Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie”.( 44 )

To już przedostatni odcinek długiej  historii  już nieistniejącego Szpitala Bergshonów i Baumanów zwanego potem im. Dzieci Warszawy a w skrócie Sienna zebrana przez dr Baśkę i opublikowana  w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” ( rocznik zarządu TLW , który ukazuje się od 1837 roku! ).

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, za zgodą autorki zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. 

        Całość można przeczytać w rozdziale  „ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”.

 

siennaSliska.JPG

 

Główny budynek szpitala fotografowany przeze mnie od ulicy Śliskiej . Jeszcze działają tam dziecięce przychodnie specjalistyczne i ponoć  wg właściciela, którym jest  Gmina Żydowska nic mu nie zagraża dopóki służy chorym dzieciom. Ale jak długo uda się utrzymać ten stan – nie wiadomo. Bo miejsce w centrum Warszawy pewnie kusi …

 

 

<<… Przed ponad 10 laty ( art. opublikowany w 1998 r.-przyp. red.) rozpoczęto gruntowny remont budynku głównego, a więc przede wszystkim wymianę stropów między piętrami, dobudowano od strony wschodniej dodatkową klatkę schodową przeciwpożarową ( awaryjną) , a także unowocześniono pomieszczenia oddziałów szpitalnych. W czasie tego remontu część oddziałów musiała być wyłączona z pracy. Pozostałe oddziały nie przerwały przyjmowania pacjentów, pracowano w warunkach znacznie utrudnionych, podczas prac murarskich, malarskich, stolarskich. Przeprowadzono także generalny remont baraku drewnianego, w którym znajdują się pomieszczenia przychodni przyszpitalnej, administracyjne, bhp, kasa i inne. W przychodni zmodernizowano urządzenia gabinetów do kontrolnych badań dzieci. Zainstalowano nowe oświetlenie, umywalnie, wymieniono wykładziny, umeblowanie. Urządzenia  USG – po kilkuletniej pracy w bardzo małych pomieszczeniach- przeniesiono z baraku na parter, do budynku głównego, gdzie obecnie znajdują się pracownia USG, kierowana przez dr Małgorzatę Wieczorek, oraz punkt szczepień z odpowiedzialną pielęgniarką Krystyną Kopeć .

     Na parterze znajdują się jak poprzednio : izba przyjęć, pracownia RTG, EEG, EKG oraz oddział żółtaczkowy, którego ordynatorem jest dyrektor dr med. Ryszard Dębski.( ( art. opublikowany w 1998 r.- przyp. red.).

     Na pierwszym piętrze mieści się oddział neuroinfekcji z ordynatorem dr med. Romualdą Szlachetką; konsultantem jest dr med. Monika Czachorowska. Tu także jest gabinet dyrektora szpitala i sekretariat. Na drugim piętrze są dwa oddziały: oddział obserwacyjny- ordynator dr Maria Gajda, i oddział zakażeń jelitowych- ordynator dr Andrzej Pelc. Na trzecim piętrze w części środkowej nadal znajduje się bibliotek szpitalna oraz po obu stronach oddział żółtaczkowy z ordynatorem dr Teresą Motyką i konsultantem dr med. Haliną Oziemską..

   Szpitalem kieruje dyrektor dr med. Ryszard Dębski przy współpracy swego zastępcy dr Andrzeja Pelca, przełożonej pielęgniarek siostry Zofii Wielbut oraz kierownika administracyjnego Andrzeja Rogójskiego.

    Kosztem ogromnych nakładów finansowych i pracy, mimo niewygód, dzieci przyjmowani i leczono nadal,  aczkolwiek przy zmniejszonym stanie chorych. Po zakończeniu remontu zmniejszono stan szpitala.

     W 1990 r. zwolniono kilka osób z personelu lekarskiego, starszych lekarzy skierowano na emeryturę, a zatrudniono młodych. Obecnie ( art. opublikowano w 1998 roku- przyp. red.) pracuje w szpitalu 26 lekarzy, część na pół etatu, część odbywa szkolenia specjalizacyjne w innych szpitalach…>>

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 43 )

      A oto cd . artykułu dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowanego „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ . Jest to bardzo dokładnie zebrana i napisana z czułością osoby , która spędziła w nim całe swoje lekarskie życie ,  historia dawnego szpitala Bergshonów i Baumanów a potem im. Dzieci Warszawy przy ul Siennej. Artykuł ten  został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” ( rocznik zarządu TLW , który ukazuje się od 1837 roku! ).

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki.

 

 

 

<<….  W różnych wydarzeniach na terenie miasta szpital uczestniczył jako pierwszy.

