Na medycznej ścieżce. Szpital im.Dzieci Warszawy,ul. Sienna /Śliska

Przymusowe  rozstanie z Oddziałem Neuroinfekcji

 

Po trzech miesiącach niestety zakończyłam zaplanowany okres szkolenia w Oddziale Neuroinfekcji.

Polubiłam jego specyfikę , dynamikę i ludzi, którzy tutaj pracowali. Czułam się tutaj jak ryba w wodzie.

Już nigdy potem nie doświadczyłam takiego żaru, zaangażowania i młodzieńczego entuzjazmu, nie było już takich zachwytów i emocji.

Pozostało jedynie  co najwyżej zaciekawienie trochę ubarwione poczuciem, że robię coś ważnego dla chorych dzieci.

To miejsce w szpitalu było  w pewnym sensie elitarne, gdyż z uwagi na problematykę i poziom wiedzy tylko tutaj  odbywali staże do specjalizacji z pediatrii i neurologii lekarze z innych szpitali.

Tak więc pozostanie tutaj było wyróżnieniem , jednak ja nie miałam szans, gdyż obowiązywały sztywne zasady. Jak już pisałam, od początku  byłam przydzielona  do żółtaczek

Opuszczałam więc mój wymarzony, ale nieosiągalny Oddział Neuroinfekcji z żalem, niechęcią i prawie łzami.

Chyba coś we mnie zostało z tego  zauroczenia problemami neurologicznymi a właściwie neuroinfekcyjnymi.

Chyba miałam w sobie jakieś  geny ułatwiające tę fascynację i przekazałam dziecku a może tylko mój mały syn właśnie wtedy  zaraził się moją pasją, gdy opowiadałam w domu  o specyfice tego oddziału . Bo lubił słuchać. Nie wiem.  Fakt jednak był taki, że po latach po ukończeniu studiów medycznych,  zupełnie dla mnie niespodziewanie , został neurochirurgiem.

Była to ponoć jego wymarzona specjalizacja, zadziwiająco  pokrewna  tej, która była moją niespełnioną miłością….

 

Na medycznej ścieżce. Gabinet w Oddziale Neuroinfekcji…

Gabinet w Oddziale Neuroinfekcji

 

Doskonale pamiętam nasz gabinet w Oddziale Neuroinfekcji nieistniejącego już Szpitala im. Dzieci Warszawy przy ul Siennej/ Śliskiej, w którym pracowałam od 1975-1981 roku.

Na stosunkowo niewielkiej powierzchni rezydowałyśmy tam wszystkie.

Pod oknem siedziała piękna i eteryczna blondynka o wielkiej sile charakteru – dr Romualda Szlachetko. To ona, w tych trudnych warunkach, gdzie tyle się działo, dziergała doktorat. Promotorem była Prof. Niżnikowska z Dziekanowa, bo nasz szpital nie miał uprawnień do prowadzenia doktorantów.

 Nie zapomnę, jak sumiennie siedziała za biurkiem prowadząc starannie historie choroby pacjentów, uciszając nas , gdy chciałyśmy pogadać .Potem znikała w miniaturowej szatni, gdzie zgromadziła mnóstwo historii chorób wypisanych już pacjentów i na ich podstawie opracowywała materiał kliniczny swojego doktoratu. Jej męża , nazywaliśmy docentem od tulipanów, bo pracował naukowo w jakimś Instytucie , prawdopodobnie przedmiotem jego badań były właśnie tulipany. Szkoda, że nie dowiedziałam się szczegółów tej pracy, bo na pewno była ciekawa.

Na  wprost niej rezydowała  dr Zosia Madejczyk, o której już dużo napisałam,  a  po lewej , bliżej  wejścia Hania Peńsko.

O Hani opowiem niebawem, bo była dla mnie bardzo ważna. Spokojna, wrażliwa bardzo zaangażowana w życie i zdrowie pacjentów, pedantyczna,  była dla mnie wsparciem nie tylko w pracy ale i w domu.

