Nie wszystko przemija…

 

SAM_7761.JPG

 

 

Słońce już zmierza ku zachodowi i właśnie najpiękniej jak umie gra cieniami śladów stóp  na piasku….

Wyjątkowo piękny jest październik tego roku.

I dane mi , jeszcze raz dane zachwycić się morzem. Naszym, polskim jedynym takim. 

Nie tylko uroda tego wybrzeża zniewala ale wracają piękne wspomnienia własnego beztroskiego pełnego zachwytów dzieciństwa spędzanego na wczasach wagonowych . I kolejne wspomnienia gdy już z własnymi  dzieciakami  odkrywaliśmy stale na nowo te szumy, zapachy , pomruki , czy groźne miarowe uderzenia fal , te bezmiary wiecznie żywej wody i piasek, piasek, piasek… a teraz już nasze wnuki cieszą się tak jak my kiedyś.

I tak świat się toczy, pokolenia odchodzą , przychodzą następne a  nad nimi to samo  niebo i ten sam wiatr we włosach i wielki morski horyzont   i skrzypiące pogwizdywanie śnieżno  białego piasku pod stopami  , słońce i plaża ….

 

 

SAM_7774.JPG

 

 

SAM_7773.JPG

 

 

SAM_7770.JPG

 

 

SAM_7765.JPG

 

List do Pawła.

List do Pawła.

 

I jak to los plecie nasze życie.

Nie zdążyliśmy się razem zestarzeć, by pogadać o dawnych czasach, powspominać. Odszedłeś od nas za wcześnie, jeszcze pochłaniała Ciebie praca, Rodzina , podróżowanie po świecie i wiele innych spraw, które nas nie łączyły.

Ale  zostały fajne dziecięce wspomnienia. Czyste, niewinne, pachnące morzem, wiatrem i wakacjami. Patrzę gdzieś w górę i wydaje mi się, że tam jesteś i słyszysz. Ba, nawet się do nas uśmiechasz tym swoim szczerym radosnym chłopięcym uśmiechem…..

Obejrzyjmy więc sobie razem te zdjęcia z czasów, gdy nasze życie było jeszcze białą nie zapisaną kartą….

 

 

MamaPawełJaOk1955.jpg

To my i moja Mama. Paweł jak zwykle opiekuńczy, trzyma mnie za rękę a może to ja go trzymam:) i ta ówczesna moda- ja już jestem w topless :). Jest rok 1955- mam 8 lat, Paweł 13…

 

 

 PawełJałeba1955.JPG

 Rok 1955. Łeba. Jesteśmy na wycieczce na wydmy ruchome.My centralnie w pierwszym rzędzie. Ja z nieodłączną torebką i chustką na głowie, Paweł uczesany w ząbek:). Oj, jak pachnie to siano….


PawełJaŁeba1955wczasywag.JPG

 

to zdjęcie powinno być na początku, bo właśnie przyjechał do Łeby Paweł, ale wydało mi się, że niepotrzebny układ chronologiczny….Wejście na teren wczasów wagonowych. Jest rok 1955, to wówczas umarła moja Babcia- Stanisława Łukaszewicz z d. Rodziewicz. Rodzice pojechali na pogrzeb, a my zostaliśmy sami….

 

 

wczasy wagonowe 1.jpg

 

 

PawełJaMorze.jpg

 

 

Mielno. Kolejne wspólne wakacje. Już jesteśmy prawie dorośli 🙂 Ja z koleżanką a Paweł zapatrzony w dal. O czym myśli? Już wrócił z Syberii jego ojciec, więc nie musi się martwić o losy Matki. Może tęskni za swoją dziewczyną, a może  tylko słucha szumu morza i nie myśli w ogóle….jak dobrze, że nie znamy swoich dalszych losów, możemy żyć pełną piersią bez szczególnych lęków….

Urok wczasów wagonowych…spotkanie z morzem.

Odwiedziny morza

Po śniadaniu nadchodził moment odwiedzenia morza. Nie zapomnę tej drogi przez trochę wilgotnawy las. Była długa i niezbyt miła. Czasami atakowały nas roje komarów i wówczas rodzice zakładali mi pelerynę na głowę i resztę ciała, zasłaniali chustką twarz i wszyscy w podobnych strojach biegiem przemierzaliśmy tę trasę.

Za to chwilę później usłyszałam szum.

Zawsze myślałam , że to szaleje wiatr w drzewach.

Ale gdy wdrapywaliśmy się na dość wysoką piękną, śnieżnobiałą wydmę z jej szczytu nagle otwierał się widok jedyny taki, niepowtarzalny. Cały horyzont wypełniało wielkie szumne, falujące stale, jakby żywe najprawdziwsze morze. I ten słony smak na wargach….

