Opowieści o Ziemskich Aniołach.

Cudem Ocalony ? czyli rzecz o zmartwychwstaniu.

Usłyszał dzwony które  biły długo i jakoś boleśnie, ale jednocześnie i radośnie.  Pomyślał, że Rezurekcja za chwilę. Wyskoczył z łóżka, było zimno, ale dygocąc już był w łazience, zanim weszła do pokoju matka. Tak, bardzo ją kochał, bo miała w sobie łagodność i doświadczał jej bezinteresownej miłości na co dzień. Nigdy nie krzyczała, nawet gdy coś nabroił, jak to dziecko,  w odróżnieniu od ojca, który często sięgał po pas i łoił skórę, aż długo bolały pręgi na plecach i pupie. Może ojciec go kochał, ale po swojemu i dla dziecka niezrozumiale.

Bo jakimże grzechem było włażenie do sadu sąsiada by zdobyć smakowite zielone jabłka, albo nie nauczyć się wiersza, albo bazgrolić na ścianie . Matka była samą dobrocią, uwielbiał jej głos i zapach i smukłą, zwiewną  sylwetkę zwieńczoną bardzo ciemnymi,  gładko zaczesanymi włosami, gdy nadchodziła z zakupami. Miał takie same ciemne włosy, powtarzała, gdy go głaskała po głowie. Zawsze mu coś przyniosła, jakiś smakołyk, wiedziała co lubi.

 A po karze od ojca, przytulała chyłkiem, lękliwie, by ojciec nie widział  i mówiła kocham cię synku, kocham nad życie, jesteś mój i tylko mój. Nie myślał wtedy , że ona jest kobietą , może zwyczajną jakich wiele na świecie. Była jego skarbem. Jej wizerunek nosił w sobie, gdy już dorosły spotykał się z innymi. O wszystkich myślał, że są takie anielskie jak jego mama.

Dzwony nadal biły, coraz bardziej boleśnie, gdy się ocknął i przestał śnić na jawie.

Pamiętał tylko tamto, z dzieciństwa, w ramionach matki, która go kołysała.  

Chciał otworzyć oczy, powoli więc otwierał i przez szparkę pomiędzy powiekami  zobaczył niebo. Wisiało nad nim wielkie , tajemnicze, całe granatowe , no nie całe, bo mrugały tam  gwiazdy.  Jeszcze pomyślał, że na jednej mieszka jego mama i za chwilę przyjdzie i przytuli.

Z tą myślą, zapadł się w zły sen. Wydawało mu się, że jest w grobie. Skąd taki sen . Leżał skulony, bezbronny jak płód w łonie matki ,  czuł coś lepkiego na ustach i powoli uniósł rękę. Tę lewą, bo mniej bolała. Dotykał swojej twarzy i czuł coś miękkiego, kleistego i bardzo bolało. Więc już nie dotykał. Przytomniał . Nie wiedział gdzie jest i co się z nim stało. Ten sen o grobie, to był tylko sen uspokajał sam siebie. Ale skąd piasek pomiędzy zębami , pomacał swoją klatkę piersiową, gdzie serce, odgarniał jakiś piasek, zwały piasku. A serce się wyrywało do matki, która zamieszkała na jednej z gwiazd.

Odgrzebywał swoje ciało, coraz szybciej i gwałtowniej, pomimo bólu , który w nim  wszędzie, przytomniał i wtedy poczuł, że chyba dodał mocz, bo spodnie mokre.

Nie wiedział dlaczego, ale nagle sobie przypomniał jak ktoś go walił po głowie, tak , to ze strachu , pomyślał. I znowu ciemność, i nieprzytomność. Gdy świtało, wróciła świadomość, jeszcze mglista, ale jaśniejąca. Aż sam się zdziwił , że jakiś nowy film widzi, dwaj łysi młodzi walą go maczugami po głowie i wszędzie. Prosi nie bijcie, to boli a potem błagał swojego Boga, by pomógł. Bóg, którego kochał od dziecka, tak bardzo jak swoją matkę, która uosobiała wszystkie kobiety świata, nie pomógł, tylko te mokre spodnie….

Przerażenie, przerażenie narastało gdy wracała pamięć. Cisza była wszędzie, tylko ptaki już obudzone i te dzwony rozhuśtane. Tak, to on dzwonił uwieszając się sznurów, gdy pozwolił pan kościelny, mały człowiek jakim wtedy był  lubił, gdy serca dzwonów widział nad sobą a one dzwoniły radośnie. Jak słodko było wtedy.

Chciał tu zostać, gdzie jest, byle nie przestać śnić o tamtym czasie, matce, kościele, dzwonach, Rezurekcji z dymami kadzideł, gdy ludziska śpiewali a on w białej komży podawał księdzu dzbanuszek z winem.

