Moje góry pamiętają, choć nieme (9)

23 września 2012 przez Zofia Konopielko

Opowieści mojej Mamy. Dziesięcioletnia Stefka na ulicach obcego miasta.

Dziewczynka  ma zaledwie 10 lat a już dźwiga potężny ciężar  samotnego życia. To małe wiejskie dziecko zostaje wrzucone do obcego wielkiego miasta,  musi docierać do obcej szkoły. Wędruje ulicami, coraz bardziej oswajając się z pędzącymi obok samochodami. Ogląda robotników wychodzących z fabryk, których jest dużo, bo to miasto przędzalni. Podziwia ich elegancję . Wszak zwyczajowo nawet po najcięższej pracy każdy robotnik musi się umyć i zmienić ubranie robocze na codzienne, czyste i w pojęciu dziecka wytworne. Pewnie są to nawyki niemieckie, które tutaj się przyjęły. Po prostu nie wypada pojawić się na ulicy w brudnej odzieży. Do końca życia Mama o tym opowiada, dziwując się zwyczajom przyniesionym do Polski ze wschodu, gdzie umorusany człowiek na ulicy nie jest dziwowiskiem

Opowieści mojej Mamy. Mama jest dzieckiem z innego świata…

Dziecko wałęsa się po mieście, szeroko otwierając błękitne oczęta. Wszystko jest niezwykłe. Ale najpiękniejsze są wystawy sklepowe. Zachwyca się kolorowo ubranymi manekinami ale zawsze długo się przygląda wystawom cukierni. Za szklaną niedostępną wielką zaczarowaną szybą piętrzą się stosy różnokształtnych ciastek. Gdy ktoś wychodzi z cukierni, dziecko wchłania całym organizmem cudny zapach kawy i słodkości dla niej niedostępnych.

To jest inny świat, nie jej świat.

Nawet nie ma pomysłu, by tam wejść.

Jest jak dzikie biedne zwierzątko, bierny obserwator zwykłego dla innych życia.

Zresztą i tak nie ma pieniędzy, a tyle rozumie, że te wyroby można tylko kupić….

Opowieści mojej Mamy. Smak czarnego chleba.

Moja Mama, długo później, gdy już jest w seminarium nauczycielskim, zamienia swoje czarne kawałki chleba na białe bułeczki okraszone masłem i wędliną z rozpieszczonymi zamożnymi koleżankami. Dla nich czarny chleb jest egzotycznym pachnącym rarytasem….  

Opowieści mojej Mamy. Ziemniaki drogocenne…

Mama jest jeszcze bardzo mała, ma niewiele ponad 10 lat. W moim wyobrażeniu jest stale za mała na samodzielne życie.  A jednak….Uczęszcza do 5 klasy szkoły podstawowej w  Białej która wtedy jest samodzielnym miastem położonym obok Bielska.

Mieszka w  tym mieście, w ciemnym kącie wspólnej izby z rodziną niemiecką  .

Którejś nocy, budzi się nagle, bo czuje, że ktoś szura obok jej legowiska.  I widzi swoją gospodynię, właścicielkę mieszkania, która po ciemku wyjmuje z leżącego obok siennika worka ziemniaki . Ten worek przywiózł ojciec Stefki, Michał. A przedtem w pocie czoła uprawiał kamienistą górską ziemię . Ziemniaki są podstawą pożywienia tego wiejskiego dziecka. Zalękniona niebieskooka dziewczynka leży cichutko,  nie reaguje, pewnie się boi poruszyć. Potem długo płacze, płacze do rana . A może nie płacze, może już wypłakała łzy i tylko twardnieje jej serce.

Gdy nadchodzi sobota, jak zwykle wędruje do domu, do  Godziszki. Boi się opowiedzieć ojcu o tym, że gospodyni ją okrada. Może się lęka, że ojciec zabierze ją do domu i umrą jej nadzieje na edukację . W końcu  mówi o tym matce, albo starszej siostrze. Wreszcie ta informacja dociera do ojca.  

Ten natychmiast reaguje, jest oburzony i  jedzie do Białej, rozmawia z gospodynią i postanawia zabrać córkę na kwaterę do innych, może lepszych ludzi….

Opowieści mojej Mamy. Kolejny etap edukacji mojej Mamy- Seminarium Nauczycielskie.

Stefka uczy się pilnie. Zresztą lubi te chwile spędzane z książką. Ładnym okrągłym pismem zapełnia ściśle limitowane ceną zeszyty. To pismo pozostaje na zawsze, nawet gdy jest już stara i niesprawna, jej literki są równe i po dziecinnemu okrągłe….

 Potem chce być księgową , bo kocha matematykę. Ale ojciec decyduje , że powinna zostać nauczycielką. Chcąc nie chcąc, zagrożona wyrzuceniem z domu, albo utratą szansy dalszej edukacji,  zdaje egzamin do Seminarium Nauczycielskiego w Białej.

Jak już pisałam, wówczas Bielsko i Biała są odrębnymi miastami , przedzielonymi jedynie rzeką Białą. Biała jest typowo przemysłowym miastem, tam kwitnie przemysł włókienniczy. W odróżnieniu od Bielska, gdzie mieszkańcami są głównie Niemcy, w Białej jest wielu Polaków.

Matka jest zachwycona elegancko ubranymi ludźmi , robotnikami, którzy wychodzą z fabryk . Ogląda wystawy gdzie piętrzą się białe bułki i różne ciasta. Nigdy nie wchodzi do środka , bo po prostu nie ma pieniędzy.

Szkołę prowadzą  zakonnice, kobiety z zamożnych rodzin niemieckich. Jeszcze tam są , niedawno widziałam ich  przecudne suknie z przezroczystej delikatnej czarnej tkaniny jedwabistej, miękko falującej na sztywniejszej czarnej podszewce.

Mama ciepło wspomina jedynie te zakonnice , które pochodzą z najbiedniejszych rodzin i nie wnoszą majątku do klasztoru. Muszą w zamian ciężko pracować fizycznie obsługując internat i klasztor. Codziennie dźwigają węgiel na wysokie cztery piętra klasztoru , szkoły i internatu. Mama czasami pomaga im w tych pracach, bo są już w podeszłym wieku, wychudzone i prawie bez sił. Te najbogatsze, z monogramami wyhaftowanymi na sukniach, opasłe i złe są złośliwe i bezwzględne w traktowaniu zarówno uczennic jak i ubogich współzakonnic.

Opowieści mojej Mamy. Profesor Koterbski.

Matka lubiła opowiadać o wspaniałym nauczycielu , z którym zetknęła się w Seminarium Nauczycielskim.

Nauczał tam muzyki i nazywał się pan profesor Koterbski.

Był ojcem późniejszej  znanej piosenkarki-  Marii.

Był  wzorem wytwornego  i w dodatku niezwykle przystojnego dżentelmena.

Nigdy w czasie lekcji nie wychodził z roli. Był dostojny , zawsze zrównoważony i bardzo opanowany . Do wszystkich odnosił się z szacunkiem i powagą.

Ubierał się elegancko i zawsze roztaczał miły zapach jakiejś dobrej wody kolońskiej.  

Do uczennic zawsze zwracał się  per pani, mimo, że nie wszystkie dziewczyny  były pełnoletnie w czasie edukacji.

Uczennice uwielbiały go i otaczały wielką estymą. Muzyki uczyły się pilnie, by mu nie sprawić przykrości.

Gdy kroczył ulicami Białej,  wyróżniał się z tłumu smukłą elastyczną sylwetką , ozdobioną wytwornym kapeluszem i ogólną  wielką elegancją .

Gdy mijał którąkolwiek swoją uczennicę, nawet najbiedniejszą czy najmłodszą, pierwszy się  kłaniał, zdejmując kapelusz.

