Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 16 ). EGZAMINY.

Leszku Drogi !

Wybacz, że ten Twój wspaniały tekst „ leżakował „ przez ponad miesiąc  w moim laptopie.

Ale może czekał, by właśnie teraz przeczytał go Hirek ? Ma ostatnio chyba więcej  wolnego czasu –  i wierzę, że  tu zajrzy , jak również Koledzy – bo  Twoja opowieść miejscami zabawna  ale też  głęboko refleksyjna jest i nam wszystkim bliska . Wszak łączą nas   wspólne studia od 1965 roku,  a potem już tylko prawdziwa, wielokrotnie brutalna  ale i piękna Medycyna…..

Za sprawą Leszka wróćmy na chwilę  do dawnego czasu. Jak zwykle pisze On  bardzo intymnie, bez osłonek podaje nam prawdę o swoim wnętrzu  – pokazuje swoje Człowieczeństwo – wątpliwości, rozterki , oczekiwania, przemyślenia…. Może przefiltrowane przez minione lata – a może już w Nim obecne  od zarania ???. 

Czy za Jego sprawą zajrzymy do swoich serc, dusz i sumień ?  Nie wiem czy Inni, ale ja tak  ….

Jak zwykle przepraszam  Autora poniższego tekstu za dodane ” buźki ” – nie mogę się powstrzymać  by się do Ciebie nie uśmiechnąć, Leszku …. 

Egzaminy

EGZAMIN WSTĘPNY  na medycynę opisywałem we wspomnieniach o Teresce Gawrońskiej – M. ( jest to 10 wpis tego blogowego pamiętnika  Leszka – przyp. Z.K. )

Biologia a medycyna – mój temat – dlaczego można i nie można doświadczeń na zwierzętach przenosić na ludzi, czym się różnią…..

Biologia, chemia, rosyjski, na piątkę….

….  ale za fizykę czwórka i dlatego byłem dopiero!  21 na liście przyjętych .  🙂

Śp. ANDRZEJ HYŻY miał 120 punktów !!! .

Imponował  mi i dlatego na drugim roku razem z Nim zaczęliśmy równolegle studiować  chemię w Collegium Chemicum.

Wszak byłem kiedyś wojewódzkim laureatem chemicznej olimpiady …

Szybko się zniechęciłem do tych dodatkowych studiów –  później Andrzej –  też. ( nie jestem pewna, czy to było zniechęcenie, czy chroniczny brak czasu na studiach medycznych – przyp. Z. K. )

Zresztą już wtedy ogromny na mnie wpływ miała przyjaźń z Kajtkiem Pietrykowskim.

To On mnie zaraził Filharmonią, potem  też studiami psychologii, nurkowaniem, żeglarstwem. Kursy prowadził późniejszy Docent Marek Orkiszewski ( bardzo zdolny chirurg dziecięcy o niewyparzonej gębie…).  Dlatego byliśmy po trzecim roku na obozie studenckim dla nurków nad Jeziorem Narie.  Schodziliśmy zaledwie na 8 metrów, ale polowania z kuszą na szczupaki i  węgorze w  nocy… to było TO !!!

Tam mieszkałem w jednym namiocie z medykiem 5 roku z Wrocławia. Deszcz, zimno, sami w namiocie bo się nic nie działo i gra w trzy zapałki. Jak przy hazardzie. Grałem dopóki nie przegrałem całej forsy. Powiedział mi prawdę która została na całe życie i się przydała nie raz :

Jeśli grasz to musisz wiedzieć kiedy przestać. 

Potem w czasie   praktyki studenckiej w Glasgow po czwartym roku od jednorękiego bandyty wygrałem chyba ze sto funtów – zaczynając od własnych dziesięciu kieszonkowego za praktykę. Oczywiście jak to  hazardzista wszystko przegrałem –  ale tej mojej dziesiątki już nie postawiłem. Dzięki za lekcje z obozu dla płetwonurków ! .  A za tą dziesiątkę kupiłem dwa lekkie śpiwory,  które służyły chyba ze 20 lat i prezenty dla siostry i Mamy..  🙂

Wówczas też odwiedziłem Hospicjum Świętego Krzysztofa na Laurie Street w Londynie gdzie terminalnie chorzy pacjenci wystawiali Hamleta. Desdemonę grała pacjentka umierająca na raka. Nie zapomnę Jej szczęścia. Całe życie marzyła, żeby tę rolę zagrać i po przedstawieniu mówiła że to najszczęśliwszy dzień Jej życia …

WARTO WALCZYĆ DO KOŃCA, BO NIE WIADOMO CO MOŻE SIĘ ZDARZYĆ NAWET W OSTATNIEJ CHWILI.

Pacjenci terminalnie chorzy dostawali marihuanę, haszysz, morfinę by umierać szczęśliwymi i bez bólu. Nigdy nie mogłem i nie mogę nadal pogodzić się z zakazami tych leków dla cierpiących terminalnie.

Potem zaangażowałem się w ruch Hospicyjny pod kierunkiem Profesora Łuczaka z Poznania i dr Walden-Gałuszko z Gdańska. Zresztą to może być często naturalny koniec choroby nowotworowej a pacjent jest moim pacjentem do końca swego życia ….

Później – w  Lipnie,  zorganizowałem opiekę  terminalną na swoim oddziale przy pomocy i pod kierunkiem dr Zbyszka Kaczmarka z Włocławka ….

[ Ale tematem na dziś  Leszku miały być egzaminy, więc wracaj od tamtych wspomnień, które zresztą też były jakąś formą egzaminów – choć egzaminów z życia – wracaj  do czasów studenckich, wspólnych i niezapomnianych ]

EGZAMINY NA STUDIACH  :

Biologia.