Zostać w tamtym czasie, usnąć na wieki, pójść do matki, by przytuliła.

 I nagle znowu fala przytomności, rozpaczliwe więc wygrzebywanie się z dołu, dobrze, że płytki wykopali. Leniwcy pomyślał, on pedant, nie chciało im się nawet wykopać przyzwoicie głębokiego dołu na moje ciało. Wzdrygnął się , gdy tak pomyślał. Wykopali dla mnie grób, stałem nad tym dołem, gdy tłukli, zasłaniałem głowę rękoma i wznosiłem oczy do nieba, do mojego Boga

…a syn mój jedyny gdzie?- nagle pomyślał z lękiem. Może i jego pobili. Czy zdołał uciec? Przecież jechaliśmy poza miasto, w jakimś tam celu, może chciał porozmawiać, powiedzieć coś ważnego, a może razem chcieliśmy obejrzeć nową siedzibę naszej firmy, gdzie wyrabiamy najlepsze szczotki i pędzle, które wysyłamy nawet za granicę. Takie są dobre, te nasze pędzle, te go golenia z miękkiej borsuczej sierści i nigdy, przenigdy nie wypadają im włosy.

 Rozmarzył się wygrzebując spod zwału piasku. Tak, moje pędzle bardzo ludzie lubią, piszą takie piękne opinie, dzięki nim jeździmy z żoną i synem na długie wycieczki naszym wypieszczonym Mercedesem. Jesteśmy tak bardzo kochającą się rodziną a ja im , tym najbliższym stwarzam warunki dla dostatniego życie.

 Uff, wreszcie się wygrzebałem, pomyślał, gdy już wschodziło słońce. Bogu niech będą dzięki i modlił się do tego swojego Boga , dziękował za cud życia, uratowanie , swoją własną prawie Rezurekcję…

….chwilami tracąc przytomność pełzł więc pomiędzy krzewami jałowca, nawet nie czuł jak kłują jego igiełki. Tak, zbierał czasem czarne jagody, by wędzić szynkę dla rodziny na Wielkanoc i wtedy mocno kłuły w palce….

Pełzł dalej, dzwony biły jakoś słabiej, coś w nim pulsowało, myślał, że serce.

Jak dobrze, że ma serce, dostał je od matki.

Znaleziono go na skraju szosy. Ktoś przejeżdżając nieopodal lasu ujrzał szary tłumok i w pierwszej  chwili pomyślał, że znowu jakiś śmieciuch zostawił swój worek z brudami. Ale coś go tknęło, może poczuł palec boży, który jaśniał nad owym tłumokiem, może jednak odezwało się własne sumienie. Zatrzymaj się, sprawdź co tam leży przy tej mało  uczęszczanej drodze. Zrobił więc dokładnie tak, jak mu powiedział głos –  bo nagle  poczuł  imperatyw. Może imperatyw ów pochodził  z góry? Gdy podszedł bliżej, coś się poruszyło i zajęczało. O Boże, to jest człowiek. Zszargany , pobity, krwią zalany , nie widać twarzy, bo tylko krwawa maska, chyba nieprzytomny. Więc telefon, jak dobrze, że już era tych komórkowych. Po kilku minutach pogotowie ratunkowe na sygnale, gdyż wezwanie było dramatyczne. I niebawem policja. Chwilę postał, dokładnie opowiedział jak było, nie mówił, że może Bóg mu kazał się zatrzymać, bo to śmieszne i nikogo zresztą nie interesowało. Spisano dokumenty, pojechał do domu i opowiedział żonie.

Ta już wiedziała, bo właśnie wróciła z dyżuru nocnego  w szpitalu . Gdy nadjeżdżało Pogotowie Ratunkowe, swoim zwyczajem, chyba ze zwyczajnej ciekawości się zatrzymała, a nawet wróciła do Izby Przyjęć.

I na podstawie dokumentów, bo był nierozpoznawalny, ustalono, że to miejscowy biznesmen. Małoż to porwań, mordów, nawet niewinnych ludzi. A ten był na celowniku, nie wszyscy go lubili ale za to wszyscy zazdrościli jak się bogaci i myśleli, że nic nie robi a Mercedesem jeździ. Bo zwykle się wydaje, że inni nic nie robią a dobrze zarabiają a my co? szaraczki, najwyżej parę groszy do kieszeni od hojnego pacjenta.

Ot, trudny jest los salowych, tak mówiła żona, gdy ten co uratował jadł jajecznicę popijając bawarką , której nie lubił, ale za to lubiła ją jego żona.

Tymczasem Cudem Ocalony wybudzał się na sali pooperacyjnej a dookoła wszyscy mówili, jak trudna była rekonstrukcja twarzy, jak długo trwała, aż musieli chirurga stomatologa do pomocy neurochirurgowi i chirurgowi tzw. plastycznemu sprowadzać na cito, ale się udało.