     Po wybuchu w elektrowni atomowej w Czarnobylu szpital  już pierwszego dnia ( po wydaniu zarządzenia)  wydawał ustalone dawki jodu pracownikom, ich rodzinom, dzieciom i dorosłym, zgłaszającym się sąsiadom, mieszkańcom okolicznych domów. Przed szpitalem ustawiały się kolejki oczekujących na dawki jodu. Otrzymali je wszyscy…..>>

    

Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz.” Drugi szpital dziecięcy w Warszawie” ( 39 )

Po prawie miesięcznej przerwie przedstawiam kolejny odcinek artykułu mojej starszej koleżanki zwanej przez nas Baśka. Ona związała z nieistniejącym już  Szpitalem im. Dzieci Warszawy przy ul Siennej/ Śliskiej całe swoje życie zawodowe, a ja miałam przyjemność z Nią pracować w latach 1975-1981. To było Miejsce Niezwykłe, położone w samym sercu Warszawy , z wielką historią, wspaniałymi Pracownikami sukcesami zawodowymi i łzami porażek . Praca tam była dla mnie zaszczytem . Stale świeże  pulsujące we mnie wrażenia z tego okresu mojego życia  zapisałam w końcowej części rozdziału tego blogu  zatytułowanego „Na medycznej ścieżce” . Jeśli ktoś zechce tam ze mną wrócić, zapraszam….

( do opisania kolejnych ponad 20 lat spędzonych w Centrum Zdrowia Dziecka jeszcze nie dojrzałam, czas ten nie nadszedł i nie wiem jeszcze, czy nadejdzie)…

      Tak więc wracam do artykułu dr Marii Barbary Chmielewskiej Jakubowicz zatytułowanego „ Drugi szpital dziecięcy w Warszawie „ . Jest to bardzo dokładnie zebrana i napisana z czułością osoby , która spędziła w nim całe swoje lekarskie życie ,  historia dawnego szpitala Bergshonów i Baumanów a potem im. Dzieci Warszawy przy ul Siennej. Artykuł ten  został opublikowany w tomie CXXXIV nr 2/ 1998 „Pamiętnika Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego” ( rocznik zarządu TLW , który ukazuje się od 1837 roku! ).

Ponieważ to czasopismo  jest dostępne w necie jedynie odpłatnie, zamieszczam  w tym blogu cały tekst artykułu, dzieląc go na jakby zamknięte tematycznie odcinki. Na zakończenie, z szacunku dla autorki,  jeśli mi się uda, podam całość w kilku większych wpisach …

        Oto kontynuacja poprzednich odcinków, które można znaleźć w tym blogu w rozdziale„ Artykuł dr Chmielewskiej Jakubowicz”. ….

 dr Baśka pisze:

 

 

    <<….  Po kilkuletniej pracy w oddziałach szpitalnych i po uzyskaniu pierwszego lub drugiego stopnia specjalizacji pediatrycznej część lekarzy starała się o wyjazd przez „ Polservice” do krajów Afryki. Powodem była możliwość wyższych zarobków, nadzieja na późniejsze zakupienie mieszkania, samochodu lub działki rekreacyjnej, a także chęć przeżycia afrykańskiej przygody i poznania pracy w innych warunkach. Dla tych, którzy wyjeżdżali do pracy w krajach Trzeciego Świata, szpital latami utrzymywał etaty. Niektórzy powracali, niektórzy zmieniali miejsce zatrudnienia, zachowując ciągłość pracy. Tylko dwie lekarki, po kilkuletniej pracy w Algierii, nie wróciły do zawodu, chorowały i wkrótce zmarły.

     Z personelu pielęgniarskiego do innych krajów wyjeżdżały pojedyncze osoby. Na ogół gdy odchodziły ze szpitala, zmieniały zawód na inny, pracując w różnych gałęziach gospodarki, np. w handlu, gdzie znacznie lepiej zarabiały i nie miały dyżurów nocnych.

      Część pracowników z grona lekarzy, pracowników z wyższym wykształceniem czy pielęgniarek odchodziła na emeryturę z własnej woli, a część dyrekcja zwalniała, angażując na ich miejsce młode kadry.

       Niektórzy odchodzili przedwcześnie na zawsze.

       Wielkim wstrząsem dla nas wszystkich był nagły zgon młodziutkiej pielęgniarki Barbary Sobolewskiej, w czasie pełnienia nocnego dyżuru latem 1954r. przyszły obie z siostrą Alą wieczorem na dyżur nocny. Nad ranem Basia zmarła. Jej siostra była w szoku. Doktor Gecow tuliła ją, nie mogąc uspokoić. Staliśmy wszyscy bezradni w obliczu śmierci młodej dziewczyny. Miała wtedy 22 lata.

