Mój Tato, jeszcze we wczesnym dzieciństwie zakochał się w pociągach, torach kolejowych i mostach. Tej miłości był wierny do końca swoich lat.
W jego rodzinnym miasteczku nie było kolei, należało dojechać 12 km, by znaleźć się na dworcu. Ale gdy był małym chłopcem już pierwszy raz jechał pociągiem. Zapamiętał tę podróż. Często opowiadał jakie wrażenie na nim sprawił widok wielkiego spoconego czarnego cielska parowozu . Bestia ta miała koła wyższe od małego chłopca, poruszały się przy udziale poprzecznych metalowych nibyłap. Przez okienko wyglądał bardzo usmolony pan, który od czasu do czasu otwierał drzwiczki wielkiego pieca, skąd buchał ogień piekielny i ten czarny pan wrzucał w jego paszczę całe wielkie szufle węgla. Najedzona bestia wydmuchiwała kłęby pary z wielkiego komina a potem gwiżdżąc i sapiąc ruszała z miejsca. Miała wielką siłę bo ciągnęła tyle wagonów. A w każdym siedzieli ludzie na milutkich gładkich i lakierowanych ławkach. Tato najpierw siedział grzecznie onieśmielony nową dla niego sytuacją, ale po chwili stanął na ławce i wyjrzał przez otwarte okno. W tym momencie wiatr porwał mu jego nowiutką a już ukochaną czapkę.
Gdy o tym myślę o bardzo wielu latach, przyszła mi myśl, że może to był symboliczny akt jego zaślubin z zawodem. Może trochę przesadzam, ale Ojciec kochał kolej miłością pierwszą- taką z trwającym zachwytem do ostatnich swoich dni.
Ta miłość była tak silna, że wbudował ją sobie w genotyp, przekazując mi tę fascynację, która trwa we mnie od wczesnego dzieciństwa do dziś. A przecież lat mam niemało a i koleje wyglądają teraz już inaczej. A moja fascynacja i zachwyt drogami żelaznymi nie umiera