Gdy teraz słyszę szum naszego nadbużańskiego lasu, stale myślę, że tam, niedaleko nagle ujrzę morze. Jeszcze kilka kroków, i jeszcze ….widzę już wydmę porośniętą krzywymi sosnami, ale gdzie jest to moje wymarzone morze…jest w oczach uszach i mojej wyobraźni. Jest na wyciągnięcie ręki. Wystarczy tylko przymknąć powieki….

 

 


Losy moich Rodziców. Milczące statki.

Milczące statki na morzu

 

Jeszcze muszę wspomnieć o tym słynnym marszu śmierci.

Otóż po wyzwoleniu, a grupę w której był Tato , wyzwolili dopiero pod Lubeką Amerykanie. Tak więc nie dotarł do celu, czyli nad morze.

Wówczas opowiadano o pierwszych grupach więźniów, które zdziesiątkowane, osłabione, ledwie żywe ujrzały morski brzeg. Chyba nikt nie wiedział co im jeszcze zgotowali oprawcy. Nie wiem o czym myśleli katowani.

Wpędzono ich na pokłady statków handlowych , a następnie przegnano pod pokład. Nieszczęsni usłyszeli tylko, jak Niemcy ryglują włazy. Żaden z nich nie został z więźniami, bo zresztą po co. Wkrótce zamknięci pod pokładem w ciemności,  duchocie smrodzie brudnych ciał i fekalii poczuli  kołysanie. Początkowo grał silnik statku, ale potem umilkł. Fala szarpała , ludzie chorowali na chorobę morską, może wzywali ratunku, może wzywali milczącego Boga- nikt nie wie i się nie dowie.

Bo alianci, widząc płynące statki dawali sygnały świetlne i dźwiękowe , by się poddali.Pewnie słyszeli to ci pod pokładem, wtedy zrozumieli, że nikt nie kieruje statkami, że Niemcy jak szczury opuścili statki skazując swoich więźniów na niechybną śmierć.

Nie wiem, jakiż szaleniec to wymyślił….

JNa sygnały aliantów na statkach nikt nie reagował. Nie wywieszano białej flagi. Na ponawiany sygnał odpowiadała morska cisza.

Wówczas rozpoczęto ostrzeliwanie tych obiektów.

I wtedy z uszkodzonych statków zaczęły się wysypywać  pasiaki.

Alianci długo nie mogli zrozumieć, ale w końcu zrozumieli czyn Niemców.

Ostatnią ich straszliwą zbrodnię.

Ludobójstwo w najczystszej postaci…..

 

Śladami mojego Taty. Morze na stepie…

 

 

 

Mój kuzyn, Witold Łukaszewicz urodzony na Kazachstanie

 

 

Dziecko otrzymało imię Witold, po zaginionym ojcu.

Hodował się dobrze, jak na te warunki. Po pewnym czasie już biegał z miejscowymi dzieciakami. A gdy miał trzy czy cztery lata, kiedyś o poranku, zawołała go mama, by wylazł z barłogu i wyszedł przed ich” dom”. Mama wołała, chodź synku, zobaczysz morze. Wybiegł bardzo zainteresowany, bo był ciekawy świata. I zobaczył. Był wielki złoty falujący zielony błękit i szum. To było morze. Prawdziwe. Jego pierwsze.

Długo wierzył, że zobaczył morze. Gdy był trochę starszy  dowiedział się , że to była tylko fatamorgana na stepie…..

 

Na medycznej ścieżce. Morze…

Mijały kolejne dni i miesiące studiów , a my kipiałyśmy młodzieńczą energią. Poza  zakuwaniem i wykradaniem czasu  na wieczorne tańce chciałyśmy czegoś więcej . I wówczas zrozumiałyśmy , że pragniemy chwil prawdziwej wolności .   

I nagle  do którejś z nas przyszedł pomysł wyjazdu nad morze. Przecież tak dawno nie widziałyśmy morza. Postanowiłyśmy  pojechać do Świnoujścia. Był późny listopad. W sobotni wieczór okutane w kilka swetrów i ciepłe kurtki  spotkałyśmy się na poznańskim dworcu i wsiadłyśmy do nocnego pociągu. Miarowy turkot kół  oddalał  nas od Poznania a wszystkie codzienne problemy wtapiały się w zamglone  tło.  A ja dodatkowo rozkoszowałam się jazdą pociągiem , bo od dzieciństwa uwielbiałam takie podróżowanie. I to pozostało we mnie do tej pory.

Ok. 4 nad ranem miałyśmy  przesiadkę w Szczecin Dąbie. Pilnowałyśmy , by nie zaspać.. Wprawdzie już miałyśmy trening nocnego czuwania , gdyż wielokrotnie budziłyśmy się o tej porze, leżąc na otwartym podręczniku do anatomii.