Zlekceważyłem.

Co, ja – piątkowy uczeń z liceum nie będę wiedział?

Nie przyłożyłem się i pierwsza trójka, którą potem – zresztą na własne życzenie poprawiłem u ówczesnego DOCENTA GERWELA na piątkę.

To był też skutek kompleksu nie bycia rodowitym  poznaniakiem !

 Jedyna trójka na dyplomie była z Farmakologii u Profesora Chodery – z mojej winy. Chciałem podać jeden miligram digoksyny – o zgrozo!!!.  Należała się ta zła ocena , ale przez to nie było czerwonego dyplomu. 🙂

Anatomia.

Aula na Polnej. Profesor Kołaczkowski, „Aurea Scapula”. Można zdawać  na sali przy wszystkich . Zapisałem się.

Gdy mnie wywołał – zapytał – gdy jeszcze byłem na górze –  jakimi mięśniami kieruje nerw jedenasty. Schodząc –  wzruszałem ramionami.  PROFESOR KOŁACZKOWSKI:  ” A to kolega nie wie…”.  Nie, ja tylko pokazałem Panu profesorowi którymi mięśniami”.  Sala w śmiech. Potem poszło jak z płatka. Dostałem brawa, ale jakoś nie uwierzyłem w siebie.

Miałem kompleks wobec „tubylców – poznaniaków”. Dlatego zbliżyłem się do Kajtka Petrykowskiego i Andrzeja Hyżego.  Dyskusje wspólne o Lemie, droga na pieszo po Koncertach Poznańskich w Collegium MInus do Gospody Targowej na Grunwaldzie z dyskusją o „Dzienniku znalezionym w wannie”, Lema, którego i tak do końca nie zrozumiałem.

Histologia

Kochany PROFESOR KIERSZ!

Wielbiciel Wielkiego Brachet’a, którego czytałem przed studiami.

 Piątkę dostałem bo trochę niedosłyszał.  Po wspaniałej i dobrej dyskusji – na koniec chciał sprawdzić  moją znajomość norm  poziomu glukozy we krwi. Pustka w głowie, ale z rozpędu – niewyraźnie, ale z pewnością siebie – wystrzeliłem:  ” … dziesiąt miligram procent Panie Profesorze”.

– …Dobrze  🙂

Jedną z nielicznych czwórek dostałem z chirurgii. To było jak wyzwanie.

CHIRURGIĘ MOŻNA KOCHAĆ ALE BEZ WZAJEMNOŚCI.

Tak zresztą układało się dalsze życie.

Przyjemność w dawaniu bez oczekiwania na nagrodę ….

I wspaniała nauka PROFESORA KOTARBINSKIEGO z „Traktatu o życiu godziwym” z rolą „opiekuna spolegliwego” na którym można polegać…

 

Wszystkie zdjęcia Leszka Milanowskiego ( legitymacyjne, z Córkami i Wnukiem ) z internetu

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 13 ) . Jak nie chciałem zostać lekarzem i chirurgiem – część pierwsza.

1 listopada Leszek przysłał do mnie list mailowy ( co zdarza się ostatnio bardzo rzadko 🙂 a w nim tekst :   ( … )  Zosiu,

Przesyłam Ci kilka wspomnień  do Twojej cenzury i do wykorzystania w Twoim blogu. Zgadzam się na wszystko. ( … ) .

Dopiero wczoraj, po powrocie z Uniejowa mogłam zajrzeć do zamieszczonych w mailu   załączników. Jeden z nich ukazał się tu wczoraj ale dzisiejszy  zdumiał mnie  tak wielce, że zaniemówiłam….opowieści Leszka to istne PERŁY ….skarbnica wiedzy …otworzyły się przede mną nieznane mi dzieje Wielkopolski i bohaterów polskiego podziemia –  ale o tym będzie  później….

Teraz opowiadaj Leszku :

JAK NIE CHCIAŁEM ZOSTAĆ LEKARZEM I CHIRURGIEM

    W szkole koledzy wróżyli mi pracę adwokata, bo zawsze stawałem w obronie słabszych. Przy mnie nikt nie miał prawa nikogo poniżać. Rodzice bardzo mocno wpoili mi poczucie sprawiedliwości. Wierzyłem w niezależne sądy do czasu. kiedy sam nie trafiłem na skorumpowanych sędziów i prokuratorów, a także adwokatów w Lipnie i Włocławku.

OJCIEC

     –  despotyczny ordynator chirurgii w Kutnie od 1945 do 1980 roku chciał, bym został leśnikiem, co jemu się nie udało. Studia w Poznaniu skończył w czerwcu 1939 roku razem z Profesorami ANTONIM HORSTEM ( tak, Ojcem naszej HANKI), Wysockim (internista), Preislerem ( internista i lekarz sportowy),  Kornackim ( ginekolog ), Duxem (onkolog), Prof. Mastyńską (chirurg) .

Tata  z kilkoma kolegami z roku, głównie o niemieckich korzeniach, studiował  równolegle w słynnej Szkole Profesora Piaseckiego –  prekursora Akademii Wychowania Fizycznego po wojnie. Szkoła mieściła się na terenie parku Kasprzaka – dziś a wtedy Wilsona, przy Palmiarni

( gdzie z ZOSIĄ  uczyliśmy się anatomii). Tam poznał przy mazurze moją Mamę –  historyczkę z Uniwerku 🙂 

 Na tym studium było najwięcej kolegów o niemieckich korzeniach, bo tak nakazywały im niemieckie przedwojenne organizacje.