A może wcale mu nie opowiadali, tylko z rurkami w różnych częściach ciała leniwie patrzył spod opuchniętych powiek, jak kapie krew z worka zawieszonego nad jego głową.

Cieszył się, że widzi, że może patrzeć bo powoli wracała świadomość tego co przeżył.

Jednak jego najważniejszą myślą było, jak podziękować panu Bogu, w którego łaskę nigdy nie zwątpił, za swoje cudowne ocalenie.

Potem przyszli policjanci i chcieli o coś pytać. Nie odpowiadał bo nic nie wiedział. Posiedzieli więc i poszli.

Ale któregoś dnia usłyszał , jak sobie gawędzą pielęgniarki, wprawdzie cicho, ale usłyszał. Pewnie myślały, że śpi, maszyny informujące o funkcjach życiowych pacjenta informowały różnymi miarowymi pikaniami, że jest ok., kroplówka spływała bezszelestnie a chory posapywał spokojnie. Więc myśląc, że nie słyszy – sobie gadały. Jednak podobno człowiek, nawet w śpiączce będący, wszystko słyszy, a cóż dopiero on, cudem ocalony i jedynie prawie śpiący snem sprawiedliwego. I nieco nadstawiając uszy wyglądające spod bandaża, którym był spowity , słyszał jak one mówią. Bo usłyszał swoje imię i ktoś wspomniał o szczotkach.

Ach, gdzieżeście moje ukochane szczotki, nie martwcie, wrócę do was i jeszcze bardziej będę się wami opiekował, bo jesteście moje, tylko moje.

Tak sobie marząc o szczotkach a także i o pędzlach , które wyrabiał, słyszał przenikliwy szept lub półgłos pielęgniarek , które właśnie piły zasłużoną kawę, zresztą kolejną na tym dyżurze. Że policja trafiła na ślad. Że ktoś widział jego samochód opuszczający miasto, ktoś inny, że  skręcał on w boczną drogę leśną. Dziwne, że potem ten samochód wracał tą samą drogą. Wydawało się tylko, że nie on był za kierownicą. A przedtem widziano – chyba jego syna – tak na pewno jego syna –  na siedzeniu obok kierowcy . Jeżeli pojechał z synem, dlaczego syn wracał sam.

 A  byli tacy, co  znali dwóch młodych ogolonych drabów z okolicy ,  którzy za parę puszek z piwem byli gotowi zrobić wszystko. I okraść i zdemolować, co trzeba, i matki swoje nawet pobili, bo nie dawały ani grosza ze swojej skromnej wprawdzie, ale co miesięcznej renty, więc może to oni bestialsko pobili , bo chyba sam syn by nie dał rady.

Przecież syn był niższy od ojca i jakiś cherlak, a jego ojciec,  chociaż smukły i wysoki, ale miał mięśnie starannie ćwiczone na siłowni, bo dbał o zdrowie.

Tak więc po przysłowiowej nitce policja dotarła do kłębka.

Draby , spanikowane wielce, ale ucieszone, że  denat ożył , więc kara będzie mniejsza, od razu od razu się przyznały.  Zresztą na zimę, która się zbliżała , komfortowe warunki które zapewniało więzienie były wysoce pożądane, draby więc same się przyznały, wybierając tę inną wolność , przynajmniej cieplejszą i pełną strawy niż ich chałupa z matką sknerą. Opowiedziały detalicznie jak było i co najważniejsze, że otrzymali zlecenie. Z dumą wyjaśniali władzom,  że wynajął ich syn poszkodowanego, sowicie nagrodził i wprawdzie nie był zadowolony z dalszego przebiegu zdarzeń, gdyż ojciec ocalał, wcale nie żądał zwrotu pieniędzy. Szlachetny to pan, ten syn zleceniodawca, powtarzali.

 Syn przyparty do muru, bo nie wpadł na pomysł ucieczki za granicę – wskazał na główną pomysłodawczynię tego czynu, którą była jego matka. Mówił o tym z dumą, że zawsze słucha mamy, bo bardzo ją kocha i jest najmądrzejszą oraz najpiękniejszą kobietą na świecie.

 Mama zaś, zajęta liczeniem spadku, nie zauważyła nawet co się dzieje w mieście. Gdy po nią przyszli, jeszcze była w papilotach i wytwornym szlafroku , który figlarnie się rozchylał ukazując jej piękny , nic to, że solidnie podparty silikonem , zafundowany przez kochającego męża, biust. Na nic biust buchający  kokieteryjnie spoza dekoltu, panowie władza byli niewzruszeni i zabrali w kajdanach na komisariat.

Potem była rozprawa sądowa, dowody oraz zeznania się zgadzały i jednoznacznie wskazywały związek przyczynowo- skutkowy.

