Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 19 )

Noc przespałem spokojnie, wtulałem się w swoją poduszkę.

Pewnie śniła mi się Stefa.

Rano wstałem rześki, ufny i optymistycznie spojrzałem na świat.

Po smakowitym, ale zwyczajowo zbyt dla mnie tłustym śniadaniu wybrałem się do Stefy.

Wróciliśmy w sobotę, dzisiaj była niedziela, więc dzień wolny od pracy.

Stefa była już wypoczęta, rozluźniona.

Pewnie przegadała z koleżanką, współlokatorką,  pół nocy, chociaż tego nie można  było po niej poznać.

Może ta rozmowa z koleżanką miała taki dobry wpływ na moją Stefę.

W końcu przegadanie sprawy zwykle przynosi  ulgę, jest jak katharsis.

Koleżanka pobiegła do kościoła, my chcieliśmy się wybrać na wieczorną mszę.

Oczywiście moi rodzice zaprosili Stefę na obiad.

Chętnie przystała na tę propozycję.

Do obiadu mieliśmy jeszcze kilka godzin dla siebie, więc usiedliśmy pod naszym ulubionym oknem, skąd już buchała rozkwitająca wiosna.

Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, jak zwykle.

Wtedy mogliśmy  patrzeć sobie w oczy.

Trzymaliśmy się za ręce.

Miała ciepłe, delikatne piękne dłonie.

Postanowiliśmy czekać na odpowiedź z Godziszki.

Termin naszego ślubu już był zaklepany.

Miał się odbyć w czerwcu, a teraz był  już kwiecień.

Uwierzyliśmy, że wszystko potoczy się łagodnie i dla nas korzystnie.

Opowieści mojej Mamy. Odcienie gestów.

Nikomu nie mówi, że słyszała rozmowę ojca z wytworną panią, kiedy to  ojciec na propozycję oddania jej do adopcji zdecydowanie odpowiada- nie.

Mama swoje  odkrycie , że jednak jest kochana, ukrywa  głęboko w sercu, opowiada dopiero o tym pod koniec swojego życia córce, która zasłuchana siedzi na podłodze, obok łóżka matki.

Stefania pozostaje nadal nieufna, surowa, nie okazująca nigdy miłości swojej najmłodszej córce a może wszystkim swoim dzieciom. Dobrze, że córka czuje Jej ciepło i wcale nie tęskni za przytuleniem. Też się tego nie nauczyła. Rozumie, że możliwy jest bliski kontakt z mężczyzną . Ale z kobietą? I gdy przytula ją jej przyszła teściowa, dziewczyna odsuwa się zniesmaczona.

Jak długo trwało, zanim zrozumiałam, że przytulenie ma wiele  znaczeń i barw…

Śladami mojego Taty. Mój Tato i koleje żelazne…

 

 

 

 

Mój Tato, jeszcze we wczesnym  dzieciństwie zakochał się w pociągach, torach kolejowych i mostach. Tej miłości był wierny do końca swoich lat.  

W jego rodzinnym miasteczku nie było kolei, należało dojechać 12 km, by znaleźć się na dworcu. Ale gdy był małym chłopcem już pierwszy raz jechał pociągiem. Zapamiętał tę podróż. Często opowiadał  jakie wrażenie na nim sprawił widok wielkiego spoconego czarnego cielska parowozu . Bestia ta miała koła wyższe od małego chłopca, poruszały się przy udziale poprzecznych metalowych nibyłap. Przez okienko wyglądał bardzo usmolony pan, który od czasu do czasu otwierał drzwiczki wielkiego pieca, skąd buchał ogień piekielny i ten czarny pan wrzucał w jego paszczę całe wielkie szufle węgla. Najedzona bestia wydmuchiwała  kłęby pary z wielkiego komina a potem gwiżdżąc i sapiąc ruszała z miejsca. Miała wielką siłę bo ciągnęła tyle wagonów. A w każdym siedzieli ludzie na  milutkich gładkich i lakierowanych ławkach. Tato najpierw siedział grzecznie onieśmielony nową dla niego sytuacją, ale po chwili stanął na ławce i wyjrzał przez otwarte okno. W tym momencie wiatr porwał mu jego nowiutką a już ukochaną czapkę.

