po prostu się najzwyczajniej opłaca ( wybacz, że używam tak brzydkiego, prawie merkantylnego  sformułowania) …

Mój Brat tego nie wiedział, może dopiero gdy się zestarzał, gdy był już schorowany, zrozumiał, że życie to nie wieczny bal. To ciężka harówa, czasem w pocie czoła i łzach, ale  warto . Wytrwał przy swojej trzeciej żonie do końca swoich dni. Był przy niej, gdy wielkie jego uczucie wygasło, bo przecież zawsze wygasa, był w chorobie, starości. A może to ona bardzo kochała i umiała tak kochać, że stanowiła niewidzialny magnes dla mojego niedojrzałego emocjonalnie brata. 

Ale  Jacku, zatrzymałam się w tym miejscu pisaniny mojej do Ciebie, bo się opamiętałam , że przybrała ona jakby formę kazania . Ale wybacz, mam prawo, bo właśnie skończyłam 66 lat. A wiek to słuszny…Nie muszę tego Tobie mówić, bo jesteś jeszcze barwnym motylem i pewnie zrozumiesz dopiero wtedy, gdy zamienisz się w nieciekawą ćmę. O ile jest to możliwe, bo przecież w przyrodzie niczego takiego nie widziano. Ale za to można zobaczyć motyle z uszkodzonym skrzydłem….może więc mój list stanie się dla Ciebie przyczyną do rozważań nad Twoim własnym  życiem, gdzie chyba sporo błędów, jak mi się wydaje…

 To już kończę, bo wyczerpałam siły na tych rozważaniach. A pewnie i Ty masz już dosyć czytania tego, co stara ciotka wypisuje….pozdrawiam Ciebie jak zwykle bardzo serdecznie, Twoich synów i w ogóle ten piękny daleki  kontynent- Twoja ciocia Zosia

 

List do bratanka, Jacka Łukaszewicza. ( 5 )

Jacku!

Od czasu tej mojej pierwszej wizyty w Waszym domu, nawiązaliśmy ciepłe relacje z Twoją Mamą, Rodzice przyjęli i ukochali Wnuka.

Pewnie  odczuwałeś, jak byli z Ciebie dumni….Wszyscy byliśmy dumni z Ciebie, Twojej  pasji zawodowej, sukcesów i wszystkiego – no prawie wszystkiego co robiłeś.

Gdy miałeś chyba z 6 lat, Twoi Dziadkowie- Stefania i Wacław Łukaszewiczowie zabierali Ciebie i Iwonkę- Twoją przyrodnią siostrę , starszą od Ciebie zaledwie o 3 lata,  do Gorzowa, potem na wczasy. Iwonka w tym czasie mieszkała już ze swoją mamą, Grażyną w Świnoujściu i dom dziadków, nasz gorzowski dom, przy ul Nowotki ( obecnie Orląt Lwowskich) był dla niej spokojnym portem, gdzie zawsze czekała miłość.

Moja Mama, a Twoja Babcia wspominała, że pierwsze Wasze spotkania i wspólne spędzanie czasu nie było słodkie. Iwonka była wrogo do Ciebie nastawiona, aż wreszcie kiedyś pękła i wykrzyczała, że zabrałeś jej tatusia. Od tego momentu chyba przełamały się jakieś lody. Rozpoczęły się rozmowy bez specjalnego owijania w bawełnę tego co się stało. Iwonka była jeszcze niewielką dziewczynką, ale już doświadczoną przez los, więc przedwcześnie dojrzałą. Ty trzpiotowaty, ale wrażliwy, bystry , rozumny, rozpieszczany przez matkę, odbierałeś lekcje tolerancji, akceptacji tego co się wokół Ciebie działo. Jednym słowem, też dojrzewałeś przedwcześnie. Tym bardziej, że niedługo potem i Ciebie opuścił ojciec.

 Pamiętam Was dobrze…Zachowały się zdjęcia, które wykonywał Wasz Dziadek Wacek.

To na razie tyle opowieści z tych czasów. Obejrzyjmy wspólnie te zdjęcia….pozdrawiam Ciebie i Twoich Synów bardzo ciepło…ciocia Zosia

 

 

ZenonJacekIwka1965.jpg

 

Zdjęcia z rodzinnego albumu. Jacek z ojcem. Obok Iwonka wystrojona przez ciocię Zosię w kokardy i klipsy.

 

 

IwonaZenonJacek1957.jpg

 

Te same zdjęcia i sąsiednie też Twoje, ojca Twojego i Iwonki z jednej strony albumu. To Twój dziadek, Wacław Łukaszewicz je wykonywał i starannie wklejał przed nieomal pół wiekiem. Zauważ smutne oczy Iwonki….

 

IwonaJacek1968.jpg

 

A tutaj już nieomal jesteście zaprzyjaźnieni z Iwonką. Pierwsze zdjęcie wykonane w Gorzowie, przed Domem Dziecka, bo tak nazywał się sklep z dziecięcymi akcesoriami obok pięknej historycznej niezapomnianej Łaźni.