Jednym ze słuchaczy był ich kolega z roku –  Entress * – ten słynny morderca z Oświęcimia. Przez swoja wiarę w wielkość Hitlera i chęć  zostania prawdziwym Niemcem oraz pragnienie zrobienia kariery zawisnął na stryczku. Jak to  się stało, że kolega ze studiów, przyjaciel profesorów Horsta, Duxa – też o niemieckich nazwiskach- a zwłaszcza polskiego patrioty Profesora Horsta mógł robić doświadczenia na ludziach? Gdy spotkał w czasie wojny Ojca na ulicy w Poznaniu powiedział. „Józek, lepiej byś mnie nie znal”. Przecież on nawet nie zdążył zostać  prawdziwym lekarzem. Stał się członkiem  totalitarnej hitlerowskiej ludobójczej hitlerowskiej maszyny. Na pewno miał możliwość ukrycia się jak jego zwierzchnik, Mengele i wielu zbrodniarzy hitlerowskich. Myślę, że widział konieczność poniesienia kary za swe zbrodnie  i się nie ukrywał. Zresztą był przecież małym pionkiem. Dopiero co po studiach i od razu na lekarza obozu zagłady. Przecież nawet nie zdążył nikogo uleczyć tylko mordował. Dlaczego nie wyniósł  zasad etyki od swoich poznańskich nauczycieli?. Moim zdaniem stanowi przykład samodestrukcji, gdy jednostka poddaje się totalitaryzmowi i wierzy w jednego namaszczonego wodza. Bez komentarza do sytuacji obecnej…..

       Tuż przed wybuchem II Wojny Światowej  Ojciec zaczął pracę w Toruniu na ginekologii . Jednak wkrótce Niemcy zaatakowali Polskę i jeszcze przed wysadzeniem mostu kolejowego Tata przeszedł z kolegą, dr Nikodemem Niekielem przez Wisłę ..Uzbrojony w Parabellum które zabrał młodszemu bratu, również później chirurgowi –  mężowi Prof. Adamskiej – Milanowskiej (rehabilitant) ruszył na ratunek Warszawie.

Siódmego września 1939 roku,  wieczorem znalazł się w Kutnie. Poszli do dyrektora dr Perkowicza z prośbą o nocleg. „Zawsze w szpitalu są wolne łóżka – idźcie chłopcy się przespać „.

 8 września zaczęła się Bitwa pod Kutnem. Do szpitala zwożono rannych. Dyrektora Perkowicza pytali się co maja robić, bo oni chcą iść na pomoc Warszawie.

„- zróbcie jak uważacie, ale pamiętajcie MIEJSCE LEKARZA JEST PRZY CHORYCH I RANNYCH „.

I dlatego ja w Kutnie się urodziłem.

Ojciec urządzał Szpital Polowy w budynku mojego późniejszego Gimnazjum. Wybierał kogo operować: obwieszonego orderami zasłużonego powstańca czy młodego żołnierza. Wybór jasny. Żołnierza,  czy cywila. Wybrał żołnierza. Gdy wrócił, przy zmarłym siedziała mała dziewczynka.

 – „GDYBY PAN KAZAŁ OPEROWAĆ MOJEGO TATUSIA TO BY ŻYŁ”

Straszne wybory.  Ta mała była wyrzutem sumienia mojego Ojca do końca życia. Ale każdy wybór był zły.

       Trafił się niemiecki ranny pilot. Polacy chcieli go zlinczować. Ze swoim parabellum Ojciec  stanął w drzwiach i krzyknął :

” – pierwszy, który go dotknie dostanie ode mnie kule w łeb. Teraz jest moim pacjentem. Będziemy go sprawiedliwie sądzić po wojnie jeśli wyzdrowieje…”  No i nie osądził, ale dal mi naukę na całe życie, ŻE PACJENTA, NAWET NAJWIĘKSZEGO WROGA TRZEBA LECZYĆ JAK KAŻDEGO CHOREGO.

Ojciec nauczył mnie, że pacjent, za którego odpowiadam nie jest w moich prywatnych zainteresowaniach. O swoich wrogów, a takich też leczyłem, starałem się dbać nawet specjalnie lepiej, by potem, jak będą zdrowi móc z nimi ostro walczyć. Nie zdarzyło się żeby nie schowali głowy w piasek lub  nie przeprosili.

 Po  zakończeniu tej wielkiej heroicznej bitwy nad Bzurą , która miała zamknąć drogę do Warszawy –  wkroczyli Niemcy,  którzy Ojca, tego młodego niedoświadczonego stażystę, zrobili zastępcą niemieckiego ordynatora. Jego podwładnymi był i dyrektor i kilku starszych doświadczonych chirurgów wśród nich znany wówczas profesor Krotkiewski, i dr Piorek, były Powstaniec Śląski.

Trafił się w środku wojny ranny,  obwieszony orderami generał  organizacji Todt. Gdy dr Piorek go zobaczył powiedział Ojcu: ” Józek, już   po mnie. Ja przeciwko niemu walczyłem na Śląsku…” 

Tenże generał wezwał Ojca i rzekł,” niech pan powie dr Piorkowi, że ja go nie pamiętam.”

– Po prostu :

W KAŻDYM SYSTEMIE MOŻNA BYĆ PORZĄDNYM CZŁOWIEKIEM….

 

*https://pl.wikipedia.org/wiki/Friedrich_Entress

Pod tym adresem można poczytać o wspomnianym przez Leszka  zbrodniarzu  – bestii –  formy znęcania się nad więźniami i uśmiercania przekraczają normalne ludzkie myślenie i wyobrażenia ….