Czasami odwiedzała go w szkole jego żona z małą córeczką, która przypominała żywe srebro. Wbiegała do klasy wnosząc żywiołową dziecięcą radość. I  wówczas uczennice widziały piękny czuły uśmiech swojego ukochanego profesora.  

Była samą radością .

Potem wyrosła z niej piękna zdolna rozśpiewana pannica, która do starości zachowała młodość. To Maria Koterbska, nasza rodzinna bardzo ulubiona  piosenkarka.

Ile w tym naszym uwielbieniu  było projekcji opowieści Mamy o jej ojcu, niezwykłym nauczycielu a ile zachwytu nad talentem Marii, trudno powiedzieć….

Opowieści mojej Mamy. Rzetelne przygotowanie do zawodu nauczyciela.

Uczennice Seminarium Nauczycielskiego poznają różne tajniki skutecznego nauczania. Po wojnie, gdy Mama uczy w Szkole Podstawowej w Gorzowie, zwaną Ćwiczeniówką, prowadzi lekcje, na których obserwatorami są uczniowie Liceum Pedagogicznego a potem Studium Nauczycielskiego. Wykładowcy tych szkół średnich lubią  Jej lekcje. Mama ma ich dużo i pamiętam jak w domu opracowuje konspekty swoich lekcji i także planowanych lekcji, które muszą prowadzić przyszli nauczyciele. Przybywają oni do naszego domu i w wielkim skupieniu przygotowują się do nich. Potem Mama ocenia jakość i styl przeprowadzonej przez młodzież lekcji. Jej głos jest ważny w ogólnej ocenie studenta.

Jeszcze długo po przejściu na emeryturę i po przeprowadzce do Warszawy, Mama otrzymuje okolicznościowe pocztówki od tych wykładowców. Niestety nie zachowały się bardzo miłe kartki od ówczesnego dyrektora Studium Nauczycielskiego pana Jodki, szkoda.

Podobno, gdy władze oświatowe wprowadzały kolejne reformy nauczania, nie zawsze były one zrozumiałe dla nauczycieli. Przychodzili wówczas do Mamy i prosili o wyjaśnienie. Te reformy nie były dla Niej żadnym odkryciem, przecież tego uczyła się w swoim przedwojennym Seminarium.

Opowieści mojej Mamy. Fundusz socjalny w Seminarium…

Zakonnice, które prowadzą  Seminarium Nauczycielskie w Białej, do której uczęszcza moja Mama  dbają o ogólny rozwój wychowanek.

Realizują plan wspólnych wyjść do teatrów, wyjazdy do Krakowa . Przedtem na lekcjach omawiają treść sztuki, scenariusze i zapoznają się z najciekawszymi przedstawieniami na świecie. Wyjazd jest bardzo uroczysty i pozostawia głębokie wrażenie wydarzenia bardzo ważnego w życiu.

Już na uroczystym rozpoczęciu edukacji w Seminarium, dyrektorka szkoły mówi o wspólnych wycieczkach i wyjazdach do teatru i od razu uspokaja uczennice, że te, które są niezamożne mogą korzystać ze specjalnego szkolnego funduszu pod warunkiem złożenia oświadczenia, że po zdobyciu zawodu, ze swoich pierwszych pensji, oczywiście w miarę możliwości,  będą zwracały zaciągnięty dług. Podobno nie zdarzyło się , by dziewczyny zawiodły. W ten sposób wszystkie miały szansę przeżyć pięknie czas nauki.

Mama wspomina o tym wielokrotnie i pewnie Jej stałe zainteresowanie światem zachowane do bardzo późnej niedołężnej starości zostało pobudzone właśnie w okresie nauki w Seminarium.

Pewnie też trafiło na bardzo podatny grunt niezwykłej  osobowości mojej Mamy.  

Opowieści mojej Mamy. Wyprawy w góry.

W Seminarium są organizowane  wycieczki w góry .

Beskidy , Tatry są na wyciągnięcie ręki. I na szczęście wyjazdy nie są kosztowne.

 Potem wędrują górskimi szlakami, odziane w długie spódnice. Nie wiem jak to jest możliwe, że te spódnice nie przeszkadzają w pokonywaniu wspinaczki. Ale to takie czasy, gdy dziewczyny w spodniach to jedynie wyraz ekstrawagancji. Tak więc opatulone w swoje kreacje lądują na Giewoncie , co widać na zachowanym  zdjęciu. Na głowach mają obowiązkowe czapki z ładnym monogramem na czole.

Dziewczyny czekają na te wyprawy, nie straszne im trudy, bo widoki zapierające dech w piesiach dodają im skrzydeł.

 Gdy córka mojej kuzynki, nauczycielka w szkole w Łodygowicach, miejscowości u podnóża Beskidu Małego , zapalona miłośniczka górskich wędrówek, zabiera młodzież ze swojej szkoły na kilkudniowe wyprawy, spotyka się z zarzutem rodziców, że dzieci są przemęczone po łażeniu w góry. Nawet trudno to skomentować. Czy to znak czasów? Nadopiekuńczość to czy głupota? Co wyrośnie z tych dzieci?

Opowieści mojej Mamy. Mama zostaje nauczycielką.

W ostatniej klasie Seminarium Mama już nie mieszka w internacie, bo pobyt w nim obciąża budżet rodzinny.  Z domu maszeruje na stację kolejową w Łodygowicach, pokonując trasę ponad 3 km. Polna droga zbiega w dół Kotliny Żywieckiej , i w dwóch miejscach wiedzie przez strumyki, które w czasie ulewnych opadów bardzo przybierają. Mama musi przejść nad nimi  wąską chybotliwą kładką.

Nadchodzi maj i dni matur. Jest rok 1925. Wystrojona odświętnie Mama  pędzi do pociągu. Woda w strumykach jest wielka, ciemnobrązowa, mętna i skłębiona. Na kładce Mama traci równowagę i wpada do potoku. Wydrapuje się na brzeg i ociekając wodą wpada do pociągu. Dopiero w szkole wyciera się, wyżyma spódnicę i wylewa wodę z butów i wkracza do sali egzaminacyjnej. Nikt nie zauważa, że jest przemoczona i dygocze z zimna. Ale pisze , jest przygotowana i nie ma problemów z wiedzą. Wraca do domu tą samą drogą. Następnego dnia podąża na kolejny egzamin.

Gdy po zakończeniu matury ze świadectwem dojrzałości, dyplomem nauczyciela w kieszeni przychodzi do domu, chce się pochwalić, ale nikt nie ma czasu na rozmowę.

 Jedynie jej matka, odwraca się od garów i pyta- czy zdałaś? Odpowiada zdałam – to dobrze, słyszy odpowiedź.

Gdy wraca ojciec z pola, chwali córkę, i od razu mówi, że teraz ona musi pomagać finansowo rodzinie, gdyż edukacja była kosztowna.

Dla Mamy jest to oczywiste, więc słowa ojca trochę bolą. Ale przełyka to pokornie.

Opowieści mojej Mamy. Wyjazd na kresy…

Po uzyskaniu dyplomu nauczycielki Mama od razu rozpoczyna poszukiwanie pracy. Nie jest o nią łatwo. Miejscowe szkoły mają już stałą kadrę nauczycieli, zresztą Mamę kusi Świat daleki.

I dlatego, gdy się dowiaduje, że są wolne etaty  na Wileńszczyźnie, od razu podejmuje decyzję wyjazdu. Jest rok 1925, niedawno powstała Polska i nowe polskie szkoły na terenach wschodnich  bardzo potrzebują nauczycieli.

 I Mama mając poczucie misji, że niesie tam kaganiec oświaty, opuszcza rodzinny dom i rozpoczyna wędrówkę na dalekie kresy.  

