Rano odprowadzałam dziewczynki do przedszkola, potem zabierałam, a 7 miesięczny Marcin spokojnie pełzał po domu.
Praca w przychodni zajmowała mi znacznie mniej czasu niż późniejsza w szpitalach. W poradni , na miejscu były tylko cztery godziny pracy, a reszta czasu była przeznaczona na wizyty domowe.
Do przychodni dojeżdżałam jednym autobusem, był to nr 103, który kończył bieg pod Hutą Warszawa. W tym czasie wybudowano nową jasną przychodnię, która mieściła się bliżej tej trasy autobusowej.
Wizyty domowe z reguły załatwiałam szybko- było ich 3-5 , oczywiście nie licząc znacznie większego natężenia w okresie grypowym.
W rezultacie ok. 15 byłam w domu. Dwa razy w tygodniu pracę zaczynałam o 15, ale wizyty załatwiałam przed południem.
Wszystko jakoś dało się pogodzić.