 

 

ad zamieszczone zdjęcia :  Leszka Milanowskiego z internetu,  wejścia do katakumb kościoła w Popowie Kościelnym z cieniem gospodyni bloga  oraz –  panorama zasypiającego  Kutna – własne ….

Jest taka droga w podwarszawskim lesie – Czerwona Droga .

Któregoś dnia moja śródborowska rodzinka zaproponowała kolejną wycieczkę. Naturalnie się zgodziłam, bo dużo wiedzą i zawsze coś ciekawego pokażą. Tym razem było podobnie. Mazowiecki Park Krajobrazowy nie tylko jest piękny i urozmaicony, bujny, z wiekowymi sosnami o przedziwnych kształtach ,  wydmami , bagnami, oczkami wodnymi i meandrującymi strumykami, ale też ukrywa wiele tajemnic. To wymarzony teren do spacerów i poznawania świata.

Tym razem powędrowaliśmy ze stacji kolejowej Śródborów przez sosnowe bory prześwietlane słońcem i dalej brzegiem rezerwatu „ Pogorzelski Mszar” , przekroczyliśmy  meandrującą Pogorzelską Strugę docierając na Czerwoną Drogę , obejrzawszy po drodze schrony i wylądowaliśmy w ośrodku edukacyjno- muzealnym „Baza Torfy”

 

I po tej wycieczce  przed laty,  jako Łuka napisałam w nieistniejącym portalu MM Gorzów (o którym już ode mnie słyszeliście) o Czerwonej Drodze ….miejscu dla mnie najbardziej magicznym

 

 

 czerw droga 4.JPG

 

 

z ruin warszawy.JPG

Na poboczu Czerwonej Drogi znalazłam  fragment muru , innych nie było. Czy faktycznie z Warszawy? Jeśli tak, to czy z 1940 roku czy z 1944?

 

 

 

Jest taka droga w podwarszawskim lesie – Czerwona Droga .

 

Ukryta w lasach otwockich . Piękna groźna i tragiczna. Czerwona od cegły domów zniszczonej  Warszawy i od krwi mordowanego świata .

 

 

Pociąg  wolno opuszcza  Warszawę. Zostawiam to miasto , którego miało nie być .  Wzniesione na ruinach. Żywe, tętniące , oszpecone złą i przypadkową architekturą. Ale jest piękne , trochę moje .

Jadę na wschód .Jeszcze Wisła niesforna leniwa i wielka. Potem kolejne stare stacje kolejowe. I sosny ogromne , brzozy wiekowe.

Wypatruję  ocalałych nielicznych już  drewnianych domów . Wszystkie są w niepowtarzalnym bo pomieszanym stylu nazwanym przez  Gałczyńskiego świdermajer. To Andriolli takie zaplanował, biorąc najciekawsze wg niego elementy architektury  szwajcarskiej, schronisk alpejskich i  podmoskiewskich dacz.

 

Za Otwockiem Śródborów.

Tutaj wysiadam. Idę w głąb Mazowieckiego Parku Narodowego. Jestem sama z moimi myślami. Wiem, że niedługo pokaże się niezwykła Czerwona Droga. Już jest. Bardziej czerwona niż na zdjęciach. Siadam na brzegu tej drogi.

Wyjmuję przewodnik i czytam.

 

 

Droga prowadzi do części tzw. Przedmościa Warszawskiego ( Bruckenkopf Warschau). Jeszcze można obejrzeć pozostałości fortyfikacji . Tak, tak widziałam….

Ich historia sięga wczesnych lat wieku XIX. Myśl utworzenia linii obronnej Warszawy powstała w głowach Rosjan.

W roku 1823 rozpoczęli i do 1915 roku prowadzili  budowę  Warszawskiego Obszaru Warownego.  Początkowo w widłach Wisły i Narwi wzniesiono  twierdze Modlin, Warszawa, Zegrze a następnie, ok. 1890 r. zdecydowano tworzyć linię fortów i umocnień polowych na wschód od Warszawy .

W sierpniu 1915 roku Niemcy zajęli ten rejon i nadal fortyfikowali do 1918 roku , przygotowując się do obrony Warszawy ze wschodu. Niemieckie dowództwo wróciło do rosyjskiej  koncepcji ufortyfikowania wschodniego przedpola stolicy w oparciu o naturalne przeszkody terenowe, lokalne wzniesienia i dolinki zabagnionych . Zamiast ciężkich  fortów zdecydowano  wznieść liczne niewielkie schrony oraz silnie rozbudowane pozycje polowe. Wybudowaną nowoczesną linię obronną nazwano Bruckenkopf Warschau ( Przedmoście Warszawskie .)

Potem nastała Polska, nasza, cudem odrodzona. W 1919 polskie dowództwo zezwalało o na rozbiórkę umocnień niemieckich.

Jednak w 1920 r. wobec zbliżającej się armii bolszewickiej przystąpiono do prowizorycznej odbudowy.

W dniach 13-17. VIII 1920 roku  ufortyfikowanego odcinka „Wiązowna” bronili przed bolszewikami żołnierze 15 DP gen. Władysława Junga.  Dawne linie umocnień niemieckich pokrywały się z 2 linią obrony Warszawy wyznaczoną 5.08.1920 roku przez gen Franciszka Latinika. Odegrały  znaczną rolę w czasie Bitwy Warszawskiej . Umocnienia te powstrzymały napór Armii Czerwonej, chociaż w rejonie Radzymina zostały przełamane. Obroniony został fort w Beniaminowie a z linii schronów pod Wiązowną atakowała w kierunku wschodnim polska 15 DP.