Czy rodzina Ją tkliwe żegna, nie wiemy. Pewnie się już wszyscy przyzwyczaili do Jej nieobecności w domu.  Starsze przyrodnie siostry są zajęte swoimi sprawami, są już zamężne, albo przygotowują się do ślubu. Młodsze rodzeństwo może zazdrości, może podziwia. Ale poza Mamą żadne dziecko z tej rodziny nie opuściło stron rodzinnych , więc pewnie ta zazdrość i ten podziw dla starszej siostry, jeśli w ogóle były, były niewielkie.

Ale  tego dnia wyjątkowo  Ojciec dowozi ją i jej niewielki kuferek na stację w Łodygowicach. Podróż pociągiem trwa około dwóch dni.

Z Łodygowic znajomy pociąg unosi Mamę  do Bielska,  potem podróż jest nowością. Nowe krajobrazy za oknem, inne klimaty. Jej góry zostają daleko. ..

W Bielsku Mama wsiada do innego już, obcego pociągu, który kończy bieg w Warszawie. O czym myśli ta młoda osiemnastoletnia dziewczyna, gdy siedzi sama w tłumie innych podróżujących. Czy ma lęk i niepewność w sercu? Pewnie nie, bo już jest zahartowana, przecież od 10 roku życia żyje wśród obcych.

Gdy dobija do Warszawy, wie, że musi pokonać znaczą trudność. Gdyż  Jej pociąg dojeżdża do dworca głównego, a kolejny, do Wilna wyrusza  z  warszawskiej Pragi.  By tam dojechać  trzeba przemierzyć kawał Warszawy. Ale i to pokonuje.

Z Warszawy do Wilna podróż jest nieomal komfortowa, mimo, że twarde deski wpijają się w pupę. Ale Mama ma odporną na niewygody pupę góralki i twardy charakter ….

W Wilnie ostatnia już  przesiadka do pociągu na Petersburg .

Teraz trzeba uważać, by nie przegapić maleńkiego miasteczka nieopodal Rakowa,  gdzie jest docelowa stacja Mamy.

Stamtąd zabierają Ją wozem dobrzy ludzie.

I wkrótce ląduje w Rakowie, małym sennym miasteczku, pachnącym gnojem i brudem a także łagodnymi uśmiechami miejscowych. Mowa ich zaśpiewna, miękka, trafia prosto do serca. Mama jest zadziwiona nowymi dla niej wrażeniami, ale  ogólnie od razu czuje, że jest w domu….

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 31 ). Moja praca w tajdze.

zdjęcie własne

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Jan spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony, Heleny

 Wyrąb

  W okolicach  Tajszetu,   na południu Rosji , dokąd przywieźli nas, politycznych pociągami – znad Morza Białego , pokonując w 12 dni 4000 km , pracowaliśmy przy wyrębie tajgi ….  

 Po sporządzeniu przesiek i zrobieniu wyżek rozpoczął się wyrąb drzew – przede wszystkim modrzewi, sosny niewiele, jodły też, a najmniej drzew orzechowych.

Po przyjściu na miejsce pracy konwój obejmował straż – szedł na wyżki z automatami.

Naczelnicy konwoju z psami zostawali w budce stojącej u wrót przesieki.

Rozpalali sobie ognisko i czuwali nad swoim konwojem, by czujnie i pilnie wykonywał swoje zadania.

Nas, pracowników wpuszczano na wyrąb brygadami. Każda brygada miała swoje miejsce pracy : jedni ścinali drzewa piłami elektrycznymi i ręcznymi ( na jedną brygadę wydawano jedną piłę elektryczną). Inni ściągali – zwozili już zwalone drzewo do sterty. A tam układano je w sterty z podkładami.

Z tych stert zabierano je na samochody ciężarowe i odwożono na stację kolejową. A stamtąd ładowano do wagonów i odprawiano w głąb kraju. Sęki- gałęzie są palone.

Wszystkie te wyżej wymienione prace wykonywali więźniowie za pajkę chleba, jakże często za garantijke – to jest  650 gram chleba.

Gdyby  do tej pajki dodawali chociaż trochę więcej tłuszczów, choćby nawet roślinnych, praca byłaby wydajniejsza, no i korzystniejsza dla wszystkich.

     W 1949 roku wprowadzono w łagrach gospodarczy rachunek- chozrasczat.

 Państwo zabierało z zarobionej sumy 65 % , a łagru zostawiała 35%.

Łagier utrzymywał pracowników – więźniów, odziewał ich, a resztę , jeśli jakaś suma zostawała, rozdzielano ją między zakluczonymi, którzy wykonywali pracę powyżej 100%.

To była zachęta dla zdrowych pracowników, bo i na większą pajkę to też wpływało.

Pieniędzy zarobionych nie wypłacano na ręce, ale składano na książeczkę oszczędnościową. Po upływie terminu odbycia kary w obozie, książeczkę wraz z wkładem, zwracano adresatowi- więźniowi.

Ta zachęta z początku nie dawała pozytywnych rezultatów. Nikt nie wierzył, że kiedyś te zarobione pieniądze będzie mógł otrzymać.

Z tej oszczędnościowej książeczki można było podjąć 3- 5 rubli, na zakup słodyczy, które raz w miesiącu przywoził sklepik do obozu.

Wiadomem mi jest, że niektórzy więźniowie opuszczając łagier- obóz, otrzymywali książeczki z wkładem 1000- 2000 tys. rubli .

Ja nie zarobiłem w tym obozie, bo najczęściej wyrabiałem pracę tylko na pajkę chleba- garantijkę.

Praca w zonie nie wliczała się do prac, za które płacono gotówką.

 Sprawdzenie zdrowia

  Dwa razy do roku sprawdzano zdrowie uwięzionych .

Przyjeżdżał do obozu lekarz – wolny i on albo ona przy pomocy lekarza więźnia sprawdzali stan zdrowia wszystkich uwięzionych. Podczas sprawdzania wystawiali kategorię : I, II, III i IV- inwalida.

Lekarz cywil pytał : „Czym żałujetieś? „ ( na co narzekasz?).

Skazany najczęściej odpowiadał – na serce.

Lekarz dotykał słuchawką do serca i odpowiadał, że serce jest zdrowe.

Dalej oceniał stan odżywienia.

Obmacywał pośladki i jeśli ogon ( kości ogonowe kręgosłupa)  jeszcze nie wystawał , mówił: „ Pierwaja katiegorija”, a jeśli pośladki trochę wystawały i były chude: „Wtaraja katiegorija”, a jeśli już kości ogonowe między pośladkami mocno się uwypuklały, mówił: „ Trietija katiegorija”.

Gdy nadeszła na mnie kolej, też zapytał: „ Czem żałujeś ?”.

Odpowiadam: sercem.

Przystawił mi słuchawkę i natychmiast ją odjął mówiąc: „ Kompensirowanyj porok sierdca –  trietija katerorija, bez wychoda na rabotu za zonu”.

Ucieszyłem się z tego wyniku.

Nazajutrz do pracy za zonę już nie poszedłem.

Naczelnik zony- więzień- skierował mnie do pracy w zonie, do wywożenia fekalii z zony poza zonę.

Pierwszy wóz z beczką pociągnąłem i wywiozłem, ale przekonałem się, że ta praca nie jest na moje siły- za ciężka dla mnie.

Zameldowałem naczelnikowi zony- więźniowi – , że ja tak ciężkiej pracy – podejmowania ogromnej balii  z brudami nie mogę wykonać, ponieważ mam chore serce.

Podskoczył do mnie z pięściami i uderzył.

Ja upadłem.

Poleżałem pół godziny.

On- ten Fin- kazał mi znowu zabierać się do roboty.

Powiedziałem mu, że ty – faszyst ( ten więzień – naczelnik zony był Finem, a ten kraj współpracował z Niemcami w czasie wojny ) , sam pójdziesz teraz za mnie pracować, a ja idę ze skargą do pełnomocnika od spraw politycznych.

Ten przyjął mię i wysłuchał mojej skargi.

W końcu zapytał mię, czy ja będę mógł być pożarnikiem w zonie- strażakiem?- .

