Noclegi w Uniejowie.

Zakotwiczyliśmy się w mrocznym Kasztelu. Położony obok dość ruchliwej szosy i wjazdu na teren Term, kiedyś pewnie spełniał funkcje obronne, teraz jednak nie daje możliwości pełnego wypoczynku. Ten obiekt jest bardzo ładny, starannie zaprojektowany , pewnie wiernie zrekonstruowany i wykończony z pietyzmem. Zachwycają stylowe detale i ogólnie wart obejrzenia. Ale niestety dla nas , już starszych ludzi był zbyt ponury. Maleńkie okienka, wpuszczające niewiele światła, łoże z baldachimem i inne szczegóły powodowały w nas nastrój smutku, zupełnie inny niż taki, jakiego oczekiwaliśmy.

Wobec tego szybko rozejrzeliśmy się po okolicy .

Budowane są dwa duże pensjonaty nad Wartą z widokiem na Zamek, może ukończą je za rok.

Obejrzane przez nas kwatery, może nie wszystkie, ale te położone w przyzwoitej odległości od Term nam nie odpowiadały, stare budynki wprawdzie zaadoptowane zwykle zalatywały starzyzną.

Ktoś nam doradził, byśmy się zwrócili do Sióstr zakonnych, u których znaleźliśmy spokój i ciszę wśród kwitnących sadów. Nowiutkie wnętrza, wielkie szerokie, nisko schodzące nad podłogę okna zauroczyły.

 Pokoje na dole miały łazienki wspólne, ale było ich kilka.  Wybraliśmy pokoje na drugim piętrze, każdy  wyposażony w węzeł sanitarny.

Śliczna i świetnie wyposażona wspólna kuchnia połączona z jadalnią zachęcała do spożywania tam posiłków.

Można było też wyjść do bardzo zadbanego  ogrodu, gdzie był stół , krzesła i wśród cudnej kwietnej zieleni kontemplować, rozmawiać itp.

Klimat tego miejsca sprzyjał odpoczynkowi, bo w tam w ogóle nie było telewizorów i odbiorników radiowych. Początkowo to nas trochę zirytowało, ale po kilku dniach pobytu okazało się, że było to wybawienie- oderwanie się od tych mediów , problemów zewnętrznych, kotłowaniny politycznej.

Siostra Milena, przełożona, była bardzo miła, gościnna i zawsze pomocna. Pytaliśmy o pobyt z małymi dziećmi, Siostra wskazała większy pokój z łóżeczkiem i zapraszała młode rodziny. Jednym słowem miejsce to możemy polecać bez żadnego zawahania się.

Do parku, Zamku i Term odbywaliśmy uroczy 10 minutowy spacerek  przez Rynek i kładkę na Warcie …

 

 

Widok na Wartę, Termy z kładki łączącej miasteczko z częścią historycznie ważną i rekreacyjną.

 

Opowieści mojej Mamy. Siostry mojej Mamy.

Spośród licznych moich górskich ciotek , córek Babci Marianny najbardziej lubiłam ciemnooką i ciemnowłosą Hanię i jaśniejszą Elę. Obie były bardzo podobne wewnętrznie , z wyraźnym podobieństwem do opisanego wujka Michała. Ciche, o skoncentrowanym nieśmiałym spojrzeniu, ale z widocznym obrazem silnej osobowości w oczach.

Gdy cała rodzina gadała, one milczały uśmiechając się tajemniczo.

Życie ich nie oszczędzało, ale dzielnie sobie radziły i stanowiły wielką podporę dla bliskich.

 

Opowieści mojej Mamy. Moje ciotki góralki- Kaśka i dygresja…

 

 

Taki pejzaż beskidzki. Może te góry, może chmury, może dmuchawce uczyły moją Mamę jak snuć piękne opowieści.

 

 

 

Moje ciotki, góralki- Kaśka.

Aż dziw, że tak wcześnie straciły matkę a nigdy nie odnalazłam w nich smutku.

Moja mama była pierwszym dzieckiem Marianny i Michała. Była niewiele  młodsza od Kaśki dziewczynki urodzonej ze zmarłej poprzedniej żony ojca.