W 1921 roku , w Rydze podpisano traktat pokojowy z Rosją i przystąpiono do ostatecznej rozbiórki umocnień.

 

W czasie II wojny światowej, w latach 1940-41 niemieckie wojska ponownie przystąpiły do odbudowy Przedmościa Warszawskiego na gruzach umocnień z I wojny światowej.

Jesienią 1940 roku przygotowywano drogi dojazdowe , budowano rowy strzeleckie , zapory przeciwczołgowe i p/piechocie oraz wzmacniano schrony żelbetowe. Do pracy zmuszano okoliczną ludność, a szczególnie Żydów.

W maju 1941 roku wstrzymano budowę, koncentrując się na przygotowaniu ataku na ZSRR.

Dopiero w VI i VII 1944 saperzy , jednostki wartownicze i spędzeni cywile pospiesznie przygotowywali Przedmoście do obrony. Szczególnie uwzględniano  obronę linii kolejowej Warszawa- Lublin, po której jako ruchoma bateria kursował pociąg pancerny.

Cegłą z gruzów Warszawy utwardzano stare trakty Gliniane- Karczew, Okoły- Otwock Wielki. Do dziś pozostałości tych dróg w Lasach Otwockich nazywane są „ ceglankami” lub Czerwonymi Drogami.

Do czasu nadejścia Rosjan Niemcy nie zdążyli przygotować  całej linii do obrony.

 W końcu lipca 1944 roku  wojska wchodzące w skład 1 Frontu Białoruskiego właśnie tutaj przełamały linię frontu .

Podczas walk o południową  część Przedmościa Warszawskiego dostał się   do niewoli gen Frank. Załamało się prawe skrzydło 9 Armii Niemieckiej. Stracili pociąg pancerny…

 

Obecnie pozostały, najlepiej zachowane fragmenty umocnień w rejonie Dąbrowickiej Góry, na szczycie której znajduje się ciężki schron  obserwacyjny typu 120a( Regelbau 120 a). Ma wymiary 14×11,5 m.. Jest jednym z najcięższych obiektów wybudowanych przez Niemców na Przedmościu Warszawskim. Grubość jego ścian stropów wzmocnionych belkami stalowymi wynosi 2 m. …

 

 

 

Zamykam książkę. Dużo tej historii. No cóż mamy to nieszczęście mieszkać na szlakach które odwiecznie przemierzały różne wojska. Czy tego chcieliśmy czy raczej nie, byliśmy deptani…

 

czer dr.JPG

Czerwona Droga jak krzyż…..

 

 

Jest cisza. Nadal siedzę przy Czerwonej Drodze.

I słychać szum. Nie wybudzam się z zadumy.

Bo widzę ludzi w mundurach, słowa rosyjskie, niemieckie i polskie. Mnożą się obrazy , daty, historia przepływa obok.

A przede mną Czerwona Droga .

Z wilgotnej dusznej mgły wyłaniają się  furmanki.

Całe rzeki wolno płynących furmanek.

Czarne poskręcane włosy , ostre długie nosy i  oczy furmanów z zapamiętanym obrazem płonącej Warszawy. I ludzi podobnych z łopatami na wozach też widzę.

Jadą wolno.

Na wozach mają swoje serca złamane klęską, poniżeniem i cegły czerwone . Cegły starej nieistniejącej Warszawy i ludzkie wśród nich szczątki.

Ich świat się kończy.

 

 

 

Daremny żal…

Właśnie listopad nadchodzi. Czas refleksji i zadumy.

Miotają mną sprzeczne uczucia.

Bo chciałabym napisać , że Dzień Wszystkich Świętych jest dniem nadzwyczajnym ale pogodnym a z drugiej strony wiersz Jana Twardowskiego przychodzi pt. „Żal” i wtedy  człeka ogarnia smuta .

„ Żal że się za mało kochało

  Że się myślało o sobie

  Że się już nie zdążyło

  Że było za późno….”

Ale daremny żal, bo przeszłości nie da się odwrócić.

Było to, co było.

Jedynie można wyciągać wnioski i żywym dawać wsparcie i pogodę ducha. Chociażby dlatego, by potem nie żałować…

To takie ogólne refleksje na początek. Może brzmią zbyt moralizatorsko, może nie, ale tak czuję i Wam kochani mówię….

Teraz pozostaje tylko myśleć, że Ci, którzy odeszli są już szczęśliwi, uwolnieni od codziennych ziemskich trosk. I że się kiedyś spotkamy…

 

007.jpg

 

Poranne rozmyślania w drugim dniu Świąt Bożego Narodzenia…

Święta, święta i właściwie po świętach. Już drugi dzień od Bożego Narodzenia się rozpoczyna. Było jak zwykle ciepło i rodzinnie. Nieco zamieszania w naszym pustym już domu. Dzieciaki przybyły, jedzenie przyniosły, potem posprzątały i wyfrunęły do swojego życia. Kolędy były śpiewane i grane na pianinie przez babcię. Niestety jak na razie żadne z wnucząt nie wykazuje zainteresowania nauką gry na instrumentach. Wprawdzie kiedyś Julka ładnie na gitarze brzdąkała, malowniczo siadając na wysokim stołku, ale minęło. Mam wprawdzie nadzieję, że muzykowanie do niej wróci, tak jak do mnie wróciło po 40 latach. A pozostała czwórka wnucząt jeszcze wykluwa się z jajka nieomal, wypierza. I zobaczymy jak z nimi będzie. Wprawdzie z Majcią i Mikołajem rodzice chodzą do filharmonii na poranki muzyczne dla dzieci, które nadal prowadzi chyba nieśmiertelna ciocia Jadzia. Przecież i my bywaliśmy z małymi naszymi dziećmi na koncertach przez nią prowadzonych.