A co mam robić? Pilnować, żeby w nocy nie powstał pożar w barakach: a więc gasić ogień wieczorem w piecach baraków przed ich zamknięciem, napełniać wodą beczki znajdujące się przy barakach, całą noc do pobudki chodzić po zonie, i zaglądać do piekarni i kuchni , by tam nie kradli i ostrożnie obchodzili się z ogniem.

Zgodziłem się i zostałem pożarnikiem.

Oprócz mnie, więźnia,  w zonie każdej nocy przebywali dwaj strażnicy( bez broni) .

Oni także kręcili się po zonie, ale ze mną nie nawiązywali kontaktów- nie rozmawiali.

 Ich pouczano na każdym zebraniu komsomolskim, jak mają pilnie czuwać, będąc na swoim posterunku.

W czasie zimowym trudno było znosić mróz.

Toteż tak jak strażnicy, tak i ja zachodziliśmy do kancelarii, by się pogrzać.

Siedząc przy piecu, często zasypialiśmy na ławkach.

Ja często jeszcze kreśliłem karty dla sporządzania menu.

Brak było odpowiednich druków do sporządzania jadłospisów.

Za tę pracę sowicie mnie karmili kaszą i rybą.

Pewnej nocy, gdy skończyłem kreślenie tych kart do jadłospisu, wychodzę z pokoju kancelaryjnego do pieca, by się ogrzać.

Widzę śpiących na ławkach nadziratielej – wartowników.

Widząc, że w piecu dopalają się ostatnie kawałki drewna, sięgam po polano leżące przy piecu i podnoszę, by włożyć do pieca.

W tym momencie zrywa się jeden, a za nim drugi z ławki, na której spali, krzycząc:

” Szto wy chotieli nas ubić etom polanem?”

„ Niet, ja chaczu eto polano położyć na pieczku, potomu szto drewa w pieczku konczajetsia”- odpowiadam.

  Wyjaśnić im ten fakt  jest niemożliwością.

Oni są otumanieni przez swoich przełożonych i wierzą, że my czuwamy żeby ich zabić i uciec od nich.

Dalej mówię : „A jeżeliby ja zabił jednego z was, mienia by rozerwali na kawałki żywego jeszcze Wasi przyjaciele.

My tak samo chcemy żyć jak i wy.

Na mnie czeka żona z dwoma synami w Polsce. Synowie uczą się w liceach i myślą o ukończeniu uniwersytetu.

Wy przestańcie wierzyć we wszystko co wam mówią wasi naczelnicy o naszym stosunku do was- bolszewików- komunistów. Tu jest dużo kłamstwa. Pożyjecie więcej, dowiecie się więcej prawdy.”

Przypuszczałem, że oni nie powtórzą moich słów swoim, nawet bliskim.

Będą się bali przyznać, że rozmawiali ze mną i że zasnęli w czasie dyżuru w mojej obecności. Dawali mi do zrozumienia, żebym się nie wygadał przed pełnomocnikiem o tym zajściu, bo bylibyśmy mocno ukarani.

Zapewniłem, że o tym nikt się nie dowie.

     Inne noce upływały bez spotkania ze stróżami tych 500 ludzi – więźniów – którzy spali spokojnie po ciężkiej pracy.

Do snu przygrywało im dynamo stukając miarowo przez całą noc.

Reflektory jasno oświetlały całą zonę.

Ja, jak upiór kręciłem się między barakami.

Zachodziłem do kuchni, gdzie już była gotowa kasza, którą częstowano mię.

Razu pewnego, gdy kucharz nalał mi miskę pełną tego jadła, spożyłem ją i zapytałem:

czym ta kasza była przyprawiona, że tak mi smakowała?”.

 Odpowiedział:

„ tajgą syberyjską”- głodem.

     Miałem obowiązek zaglądania i do piekarni, która znajdowała się poza zoną dla więźniów, w zonie gospodarczej.

Tam zawsze obdarowywali  mię półbochenkiem chleba, gdy ich opuszczałem.

Pracę – stróżowanie – kończyłem, gdy dano sygnał na pobudkę.

Spałem tyle, ile chciałem, najczęściej do obiadu.

W dzień, w lecie tylko, od czasu do czasu zmieniałem wodę w beczkach pożarniczych.

Przy takiej pracy miałem lepiej niż stacjonarze. Więcej miałem chleba, bo mogłem za każdym razem otrzymać w piekarni co najmniej trzysta gramów chleba. Ryby miałem no i kaszy, też nie brakowało.

Taki odpoczynek dobrze podziałał i na moje serce:” kompensirowanyj porok serca”. Przybyłem na wadze za sześć miesięcy pięć kg.

A więc, na następnej komisji uznano mnie za zdrowego i dano mi d r u g ą  k a t e g o r i ę.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 30 ). Łagier w tajdze. Syberyjski klimat. Rodzinie podano, że jestem zaginiony …

zdjęcie własne, jakby symbol tamtego życia Jana

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

   Łagier w tajdze- w Syberii

O naszym obozie więźniów politycznych , napiszę parę słów, żeby można było zrozumieć, jak bali się NKGB- owcy tych więźniów.

Obóz – to kwadrat zieleni o boku 50 metrów, ogrodzony klocami jeden przy drugim z drew modrzewiowych na wysokość około 3 metrów.

Takich ścian z kloców zbudowano dwie – jedna od drugiej o 3 metry.

W środku tych ścian parkanu przeprowadzono drut kolczasty, a na zewnątrz zony jak i wewnątrz także drut kolczasty.

Pomiędzy tymi parkanami pobudowano co 25 metrów zwyżki, z których strażnicy w pełnym pogotowiu automata obserwują dzień i noc. ( praca ich nie do pozazdroszczenia).

Przy tych wyżkach stoją reflektory, które dniem i nocą oświetlają zony. Każdy łagier posiada swoje dynamo, które obsługuje i obiekty znajdujące się poza obozem.

Baraki, w których mieszkają więźniowie pozamykane są na noc.

Dwóch strażników- nadziratielej- dniem i nocą obserwują więźniów ( są oni bez broni). Oprócz tych obserwatorów – nadziratielej- w nocy jest więzień – pożarnik- który czuwa, by nie powstał pożar w baraku.

Ci dwaj obserwatorzy cywile- na pewno komsomolcy- nie rozmawiają z polarnikiem – więźniem, bo się boją, żeby ich nie zaczarował.

Pierwsze dni pracy w tajdze

   Minęły dwa tygodnie po przybyciu do nowego obozu.

Zrobiliśmy  sobie lepsze legowisko.

Odpoczęliśmy.

Wybraliśmy sobie brygadzistów i wyszliśmy na zbiórkę do pracy o godzinie 7-ej.

Jak zwykle , w bramie przeliczono nas, a za bramą sprawdził nas konwój, pytając o nazwiska, artykuł, termin i koniec pobytu w więzieniu.

Na przedzie ustawiło się trzech konwojentów z naczelnikiem i psem, po bokach konwój- po cztery osoby z automatami i z tyłu dwóch konwojentów z psem.

Idziemy piątkami.

Dochodzimy do miejsca pracy.

Zatrzymują kolumnę składającą się z pięćdziesięciu osób, a ich – konwoju – 16 osób.

Rozstawiają konwój i wsadzają tyczki do ziemi, które oznaczają, że nie wolno więźniowi wyjść poza tę linię.

Jeśli kto przekroczy ją, konwój strzela bez uprzedzenia- biez upredupreżdzienija.

Do wytyczonej zony wprowadzają nas, uwięzionych.

Pozwalają nam usiąść na pniach.

Kierownik prac – dziesiętnik – poinformował nas , że niektóre z tych pni, które tu widzicie, będą ścinane, bo są za wysokie i nie mogą znajdować się obok kolei żelaznej.

Rozdano piły, topory i zaczęła się praca.

