Przerywnik świąteczny…

Przerywnik świąteczny

Dziś nadeszła pora, od nas niezależna,  na zajęcie się tematem Bożego Narodzenia.

Już jutro Wigilia…..u nas przetrwała piękna tradycja, którą przenieśli  ze swoich rodzin moi Rodzice. Otóż  przed indywidualnym dzieleniem się opłatkiem i zasiadaniem do stołu trzeba zebrać się w kręgu. Już nawet nasze Wnuki wiedzą jaki jest scenariusz i grzecznie się ustawiają , choć dość nerwowo zerkają na stertę prezentów pod choinką. Ale cóż, jest rytuał , porządek i trzeba się dostosować. Gdy tak stoimy w RODZINNYM KRĘGU  Najstarszy Rodu zabiera głos. Prosi o ciche wspomnienie NASZYCH ZMARŁYCH – każdy sam z NIMI rozmawia w duchu- z kim chce i jak chce. Po  tej chwili milczenia odmawiamy Ojcze Nasz- a potem jest krótki przekaz myśli. Przedtem przemawiał mój Tato, a teraz Mirek. Gdy przybywa nowy Członek Rodziny po raz pierwszy obecny na Wigilii, jest witany specjalnie . Potem Mirek składa życzenia by wszyscy- cała RODZINA- by WSZYSCY ,  się kochali, pomagali wzajemnie i byli w stałym kontakcie. Na koniec jest  słowo o pokoju na świecie i o  wszystkich którzy cierpią ….

I Wam Kochani , którzy tu zajrzycie i tym którzy tu nie zajrzycie 

składam

ŻYCZENIA SPOKOJU, RADOŚCI DUCHA A PRZEDE WSZYSTKIM ZDROWIA!!!

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 21 )

Ten rakowski przygraniczny las uwielbialiśmy.

Dla mnie był wszystkim co wiązało się z moim dzieciństwem.

W opowiadaniach Mamy wracał temat tego lasu, historii jej rodziców a moich dziadków – Michaliny i Bolka Rodziewiczów. Bolek  był sierotą po powstańcu styczniowym i został wychowany przez księdza Karpińskiego. Był organistą w miejscowym kościele, czytał wielkie księgi , sprowadzał gazety z Wilna. Spragniony czułości zbudował piękną rodzinę z Michaliną. W takiej atmosferze wychowywała się moja Mama- Stanisława.

Rodzina mojego ojca- Tomasza Łukaszewicza też była dobra, silnie ze sobą związana. Wierzyłem, że mając ich geny też będę dobrym mężem, może kiedyś ojcem i potrafię zwyciężyć trudności.

W refleksyjnym i optymistycznym nastroju wróciliśmy do swoich domów.

        Następnego dnia o świcie  wyjeżdżałem do Wilna , do pracy.

Kończyły się ferie świąteczne , szkoła otwierała podwoje, więc Stefa też wpadła w wir zajęć. 

       Więc rozpoczęły się dla nas dni zwykłe, wszystkie takie  same ale nasączone wielkim oczekiwaniem.

Losy moich Rodziców. Akwarela namalowana przez Tatę.

Dzisiaj rano wspominałam o akwarelkach, które namalował mój Tato. Zrobiłam zdjęcie tej, która wisi na ścianie w naszym michałowickim domu. Jest ukryta za starą szybką i ma ramkę sosnową, którą zrobił mój Tato, jeszcze w czasach gorzowskich- w latach 50 ubiegłego wieku. Na akwarelce znalazłam Jego podpis i datę. Jest to rok 1933, a nie 1932 , jak napisałam wcześniej. Ale to nie zmienia moich rozważań na temat tego, czy malował ją dla młodej żony , czy tylko dla swojej przyjemności. Właściwie to nie jest ważne, ważne, że przetrwała wojnę i Mama ją pielęgnowała jak cenną pamiątkę….

 

 

Śladami mojego Taty . Dzieje brata mojego Taty Witolda

Witold zdobył wykształcenie, cieszył się, bo dostał dobrą pracę w magistracie. Po latach ożenił się z przystojną dziewczyną-  Anną . Gdy urodziła się córka- Janina, obserwowali jak dorasta. Zapowiadało się, że będzie piękną mądrą pannicą. Zaplanowali drugie dziecko.  Moja ciocia zorientowała się , że jest w ciąży i nic nie mogło zmącić radości tych młodych ludzi.

Wydawało się, że nic nie zaburzy ich poukładanego życia. Aż nagle przyszła druga wojna światowa. Świat zwykłych ludzi runął w gruzach.