Mamusia z synem poszli siedzieć i jak wszystko wskazuje , dalej snuli i snują nadal, na co wskazuję jej słowa opowiedziane komuś tam, scenariusz kolejnej zemsty na swoim panu i władcy.

Ale o tym się dowiedział  później, gdy już go wypisali ze szpitala.

Nie mógł się pogodzić z tym, co przygotowali mu najbliżsi, w swoim umyśle już nieco zamąconym zespołem psychoorganicznym wywodzącym się doznanego urazu, bo tak nazywali jego stan neurolodzy, a szczególnie pewien biegły sądowy , który zadziwiająco dla wszystkich o niego walczy, nie mógł się pogodzić z tym co mu zrobili najbliżsi . Czy ten biegły , który tak bardzo się stara, by go ochronić, czy mu współczuje, tego nikt nie wie. Pewnie lubi ludzi, a może uwierzył w swoją misję zesłaną przez bliżej mu nieznanego pana Boga, tego nikt nie wie, co czuje w swoim sercu i umyśle ów biegły. Gdy o tym opowiada swojemu przyjacielowi, nie potrafi zdefiniować, na czym rzecz polega. I ten przyjaciel też nie umie.

Jedno jest pewne, o czym świadczą kolejne fakty z życia ocalonego, nadal on bezgranicznie wierzy Boga, swojego dobrego Boga. To Bóg go ocalił, darował mu życie po to, by mógł rozgłaszać chwałę bożą wszem i wobec. Więc tak czyni.

Jednocześnie idąc za wewnętrznym głosem nakazu lub poradą jakiejś życzliwej osoby z kręgów kościelnych, uważając, że skoro on był wierny żonie aż do śmierci, a ona postąpiła tak jak postąpiła, pomimo tego, że też przysięgała , on może wystąpić do sądów kościelnych o unieważnienie tego małżeństwa. Jak czuł tak postąpił, sąd widząc jego wielką miłość do Boga, znalazł odpowiednie paragrafy i unieważnił tamten ślub.

Teraz Ocalony Cudem był czysty , niewinny jak wtedy, gdy przysięgał przed ołtarzem wierność swej żonie, matce swojego syna, teraz uwolniony z więzów małżeńskich pytał swojego Stwórcę co dalej  robić ze swoim życiem.

A Ten, Najwyższy –  odpowiedział – idź za głosem serca, bo tego nauczyła cię matka.

Myślał o matkach tamtych zbrodniarzy , że nie potrafiły  przekazać im miłości do Boga Jedynego co prawda w Trzech Osobach ( czego nie rozumiał )  a także miłości do człowieka. Uznał, że ci zbrodniarze , niedoszli mordercy są bardzo przez to ubodzy duchem i nawet się nad nimi litował.

A może było jakoś inaczej, bo już ujrzał na chórze kościelnym piękną kobietę, która wyglądała i śpiewała jak anioł. I uwierzył w swojej dobroci i wierze, które to przymioty dostał od mamusi oraz zawdzięczał umysłowi  nieco zamąconemu  zespołem psychoorganicznym, że życie zostało mu darowane, więc musi żyć.

 I dlatego doprowadził do unieważnienia pierwszego nieszczęśliwego małżeństwa, witając z ulgą wyrok sądu kościelnego, że to wcale nie było małżeństwo, wkrótce stanął na ślubnym kobiercu z kolejnym Aniołem , którego spotkał w życiu. Bo należy dodać, że ta pierwsza też wydawała mu się początkowo Aniołem…

Żył sobie z tym swoim drugim Aniołem szczęśliwie, z tkliwością dotykał jego brzucha gdy poruszały się tam jego kolejno przychodzące na świat dzieci. Bo urodziło mu się dwoje następców, pewnie myślał, że też pokochają jak on szczotki i pędzle. Może tak nie było, tylko tyrał, by móc zabezpieczać godny byt tej nowej rodzinie.

W tym czasie , tak tyrając nawet nie pomyślał o tym jaki sam jest, jak się zachowuje w domu. Myślał pewnie, że wystarczy sama jego obecność i pieniądze, które napełniały konta bankowe.

 A może jednak szedł tropem swojego tatusia, a nie łagodnej i dobrej mamusi, bo miał jego geny i zakodowaną agresję ojca.

Tego nie wiemy i pewnie już nam Ocalony nie opowie, bo na cóż takiemu z zespołem psychoorganicznym jakiś psycholog? Ma przypiętą łatę i tak go traktuje każdy napotkany człowiek, w tym lekarz i sąd.

Jedynie dlaczego ten biegły sądowy, neurolog o nim myśli ciepło chyba  i mu pomaga opiekując się tak, jak tylko to umiała robić śp. Mamusia. Bo jest dobrym litościwym współczującym człowiekiem, a może tylko bardzo uczciwym lekarzem, który wyważa jego dobre i złe strony, wybierając te pierwsze. Widzi w nim człowieka, a nie przedmiot.