Okazało się, że te pnie bardzo trudno jest skracać , mają drzewo – miazgę bardzo twardą.

Pnie te są przeważnie z modrzewia – listwienicy – a więc drzewa mocnego , a u nas drogocennego, a tu w tajdze budują z niego domy.

     Dyskusji na temat, że są trudne do ścinania nie ma.

Muszą być skrócone co najmniej o 5- 10 metrów.

Żeby jednak tę trudność pokonać, zaczęliśmy  ostrzyć piły pilnikami dostarczonymi przez kierownika robót.

Pogoda w pracy dopisywała.

Słońce syberyjskie i powietrze świetnie działają na nasze zdrowie- poczucie.

Te przeklęte pnie ścinaliśmy przez trzy tygodnie.

       Robienie przesiek

   Po pracy od obniżania pni, wzięto naszą brygadę do robienia przesiek, to jest wyrąbywania drzew dookoła działki leśnej, na  której mamy robić wyrąb wszystkich drzew.

Działka miała mieć długość 200 metrów i szerokość 25 metrów, i powinna być tak oczyszczona, żeby była dobra widoczność dla strażników z ich wyżek.

Między wyżkami  była odległość 30-40 metrów .

Takie wyżki też były budowane  w tym czasie , kiedy te pasy były oczyszczone.

     Najpierw spiłowywane były drzewa, a następnie ćwiartowano je na kloce odpowiedniej długości. Gałęzie – większe i grubsze odpiłowywano piłami ręcznymi albo i elektrycznymi. Gałęzie natychmiast ściągano do jednego miejsca i palono na ognisku.

Paleniem  gałęzi zajmowałem się ja – trzecia kategoria zdrowia.

Pierwsza kategoria więźniów spiłowywała ogromne modrzewie – listwienicy- sosny, jodły, świerki, brzozy i drzewa orzechowe.

Druga kategoria zakluczonych ładowała kloce na dwukołowy wózek i razem z zaprzęgniętym koniem ściągały z przesieki do wnętrza działki przeznaczonej na wyrąb.

Moja praca była lekka, a nawet i przyjemna, bo dni kwietniowe i początki majowych należały do najprzyjemniejszych – pełnych aromatu i słońca.

Pewnie, że praca innych kolegów była cięższa, ale za to oni otrzymywali pajkę większą- 750 gram chleba no i kaszę- naszą zacierkę – według gęstości 500 gram.

Nie czułem za to żalu do swoich brygadzistów , że wypisywali mi tylko garantijkę – 650 gram chleba.

Razem ze mną z Mołotowska przyjechała dla mnie paczka : groch, mąka, kawałek słoniny i mały słoiczek miodu.

To przysłała ciocia Elżbieta z bratem Michałem.

Tą paczką podtrzymywałem siebie , gotując swoją grochówkę.

Miód musiałem oddać więźniowi – naczelnikowi, który mi za to oddał pocztówkę znajdującą się w tej torbie, od syna z Polski- Mirosława.

Tą paczką bardzo się ucieszyłem, bo w niej znalazłem kartkę , w której było napisane parę słów od rodziny- żony i dwóch synów.

Dowiedziałem się, gdzie mieszkają i jak im upływa życie w tej Polsce.

Wyjaśniam, że ta kartka była adresowana na adres mojego brata Michała, który w tym czasie mieszkał w Czerniętach, które po wojnie znalazły się na Białorusi .

On się domyślił, że ją trzeba przysłać do mnie razem z paczką.

Ta paczka z tą kartką była ostatnią w obozie.

Na Syberię- do tajgi – rzadko dochodziły listy.

Przepisy mówiły, że można pisać dwa razy do roku do rodzin, nam uwięzionym.

Ale jak sam się przekonałem, będąc polarnikiem , listy wysyłane od nas były czytane przez konwojentów i rzucane do koszów po odklejeniu znaczków pocztowych.

     Od 1949 roku – gdy znalazłem się w tajdze syberyjskiej, żadne wiadomości nie docierały ani ode mnie , ani też od rodzeństwa, które mieszkało na Białorusi.

       A za granicę,  do swojej rodziny w Polsce, nawet nie było mowy o korespondencji.

       Z Białorusi, gdzie mieszkała siostra Marysia, przyszło powiadomienie do Polski, do rodziny, że słuch po mnie zaginął.

Nie mogę nie napisać, że w tajdze syberyjskiej :

s ę d z i ą   b y ł a   t a j g a ,  a  p r o k u r a t o r e m   n i e d ź w i e d ź .

Skargi przyjmował prokurator- niedźwiedź, a tajga sądziła.

Bezprawie było na każdym kroku i nic nie można było zrobić w tej głuszy syberyjskiej.

Na skargę – każdy niedźwiedź – zaczynając od brygadzisty odpowiadał: :

Bieri twoje dzieło po bolsze i brasaj po dalsze”.

c.d.n.

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 14 ) . Czas poza studiowaniem….

 

Kochani ! Po  trzydniowej przerwie, aż trzydniowej J  spowodowanej brakiem dostępu do swojego laptopa, szybciutko wracam do Pamiętników Kolegów .

Wybaczcie, że  się powtarzam aż  do znudzenia – ale może Ktoś tu zajrzy po raz pierwszy – więc krótkie wyjaśnienie  . Otóż z Autorami zamieszczonych tu Pamiętników razem studiowaliśmy na   Akademii Medycznej w Poznaniu od pamiętnego 1965 roku ( ja do 1968 – bo potem zmieniłam uczelnię na warszawską ) .  

Już jest tu  Pamiętnik Jurka Marcinkowskiego – przy okazji –  Jurek – mam nadzieję, że jeszcze coś napiszesz  🙂 . Przecież znaliśmy się z Tobą dość dobrze, gdyż na drugim roku studiów uprawialiśmy wspólne marszobiegi po okolicach Poznania. – nie wiem czy pomnisz ?  Jurek mieszkał  w swoim rodzinnym domu przy ul. Dziewińskiej –  którego nigdy nie widziałam – ale sobie wyobrażam jak  musiał być piękny – skoro budowali go dla siebie i swojej trójki potomstwa , Jego Rodzice – ja na stancji – naprzeciwko Cmentarza  – z gorzowską podwórkową ( ul. Kosynierów Gdyńskich 106 ) – przyjaciółką – Bajką. Napisałam, że Jurka znałam dość dobrze- oczywiście to iluzja tylko – bo kto zna dobrze Jurka ? – nie wiem – trudno się przebić poza jego wieloznaczny, zresztą uroczy  wirtualny  Uśmiech, którym obdarowuje zamiast odpowiedzi na pytanie ….

Co innego Leszek Milanowski – podaje nam siebie „ na tacy” – swoje  serce i myśli na dłoni nam podaje .  A może to też iluzja ? Nie wiem.

Jest też z nami na Messengerze, choć jak na razie ( mam nadzieję, że na razie ) nie chce tu gościć ze swoimi opowieściami z życia –  Irenka z domu Dąbrowska – Dziewczyna –„  solistka Arii ze śmiechem „ – taką Ją pamiętam z Anatomicum –  teraz czasem   trochę złośliwości wrzuci – by nas „ ustawić do pionu „ – ale serce potrafi wielkie okazać – wiem – doświadczyłam – a życie miała nielekkie …..

I oczywiście Mariolka, czyli Maria J. Nowakowska, którą poznałam dopiero teraz i z tego powodu unosi mnie radość …

                      A na marginesie tego co napisałam,  jeszcze podsumowująca  myśl, która teraz  do mnie przyszła i zmusiła bym ją też zamieściła –  poznać Kogoś dogłębnie jest niemożliwością  – bo nawet siebie zdefiniować  jest trudem – tyle kompleksów , uczuć niespokojnych czy lęków, postaw wobec życia , sposobów  dźwigania trudów , cieszenia się dniem – a nawet widzenia świata –  prawdopodobnie każdy ( ja na pewno )  w sobie nosi – więc może lepiej nie „ rozdrapywać” i żyć pełnią danego nam kolejnego dnia, cieszyć się, że Ludzie dookoła są, żyją , można pogadać i jest fajnie.