Tak więc wstaje dzień i niebo zaczyna grać kolorami, więc łapię aparat i zdjęcia jeszcze ciepłe tutaj wrzucam. Refleksyjny to poranek, bo najpierw leniwy, przejedzony wszak, a potem stopniowo myślenie „pod sufitem” się rozwija  o tym, że czas mija, jeden odchodzi a drugi przychodzi. A my jesteśmy, trwamy. Jak długo jeszcze ? Ale w tym miejscu muszę przerwać, bo dalsze rozwijanie tematu prowadzi na smętne tory. Więc przerywam, nie myślmy o tym co będzie, co los przyniesie. Cieszmy się każdym dniem który wstaje, chwilą ulotną daną nam na własność i myślmy pozytywnie. Podobno takie myślenie przynosi samo dobro.

Jestem z Wami Wszystkimi, Kochani – bierzemy się za ręce i tworzymy łańcuch bliskich sobie serc. Jesteśmy razem- czy też to czujecie?

 

 

Widok0.JPG

 

 

widok00.JPG

 

 

widok2.JPG

 

Właśnie wstaje dzień, drugi dzień od Bożego Narodzenia. Zapraszam do naszego domku, gdzie choinka czeka i otwarte serca dla Was, Kochani ….

Rozmyślania po lekturze książki Orhana Pamuka „ Muzeum Niewinności”

Nie wiem, czy tę książką mogą zachwycić się młodzi, których świat pędzi nie zostawiając miejsca na refleksje.

Nie wiem, czy jest to książka dla młodych. Moja córka- Ewa nie przebrnęła przez ten tekst, nie przeczytała do końca. Ale może jest to związane z jej temperamentem a nie wiekiem, nie wiem.

Dla mnie Pamuk w swoim „Stambule” a teraz przeczytanej właśnie pozycji „ Muzeum niewinności” jest znakomity.  Uwielbiam jego sposób narracji. Powolny, refleksyjny, nasycony uczuciami i bardzo obrazowy.

Człowiek z bogatej Stambulskiej rodziny, Kemal, nagle zakochuje się w swojej pięknej  ubogiej krewnej. Jest ekspedientką w sklepie i dziewczyną o wielkiej urodzie ale zwykłej a nawet prostackiej osobowości. Zauroczenie, które dotyka tych młodych jest ogromne, wirujące seksem i wzajemnym zachwytem.

Jednak równocześnie  Kemal kontynuuje  rozpoczęty swój plan życiowy, zaręczając się z panną Sibel,  kobietą z jego środowiska, nowoczesną i wyluzowaną.

Młody człowiek nawet nie myśli o zmianie decyzji, przecież jeszcze jest czas, by się wycofać. Ale on poddaje się nurtowi wydarzeń, jest unoszony jak pudełko zapałek na fali ukochanego Bosforu.

Oczywiście konsekwencją takich zachowań jest zerwanie kontaktów z ukochaną a także po długich perturbacjach z narzeczoną.

Zostaje sam z dręczącymi go  myślami o swojej nagłej miłości.

Pielęgnuje wspomnienia jej ciała, spotkań i powoli zaczyna zbierać wszelkie przedmioty mające związek z dziewczyną.

Po latach ponownie się spotykają w innej rzeczywistości i żyją obok siebie. Spędzają wiele czasu w jej domu . Kemal syci się rodzinną atmosferą i cieszy, gdy może dotykać ramieniem ramienia ukochanej.

Powoli zbiory pamiątek po ukochanej rosną. Kemal przechowuje je starannie , liczy poszczególne elementy , a każdy  ma związek z jakąś przeżytą wspólnie sytuacją.

     Po nagłej zmianie w jego życiu, wędruje po świecie i zwiedza liczne muzea związane z ludźmi, którzy odeszli. Wymienia te najciekawsze i powoli realizuje plan stworzenia takiego muzeum w Stambule. Muzeum pamiątek po jego miłości. Nazywa je Muzeum Niewinności.

      Jak dobrze, myślę, że nie jest mu dane wspólne małżeńskie życie i obserwowanie jak starzeje się to najpiękniejsze dla niego ciało.

 

Książka ta jest klimatyczna. Ponieważ bohaterowie uwielbiają raki, anyżówkę i dużo jej piją , więc cała opowieść przypomina pijackie , trochę rozwlekłe ale niezwykle emocjonalne opowieści.

Miłość a może jedynie marzenie o niej, szybuje poza wszelkimi konwenansami i ustalonymi rygorami. Ta miłość żyje swoim życiem. Jest dla mnie piękna i niezwykła. Chociaż kosmicznie odległa od normalnego prostego życia.

I dlatego mnie, zwykłego zjadacza chleba ,  fascynuje, zachwyca .

No i na koniec o autorze, Orhanie Pamuku. Od urodzenia mieszka w Turcji, w Stambule. Kocha to miasto, kraj i ludzi. Jest tacy jak oni——W usta Kemala, swojego bohatera z którym się utożsamia wkłada znamienne słowa :

   ” Nie ma potrzeby , bym dalej opisywał marzenia, które rozkwitały w moim umyśle niczym wydzielające narkotyczne opary kwiaty, gdyż jak większość tureckich mężczyzn, żyjących w moim świecie …zamiast starać się dowiedzieć, co myśli kobieta , którą kochałem do szaleństwa, poznać jej marzenia ograniczałem się jedynie do snucia własnych marzeń na jej temat”…..