Tak dalece się różniły, że na podstawie ich wyglądu, budowy i temperamentów  można było już na pierwszy rzut oka wnioskować,  że ta różnica wynika z podobieństwa do swoich matek, pewnie też całkowicie różnych .

Moja Mama wielokrotnie opowiadała o swojej rodzinie i młodości. Lubiła opowiadać. Zwykle siadywałam na podłodze obok jej łóżka w naszym gorzowskim domu, bo często chorowała na zapalenie stawów i zalecano unieruchamianie.

Siadywałam więc na podłodze, oparta o brzeg łóżka a Mama rozpoczynała różne opowieści. Opowiadała pięknie. Każda historia przez Nią opowiadana była zamkniętą całością – z początkiem, rozwinięciem i zakończeniem . W dodatku opowieści były tak barwne, że gdy zamykałam oczy wędrowałam razem z Nią w Jej góry albo w inne miejsca , gdzie przebywała.

I znowuż  na klawisze mojego komputera wcisnęła się dygresja . Ale wypłynęła z mojego serca. Proszę o wybaczenie.

Więc teraz siedzę na podłodze obok łóżka mojej mamy, mam kilka lat i długie bardzo jasne warkocze i słucham i widzę . Ocknęłam się. O nie, jestem starszą panią, jeszcze dość sprawną, babcią i piszę te słowa zasłyszane od Mamy i zapamiętane jak piękne obrazy a właściwie krótkie filmiki.

Właśnie to opowiadała mi wielokrotnie Mama.

Kaśka roztrzepany radosny człowiek, z kipiącą aktywnością, wyciągała Stefę ( moją Mamę ) na wyprawy na Skrzyczne. Bo właśnie tam dojrzewały czarne jagody. Prowadziła młodszą siostrę pionowo w górę  ale któregoś dni moja mała wtedy mama się potknęła i zaczęła spadać. I gdyby nie litościwe drzewo, które ją przygarnęło, nie byłoby co zbierać. Wracały do domu , ukrywając posiniaczoną twarz małej Stefki- mojej Mamy  rodzicami.

Opowieści mojej Mamy. Moje ciotki góralki.

Moje ciotki, góralki

Gdy przyjeżdżaliśmy do Godziszki , zawsze się spotykaliśmy z  ciotkami z pierwszego małżeństwa Dziadka.

Rozpoznawałam z daleka, jak nadchodziły drogą swoim lekkim tanecznym krokiem.  Wiotkie i szczupłe, zwiewne ale i silne , odważne kobiety .  Gdy tak szły, ich szerokie spódnice zebrane w cienkiej talii  szerokim paskiem  porywał  gwałtowny beskidzki wiatr, zwany tutaj wiatrem „ od Orawki” a będący odpowiednikiem zakopiańskiego halnego.

Zapamiętałam doskonale ich wielkie roześmiane jasne oczy ocienione gęstymi czarnymi rzęsami.

Wszystkie miały gładko uczesane ciemne włosy a na szyi krwiste korale. 

Gdy na nie patrzyłam, przychodziło mi na myśl , że są tak piękne jak prawdziwe  artystki-  a może tylko śliczne młode Cyganki .

Ich wielka radość życia i witalność świadczyła, że były dorodnymi owocami  miłości swoich rodziców.  

Śladami mojego Taty . Siostry Józia, męża mojej kuzynki- Jadzi.

 

Alinka po lewej, Marysia i brat Jadzi- Zygmunt.

 

 

 

 

Kolejna siostra Józka Lisa, męża mojej kuzynki Jadzi to była Alinka. Dziewczyna ta miała  cudną twarz anioła, wielkie oczy i burzę falujących ciemnych włosów. Zauważyłam, że nieco utyka przy chodzeniu. Mama mi opowiadała, że Alinka nie ma nogi, gdyż w czasie wojny, była małą dziewczynką i weszła na minę . Wówczas na swoje szczęście przeżyła, ale pozostała bez nogi. Nie wiem , jak wielkie to było szczęście, przecież dla dziewczyny życie bez nogi nie było łatwe, ale była piękna i wydawało się że chodzi w chmurach. Pięknie grała na pianinie i ukończyła studia muzyczne w Poznaniu. Wyszła za mąż za jakiegoś profesora z tej uczelni  i urodziła dwóch chłopców. Już dawno  zmarła z powodu choroby nowotworowej.