Gdy o tym myślę o bardzo wielu latach, przyszła mi myśl, że może to był symboliczny  akt jego zaślubin z zawodem. Może trochę przesadzam, ale Ojciec  kochał kolej miłością pierwszą- taką z trwającym zachwytem do ostatnich swoich dni.

Ta miłość była tak silna,  że wbudował ją sobie w genotyp, przekazując mi tę fascynację, która trwa we mnie od wczesnego dzieciństwa do dziś. A przecież lat mam niemało a i koleje wyglądają teraz już inaczej. A moja fascynacja  i zachwyt drogami żelaznymi nie umiera(*-*)

Na medycznej ścieżce. O naszym ślubie.

 

W żoliborskim Urzędzie Stanu Cywilnego.Za nami od lewej: mój Tato, moja Mama i Teściowie. Za Teściową fragment głowy Grani.

 

Ten rozdział miał się znaleźć w planowanym opisie naszego wspólnego małżeńskiego życia, ale jest mi tak miły, że chcę się teraz podzielić swoimi wspomnieniami.

 

Różni chłopcy pojawiali się w moim życiu. Ale żaden nie budził mojego zainteresowania. Po prostu nie przychodziła miłość.

Aż nagle, w grudniu 1967 roku, mój świat zawirował.

Bo spotkałam Mężczyznę swojego życia. Kiedyś o tym opowiem, bo ta historia zasługuje na odrębny rozdział.

Zaplanowaliśmy termin ślubu, tym bardziej, że był już mężczyzną dojrzałym do małżeństwa. Ponieważ uczelnie poznańskie kończyły zajęcia w końcu maja, by zwolnić akademiki dla gości targowych , ostatni egzamin miałam 27 maja. Była to farmakologia, wielka kobyła, mnóstwo materiału do zrozumienia i wkucia. Ale poradziłam sobie bez problemów, zdałam na 4, co dało mi szansę zwolnienia z zajęć na uczelni warszawskiej gdzie nauka tego przedmiotu w odróżnieniu do akademii poznańskiej trwała nie jeden rok, a 2 lata.

Bezpośrednio po tym egzaminie wsiadłam do pociągu , którym już jechała z Gorzowa moja Mama , i wylądowałyśmy w Warszawie. Ślub miał się odbyć za 4 dni, tj 1 czerwca 1968 roku.

W ogóle nie była przygotowana do tej ceremonii, która wprawdzie była tylko tzw cywilna , tj przed urzędnikiem.

W ogóle się tym nie przejmowałam, a przecież nawet  nie miałam sukienki, butów etc. Chciałam tylko być razem i obok mojej Miłości.

Dobrze, że Grażyna – Bratowa Mirka, mojego przyszłego Męża, stanęła na wysokości zadania i przejęła opiekę nade mną, beztroską gapą .

Do tej pory , gdy wspominam ten okres, dziwię się sobie i jestem wdzięczna Grani.

Przez kolejne dni szlifowałyśmy warszawskie bruki, odwiedzając liczne sklepy, gdzie ja zachowywałam się jak beznadziejna ale radosna ofiara.

W rezultacie moja opiekunka zdecydowała, że pomarańczowa sukienka z pięknej żorżety , którą wypatrzyła w Modzie Polskiej, najelegantszym wtedy sklepie , będzie odpowiednia. Potem jeszcze wybrała buty w sklepie przy ul. Chmielnej, zamówiła najlepszego w Warszawie fryzjera, Gabriela .

Nie wiem co Grażyna sobie o mnie myślała, ale nie zasłużyłam na pochwałę.

I tak , w pomarańczowej sukience, z gerberowym bukietem  i lokach na głowie stanęłam u boku Mirka w Żoliborskim Urzędzie Dzielnicowym przy ul. Słowackiego.