W tle powieści znajdujemy miejsca dla autora  piękne, naznaczone wydarzeniami życia codziennego.

W wyobraźni wędruję z tymi ludźmi, sycę się atmosferą miejsc i krajobrazu. Czy jest to możliwe w rzeczywistości. Zastanawiam się. Może tak i może kiedyś z tą książką w dłoni powędruję wysokim brzegiem nad wodami Bosforu.

Uwielbiam pisanie tego noblisty….

 

 

Historia Lwowa i moje refleksje na koniec.

 

 

Odległa przeszłość tych ziem nie jest poznana.

Najstarsze ślady osadnictwa odkryto w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Pomiędzy Górą Zamkową a Pełtewią w IX wieku żyło plemię lechickie, zwane Lędzianami.  

W 981 roku ten teren, należący do Grodów Czerwieńskich, został zajęty przez Włodzimierza z Rusi Kijowskiej.

Zgodnie z tradycyjnym przekazem, miasto zostało założone w 1250 roku, przez księcia Daniela I Halickiego, wywodzącego się z dynastii Rurykowiczów, który nazwał je Lwowem na cześć swojego syna Lwa. Ale w rzeczywistości zostało ono odbudowane po zniszczeniu w 1240 roku , istniejącego już grodu przez Batu-chana.

Lew I Halicki po śmierci ojca przeniósł do Lwowa stolicę Rusi Halicko- Włodzimierskiej. W 1340 roku , miasto na podstawie umowy podpisanej dwa lata wcześniej  przeszło pod berło króla Polski.

Kolejne zniszczenie miasta nastąpiło w 1350 roku, przez księcia litewskiego Lubarta.

17 kwietnia 1356 Kazimierz III Wielki lokował Stare Miasto na prawie magdeburskim. Dowodem jego tolerancyjnej polityki było ustalenie zachowanych równych praw , religii i obyczajów żyjących tutaj mieszkańców pochodzenia Polskiego, Ruskiego, Ormiańskiego, Żydowskiego i Tatarskiego.

W 1370 roku Ludwik I Węgierski przyłączył Ruś Halicką wraz z Lwowem do Węgier. Węgrzy rządzili do 1379 roku,

W 1387 roku królowa Jadwiga Andegaweńska włączyła Ruś Halicką do Korony.

W 1412 roku miasto stało się siedzibą metropolity łacińskiego. Podobnie jak Kraków czy Gdańsk Lwów był miastem królewskim i posiadał dla Rzeczypospolitej wielkie znaczenie obronne i ekonomiczne.

W 1444 roku Lwów otrzymał prawo składu. Spowodowane to było położeniem na szlakach handlowych bałtyckich i czarnomorskich. W wyniku tego przywileju nastąpił bujny rozwój miasta a jego mieszkańcy pomnożyli swoje bogactwa. Wyrazem tego była budowa okazałych średniowiecznych obiektów obronnych, sakralnych i świeckich oraz rozwój nauki, kultury i sztuki. Ponieważ poza Polakami mieszkali tam Żydzi, Rusini, Ormianie, Włosi, Węgrzy, Niemcy , Tatarzy i inni , stanowili oni swoistą mieszaninę różnych kultur i religii. Jednak w miarę upływu czasu i równych przywilejów podlegali wpływom polskiej kultury a nawet w drugim pokoleniu się polonizowali, zachowując jednocześnie swoje obyczaje i religię. W tym czasie Lwów był jedynym miastem Europy, posiadającym trzy katolickie arcybiskupstwa różnych obrządków : łacińskiego, ormiańskiego i greckokatolickiego.

Z racji swojego położenia, miasto było stale narażone na napady wrogich wojsk- Turków, Tatarów, Kozaków, Rosjan.

Królowie polscy oraz zasobni mieszkańcy  solidarnie dbali o utrzymanie silnych  fortyfikacji, o świetne uzbrojenie . Wielokrotnie opłacano też okup najeźdźcom. Dzięki temu Lwów miał opinię miasta niezdobytego. Nigdy też nie wydano wrogom swoich obywateli niezależnie od ich narodowości i religii.

W 1658 roku Jan II Kazimierz Waza w hołdzie dzielności i zasługom miasta, zrównał w prawach Lwów z Krakowem i Wilnem oraz nobilitował mieszczan lwowskich.

 W XVII wieku Lwów liczył 30 tys. mieszkańców i był po Gdańsku drugim co do wielkości miastem Rzeczypospolitej

Jednak od połowy XVII  wieku rozpoczął się stopniowy upadek militarny i ekonomiczny miasta. Nasiliły się najazdy kozaków, Turków i doszły jeszcze ataki Szwedów.

Miasto było zmuszone płacić kolejnym najeźdźcom wysokie kontrybucje, utrzymywać obce wojska i przeżywać grabieże .

W  1772 roku w wyniku pierwszego rozbioru Polski, miasto znalazło się pod władzą Austrii i zostało stolicą części monarchii zwanej Królestwem Galicji i Lodomerii.

W czerwcu 1809 roku,   tylko na krótko,  Lwów został zajęty przez Wojska Księstwa Warszawskiego dowodzone przez księcia Józefa Poniatowskiego i działał tam Rząd Centralny Wojskowy Tymczasowy Obojga Galicji pod prezesurą ordynata Stanisława Kostki Zamoyskiego.