Niemcy napierali nasz kraj. Wydawało się, że podwileński zaścianek   pozostanie w spokoju, gdzieś na granicy wydarzeń. I wtedy okazało się, że Polska otrzymała cios w plecy. 17 dni po uderzeniu Niemców , od wschodu zaatakowali nas Rosjanie. Co przeżywali ludzie w tym czasie, trudno sobie wyobrazić. Żadna opowieść , książka czy film nie może oddać ich lęku rozpaczy i  przerażenia. Bo to wszystko działo się w ich sercach.

Śladami mojego Taty. Obiad.

 

Michalina usłyszała głos Bolka i dopiero wtedy oderwała się od swoich tajemnych zajęć na strychu. I już po chwili przytulała się czule do swojego męża.

Przetrwała legenda rodzinna o tym, jak wspaniałym małżeństwem byli ci moi przyszli pradziadowie – Michalina i Bolek.

Ale teraz jeszcze o tym nie wiedzieli, nawet nie zastanawiali się nad przyszłością. Zachwycali się sobą i przeżywali swoją wspólną, radosną młodość.

Michalina była zadowolona, że wcześniej przygotowała obiad.

Wykonywała to sprawnie, bo w domu mama ją zaganiała do prac domowych. Nie przepadała za takimi zajęciami, ale teraz dla swojego męża stawała na głowie, by wszystko było smaczne. Uwielbiała jak ją chwalił i rozkoszował się jedzeniem.

Gdy obiad był ugotowany, kolejno zdejmowała garnki z płyty kuchennej i wstawiała je do tzw. dochówki. Był to rodzaj piekarnika umieszczonego nad kuchnią, który  nagrzewał się silnie przy okazji palenia w piecu. Dania tam przechowywane zachowywały swój oryginalny smak i były długo gorące.  

Teraz Bolek otaczał ją ramieniem, opierała głowę na jego barku, czuła jego miłe ciepło i chętnie zmieniłaby kierunek trasy. Ale zamiast do sypialni, Bolek poprowadził ją do kuchni. Po wczesnym, lekkim śniadaniu burczało mu w brzuchu i był ciekaw, jakie potrawy przygotowała jego żona.

Teraz zniknęła za kłębami pary, która się wydobywała po otwarciu drzwiczek  dochówki.   

Od razu podskoczył do niej Bolek i wyręczał w dalszych czynnościach. Garnki ustawiał ponownie na płycie kuchennej, nabierał wielką chochlą czerwony barszcz. Przełykał energicznie ślinę, bo barszcz uwielbiał, a ten, który gotowała Michalina był niepowtarzalny. Jedną z tajemnic był zakwas, który przywiozła z domu rodzinnego. Sama go przygotowała pod kierunkiem matki, używając poza surowymi burakami, razowego chleba oraz dużej ilości czosnku. Po kilku dniach, zakwas był gotowy i w przezroczystych butelkach wyglądał jak wino o niepowtarzalnym kolorycie.

Po chwili na stole kuchennym, ustawionym przy oknie, przy którym tak bardzo lubili zasiadać młodzi, w niedużej wazie parował gorący barszcz.

W misce piętrzyły się gotowane, dymiące jeszcze ziemniaki, a na półmisku mielone kotlety, które dzięki temu, że była mroźna zima, doskonale się przechowywały a były przywiezione jeszcze z domu mamy Michaliny.  

Obydwoje bardzo lubili kwaśne mleko, więc Bolek pomaszerował do spiżarni, gdzie w glinianym naczyniu, przykrytym lnianą ściereczką dojrzewało znakomite, prawdziwe wiejskie mleko. Dobrze, że pamiętał, by jeszcze przed wyjazdem na ślub, przynieść je w dzbankach od sąsiadów, którzy hodowali krowy.  Teraz ostrożnie zdjął grubą warstwę śmietany a potem warstwa po warstwie, jakby krojąc nożem, zbierał łyżką cudnie pachnące najprawdziwsze kwaśne mleko.

W tym czasie do domu młodych dotarł już ksiądz Eustachy, ciesząc się, że mieszkali blisko plebanii. Zasiedli więc za stołem i z zapałem zajadali przygotowane dania.

Ksiądz z przyjemnością oglądał młodą urodziwą panią domu i kątem oka obserwował  rozanielony wzrok Bolka, który też śledził poruszającą się z gracją żonę.

To była jedna z pięknych chwil, które spędzali razem, w harmonii, zdrowiu i przyjaźni.

Nie zdawali sobie sprawy, że ta chwila jest ulotna.

Niedługo później ksiądz zachorował i rzadko opuszczał plebanię…