Najmłodsza siostra Józka, to Marysia. Dziewczyna o odmiennej niż pozostałe dzieci urodzie. Wysoka, smukła o bardzo jasnych włosach, zwykle upinanych w bardzo gruby warkocz. Wyszła za mąż za nauczyciela o nazwisku Leśniewski. Był bardzo urodziwy i  podkochiwała się w nim większość uczennic.  Ale chyba to małżeństwo było bardzo dobre. Mieli chyba dwie córki i pozostali w Gorzowie.

O dalszych  dziejach swojej rodziny opowiadał nam Józek i Jadzia .

Dobrze zapamiętałam te wszystkie siostry Józka, bo były charakterystyczne, ciekawe i w dodatku bliskie poprzez moją sympatię do Józka.

 

Śladami mojego Taty. Panny Rodziewiczówny…Ola

Wkrótce moja przyszła Babcia- Stasia miała już trzy siostry.

Manię ( potem Grynkiewicz), Aleksandrę ( potem Drzewiecką) i Walerię ( potem Dzierżyńską).

 Stasia i Ola były  niskie i drobne ale kształtne jak ich  matka-  Michalina , a Walerka i Mania po ojcu , wysokie i smukłe .

Tutaj już działa moja pamięć. Wszystkie te ciotko- babcie dobrze zapamiętałam. Bywały w naszym gorzowskim domu.

Po II wojnie światowej Ola Drzewiecka była już wdową, mieszkała w Gorzowie w willi na skrzyżowaniu ulicy Drzymały i obecnej Borowskiego( wtedy KRN) z córką- Marynią Nowicką, jej mężem, Władysławem  i  wnuczką- Jadzią.

Mam  w oczach utrwalony od czasów mojego gorzowskiego dzieciństwa ten dom o miłej architekturze .Nieopodal wznosiło się jedno z pięknych gorzowskich wzgórz, z poniemieckimi instalacjami rekreacyjnymi.

Dom był bardzo ładny i świetlisty. Zbudowany na planie kwadratu , pięknie się rozkładał i przechodził w duży ogród. Miejscem tego przejścia była wielka przeszklona weranda. W ogrodzie kwitły dorodne drzewa i stały różnobarwne ule wujka.

Wejście zaplanowano szerokie, na wysoki parter prowadziły wygodne  schody .

Tam rozpościerał się duży hall.  Z niego po stronie lewej wchodziło się  do kuchni, wielgaśnej, za dużej jak na mnie, wówczas małą dziewczynkę. Na wprost schodów  było wejście do pokoju ciocio-babci Oli. Po prawej stronie  wejście do dużego salonu z dużym stołem w miejscu centralnym, kredensami i czarnym magicznym pianinem na przeciwległej ścianie od wejścia. Po lewej stronie otwierały się bardzo szerokie dwuskrzydłowe przesuwane , ozdobnie przeszklone  drzwi do kolejnego pokoju. Z tego salonu wchodziło się na obszerną werandę i stamtąd do ogrodu.

Po domu człapała wiekowa już wtedy ciocio- babcia Ola. Miała zwykle dość ponurą i  surową minę, Trochę  się jej bałam , zwykle na wszelki wypadek omijałam szerokim łukiem i na pewno nigdy nie zamieniłam z nią ani jednego  słowa. Ale Jadzia, jej wnuczka mówi, że była dobra i kochana.

Córka ciocio- babci Oli, Marynia Nowicka była jak ona  niewysoka i bardzo bardzo okrągła. Toczyła się po domu żwawo z nieodłączną przepaską- zrolowaną chustką z wiszącymi długimi końcami-  na głowie.

Gdy wtaczała się do naszego gorzowskiego mieszkania, razem z nią wpadał tuman wesołości. Jeszcze w przedpokoju rozpoczynała opowiadanie kawałów, z których sama się serdecznie zaśmiewała, śmiechem tak zaraźliwym, że po chwili wszyscy konaliśmy ze śmiechu, nie zawsze łapiąc sens opowiadanego kawału.