    Pielęgniarka Ela Marszałek ( 42 lata) latem 1981r. w drodze do pracy upadła nagle na przystanku autobusowym na  Bielanach i zmarła po kilku miesiącach w szpitalu w Otwocku ( z rozpoznaniem przerzutów do kręgosłupa). Aby pojechać na pogrzeb do Otwocka w pierwszych dniach stanu wojennego , trzeba było mieć specjalne pozwolenie.

     Pożegnanie pielęgniarki Wiesławy Komsty- Lipki było zupełnie niezwykłe. Ponieważ pogrzeb miał się odbyć poza Warszawą, pracownicy zgromadzili się w kostnicy szpitala przy ul. Banacha. Siostra Lipka była bardzo operatywna, inteligentna, przez wszystkich lubiana. I tam, w kostnicy, wśród otwartych trumien, ostatnie słowa pożegnania mówiła Jej ordynator dr Czachorowska, potem odmawiano wspólnie znane modlitwy i śpiewano pieśni religijne.

      Kolejno odchodzili pracownicy administracji: p. Burgmajster, p. Bendlewicz, mjr Domanaki i bibliotekarka p. Orłowska. Odchodziły także wieloletnie pracownice laboratorium szpitala : mgr Barbara Lachowicz, mgr Janina Bilińska, mgr Jadwiga Tyrman, dr Barbara Rau i wieloletnia kierowniczka apteki szpitalnej , mgr Helena Hoffmanowa. Żegnaliśmy wieloletnich konsultantów specjalistów, którzy służyli nam swoją wiedzą i pomocą: dr med. Tadeusza Farynę- chirurga, doc. Dr med. Marię Góralówną- laryngologa, dr med. Teresę Iwanowską- dermatologa, a także piętnastu naszych lekarzy, koleżanki, z którymi przez wiele lat toczyliśmy wspólną walkę o życie chorych dzieci. Na cmentarzach warszawskich żegnaliśmy bliskie nam osoby, w trumnach lub urnach, w obrządkach różnych wyznań lub bezwyznaniowo. Głęboko przeżywaliśmy te rozstania. Tylko w ostatniej drodze dr Anki Gecow we Francji nikogo z nas nie było.

      Mówiąc o odchodzeniu ludzi zasłużonych, należy poświęcić słów kilka Edwardowi Borowskiemu, który wiele sił i zdrowia oddał pracy w szpitalu przez trzydzieści kilka lat. Przeszedł na wcześniejszą emeryturę ( rentę) , a był w szpitalu „ od zawsze”. Dźwigał ciężary, był wszędzie, gdzie go potrzebowano, i reperował wszystko. Pan Edzio oficjalnie był na etacie stolarza, ale znał tu każdy zawór i każdą śrubkę. Człowiek „ złota rączka”- przychodził natychmiast, popatrzył i naprawiał. Jego odejście z pracy długo odczuwaliśmy we wszystkich miejscach w szpitalu. Cichy, spokojny, zawsze służący pomocą- pozostał w dobrej pamięci wielu pracowników….>>

    

 

Na medycznej ścieżce. Pożegnanie Siennej.

Pożegnanie z Sienną

 

 

 

Na Sienną wróciłam tylko z podaniem o rozwiązanie umowy o pracę.

Pani Dyrektor podpisała bez słów komentarza, ale wcześniej miałam rozmowę z Panią dr Czachorowską, która mnie namawiała na pozostanie.

Było to balsamem na moją zbolałą duszę. Nawet proponowała , że będę mogła pozostać w Jej oddziale o którym zawsze marzyłam.

Jednak to przyszło już za późno, stało się to co się stało.

W tym czasie już nie miałam wątpliwości.

Czułam się odrzucona i właściwie wolna od mojej pierwszej miłości, Siennej.

 

Nadal jednak byłam z tym magicznym miejscem związana emocjonalnie.

Śledziłam z odległości i  z niepokojem to, co się tam potem działo, różne roszady personalne, reorganizacje, zawłaszczanie pięknej nazwy Szpitala.

Nie ma już mojego szpitala, jedynej takiej miłości.

Inny szpital, pewnie niczemu niewinny nosi nazwę Szpital im. Dzieci Warszawy…dlaczego?

 

Gdy jestem w centrum Warszawy, zawsze zaglądam w rejony Siennej i Śliskiej, z czułością i nieomal dziecięcym zauroczeniem oglądam opustoszały już teren i zabudowania  poszpitalne.

 

Mam aktualne zdjęcia tego budynku, budynku w którym tyle się działo i dobrego i złego…gdzie został kawał mojego życia….

Moje pierwsze i jedyne takie zakochanie….

 

Na medycznej ścieżce. Propozycja zmiany pracy.