Fajny jest każdy darowany wschód i zachód słońca i zieleń odradzająca się co roku i złoto rozsypująca jesienią ….  

Z albumu Rodzinnego Marii J. Nowakowskiej – oto nasza Mariolka w całej okazałości – ta Dziewczynka stojąca na kamieniu z uniesionymi łapkami –

” zobaczcie jaka jestem duża ”  i poniżej ,  już studentka z czasów, które opisuje  ( wykadrowałam ) – w lewym dolnym rogu – choć nie sposób Jej nie rozpoznać – ta burzą jasnych włosów i Uśmiech !!!  i w grupie kolegów na jakiejś wyprawie – chyba w górach – też z łatwością można Cię rozpoznać,  Autorko Pamiętnika 🙂

 

Mam nadzieję – że po raz kolejny – Mariolko mi wybaczysz, że zajęłam tyle miejsca w Twoim  Pamiętniku – a teraz ad rem – 🙂

Któregoś, pewnie następnego  dnia – bo nasze listy wędrowały z szybkością światła –  gdy zapytałam Mariolę, gdzie mieszkała w Poznaniu ( bo ja na stancjach ) –  wpadła jej odpowiedź i cała świetna historia :

na studiach zazdrościłam wszystkim mieszkającym w akademiku
dlaczego ? mogli wracać kiedy chcieli, mieli swoje pieniądze

a mieszkając w domu (rodzice pracowali) słyszałam :  dzisiaj ugotuj na…..
kup…..  

…..   dzisiaj nic nie planuj bo mamy pralnię na godz….

kieszonkowe dostawałam w ograniczonej ilości  –   przecież jedzenie masz w domu a bilety na koncerty w Filharmonii, do opery – tata ci załatwi

no to należało brać się do roboty
w naszej grupie była Jadzia Szpaderska – felczer która  mieszkała na Rycerskiej blisko mnie (Grochowska) a pracowała też na Grochowskiej w gabinecie leków silnie działających
praca, ćwiczenia trochę kolidowały z zajęciami więc podszkoliła mnie i czasami wyręczałam ją w tej pracy albo w gabinecie albo też jeździłam do domów  ….

…. z grupą studentów starszych lat jeździliśmy też do Lechii ( zakłady kosmetyczne – jak pomnę  )  na Starołęce ok. 20 każdego miesiąca i zapisywaliśmy się do pracy na zmiany jakie nam pasowały  ranne lub popołudniowe
praca polegała na „przeginaniu ” kartoników
kartony do proszku przychodziły mocno sprasowane w paczkach po 1000 należało z nich zrobić odpowiednie pudełka które maszyna  stojąca za nami brała, podawała do tej która sypała proszek
po przyjściu do domu mydła nie potrzebowałam – pieniłam się cała a spłukanie tego z włosów było nie lada wyzwaniem
DAŁAM RADĘ
za pierwszą pensję kupiłam sobie płaszcz na Wrocławskiej
a w sezonie wiosna – jesień, kiedy tylko mogłam sędziowałam mecze LA ( oznaka sędziego leży w mojej szufladzie nadal )
wtedy startowała Szewińska, Kłobukowska, Sidło

czyli czas miałam bardzo wypełniony …

 

Mariolko kochana !

1. Ciekawe to o czym piszesz , bo ja np. w tym okresie nic nie robiłam poza studiowaniem – byłam zwyczajnym „pasożytem „ – wprawdzie potem to obijanie się nadrobiłam w trójnasób ( na 5 i 6 roku studiów rodziłam córeczki – więc mąż, dom, gotowanie , etc.  )  , ale po raz pierwszy podjęłam pracę zawodową dopiero po studiach …

Brawo Mariolko Tobie ale też Twoim Rodzicom –  za sposób wychowania – przecież pewnie byłoby Ich stać na tzw. kieszonkowe – ….. ciekawe, czy Twoi Bracia też pracowali ? ….i czy Twoje Dzieci wychowywałaś podobnie ?

2. Ależ mi zaimponowałaś tę odznaką Sędziego !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

 

 

 

 

Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 9 ). Neurologia ( część 2 ).

Dr Teresa Owsianowska, ordynator Oddziału Neuroinfekcji w którym odbywałem staż specjalizacyjny z neurologii oraz kierownik mojej specjalizacji, o której poprzednio napisałem wiele ciepłych słów, była także  konsultantem neurologii zespołu opieki zdrowotnej Poznań-Grunwald. To Ona  poprosiła mnie, abym rozpoczął pracę w Poradni Neurologicznej tegoż zespołu zlokalizowanej w Poznaniu przy ul. Grochowskiej 110. Oczywiście wyraziłem zgodę, bo zawsze chciałem pracować z chorymi .

Tak więc w  1976 r. zostałem  zatrudniony w Poradni Neurologicznej Zespołu Opieki Zdrowotnej Poznań-Grunwald. Mój ówczesny rejon to była połowa dzielnicy Grunwald w Poznaniu. Zakres mojej pracy obejmował ambulatoryjne przyjęcia chorych oraz wizyty domowe. Moje zatrudnienie ustało z chwilą likwidacji ww. Zespołu w 1999 r. Przeprowadzono  wówczas reformę systemu opieki zdrowotnej i zespoły opieki zdrowotnej polikwidowano w całym kraju. Pracowałem tamże nieprzerwanie przez ponad 25 lat, nawet dostałem nagrodę jubileuszową. Do 31.03.2001 r. byłem zatrudniony Poradni Neurologicznej  Spółki Lekarskiej „Medic-Specjal” , ale potem założyłem  własny specjalistyczny jednoosobowy  gabinet lekarski neurologiczny. Do dziś zajmuję się szeregiem pacjentów , którymi opiekuję się od kilkudziesięciu lat – i to jest szczególnie cenne w pracy lekarskiej.

Czy pacjenci zawsze się stosowali do moich zaleceń? W jednym przypadku wyraźnie nie. Chodzi o moją pacjentkę, niezwykle sympatyczną, którą zajmowałem się przez ćwierć wieku. Cierpiała między innymi z powodu zawrotów głowy – więc ją wielokrotnie przestrzegałem aby nie wpadały jej do głowy takie czynności jak mycie okien, wchodzenie na stołki, czy wymiana żarówek. No i stało się, kobieta nie wytrzymała i postanowiła wymyć okna na święta – i wypadła z okna ponosząc śmierć na miejscu. To zrozumiałe, że lekarz bardzo przeżywa śmierć swoich pacjentów, zwłaszcza takich sympatycznych, wieloletnich….

Pracuję też jako neurolog w ramach działalności w EHDN (European Huntington’s Disease Network). Uczestniczyłem, po zdaniu testu (DIM20 CIBIC-plus Certification Test), w badaniach HORIZON – CIBIS/CIBIC-plus – DIM20:  A Phase 3, Randomized, Double-Blind, Placebo-Controlled Safety and Efficacy Study nad lekiem Dimebon wśród pacjentów lekką do umiarkowanej postacią kliniczną choroby Huntingtona – jako niezależny badacz (Independent Rater). Główne objawy kliniczne w zaawansowanej chorobie Huntingtona to ruchy pląsawicze i otępienie. To niezwykle ciekawe doświadczenia z badaniami z podwójnie ślepą próbą, kiedy to badacz nie ma pojęcia kto otrzymuje badany lek a kto placebo. Żartuję, że w tych badaniach stałem się ekspertem od miłości. Mianowicie badałem zawsze w odstępach czasowych chorego/chorą i jego opiekuna, którym najczęściej był współmałżonek/współmałżonka. I „po oczach” rozpoznawałem dwie sytuacje: 1) „i nie opuszczę cię aż do śmierci”, albo 2) „mam już tego serdecznie dosyć”.