 

 JacekIwonaG,.JPG

 

Jacek i Iwonka, przyrodnie rodzeństwo przed szkołą w Gorzowie przy ul. Estkowskiego.

 

JacekIwona1.JPG

 

 

Moje ukochane Bratanki….na wyjeździe z dziadkami

List do Jacka ( 4 )

 

List do Jacka ( 4 )

Jacku!

W ostatnim liście zaczęłam opowieść nt naszego pierwszego spotkania. A oto dalszy ciąg tej historii….

 

Gdy tak jechaliśmy z Zenonem do Zielonej Góry służbowym redakcyjnym samochodem, nie pamiętam swojego lęku, czy choćby niepokoju, zresztą w przypadkach podbramkowych zawsze zachowywałam zimną krew. Więc sympatycznie gawędziliśmy z Bratem i coraz bardziej się radowałam w sercu z tego spotkania i czekających mnie kolejnych.

Wasze mieszkanie przy ul. Staszica  było położone pięknie. Chyba czteropiętrowe domy wybudowano na szczycie i zboczach wzgórza, wśród wielkich starych drzewa. Uwielbiałam takie miejsca.

Drzwi otworzyła nowa Żona mojego Brata, a Twoja Mama. Ciepła była ta kobieta, serdecznie mnie przytuliła i od razu wszystko było proste. Miała krótkie brązowe włosy, duże brązowe oczy, dłonie kształtne, duże ale budzące zaufanie. Zawsze zwracałam uwagę na dłonie ludzi, których poznawałam. One tak dużo dla mnie mówiły o właścicielach. Miała barwną , szeroką,  miękką wirującą spódnicę, spiętą w pasie szerokim paskiem. Okna mieszkania były duże i jasne, za nimi ta wielka zieleń. Od razu poczułam się tutaj dobrze.

Wkrótce pojawił się maleńki blondynek. Właśnie wstał po dziennej drzemce. Początkowo tulił się do swojego Ojca i nieśmiało na mnie zerkał. Widziałam te wielkie błękitne piękne oczęta i delikatne włoski. Zasieliśmy do jakiegoś smakowitego dania. Było pyszne, choć nie pamiętam co jadłam. Gerta gotowała chyba bardzo dobrze.

Potem zabawiałam się z tym moim maleńkim Bratankiem- Jackiem. Chyba miał niewiele ponad rok.  Pamiętam jak gnał  przed siebie szaleńczo, hamując na przeciwległej ścianie dużego korytarza. Jakimś cudem nie był poobijany, pewnie jak mały kociak miał właściwość miękkiego lądowania.

Siedziałam na kanapie w przeciwległym pokoju, gdy podszedł do mnie i oglądał mój pierścionek. Pierścionek był srebrny i bardzo ładny. Duży, owalny miał kształt i podłużne oczko w kolorze ametystowym. Właśnie niedawno otrzymałam go od przyjaciółki mojej Mamy- Heleny Konopielko. Szpanowałam tym pierścionkiem wśród koleżanek i byłam z niego dumna. Przecież to były czasy przaśnego polskiego nibykomunizmu. Ładne przedmioty były jak okazjonalne perełki.

Dopiero długo potem się wydało, że był to prezent, który moja przyszła Teściowa otrzymała od pierwszej żony jej syna Mirka.

I oto nastąpiło coś, co postrzegane z perspektywy czasu mogło mieć znaczenie symboliczne. Otóż zdjęłam ten pierścionek z palca i dałam go Jackowi dla zabawy. On go złapał i bez zastanowienia pognał z nim przez ten duży korytarz do łazienki, wrzucił do wc i spuścił wodę. Pobiegłam zatrwożona, oczywiście po pierścionku już śladu nawet nie było. Jacek patrzył na mnie figlarnie, uśmiechał się czarująco. Jakże mogłam się gniewać. Przecież mój Bratanek był taki słodki…po kilku latach, gdy spotkałam Mirka na swojej drodze i wzięliśmy ślub, zawsze wspominałam ten dar od teściowej, a właściwie od pierwszej żony Mirka i  Twój, mały blondasie czyn- finalne ostateczne pożegnanie z tym pierścionkiem i jakby symboliczne z przeszłością. Jacku, chyba byłeś wykonawcą jakiegoś odgórnego zlecenia. Pewnie los Ciebie wyznaczył, byś wpisał się w symbolikę tego czasu….Czyż nie fajna to historia?

Ależ się rozpisałam. Pewnie przynudzam. Ale wybacz ciotce gadulstwo, tyle wrażeń się ciśnie do klawiatury…

Na razie to tyle wspomnień z tamtych czasów, tych bardzo wczesnych lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Są stale świeże, o dziwo w ogóle się nie zestarzały, jak zresztą i my…..pozdrawiam Ciebie bardzo, bardzo serdecznie , kłaniaj się australijskim kangurom, Twoja ciocia Zosia