   A naszym gabinecie , tuż obok drzwi rezydowała Anula Ipnarska. O niej napisałam całe tomy wspomnień. 

Ja siedziałam tyłem do wszystkich, kątem oka mogłam obserwować śliczną zapracowaną dr Romę, z drugiej strony widziałam wejście do gabinetu a na wprost było biurko, które czasami zajmowała  uwielbiana przez nas dr Czachorowska. Wprawdzie miała swój gabinet, ale bywała z nami na porannym omawianiu dzieci i czasami później.

Wszystkie miałyśmy służbowe czarne wełniane peleryny na pięknej kraciastej barwnej podszewce.

Były potrzebne w czasie dyżurów, gdyż wędrówka do Izby Przyjęć , zwłaszcza nocą i w kopnym śniegu powodowała szczękanie zębów. A dodatkowo były naprawdę twarzowe i malownicze.

Wyjątkowo ładnie wyglądała w swojej pelerynie  dr Roma, gdyż wielokrotnie w zimnawym gabinecie, siedząc pod wielkim i nieszczelnym oknem, marzła. Zawijała się w nią uroczo i przypominała piękną bohaterkę jakiś romantycznych filmów.

 

Na medycznej ścieżce. Niezwykła kobieta , lekarz i szef – Dr Czachorowska

Po niewielkiej przerwie spowodowanej wycieczką do Uniejowa wracam do opowieści o mojej medycznej ścieżce .

Od 1975 roku  pracuję w nieistniejącym już Szpitalu im. Dzieci Warszawy, przy ul. Siennej / Śliskiej. Tutaj uczę się pediatrii, zachwycam wiedzą i wielką klasą pracujących tu od dawna lekarzy….

 

 

Raz jeszcze o doktor Czachorowskiej.

 

Dr Czachorowska, ordynator Oddziału Neuroinfekcji,  była dla mnie idolem , wzorem lekarza, nieograniczonej wiedzy, mądrości i doświadczenia. Budziła respekt i  szacunek . A równocześnie była ciepłą emanującą czarem i radością kobietą .

Poznałam Ją jako przystojną  zadbaną blondynkę o ślicznych ciemnych , czasami bardzo poważnych oczach . Ale bywało, że zapalały się w nich żartobliwe ogniki  albo zwykłe matczyne ciepło.

Opowiadano mi, że po jakiś problemach życiowych bardzo szybko się pozbierała, diametralnie zmieniła swój, jak to się teraz mówi, image , rozkwitała w ramionach swojego wybrańca,  który ją często odwiedzał , czekał pod szpitalem by odwieźć do domu. Miała dwoje dzieci, które pędziły ciekawe, mądre i zaangażowane zawodowo życie.

Bez Niej Sienna nie miałaby takiego kolorytu, Ona była ozdobą tego szpitala, dumą i nadawała mu niepowtarzalny klimat.

Nie miała zwyczaju zwracania uwagi lekarzom w obecności innych, gdy zauważyła jakiś błąd. Robiła to dyskretnie, zapraszała do swojego gabinetu i pouczała. Doświadczyłam tego kilka razy i byłam wdzięczna, że tak to się odbywa. Nigdy nie obmawiała nikogo kto właśnie   wyszedł z gabinetu, jak to widziałam później . Potrafiła wywalić prawdę prosto w cztery oczy . Marzyłam by pracować w Jej oddziale, ale były to marzenia nierealne. …

 

Na medycznej ścieżce. Praca w oddziale neuroinfekcji,

W oddziale neuroinfekcji, w którym teraz pracowałam obowiązywał określony rytm pracy.

Po zapoznaniu się z nowymi chorymi, i detalicznym przeanalizowaniu stanu leżących dłużej rozpoczynały się zabiegi.