 Cudem Ocalony na pewno tak nie myśli, bo myślenie ma uszkodzone urazem, ale może tak czuje.

Gdy stawia się do sądu w sprawie rozwodowej która zgłosiła jego druga żona, ten kiedyś dobry niebiański Anioł, który jednak okazał się zwykłym ziemskim i w dodatku był szatanem z maską anioła, jest rozdygotany, boi się ludzi, sądów, pytań, na które nie zna odpowiedzi i całej tej niezasłużonej szopki.

Broni go przed oskarżeniem żony, że to on winien rozpadu małżeństwa – ten jego lekarz, jedyny biegły, który przekonuje nieugiętych urzędników, że Ocalony jest człowiekiem i to człowiekiem chorym.

Na nic te apele, męki przesłuchań trwają i ostateczne decyzja rozwodu zapada.

Jest znowu sam. On już nic nie rozumie, nic do niego nie dociera, bo boi się Boga. Jak stanie przed Nim na Sądzie Ostatecznym, co Mu pokaże, jaką twarz i uczynki. Więc biega do różnych kościołów, by tam błagać Boga o wybaczenie, rozmawia przekonuje, że chciał dobrze, że mamusia go nauczyła, że Rezurekcja, że każdy ma prawo wstać, iść i czynić dobro.

I on tak chce, tylko jego ziemska powłoka jest mu nieposłuszna, hamuje, trzyma a może inni ją trzymają, sam nie wie. I opowiada o tym  ludziom – przypadkowo spotkanym – mówią, że jest lepki i wariat – mówią. A on swoje, nawet to, że ta druga zabrała mu dzieci i żąda pieniędzy za widzenie z nimi.

Pewnie już nikt go nie słucha gdy opowiada o swoim Panu Bogu….i swoim życiu Cudem Ocalonego…a on wierzy, że mamusia z dalekiej gwiazdy, nie tatuś z pejczem, a mamusia przyjdzie kiedyś do niego i zabierze za rękę i pójdą na Rezurekcję i będą wtedy biły dzwony….

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 18 ). „Na wszystkie smutki…” – spotkanie z muzyką i wiecznie młodą Marthą Argerich ….

Ponury czas od 4 dni. Kiedy to umarł Człowiek o Pięknym Sercu , zabity nożem psychopaty o zadziwiająco poukładanym działaniu – celnym w wyborze miejsca  czasu i Osoby…  rezygnacja najwspanialszej Postaci  istniejącej od 27 lat na gnuśnym polskim firmamencie ….więc zapisanie do Facebookowej Grupy  #MuremZaOwsiakiem i wysłanie Mu zdjęcia z  kosmykami trawy wystającymi ze zlodowaciałej kępki śniegu.. symbolu zielonej Nadziei …  a poza tym wszechogarniająca smuta zanurzona w szarej bezśnieżnej tu zimie….

Uciekam więc w swój blogowy zakątek, gdzie ciepło i zwyczajnie.  Właśnie znalazłam swoją dawną  opowieść o  Marcie Argeritch  ( kopiuję ) oraz  tekst Leszka Milanowskiego o Muzyce i o Niej – tej Niezwykłej pianistce …… zapraszam do naszych opowieści :

Któregoś dnia , kiedy to w Grupie messengerowej wspominałyśmy  z Mariolką wyprawy do Filharmonii i Opery w Poznaniu, przypomniałam, że  w tamtym czasie –  rozpoczynającym się  w 1965 roku – gdy razem studiowaliśmy  ukochaną medycynę – byłam na koncercie Marthy Argerich. Świeżo po zdobyciu I Nagrody na Konkursie Chopinowskim, kruczowłosa o wielkim temperamencie zawładnęła sceną, widownią , całą Uniwersytecką Aulą i na zawsze zapisała się w naszej pamięci …

Już kiedyś wspomniałam o tym przeżyciu  we wpisie :  http://zofiakonopielko.pl/?p=4353 ) , a teraz po chwili zastanowienia –  by nie był tu tylko suchy link  –  podaję ten fragment  :

Opublikowane w Lipiec 21, 2012 przez Zofia Konopielko

Na medycznej ścieżce. Wielka pianistka i przepiękna kobieta – Marta Argerich

Z koncertów filharmonicznych w czasach poznańskich ( 1965-1967)  najlepiej zapamiętałam niezwykłą,  dynamiczną przepiękną pianistkę – Martę Argerich.

Od czasu, gdy widziałam ją na scenie i słuchałam jak gra, minęło już tyle lat. Od tej pory sama zmieniłam się tak bardzo, że trudno było mi uwierzyć, że ta pianistka jest nadal w tak świetnej formie. A ona jest aktywna, stale występuje, niedawno koncertowała w Warszawie.