Za oknem było czarno, tylko w nikłym świetle połyskiwał pusty peron  . Jednak  po chwili zauważyłyśmy wielkie stada kotów. Niektóre smacznie spały na ławkach, inne wybudzone hałasem nadjeżdżającego pociągu, leniwie się przeciągały .

Gdy po paru miesiącach ponownie jechałyśmy do Świnoujścia naszym nocnym pociągiem , mówiłyśmy- o , już widzimy koty, więc to na pewno Szczecin Dąbie.

O świcie witało nas  Świnoujście. Było cudnie . Miasto jeszcze spało, ulice były puste, wiatr hulał pomiędzy drzewami ,  nigdzie nie widziałyśmy  żywej duszy . Wstąpiłyśmy do hoteliku przy przystani promowej, gdzie poprosiłyśmy o umożliwienie skorzystania z łazienki . Personel był przesympatyczny . Widocznie przyzwyczajony do wizyt niespodziewanych gości. Wszak było to  miasto portowe , miasto przystań dla różnych rozbitków życiowych. Nawet ofiarowano nam niewielkie śniadanie, oczywiście za skromną opłatą. Umyte i pożywione poszłyśmy na spotkanie z morzem.

A ono na nas czekało . Nagle otwierało  się szumne nieodgadnione i wypełniające horyzont. Usiadłyśmy  na wymytych do białości umarłych konarach drzew mieszkających na  plaży potem przeniosłyśmy się  na molo i patrzyłyśmy patrzyłyśmy w szarobłękitny falisty bezmiar .

Tam topiłyśmy swoje marzenia, brudy codziennego studenckiego życia, wszystkie lęki i przeżycia sekcyjne , ładowałyśmy akumulatory , by dalej żyć normalnie .

Było pięknie i czysto.

Na plaży spędzałyśmy czas od świtu do późnego popołudnia. Wieczorem wsiadałyśmy na prom , potem do pociągu   nocnego. Wracałyśmy do Poznania i bezpośrednio z dworca  szłyśmy na wykłady.

Koledzy , patrząc na nas, pytali, gdzie balowałyśmy przez ostatnie noce. Nie odpowiadałyśmy. Milczałyśmy, patrząc na siebie porozumiewawczo. W oczach Moniki widziałam bezkres naszego morza….

Jeśli chcesz zobaczyć piękną i jeszcze nie zadeptaną wyspę , wybierz się ze mną na Sardynię.

 

 

 

 

Jeśli  zechcesz, wybierzemy się razem na Sardynię . Jeśli nie , możemy tylko wspólnie obejrzeć zdjęcia . I pomarzyć . Warto mieć marzenia i snuć plany nawet nierealne . Zapraszam ….

To moja wymarzona wycieczka . A właściwie ucieczka od problemów codzienności do innego pięknego i niezwykłego świata . Jeśli się zdecydujesz , daj znać . Będę czekała w swoim domu na kołach , starym kamperze .

Potem pojedziemy do Genui . Z Polski to tylko 1245 km w linii prostej . W porcie załadujemy się na prom . Po 7 godzinach morskiego kołysania postawimy stopę na brzegu Sardynii . Jeśli wolisz , to zmienimy trasę i dobijemy na Korsykę , która jest bliżej Genui . Zwiedzimy tę niewielką francuską wyspę , zaglądając do miejscowości Ajaccio , w której urodził się Napoleon . Z Korsyki czeka nas tylko 30 minutowa podróż kolejnym promem do wybrzeży Sardynii .

Z pokładu promu obejrzymy zachwycający śnieżnobiały klif sąsiadujących wybrzeży obu wysp . Pewnie też pomyślisz , że oba brzegi wyglądają jak przecięty tort bezowy. Nie będziemy mieli wątpliwości , że to ślad po rozdzieleniu wysp . Kiedyś stanowiły one jeden ląd łącząc się z kontynentem na wysokości Toskanii .

To wtedy , ok. 1800 roku p.n.e. przywędrował tutaj tajemniczy lud , który przyniósł mało poznaną do tej pory kulturę , zwaną cywilizacją Nuraghe . Powędrujemy śladami tych niezwykłych ludzi .

Będziemy zwiedzali miejsca , gdzie pozostały ich obronno-mieszkalne twierdze , zwane nuragami . Tworzyły one doskonale zaplanowaną sieć . Były sytuowane na terenach wyższych, tak, by z jednej nuragi można było zobaczyć sąsiednie twierdze.

Pojedyncze nuragi znaleziono także na Sycylii i Korsyce . Ale na Sardynii jest ich aż 7000. Wiele tych budowli zachowało się do naszych czasów .

Wszystkie nuragi są do siebie podobne i mają charakterystyczny kształt , podobny do zwężającej się ku górze szerokiej tuby . Ich wysokość sięga 27 m. We wnętrzu możemy podziwiać ściany , przypominające sfałdowaną spódnicę .