W czasie kiludziesięcioletniego okresu germanizacji Polacy próbowali wywalczyć wolność. Było to w roku 1790, 1809, 1830, 1848.

Od 1867 roku zaborca ( Austria) zmienił swoją politykę w stosunku do tego miasta. Lwów  uzyskał szeroką autonomię i swobodę w rozwoju nauki i kultury polskiej. W 1882 roku repolonizowano Uniwersytet Lwowski. W ciągu kolejnych lat :założono Muzeum Historyczne Miasta Lwowa.( 1891),  otwarto Teatr Wielki(  1896), założono Lwowską Galerię Obrazów.( 1897),  powstało Towarzystwo Naukowe we Lwowie,( 1901), założono Muzeum Narodowe im. Króla Jana III.( 1908).

W czasie wybuchu I wojny Światowej , we wrześniu armia carska zajęła miasto, ale w czerwcu 1915 r. ponownie powrócili Austriacy.

Jednak w związku z upadkiem Austro- Węgier, wybuchły polsko- ukraińskie  walki o miasto. Określane  są w polskiej historiografii Obroną Lwowa.

Po wyparciu Ukraińców z miasta, w listopadzie 1918 roku doszło do pogromu miejscowej ludności żydowskiej.

W sierpniu 1920 roku nacierały oddziały Armii Czerwonej, które zatrzymano w bitwie pod Zadwórzem. Po zakończeniu walk Marszałem Józef Piłsudski w uznaniu bohaterstwa mieszkańców a zwłaszcza  tzw. Orląt Lwowskich odznaczył miasto Krzyżem Virtuti Militari.

15 marca 1923 roku Rada Ambasadorów ostatecznie uznała suwerenność Polski w Galicji Wschodniej.

W okresie międzywojennym Lwów był pod względem liczby ludności trzecim miastem w Polsce, po Warszawie i Łodzi.

Obok Krakowa, Poznania, Warszawy i Wilna należał do głównych ośrodków nauki i kultury polskiej.

Po wybuchu II wojny światowej, Lwów bronił się rozpaczliwie.

Ale po podpisaniu przez Ribbentropa i Mołotowa   tajnego protokółu dodanego do podstawowego paktu tych panów (23/23 sierpnia 1939), Polska została zaatakowana z dwóch stron.

Równoczesnej agresji  III Rzeszy i ZSRR na nasz kraj , żadne polskie miasto nie było w stanie stawiać odporu.

Lwów skapitulował 23. września 1939 roku . Dowódca obrony Lwowa, gen. Władysław Langner, podpisał z  dowództwem  sowieckim kapitulację, przewidującą bezpieczny wymarsz żołnierzy wojska polskiego ( w tym oficerów) i policji w kierunku granicy z Rumunią. Ale strona sowiecka złamała tę umowę , wszystkich aresztowano i wywieziono w głąb ZSRR. Oficerowie byli przetrzymywani w Starobielsku, a następnie większość zamordowano w Charkowie i pochowano w dołach w Piatichatkach.

Władze sowieckie po przeprowadzeniu pseudowyborów w październiku 1939 roku dokonały formalnego zajęcia okupowanych terenów II Rzeczypospolitej. Szerzył się terror polityczny,  aresztowania przedstawicieli  polskich i ukraińskich elit politycznych, których zsyłano do obozów koncentracyjnych Gułagu albo mordowano. Ich rodziny i zwykli ludzie byli masowo wywożeni ( deportowani) na Syberię , do Komi i Kazachstanu.  Majątki tych ludzi zabierano i grabiono.  Planowo niszczono naukę i kulturę polską.

W kolejnym okresie II wojny , gdy na te tereny weszli Niemcy( 30. 06.1941) urządzali wraz z nacjonalistami ukraińskimi pogromy Żydów.

Nad ranem, 4 lipca 1941 roku  zamordowano 25 polskich lwowskich profesorów, m.in. Tadeusza Boya- Żeleńskiego.

1 sierpnia 1941 roku, dekretem Adolfa Hitlera, Lwów został wcielony do Generalnego Gubernatorstwa. Wtedy też powstało getto , większość Żydów zamordowano w obozie śmierci w Bełżu.

22 lipca 1944 roku wybuchło powstanie lwowskie ( Akcja Burza). Trwało jedynie kilka dni, poczym ponownie weszli tutaj sowieci.

Pomimo regularnych i masowych represji wobec narodu polskiego przez dwóch okupantów- niemieckiego i rosyjskiego, jeszcze pod koniec 1944 roku we Lwowie na około 150 tys . mieszkańców, 130 tys. stanowili Polacy.

Po konferencji jałtańskiej ( 4-11 lutego 1945) Lwów i wsch część województwa lwowskiego włączono do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Polacy zostali przymusowo wysiedleni, głównie na Ziemie Zachodnie……………

Gdy czytam ten tekst zaczerpnięty z przewodników i Wikipedii, przychodzi chwila refleksji, smętnej zadumy nad  historią .

 Jakże inne byłoby życie zwykłych szarych ludzi –  mogłoby być  spokojne, radosne, dostatnie i piękne-  gdyby nie chore ambicje władz. Ale gdyby nie ich obłąkane pomysły – walki i zdobywania pewnie historia byłaby nauką nudną, a może w ogóle by nie istniał taki przedmiot w edukacji szkolnej.

To co napisałam może brzmi cynicznie. Ale gdy obserwujemy nasz świat polityków, nam pozostaje bezradne wzruszanie ramion.

Mimo upływu wieków i znajomości historii nikt z nich nie wyciąga żadnych wniosków. I jest jak jest…….