Niestety, nie byłam na jej koncercie, ale bratowa mojego męża – Grażyna zdała mi relację z tego wydarzenia. Obejrzałam też fragmenty w telewizji.  Marta Argerich zachowała młodzieńczy temperament i znakomitą technikę gry.  Zachwycała wszystkich urodą , piękną sylwetką . Była młodzieńcza , szczupła, gibka, elastyczna  jak kiedyś. Jedynie kruczoczarne włosy zamieniła na  burzę siwych . Po prostu jest zjawiskiem …

 Zachowałam ją w  pamięci jak  piękny element mojego snu. Mojego młodzieńczego, snu o pierwszych nasyconych wrażeniami, latach studenckich …..

Do wspomnianej na wstępie naszej  Grupowej messengerowej  rozmowy z Mariolką o Filharmonii – po chwili  włączył się Leszek  z tej swojej Anglii – swoją drogą  zadziwiające jest jak wyczuwa, gdy omawiamy temat który Go frapuje – chyba telepatia ? . Napisał On tak  :  

 ( Bywszy tzw. „kulturalnym ” starostą na naszych studiach  – naprawdę, nie miałem korzyści z rozprowadzania biletów do Opery.

Byłem członkiem „Jeunesse Musicales du Pologne” pod kierunkiem Sławka Pietrasa – tego słynnego dyrektora Teatrów Operowych w Poznaniu, Łodzi i Warszawie) .

Byłem już po Szkole Muzycznej  (z repetą w drugiej klasie podstawówki – stąd moje dzieci wypominają i do dziś wstydzą, że  mają tatusia – repetenta).  J

W Liceum –  już dobrowolnie –  grałem nawet Etiudę Rewolucyjną pod kierunkiem wcześniejszego uczestnika Konkursu Szopenowskiego – Profesora Gulda. Piękna, spokojna, życzliwa postać –  polski  Żyd z pochodzenia. Oczywiście Jego  narodowość nie ma znaczenia, ale chcę podkreślić, że temu człowiekowi zawdzięczam późniejszą możliwość wysłuchania Marthy Argerich w 1965 roku. 

W tym właśnie roku  robiłem w Kutnie maturę.

Przygotowując się do egzaminu dojrzałości, by jakoś odreagować zakuwanie i stresy –   w maju 1965 pojechałem do Warszawy do Filharmonii by posłuchać eliminacji  Konkursu Szopenowskiego .

Trafiłem akurat na Marthę Argerich. Piękne Mazurki  z których te prostsze sam grałem.

 ( To dzięki temu, że Tata wywiózł mnie do pasania krów w 9-tym roku życia, gdy zbuntowany nie chciałem chodzić na muzykę).

 – o tym  Leszek już szczegółowiej opowiedział –  ten tekst znajduje się w poprzednim blogowym pamiętnikowym Jego wpisie – przyp. Z. K. ) 

Martha Argerich WIELKĄ PIANISTKĄ JEST….

…. Co do Marthy Argerich. Kilka dni temu na FB ukazał się Koncert Scarlattiego w wykonaniu Marthy ARGERICH. Większość komentarzy –  tylko po angielsku była pełnych zachwytu. Każdy gdzieś Ją słyszał. Jeden z komentatorów  mówił – że to niemożliwe, by ten koncert zagrać w takim tempie – że to jest zrobiona ścieżka dźwiękowa. Nie wdałem się w dyskusje, ale zamieściłem swoją uwagę…. ( .treści tej uwagi Leszek nam nie podał, pozostaje tylko się domyślać …)

 By oszczędzić wczytywania się w biografię tej największej na świecie pianistki – jak jest nazywana przez znawców muzyki, skopiowałam  kilka informacji podawanych w Wikipedii.

Martha Argerich (ur. 5 czerwca 1941 w Buenos Aires) – argentyńska pianistka.

Dzieciństwo spędziła w Buenos Aires.

W wieku trzech lat rozpoczęła naukę gry na fortepianie.

Mając 8 lat dała swój pierwszy koncert – wykonała  I Koncert fortepianowy C- dur op.15 Ludwiga van Beethovena . Rok później – XX Koncert fortepianowy d- moll KV 466 Wolfganga Amadeusa Mozarta oraz Suity francuskie BWV 812-817 Johanna Sebastiana Bacha.

W roku 1955 przeniosła się do Europy. Szkoliła się u Friedricha Guldy w Wiedniu oraz u Madeleine Lipatti i Nikity Magaloffa w Genewie.

Międzynarodową karierę rozpoczęła w 1957 roku, gdy zdobyła pierwsze nagrody na Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. Ferruccio Busoniego w Bolzano i Międzynarodowym Konkursie Muzycznym w Genewie.

Po tych sukcesach na 4 lata przerwała karierę i podjęła naukę u Stefana Askenasego.