Nuragi są zbudowane z ociosanych bloków skalnych , montowane bez użycia zaprawy. Do końca nie wiadomo, czy wszystkie nuragi spełniały rolę twierdz obronnych.

Czasami nazywano je ” wieżami ciszy”. Bo ponoć w nich rozwieszano ciała zmarłych, by zgniły. Gdy  pozostał tylko szkielet , chowano go w wielkich grobach tzw .grobach gigantów, zlokalizowanych zwykle niedaleko twierdzy. Zachowało się wiele tych grobów . Główna skała , w której było wejście zasłaniane kamieniem , miała kształt medalionu , a wokół niej ustawiano w kształcie łuku mniejsze skały , co miało nadawać temu miejscu klimat żałoby.

Gdy na wyspę dotarli Grecy i zobaczyli nuragi , uznali , że zaprojektował je grecki architekt , Dedal , który po wybudowaniu labiryntu Minosa na Krecie , obawiał się zamachu na swoje życie. By uniknąć śmierci skonstruował sobie i synowi Ikarowi skrzydła, przy pomocy których przedostali się na Sycylię a następnie na Sardynię.

Uważa się , że kształt nuragi powielono przy projektowaniu wczesnych kościołów katolickich .

Około 1000 roku p.n.e przypłynęli na Sardynię Feniccy żeglarze i założyli kilka osad i portów. Tubylcza ludność podjęła z nimi walkę , wzywając na pomoc Kartaginę . W ten sposób Kartagina przejęła władzę nad wyspą . W 238 roku p.n.e. Kartaginę pokonali Rzymianie i wyspa została włączona do Republiki Rzymskiej . W 465 roku nowej ery pojawili się Wandalowie , potem Genueńczycy i władcy Pizy. Papież oddał Sardynię władcom Aragonii . Po kilku stuleciach wyspa przeszła w ręce Austriaków a od 1720 roku należy do Włoch.

Mimo , że należy do Włoch jest zupełnie niepodobna do innych miejsc tego kraju . Jej mieszkańcy od wieków pilnują swojej odrębności kulturowej i nieustannie podkreślają swoją niezależność.

Sardynia została odkryta przez turystów późno i nadal jest rzadko odwiedzana. Dzięki temu zachowała pierwotny urok własnego rytmu życia . Na pewno będziemy się tam dobrze czuli , bo mieszkańcy akceptują i tolerują turystów , ale nie są ciekawscy i zachowują wygodny dla nas dystans.

Zamieszkamy na tej wyspie . Znajdziemy miejsce dla naszego domu na kołach.

Jeśli jesteś wrażliwy na zapachy , na pewno poczujesz się szczęśliwy . Bo zatoniemy w istnej orgii woni charakterystycznej dla krain leżących nad Morzem Śródziemnym . To wspaniała kompozycja  zapachów lawendy, rozmarynu , macierzanki , mirtu , anyżku , cyprysów i eukaliptusów.

Wrzesień specjalnie dla nas ubierze tę wyspę w złoto . Przebiorą się też najzwyklejsze osty , zmieniając srebrne polskie szaty na sardyńskie złoto .

Zaproszę Ciebie na długie spacery , najpiękniejsze wtedy , gdy słońce powoli wybiera się do snu . Zanurzymy się w świecie wiecznie zielonych krzewów ( makii ) , odkryjemy urocze ścieżki wijące się pomiędzy skałami . Zadziwimy się rzeźbiarskim mistrzostwem natury . Sardyńskie skały można oglądać godzinami, bo każdego dnia i o każdej porze wyglądają inaczej . Najczęściej przypominają ogromne rośliny lub nieruchome zwierzęta , z którymi igra światło .

Czasami ścieżka otworzy nam widok zniewalający  urodą . Albo doprowadzi tam , gdzie morska fala nagle obliże nam stopy .

A gdy przyjdzie zmęczenie , przypomnimy sobie o plaży . Ona cierpliwie czeka , odświętnie przystrojona w złoto i rozpalona słońcem . Poszukamy zatoczki , gdzie znajdziemy cień wielkich tamaryszków , które zupełnie irracjonalnie wyrastają na słonym piasku .

Będziemy się wylegiwać mając przed sobą bezmiar morskiego turkusu . Aż zatęsknimy za zanurzeniem w wodzie . Wówczas powoli , oswajając rozgrzane ciało z chłodnym dotykiem fali , ulegniemy jej zniewalającym , delikatnym , czułym i słonym pieszczotom . A potem będzie już tylko senne i rytmiczne kołysanie ….

 

Nuraga

 

Grób gigantów

 

 

Tamaryszki na plaży

 

 

 


 

Tekst własny zamieszczony w portalu MM-Gorzów pod nickiem Klarka ( Łuka) 4.07.2011