Ponadto byłem powoływany przez prezesa Naczelnej Rady Lekarskiej w latach 1998-2002 do składu komisji egzaminacyjnej na II stopień specjalizacji z zakresu neurologii.

Moje wykształcenie i doświadczenie w pracy neurologa znajduje zastosowanie także na niwie sądowej. Ale o tym będzie w kolejnym rozdziale.

Jerzy T. Marcinkowski fotografuje świat….

..

 

Powrót do rodzinnych stron.

Powolna normalizacja życia

 

Jest rok 1945. Po wojnie i przymusowym opuszczeniu Wileńszczyzny, Mama z Zenonem zatrzymuje się  w swojej rodzinnej wsi Godziszce. Stefa jest honorowa, zawsze była i pozostała do ostatnich swoich dni. Nie chce niczyjej łaski , garnuszka cudzego i trudno się dziwić, że usilnie się stara o pracę. Na szczęście nie było większych problemów, i wkrótce Mama dostaje pracę w szkole w Rybarzowicach, oddalonych o kilkanaście km od Godziszki.

 O świcie wędruje pieszo do Łodygowic, trasą, którą kiedyś przebywała dojeżdżając do Seminarium Nauczycielskiego w Białej. To są trzy  lub cztery km do stacji kolejowej  a potem już tylko krótka trasa pociągiem. Pomimo pozornie stosunkowo niewielkiej odległości z Godziszki do Rybarzowic,  Mama czuje się zmęczona. I po dalszych staraniach dostaje pracę w godziszczańskiej szkole. Jest wzruszona, gdy po raz pierwszy przekracza progi tej starej szkoły już jako nauczycielka. Odwija Jej się film z całego życia. Gdy miała 6 lat- bo w takim wieku rozpoczynał się obowiązek szkolny, nieśmiała i przejęta też wchodziła tutaj, dokładnie do tego samego budynku. A potem jak szybko i właściwie tragicznie układały się Jej losy. I teraz wróciła, właściwie złamana życiem…do tej samej szkoły uczęszczał teraz Jej syn- a mój brat- Zenon. Jednak Mama nie myślała o pozostaniu tutaj. Kochała te swoje góry, ale nie miała własnego mieszkania, ani nawet widoków, by je dostać. Dopiero po latach wybudowano obok szkoły kilkupiętrowy budyneczek, w którym są mieszkania dla nauczycieli. Gdy odwiedzamy Godziszkę, zaglądam w okna tej szkoły, która się ładnie rozrosła i zawsze wspominam moją Mamę…

Praca dodaje Mamie skrzydeł, stopniowo poprawia się Jej samopoczucie. Już się nie czuje ubogą krewną wszystkich z tej dużej rodziny, jest samodzielna i samowystarczalna.

Jednym słowem powoli staje na nogach.

     Tato pisze listy do Godziszki z dalekich Niemiec. Już jest wolnym człowiekiem, ale ociąga się z powrotem do kraju.

Wprawdzie w listach zapewnia że kocha i tęskni. Ale dlaczego jeszcze nie przyjeżdża, tego Mama nie może zrozumieć. Pewnie  kłębią się w Jej głowie różne podejrzenia, wszak tyle lat rozłąki, inne środowisko, jakieś nowe znajomości może….

Jednak po roku przychodzi ostatni list.

Jak bardzo on cieszy. Zenon jest szczęśliwy, nie wyobraża sobie wprawdzie swojego Ojca, którego właściwie nie zdążył poznać , ale widząc radość Matki cieszy się podwójnie .

Mama jest dumna, odważniej patrzy ludziom w oczy. Jej mąż jednak do niej wraca.

Już ma dosyć podejrzliwych spojrzeń rodziny i szeptów po kątach, które słyszy, bo przecież ma dobry słuch. Podejrzewają, że została porzucona i węszą kłopoty…

 

Losy moich Rodziców. Pierwsza praca Mamy w powojennej Polsce i pierwsza miłość mojego Brata.

 

W czasie trzymiesięcznej  podróży do Polski , pociąg sapie, sypie iskrami i zmęczony kilkakrotnie zatrzymuje się  w polu.

Wygnańcy już wiedzą, już się dowiedzieli, że w takiej sytuacji należy się zrzucić na alkohol dla maszynisty. Ktoś zachomikował sporo spirytusu i teraz sprzedaje. Mama wyciąga z supełka resztki moniaków, które pewnie i tak są już bez wartości.

Ale to wystarcza , napojony maszynista odzyskuje werwę i ochoczo rusza w dalszą podróż. Ta sytuacja się regularnie powtarza, ale w końcu dobijają do Krakowa.

 Tam przenoszą ich do przejściowego obozu dla wygnańców.

Mama jest jak zwykle bardzo aktywna, nie może siedzieć bezczynnie.

Pragnie pracować , tym bardziej, że nie wiadomo jak długo będzie czekała na transport do Godziszki bo tam jeszcze jest niespokojny czas wojenny. Postanawia więc poszukać pracy. W tym celu podąża na spotkanie ze starostą , które niestety jest  niesympatyczny. Zaraz na wstępie zapytał co ona tutaj robi, po co przyjechała ze wschodu. Poczuła się co najmniej dziwnie , może tego nie okazała jak bardzo zabolało serce. Przecież ten urzędnik był Polakiem, a ona tak bardzo tęskniła za Polską. Całe długie lata wojenne zaborcy, obce władze , szkoła, gdzie język rosyjski potem niemiecki i znowu rosyjski i tylko konspiracyjne nauczanie dzieci polskich . Jednak w końcu starosta coś zrozumiał, może jednak Mama próbowała wyjaśnić, a może ktoś mu zwrócił uwagę , bo w krótkim czasie zawiadomił Mamę, że jest praca w Rybnej pod Krakowem.

Oczywiście od razu skorzystała z tej propozycji i przeniosła się z Zenonem z obozu przejściowego do Rybnej. Tam zamieszkali w pałacu zabranym przez władze komunistyczne właścicielom. Poznali miłych młodych ludzi z córeczką Zosią. Okazało się, że łaskawie pozwolono im zostać, oferując mieszkanie w oficynie. A byli to dawni właściciele tegoż pałacu… Równolatek Zosi,  Zenon , który miał wtedy 11 lat, zapraszał dziewczynkę na spacery i ona chętnie z nim przebywała. Była podobno piękna i mądra .

Ta sielanka nie trwała długo, bo po niespełna roku zawiadomiono Mamę, że może już bez przeszkód podróżować dalej. I wkrótce opuściła gościnne progi pałacowe, pożegnała się z uczniami , starała się nie widzieć smutnej miny Zenona, który przeżył rozstanie ze swoim pierwszym zauroczeniem….Gdy po dwóch latach się urodziłam, Zenon wyprosił Rodziców, by nazwali mnie Zosią….

Losy moich Rodziców. Pierwsza i ostatnia choroba Taty w obozie.

Pierwsza i jedyna choroba Taty w obozie..

 

W obozie Tato początkowo został zatrudniony przy produkcji , ładowaniu i transporcie cegieł.

 

Pracowali w pyle, zimnie i na deszczu. Ubrani w cienkie pasiaki, drewniane buty często godzinami stali na apelu. Przedłużane apele oprawcy fundowali często. Zwykle przyczyną była próba ucieczki któregoś z więźniów, drobne uchybienia w pracy czy nierówno zaścielona szmatą imitującą prześcieradło  prycza…Bywało, że apel trwał cały dzień i noc. Czasami te szkielety ludzkie polewano za karę zimną wodą wydobywającą się z gumowego węża…

Któregoś dnia  wieczorem Tato poczuł  charakterystyczne dreszcze, ziębnięcie kończyn. Skulił się na pryczy i dygotał pod cienkim kocem. Już wiedział, że jest chory. Miał doświadczenie z poprzednich lat, jeszcze młodzieńczych, spędzanych na wolności i był pewien, że to angina.