W roku 1965 wygrała VII Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina w Warszawie oraz zdobyła nagrodę Polskiego Radia za najlepsze wykonanie mazurków.

Rok później debiutowała w Stanach Zjednoczonych w nowojorskim Lincoln Center oraz nagrała swoją pierwszą płytę, na której znalazły się utwory Chopina, Brahmsa, Ravela, Prokofjewa i Liszta.

W 1978 roku dała swój ostatni recital solo. Od tego czasu wykonuje przede wszystkim muzykę kameralną i koncerty.

W 1980 roku wywołała skandal, gdy opuściła jury X Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina po tym, jak wyeliminowano Ivo Pogorelicia z półfinałów konkursu.

Uznanie zdobyła głównie dzięki nagraniom muzyki Chopina, Prokofjewa, Ravela, Rachmaninowa i Liszta. Nagrywa dla wielu wytwórni płytowych, przede wszystkim dla Deutsche Grammophon. W nagraniach towarzyszyli jej m.in.: Claudio Abbado, Charles Dutoit, Nelson Freire, Gidon Kremer, Mstisław Rostropowicz, Mischa Maisky.

23 października 2015 otrzymała doktorat honoris causa Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach.

Na marginesie tylko warto dodać, że całym jej życiem nie jest tylko muzyka. Artystka żyje pełnią – trzykrotnie zamężna , matka córki Stephani……

Resztę  (np.  ciekawie o dzieciństwie ) można poczytać pod m.in. tym linkiem, a niezwykłe zdjęcia ( niektóre z nich zamieściłam powyżej )  znajdują się na Jej stronie w FB .

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53662,20170420,zrywala-koncerty-lekcewazyla-trofea-nie-chciala-grac-chciala.html

https://www.facebook.com/groups/107946371992/

 

 

 

 

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 6 ). Dziadek, dramat Wielkopolan i lekcje historii.

Maria J. Nowakowska. Koniec lat 60 ubiegłego wieku.   Mój ulubiony , własnoręcznie sporządzony kadr  ze zdjęcia w Jej Rodzinnym albumie.  Cała Mariolka, Marialente jak ponoć nazywa Ją Jurek – choć na tym zdjęciu nie ” lente”    🙂

List od Marioli – wspomnienia , które się odsłoniły po ” powrocie ” do Gniezna w poprzednim rozdziale Pamiętnika : 

 I jeszcze  wiadomości z naszych okolic: słucham radia Poznań a w nim zawsze o północy grają Rotę – to wynik starych i stałych  poznańskich priorytetów – DZIECI WRZESIŃSKIE , ROTA , itp.

Dla nas zawsze w opowieściach dziadków i rodziców Niemiec był WRÓG – dużo pracy nad sobą wymagała zmiana u mnie tego myślenia ….

Kolejny mail :

jak wiadomo po 1 wojnie światowej  poznańskie nie zostało włączone do Polski za sprawą negocjacji Piłsudskiego
dlatego wybuchło Powstanie Wielkopolskie w którym duża część mojej rodziny m.in dziadek Jan brali udział a wielu w nim poległo …
Nic więc dziwnego że Piłsudzki w Wielkopolsce nie miał dobrych notowań ( ja też nic dobrego o nim od dziadków nie słyszałam). Nie zapomnieli tego Naczelnikowi  nigdy …


Potęgował to fakt, że po jego śmierci, w Buku rodzeństwo dziadka wyszło na ulice ( była to wielka demonstracja) nieśli trumnę i wołali : …  he he he … kurwiarz zdechł

( nawiązanie do jego znanych licznych romansów – podobno zmarł na kiłę)


za to skończyli w więzieniu …

Rodzice Mamy Mariolki – Jan  Szajek i Wiktoria Szajek de domo Karpińska. Zdjęcie z albumu Marii J. Nowakowskiej

dziadek, Ojciec Mamy – Jan Szajek z Buku był wielkim patriotą
miał 2 tomy Historii Polski – oprawione w czerwoną skórę z dużym białym orłem  i w wolnych chwilach czytał nam …
nie wiem czy to odniosło oczekiwany przez niego skutek czy była to wina nauczyciela ( zabierał nas na wykopki na swoje pole  i dawał ocenę w zależności od tego kto ile zebrał ) – ale historia była najmniej lubianym przedmiotem w szkole ….

teraz przypomniał mi się ten pan od historii – chyba były pracownik UB
znęcał się nad uczniami np. ostro zakończonym ołówkiem dźgał pod paznokcie, stawiał ucznia przed pierwszą ławką przykładał kij pod brodę i odginał dziecko w tył …

tato, który był przewodniczącym komitetu rodzicielskiego interweniował wielokrotnie a na te wykopki nie pozwolił mi jechać – powiedział : masz mieć ocenę za wiedzę a nie za roboty
gdy pan Bomba ( o dziwo pamiętam jego nazwisko ! ) zapytał mnie, dlaczego nie byłam – to mu powiedziałam …
byłam tak gnębiona że groziła mi 2 na koniec roku
tato zażądał egzaminu komisyjnego  i przed komisją zdałam na 5
potem sprawa nabrała tempa i pan został zwolniony ze szkoły  ( podobno ze szkolnictwa wyleciał)
ale historii nie polubiłam co dziadek miał mi za złe 
🙂

 

Obraz dworku w którym urodziła się Babcia Mariolki – Mamy jej Mamy – Wiktorii Szajek z d. Karpińskiej , żony wspomnianego Jana, namalowany przez Męża Marioli.