Idąc tam, zauważyłam kątem oka, że na sąsiednich drzwiach wisiała tabliczka- rejestracja zgonów. Ale w ogóle się tym nie przejęłam, tak zresztą jak i ceremonią ślubną.

Grażyna i Mundek Niedziałek byli naszymi świadkami, i poza naszymi Rodzicami Mirek zaprosił paru swoich kolegów.

Przedtem wybraliśmy w ORNO ( kultowym wtedy sklepem , zakładem produkującym niepowtarzalne wyroby ze srebra) dość grube srebrne obrączki , które teraz założyliśmy sobie nawzajem i tym samym przypieczętowaliśmy nasz związek. Pewnie miały magiczny wpływ, bo przetrwaliśmy już razem 44,5 lata!!!

Potem wylądowaliśmy w Restauracji Hotelu Europejskiego, miejscu wytwornym, ale ogólnie dostępnym.

Szczęśliwie wydzielono nam ustronne miejsce i zasiedliśmy przy wspólnym stole.

Tańce odbywały się na parkiecie, gdzie tańczyli już inni ludzie.

Ale nam się zdawało, że jesteśmy tylko my i dla nas grają. Przytulałam się do Mirka, który był bardzo poważny i tańczył tylko ze mną.

Myślałam, że zawsze tak będzie. Ale szybko się przekonałam, że mój mąż jest osobą bardzo zabawową i towarzyską , lubi bawić się z różnymi kobietami.

Po początkowych dąsach, szybko się nauczyłam też takiego stylu zabawyJ .

A to niezwykłe zachowanie mojego męża w czasie bankietu ślubnego zrozumiałam po latach. Wtedy, gdy się przyznał, że bardzo źle się czuł z powodu ropnia na pośladku.

Chyba nie spędziliśmy typowej  nocy poślubnej, bo w jednym pokoju, który posiadał M. spali moi Rodzice. Ale potem nadrobiliśmy zaległości.

Następnego dnia pojechałam do Lidzbarka, gdzie rozpoczęłam praktykę studencką. Zadano nam bowiem takie zajęcia w szpitalu powiatowym. Wybrałam więc Lidzbark, gdzie mieszkali moi Teściowie, których znałam od dawna i uwielbiałam….

 

Śladami mojego Taty. Decyzja.

 

 

Spotykali się często, zazwyczaj spacerowali  nad rzeką Słocz, meandrującą wśród wzgórz,  albo szli szerokim leśnym traktem , który prowadził do Rosji. Dochodzili do miejsca, gdzie zaczynał się teren przygraniczny . Wracali pospiesznie, bo czasami na horyzoncie pojawiali się rosyjscy albo polscy strażnicy pogranicza. Spacery nie były długie, bo granica była położona zaledwie 2 km od Rakowa.

Najbardziej lubili teren , gdzie rosły pojedyncze brzozy.

Wśród białych pni i w migotliwym cieniu ich delikatnych wiotkich gałązek Michalina wyglądała zjawiskowo. Bolek obserwował jej twarz , która była spokojna i radosna. Łapali chwile wspólnego szczęścia. Bolek  wcześnie osierocony, umiał docenić taką  dziewczynę i niezwykłą  urodę  jej duszy.  

Któregoś dnia nagle zapytał, czy zechciałaby zostać jego żoną. Dziewczyna spłonęła ale poważnie, bardzo wolno, zdając sobie sprawę z powagi słów odpowiedziała: tak.

I wtedy ziemia  zawirowała  , a brzozy które zwykle dotykały nieba ,  pochyliły się nad nimi  i szeptały Michalina Michalina.

Najdelikatniej jak umiał , objął ją i przytulał do serca.  Była bardzo blisko, jeszcze piękniejsza niż zwykle, jej bławatkowe oczy płonęły zupełnie nowym światłem . Całował jej jasne włosy, pachnące jak ukwiecona wiosenna łąka, a może  jak  polny rumianek  i całował jej brwi , potem oczy i usta….ukochana moja jedyna najdroższa….

 

 

  

 

zdjęcia własne