Propozycja zmiany pracy

 

Ale muszę cofnąć się w czasie.

 Około 1977 roku odeszła z Siennej obecna profesor Anna Jung.

Jak już wspominała, w czasie pracy w oddziale żółtaczkowym zaprzyjaźniłyśmy się. Ponieważ została adiunktem w Klinice Nefrologii CZD, namawiała mnie na to, bym pomyślała o zmianie pracy.

Kilkakrotnie umawiała mnie na rozmowę z Panią Profesor Wyszyńską, która utworzyła w CZD Klinikę Nefrologii, ale nie mogłam się zdecydować na tę wyprawę do CZD. Odległość była duża. Z mojego Żoliborza do Międzylesia było to  ponad 30 km w jedną stronę.

Jednak w końcu, po ponownych naleganiach Anny , wreszcie  się zdecydowałam. Pokonałam trasę tramwajem i dwoma autobusami i do CZD przyjechałam wymięta i skrajnie zmęczona. Pani profesor Wyszyńska pamiętała mnie z egzaminu specjalizacyjnego, przyjęła z sympatią i zaproponowała pracę.

Podziękowałam , odpowiedziałam , że to trudna decyzja, że jestem przywiązana do Siennej i muszę przedyskutować z mężem.

Gdy wróciłam do domu, byłam szczęśliwa, że to koniec podróży w tym dniu i nawet sobie nie wyobrażałam codziennych takich wędrówek.

Odpowiedziałam Ani, że jednak się nie decyduję i sprawa przyschła.

Cieszyłam się Sienną, jej klimatem i świetnym położeniem w sercu Warszawy.

 

Na medycznej ścieżce. Gabinet w Oddziale Neuroinfekcji…

Gabinet w Oddziale Neuroinfekcji

 

Doskonale pamiętam nasz gabinet w Oddziale Neuroinfekcji nieistniejącego już Szpitala im. Dzieci Warszawy przy ul Siennej/ Śliskiej, w którym pracowałam od 1975-1981 roku.

Na stosunkowo niewielkiej powierzchni rezydowałyśmy tam wszystkie.

Pod oknem siedziała piękna i eteryczna blondynka o wielkiej sile charakteru – dr Romualda Szlachetko. To ona, w tych trudnych warunkach, gdzie tyle się działo, dziergała doktorat. Promotorem była Prof. Niżnikowska z Dziekanowa, bo nasz szpital nie miał uprawnień do prowadzenia doktorantów.

 Nie zapomnę, jak sumiennie siedziała za biurkiem prowadząc starannie historie choroby pacjentów, uciszając nas , gdy chciałyśmy pogadać .Potem znikała w miniaturowej szatni, gdzie zgromadziła mnóstwo historii chorób wypisanych już pacjentów i na ich podstawie opracowywała materiał kliniczny swojego doktoratu. Jej męża , nazywaliśmy docentem od tulipanów, bo pracował naukowo w jakimś Instytucie , prawdopodobnie przedmiotem jego badań były właśnie tulipany. Szkoda, że nie dowiedziałam się szczegółów tej pracy, bo na pewno była ciekawa.

Na  wprost niej rezydowała  dr Zosia Madejczyk, o której już dużo napisałam,  a  po lewej , bliżej  wejścia Hania Peńsko.

O Hani opowiem niebawem, bo była dla mnie bardzo ważna. Spokojna, wrażliwa bardzo zaangażowana w życie i zdrowie pacjentów, pedantyczna,  była dla mnie wsparciem nie tylko w pracy ale i w domu.

   A naszym gabinecie , tuż obok drzwi rezydowała Anula Ipnarska. O niej napisałam całe tomy wspomnień. 

Ja siedziałam tyłem do wszystkich, kątem oka mogłam obserwować śliczną zapracowaną dr Romę, z drugiej strony widziałam wejście do gabinetu a na wprost było biurko, które czasami zajmowała  uwielbiana przez nas dr Czachorowska. Wprawdzie miała swój gabinet, ale bywała z nami na porannym omawianiu dzieci i czasami później.

Wszystkie miałyśmy służbowe czarne wełniane peleryny na pięknej kraciastej barwnej podszewce.

Były potrzebne w czasie dyżurów, gdyż wędrówka do Izby Przyjęć , zwłaszcza nocą i w kopnym śniegu powodowała szczękanie zębów. A dodatkowo były naprawdę twarzowe i malownicze.

Wyjątkowo ładnie wyglądała w swojej pelerynie  dr Roma, gdyż wielokrotnie w zimnawym gabinecie, siedząc pod wielkim i nieszczelnym oknem, marzła. Zawijała się w nią uroczo i przypominała piękną bohaterkę jakiś romantycznych filmów.