                           Jakże przejmująca jest ta krótko opowiedziana  przez Mariolę historia tak bardzo patriotycznej Wielkopolski w aspekcie decyzji Piłsudzkiego, by nie było tu Polski ….  Te  spisane dramatyczne dzieje Jej Rodziny ,  które usłyszała bezpośrednio z ust  uczestników wydarzeń tamtych czasów mają wartość bezcenną …

Dziękuję Ci,  Mariolu za tę relację.  Dzięki Tobie, ta część historii stała się dla mnie żywa ….

Poczytałam też to, co pod linkami. Trochę wiedziałam na temat, ale dopiero  Mariola spowodowała, że wszystko jest dla mnie jakby osobiste…

 http://www.gloswielkopolski.pl/artykul/727655,jozef-pilsudski-w-wielkopolsce-bohater-czy-zlo-konieczne,id,t.html

http://wyborcza.pl/alehistoria/51,121681,18604408.html?i=0

 

 

Józef Piłsudzki w Poznaniu, 1919 rok. Zdjęcie ze strony https://regionwielkopolska.pl/dzieje-wielkopolski/wazniejsze-wydarzenia/jozef-pilsudski-a-wielkopolska.html

 

Na medycznej ścieżce. Kawowe spotkania w dyżurce.

W moim szpitalu, zgodnie z wieloletnim zwyczajem, przerwa w pracy była zasadniczo jedna . Wówczas można było na krótko opuścić swój oddział, oczywiście, jeśli nie było innych pilnych zajęć.

Było to około godziny 11, kiedy zbieraliśmy się  we  wspólnej dyżurce lekarskiej, zlokalizowanej na parterze, na wprost wejścia . Dopiero tam można było wypić herbatę czy kawę.

Staraliśmy się tam wpadać o tej samej godzinie, by spotkać się z kolegami z innych oddziałów.

Czuliśmy się tam jak wielka zaprzyjaźniona rodzina.

Nie było zwyczaju obgadywania koleżanek czy kolegów, z czym się spotkałam w następnej pracy. Nikt się uskarżał na to co go strzyka boli etc.

Spotkania w dyżurce były z reguły burzliwe. Uwielbiałam te klimaty. Siedziałam grzecznie w drugim rzędzie za stołem- ławą. Bezpośrednio przy tej ławie siadywali starsi. Słuchałam, bo mówili starsi. Obowiązywała hierarchia  i to mi odpowiadało.

W krótkim czasie omawiano sytuację polityczną kraju, rozprawiano  otwarcie o tym, co oficjalnie podlegało cenzurze i nie wszyscy się odważali  mówić głośno. Przecież były wtedy  Polsce czasy panowania władzy komunistycznej.

Właściwie nic już nie groziło za przekazywanie takich wiadomości, jak to było w latach 50 ubiegłego wieku, czasach terroru stalinowskiego, ale ludzie byli ostrożni.

Komentowano aktualne wydarzenia polityczne, nie szczędząc słów krytyki, ale przede wszystkim mówiono o książkach tzw. drugiego obiegu, wspominano wojnę, powstanie Warszawskie , które wówczas uważano za  hańbę narodową a także opowiadano o pobycie w obozach  koncentracyjnych.

W naszym szpitalu pracowały lekarki, które walczyły w Powstaniu a potem znalazły się Ravensbruck. Była to urocza pulchna duża blondyna dr Bielecka a także chudziutka i niebywale żwawa Zosia Madejczyk.

Inna lekarka, Krystyna  Derecka wspominała , jak przemycała do getta żywność. Mur getta był tuż za naszym szpitalem, przy ulicy Złotej, równoległej do Siennej. Pod tym wielkim murem wykonano niewielkie podkopy.  Przez te dziury przedostawały się na teren getta małe dzieci i one właśnie dostarczały zamkniętym tam Żydom jakieś jedzenie. Doktor Krysia była jedną z tych małych dziewczynek. Nie wiem, czy ich rodzice wiedzieli, czy się na to godzili. Może tylko jacyś sąsiedzi dawali im zlecenia, rodzice byli zajęci pracą, więc nie wiedzieli co robią ich dzieci.