Tutaj nauczyłam się jak pobierać płyn mózgowo- rdzeniowy, płyn podtwardówkowy i wkłuwać się do komór bocznych. Te ostatnie nakłucia wykonywano u noworodków z ropnym zapaleniem opon, by podać tam odpowiednie leki. W przypadku takich dzieci bardzo szybko dochodziło do zablokowania komór i powstania ropogłowia z uszkodzeniem mózgu. I w celu zapobieżenia takiej sytuacji wykonywaliśmy nakłucia komór bocznych mózgu. Należało wprowadzić  bardzo długą  igłę przez ciemię w głąb główki, kierując koniec w kierunku nasady nosa. I po uzyskaniu płynu, pobierano go do badania i podawano do tej przestrzeni leki. Zabieg powtarzano po przeciwległej stronie noska dziecka. Był straszliwy, ale nie było wyjścia.

Oczywiście w tych zabiegach bardzo były pomocne pielęgniarki.

Zwłaszcza, gdy wykonywało się zabieg odmy śródczaszkowej.

W tej połowie lat 70 XX wieku nikt nie słyszał do USG, tomografii komputerowej ani rezonansie.           By uwidocznić komory boczne mózgu przy podejrzeniu wodogłowia należało wkłuć się do kanału kręgowego, pobrać dość dużo płynu mózgowo- rdzeniowego a na to miejsce podać powietrze. I potem niezbędna była specyficzna działalność siostry oddziałowej, która umiała najlepiej ze wszystkich, tak kołysać dziecko, by powietrze przedostało się do komór. W ten sposób w wykonanym następnie zdjęciu rtg czaszki uwidaczniały się komory, ich kształt czy jakieś ubytki mózgu.

Teraz takie zabiegi wydają się średniowieczem. Ale tak było i to pamiętam.

Zabiegi zajmowały sporo czasu, ale dawały mi sporo adrenaliny.

Wszystko było ciekawe i niezwykłe.

Najważniejsze było to, że przy intensywnym leczeniu z reguły widać było korzystne, nieomal błyskawiczne efekty.

Wielką radością było patrzeć jak ciężko, dramatycznie chore dzieci wracają do życia i zdrowia….

Na medycznej ścieżce. Wreszcie neuroinfekcje.

Ten dość uciążliwy spokój na szczęście nie trwał długo. Rwałam się do prawdziwej pracy, a tutaj niewiele się działo. Ponadto już miałam rozpocząć dyżury i ważne było poznanie innych oddziałów.

Wreszcie po miesiącu dowiedziałam się, że następnego dnia mam się zgłosić  do Oddziału Neuroinfekcji.

Mieścił się na pierwszym piętrze i od razu mnie zafascynował.

Urocza pani dr Monika Czachorowska o matczynym cieple, prowadziła oddział mocną ręką. Zresztą nie dało się inaczej.

Tutaj wszystko musiało grać, gdyż dzieci były bardzo chore, ich stan zmieniał się szybko i należało działać skutecznie.

W odróżnieniu od dzieci z żółtaczką, gdzie właściwie choroba miała przebieg prawie niezależny od zaleceń lekarzy. Stosowano jedynie odpowiednią dietę i obserwowano. Zalecenia dotyczące spokojnego w tym czasie trybu życia właściwie były nierealne, bo zwykle chorowały kilkulatki i nic nie zdołało wyhamować ich naturalnej żywiołowości, a przeciwnie, nawet w zamknięciu jeszcze bardziej się ożywiały.

Tutaj odnosiłam wrażenie, że bardzo wiele zależy od sprawności zespołu. System pracy był ustalony i niezmienny.

Po porannym obchodzie i wydaniu zleceń, zbieraliśmy się w gabinecie dr Czachorowskiej, która przedstawiała nam nowe dzieci. Starannie czytała wszystkie informacje zebrane przez lekarza Izby Przyjęć, odpytywała i wspólnie ustalaliśmy plan działania.