Na medycznej ścieżce. Pożegnanie poradni.

Pocztą pantoflową  dowiedziały się o moim odejściu , moje pacjentki, dobrotliwe babcie. Przychodziły, składały jakieś podarki, m. in, dostałam kwiaty wyhodowane w doniczkach. Te bluszcze długo rosły pięknie w naszym mieszkaniu, ale przy jakimś remoncie  umarły śmiercią naturalną.

Żal mi było moich pacjentów. Zżyłam się z nimi.

Dlatego żegnałam się nieomal ze łzami  w oczach, chociaż w gruncie rzeczy miałam uczucia ambiwalentne, gdyż też byłam dumna, że wspinam się na wielką drabinę zawodową.

Część moich podopiecznych mi gratulowała, że idę w świat, część wyrażała żal, że mnie nie będzie.

Miałam wrażenie, że zamykam jakiś rozdział w moim życiu.

Tak zresztą było.

Jednocześnie zostawało poczucie, że był to kawał ciekawej ważnej roboty.

Tutaj nauczyłam się wielu rzeczy.

Nie bałam się kontaktów z ludźmi, jednoosobowej odpowiedzialności i otrzymałam od pacjentów niezłą lekcję życia.

Opuściłam mój ładny gabinet, kierownik niespodziewanie pożegnał mnie pękiem ładnych kwiatów i pomaszerowałam przed siebie……

Na medycznej ścieżce. System pracy w poradni już na pełnym etacie.

Rano odprowadzałam dziewczynki do przedszkola, potem zabierałam, a 7 miesięczny Marcin spokojnie pełzał po domu.

Praca w przychodni zajmowała mi znacznie mniej czasu niż późniejsza w szpitalach. W poradni , na miejscu były tylko cztery godziny pracy, a reszta czasu była przeznaczona na wizyty domowe.

Do przychodni dojeżdżałam jednym autobusem, był to nr 103, który kończył bieg pod Hutą Warszawa. W  tym czasie wybudowano nową jasną przychodnię, która mieściła się bliżej tej trasy autobusowej.

Wizyty domowe z reguły załatwiałam szybko- było ich 3-5 , oczywiście nie licząc znacznie większego natężenia w okresie grypowym.

W rezultacie ok. 15 byłam w domu. Dwa razy w tygodniu pracę zaczynałam o 15, ale wizyty załatwiałam przed południem.

Wszystko jakoś dało się pogodzić.

 

Na medycznej ścieżce. Wracam do pracy.

List ten przeczytałyśmy razem z Mamą.

Kierownik mojej poradni zwracał się z bardzo uprzejmą prośbą, bym wróciła do pracy, bo on ma trudności personalne.

Nie zdążyłam zareagować, gdy Mama obwieściła, że takie spokojne dziecko jak Marcin może pozostawać pod ich opieką .

Ich, czyli moich Rodziców, a ja powinnam wrócić do pracy.

Miałam wątpliwości, czy mogę Rodziców obciążać obowiązkiem opiekowania się dziećmi. Ale dziewczynki już chodziły do przedszkola, więc w domu pozostawał jedynie Marcinek. Faktycznie był dzieckiem bardzo spokojnym, chętnie i wielkim apetytem  zjadał wszystkie posiłki i w ogóle nie sprawiał żadnych kłopotów.

Tak więc po przedyskutowaniu z Rodzicami i Mirkiem, zdecydowałam się na powrót do pracy.

Na medycznej ścieżce. Pierwsza samodzielna praca w przychodni pediatrycznej.

W tym czasie pracowałam też w poradni  pediatrycznej, dokąd mnie przeniesiono z przydzielonej mi  przychodni internistycznej. 

Przyczyna była prozaiczna, gdyż zachorował ktoś z pediatrów i zdecydowano , że muszę tam zapełnić przysłowiową dziurę.

Swoją drogą , to była odwaga, by podjąć taką decyzję i pozwolić na samodzielną bardzo odpowiedzialną pracę z małym pacjentem tak niedoświadczonej lekarce.

Jedynym argumentem, jak mniemam , był fakt, że posiadałam już dwoje dzieci i byłam w ciąży z trzecim co być może  stanowiło jakąś gwarancję nadziei że sobie poradzę a przede wszystkim nie przegapię jakiejś poważnej choroby.

Na medycznej ścieżce. dr Biskupska- kolejny przykład postępowania lekarza.

W czasie naszych  zajęć  studenckich w  I Klinice Internistycznej prof. Orłowskiego,  uczestniczyliśmy też w pracy poradni przyklinicznej.

Pracował tam pan, niestety nazwiska nie pomnę, który prowadził pacjentów z przewlekłą niewydolnością nerek , był małomówny i właściwie przekazał nam niewiele swojej wiedzy . Ale za to  pani dr. Biskupska , która zajmowała się chorymi z nadciśnieniem tętniczym, była istnym wulkanem wiedzy i zawojowała nas zupełnie. Bardzo dużo mówiła, ale było to ciekawe, każdego pacjenta informowała bardzo szczegółowo o swoich ew. wątpliwościach i celowości kolejnych badań czy zmiany leku. Podobał mi się ten sposób rozmowy z pacjentem, który stawał się nieomal partnerem lekarza w całym procesie diagnostyczno- terapeutycznym.

Wymagało to wielkiej umiejętności ze strony lekarza, by nie przekroczyć bardzo cieniutkiej linii wzajemnej zażyłości i zachować ledwie widoczną ale wyraźną przewagę  w tym procesie.

Gdy po ukończeniu studiów rozpoczęłam pracę , starałam się postępować podobnie. Nie wiem czy mi się to w pełni udało, ale nigdy nie otrzymałam sygnałów, że pomiędzy pacjentem a mną zaistniała dysharmonia.

Do tej pory pamiętam  porady dr Biskupskiej jak dokonywać pomiaru ciśnienia by uzyskiwać wiarygodny wynik, bardzo starannie omawiała z nami wszystkie przypadki, przeprowadzając różnicowanie.

Jestem jej bardzo wdzięczna, bo poświęcała nam dużo swojego czasu i energii.

Tej wiedzy było tyle, że początkowo odczuwałam chaos w głowie, jednak później problemy się porządkowały tym łatwiej, że uzyskaliśmy solidną podstawę w tejże poradni.