Śladami mojego Taty. Witold zakłada rodzinę…

 

 

Zdjęcie ze starego rodzinnego albumu. Niezapomniane Bobowicko, ja ( 19lat) z Witoldem…

 

Mój kuzyn Witold Łukaszewicz, o którym od pewnego czasu piszę, urodzony na Kazachstanie, jeszcze w czasie studiów poznał Kazię, medyczkę. Wydawało się, że łączyła ich wielka miłość.

Kiedyś już opisywałam, że w czasie studiów medycznych byłam higienistką na kolonii w Bobowicku. Otóż tę kolonię prowadził Witek – był kierownikiem a jego żona – Kazia była tam lekarzem. Zaprosili mnie tam, zatrudnili. I dzięki temu poznałam smak pracy pomocy pielęgniarskiej.

Już wtedy mieli maleńką córeczkę – Małgosię, której byłam matką chrzestną. Potem urodziła się Joasia.

Po latach Kazia zabrała kilkunastoletnie córki i wyjechała do Australii. Cóż tu dużo mówić, dzieci wykradła i uciekła.

Witek dowiedział się o jej decyzji już wtedy, gdy jego kobiety opuszczały Austrię. Pierwotnie było wiadomo, że pojechały tam w celach turystycznych.

Śladami mojego Taty. Witold teraz

Jak dobrze, że Witold zdążył mi nieco opowiedzieć o sobie, zanim uległ poważnemu wypadkowi tracąc mowę. Jest teraz w bardzo dobrym zielonogórskim ośrodku przykościelnym. Odwiedzaliśmy go niedawno. Wśród innych pensjonariuszy wyróżnia się uśmiechem, łagodnością . Powoli odzyskuje rozumienie i mowę. Poznał mnie , na pewno mnie poznał, bo oznajmił to po swojemu. Dzięki wspaniałej opiece sióstr i innych pracowników ośrodka , ale przede wszystkim swojej wieloletniej towarzyszce życiowej- Basi, jestem o niego spokojna….

 

Moim współbiesiadnikom tekstów tego blogu , którzy czują się znudzeni  opowieściami o rodzinie obiecuję powrót do przeplatania tematów i kontynuację wpisów o mojej medycznej ścieżce.

Śladami mojego Taty. Poród na Kazachstanie.

W takich warunkach nabrzmiewała ciąża mojej cioci. Dzieciątko chciało żyć za wszelką cenę. Rozwijało się ładnie, wysysając soki życiowe z łona swojej matki.

Czy ona miała  czas, by myśleć o mężu? Tęsknić?

Któregoś dnia poczuła skurcze porodowe. Wiedziała, że nie może liczyć na jakąkolwiek pomoc. Żadnego lekarza, pielęgniarki nie było w okolicy. Żyła w  maleńkiej osadzie Kazachskiej na  wielkim bezkresnym stepie.

I wtedy przyszły miejscowe kobiety.  Zabrały rodzącą z ziemianki i wyprowadziły na świeże powietrze. Była bezwolna a może im już ufała. Zdążyła się do nich przyzwyczaić i je poznać. Nie protestowała, gdy założyły jej starą burkę pod pachy i podwiesiły  na cherlawym drzewie .  Była to wypróbowana przez lata miejscowa tradycja ułatwiająca szczęśliwe zakończenie porodu.  I wtedy urodził się bez żadnych powikłań mój  kuzyn.

A dookoła był step i wpatrzone w misterium porodu  oczy mieszkańców. Bo zeszła się cała wieś, by uczestniczyć w tak wielkim wydarzeniu jakim było przyjście na świat nowego człowieka….