Jej mąż- Władysław, o zawsze wesołej twarzy, chyba nie pogardzał smakowitymi nalewkami , niezmiennie towarzyszył żonie , chociaż czasami gdzieś sam biegał po Gorzowie, bo był działaczem, nie bardzo wiem w jakiej dziedzinie. Muszę zapytać o to przyjaciółkę gorzowską Bajkę, bo ona pracowała z ciocią Marynią. Wujek zajmował się pszczołami i czasami widywałam go w siatce na głowie i przyrządem do wytwarzania dymu, gdy urzędował wśród roju pszczół. Dobrze poznałam ” smak ” kontaktu z tym milutki owadem, więc nigdy się nie zbliżałam do tej części ogrodu, a bohaterstwo wujka budziło mój podziw i wielki szacunek. 

Wnuczka siostry mojej Babci- Oli Drzewieckiej,  Jadzia po mężu Heydowa  nie odstawała poczuciem humoru i tryskającą radością oraz miłym bardzo uśmiechem na co dzień od swojej mamy.

Może mieli jakieś kłopoty, pewnie mieli, jak zresztą wszyscy, ale ja jako dziecko odczuwałam w  nich i w ich domu tylko dobrą aurę.

Marynia i jej córka Jadzia, miały jeszcze jedną wspólną cechę, dla mnie niezwykłą. Otóż obie posiadały przepiękny głosy, cudnie ze sobą harmonizujące i w dodatku lubiły śpiewać.

I zawsze czekałam na ten moment. Gdy siedzieliśmy przy stole w naszym mieszkaniu przy ul. Orląt Lwowskich, w czasie jakiejkolwiek uroczystości rodzinnej nadchodził ten moment, najważniejszy i najpiękniejszy.

Proszono obie panie, by zaśpiewały.

 One z chęcią przystawały na tę prośbę, sadowiły się obok siebie, przytulały i  zaczynały….. zamykałam oczy i słuchałam. Dwa głosy ich pieśni płynęły i wstrzymywałam oddech, by zaczarować tę chwilę, by nie uciekła….. nie uciekła, bo żyje w mojej pamięci. Dopóki żyję, żyje ta pamięć.

A może kiedyś ktoś zajrzy do moich zapisków blogowych i wyobrazi sobie tamte czasy i tamtych ludzi…..

 

Śladami mojego Taty. Rodzinka Rodziewiczów się powiększa.

O  Staśce, mojej przyszłej Babci ( Mamie Taty) pisałam już wcześniej. Była najstarszą córką Michaliny i Bolka Rodziewiczów. Urodziła się w 1874 roku.

I wtedy nad domem Rodziewiczów wstało cudne słońce, a po deszczu pojawiła się tęcza. Może tak było, może nie, ale na pewno to wydarzenie dla młodych rodziców i dla nas, teraz żyjących , było niezwykłe i przełomowe.  ;-(

Tak więc, na pewno wtedy wstało  słońce i po deszczu na niebie  pojawiała się tęcza

Staśka niewiele odrosła od ziemi , gdy pojawiły się na świecie kolejne rozwrzeszczane stworzenia.

Były to dziewczynki.  Kochali je jednakowo, mimo, że niektóre z nich  miały naturę wyciszoną i  łagodną a niektóre wojowniczą i rogatą .

Już stało się regułą, że przy każdym porodzie uczestniczył Bolek i z niezmienną troskliwością zajmował się jak umiał, swoją ukochaną Michaliną. Ona po każdym porodzie rozkwitała, przybywało jej tłuszczyku na brzuchu, ale to się bardzo podobało jej mężowi. Była niewielka, miękka i bardzo bardzo ciepła.

Nadal zajmowała się dzieciakami z miasteczka, prowadząc miniprzedszkole oraz zajęcia teatralne dla dzieci starszych.

Umiejętnie dzieliła swój czas pomiędzy cudze i własne dzieci. Zresztą jej własne maluchy bardzo chętnie przebywały na stryszku, niańczone przez starszaki  sąsiadów. Tak więc korzyść była obopólna.

Mijały lata w Rakowie, Bolek i Michalina wiedzieli, że to są piękne lata ich szczęścia. Mimo młodości, doceniali fakt, że stanowią dobrą i wesołą rodzinkę.