Noc jakoś przetrwał w majakach.

Gdy zabrzmiał sygnał zbiórki na poranny apel, zwlókł się z pryczy i podtrzymywany przez kolegów ustawił się w swoim szeregu.

Czując bliskie omdlenie zdobył się na odwagę. Już niczym nie ryzykował. Gdyby zemdlał, czekała kula w łeb albo podkuty bucior esesmana.

Wiedział, że tak czy tak czeka na niego śmierć.

W ostatnim przytomnym odruchu  słabym głosem zameldował, że jest bardzo chory na anginę.

O dziwo został wysłuchany, a nawet kapo spytał czy jest lekarzem że stawia takie rozpoznanie.

Tato łamanym niemieckim wyjaśnił, że lekarzem nie jest, ale zna tę chorobę.

Chyba lęk Niemców przed jakąś chorobą zakaźną, która mogłaby zagrażać miejscowej ludności spowodował, że  skierowano Go do rewiru.

Był to rodzaj szpitala więziennego, a raczej umieralnia.

Tam mogli postawić właściwe rozpoznanie i ocenić sytuację epidemiologiczną.

Jednak to Go uratowało.

Pozostał przez kilka dni w miarę ciepłym pomieszczeniu i na zwykłym łóżku, a nie deskach pryczy. Leczony był znanym sobie pędzlowaniem gardła jodyną, bo innego leczenia wówczas nie znano i o dziwo wydobrzał.

Była to jedyna choroba Taty w obozie.

Późniejsze przemoczenia, przemarznięcia i inne warunki sprzyjające zachorowaniu nie zagroziły Jego zdrowiu.

I jeśli ktoś uważa, że zahartowanie nie ma korzystnego wpływu na zapadalność na choroby , nie ma racji….

 

Na medycznej ścieżce. Spotkanie w bibliotece szpitalnej…

Muszę napisać o jednej z koleżanek – Anuli Ipnarskiej .Była taką osobowością, że gdy pomyślę Sienna- od razu poza kilkoma innymi lekarzami, myślę o Anuli.

Gdy przybyłam do zespołu lekarzy Szpitala przy ul. Siennej/ Śliskiej , zebrali się lekarze tego szpitala w pięknej Bibliotece Szpitalnej. Mieściła się na trzecim piętrze, oddzielając dwa skrzydła oddziału żółtaczkowego . Pachniała świeżą pastą do podłóg i  trochę tylko kurzem książkowym. Wysokie ciężkie staroświeckie regały sięgające sufitu były szczelnie wypełnione medycznymi dziełami. Widać było ich pięknie zdobione złocone barwne grzbiety. Ulokowane na najwyższych półkach chyba były rzadko wydobywane, w tych czasach bardziej zdobiły, niż nauczały. Może nie mam racji, przecież w medycynie ważne są wszystkie okresy poznawania człowieka i jego chorób, ale tam raczej nikt nie zaglądał.  Na niższych półkach były podręczniki używane częściej oraz tomy literatury fachowej. Żałuję, że nie miałam czasu by zajrzeć na te górne półki.

Wracając do mojego pierwszego dnia pracy, po zebraniu , wychodziłam  z namaszczeniem i niejakim wzruszeniem z tej biblioteki.

Jeszcze na poziomie tego piętra, tuż za drzwiami podeszła do mnie duża błękitnooka dziewczyna. Miała w sobie taki urok,  że nawet w pierwszej chwili nie dostrzegało się ubytków w jej uzębieniu. Oznajmiła, że nazywa się Małgorzata Ipnarska, ale zwą ją zwyczajowo Anulą i pracuje tutaj już pół roku. Polubiłam ją od razu.

Razem schodziłyśmy po tych magicznych schodach- oj, chyba włamię się do tego szpitala, który już nie funkcjonuje, by zrobić zdjęć wnętrza. Gdyby była ze mną Gonia, gorzowska bardzo bardzo dobra znajoma, na pewno by to się udało. Jest mistrzem w pokonywaniu takich trudności , widziałam ją w akcji pokonywania zamkniętej na kłódkę bramy w kamienicy przy ul. Próżnej.

Po tym zebraniu rozeszliśmy się do swoich oddziałów. Anulka już była na neuroinfekcjach a ja zostałam na żółtaczkach. Wróciłam więc w połowie drogi na ostatnie piętro i tam poznałam Anię Jung- obecną profesor, kierownik Kliniki Pediatrii Centralnego Wojskowego Szpitala w Warszawie. O Niej już wspominałam wcześniej.

Ale w przerwie kawowej od razu pognałyśmy na sam dół, do dyżurki. I tam ponownie rozpoczęłam rozmowę z Anulą. Była ciekawa mojego życia, więc opowiedziałam pokrótce, ona zrewanżowała się tym samym. A miała co opowiadać, oj miała…..

Na medycznej ścieżce. Kawowe spotkania w dyżurce.

W moim szpitalu, zgodnie z wieloletnim zwyczajem, przerwa w pracy była zasadniczo jedna . Wówczas można było na krótko opuścić swój oddział, oczywiście, jeśli nie było innych pilnych zajęć.

Było to około godziny 11, kiedy zbieraliśmy się  we  wspólnej dyżurce lekarskiej, zlokalizowanej na parterze, na wprost wejścia . Dopiero tam można było wypić herbatę czy kawę.

Staraliśmy się tam wpadać o tej samej godzinie, by spotkać się z kolegami z innych oddziałów.

Czuliśmy się tam jak wielka zaprzyjaźniona rodzina.

Nie było zwyczaju obgadywania koleżanek czy kolegów, z czym się spotkałam w następnej pracy. Nikt się uskarżał na to co go strzyka boli etc.

Spotkania w dyżurce były z reguły burzliwe. Uwielbiałam te klimaty. Siedziałam grzecznie w drugim rzędzie za stołem- ławą. Bezpośrednio przy tej ławie siadywali starsi. Słuchałam, bo mówili starsi. Obowiązywała hierarchia  i to mi odpowiadało.

W krótkim czasie omawiano sytuację polityczną kraju, rozprawiano  otwarcie o tym, co oficjalnie podlegało cenzurze i nie wszyscy się odważali  mówić głośno. Przecież były wtedy  Polsce czasy panowania władzy komunistycznej.

Właściwie nic już nie groziło za przekazywanie takich wiadomości, jak to było w latach 50 ubiegłego wieku, czasach terroru stalinowskiego, ale ludzie byli ostrożni.

Komentowano aktualne wydarzenia polityczne, nie szczędząc słów krytyki, ale przede wszystkim mówiono o książkach tzw. drugiego obiegu, wspominano wojnę, powstanie Warszawskie , które wówczas uważano za  hańbę narodową a także opowiadano o pobycie w obozach  koncentracyjnych.

W naszym szpitalu pracowały lekarki, które walczyły w Powstaniu a potem znalazły się Ravensbruck. Była to urocza pulchna duża blondyna dr Bielecka a także chudziutka i niebywale żwawa Zosia Madejczyk.

Inna lekarka, Krystyna  Derecka wspominała , jak przemycała do getta żywność. Mur getta był tuż za naszym szpitalem, przy ulicy Złotej, równoległej do Siennej. Pod tym wielkim murem wykonano niewielkie podkopy.  Przez te dziury przedostawały się na teren getta małe dzieci i one właśnie dostarczały zamkniętym tam Żydom jakieś jedzenie. Doktor Krysia była jedną z tych małych dziewczynek. Nie wiem, czy ich rodzice wiedzieli, czy się na to godzili. Może tylko jacyś sąsiedzi dawali im zlecenia, rodzice byli zajęci pracą, więc nie wiedzieli co robią ich dzieci.