Ognik szkarłatny lekiem na złe samopoczucie, duchową szarość i samotność.

Czaruje w ogródku, wychyla się spod śniegu z nieodmiennym uśmiechem.

Energetyczny i radosny.

Ognik szkarłatny mój ogródkowy. Nazwano go Pyracantha, ale nie lubi tego imienia- powtarza- jestem ognikiem, płonącym dla twoich oczu, serca i nastroju.

Wypatruje nas ze swojego zimowego kącika i zaprasza. Przyciąga oko, cieszy gdy szarość w duszy.

Przybył z Kaukazu, ale lubi południowo wschodnią Europę czy Azję Mniejszą a także mój ogródek J

Listki utrzymuje zimą, by stanowiły tło dla owoców czerwonych lub pomarańczowych pięknych choć trochę trujących, które się wylęgają z niepozornych białych kwiatków już w sierpniu. Wiosną zasypia, listki gubi, ale już pod nimi  już budzą się nowe i niebawem rozpoczynają czarowanie.

No i jeszcze kolce. Posiada kolce, dlaczego? niezrozumiałe.

Ale kto zrozumie w pełni, tak zupełnie do końca jednoznacznie i niezaprzeczalnie Matkę Przyrodę. To Ona programuje rośliny, zwierzęta, człowieka takoż, tak że wszystko w tych ciałach ma swój cel i zaklina w jedno nasionko powtarzające wzór genetyczny.  

Nasze zadziwienie i zachwyt nieustanny to ponoć wieczna MŁODOŚĆ .

I tego się trzymajmy Kochani…..a gdy ciężko na sercu, odrzućmy lęki docierające z dookolnego świata i swoje własne smuty.

Pobiegnijmy na spotkanie z ognikiem.

Da siłę !!!!!!

Ognik naprawdę leczy duszę …..

Falbaniaste Roztocze

RoztoczeWschodnie.png

W kółeczku czerwonym –  Roztocze

Roztocze_map.png

 

 

 

Falbaniaste Roztocze czyli Roztocze w  falbankach

RoztoczeNetRzepak.JPG

 

 

Stwórca znudzony już morzami, górami różnej wysokości i strzelistości oraz nizinami i wyżynami, które wyszły spod Jego „ igły”, postanowił jeszcze raz zabawić się z ziemią, jej kawałkiem południowo wschodnim na którym teraz mowa polska i ukraińska. I ten całkiem pokaźny skrawek,  nasączywszy uprzednio  kredą siarką i innymi skarbami ujął w dwa palce i zaczął marszczyć w kierunku od Bałtyku do Tatr, tworząc równolegle ułożone falbanki…..Czy był ostatecznie zadowolony ? z pewnością, bo jeszcze dziś gdzie ulewy a wręcz oberwania chmur zsyła na niektóre połacie kraju, tu jest spokojnie i słonecznie jak u Pana Boga za piecem….gdy to rzekłam, trochę się przeraziłam….by nie zapeszyć….więc wracam do mojego Roztocza.

Przebywamy tu już od przeszło 2 tygodni, ale  zajęci zabiegami, bo to NFZ obdarował nas turnusem rehabilitacyjnym , mocno nawet zajęci także łazęgami po okolicy nijak do komputera ochoty nie mamy.

Roztocze odkryłam, gdy byłam już dojrzałą kobietą. Więc nie ma ono smaku zapamiętanego z dzieciństwa, ale za to urok dojrzałości. Odkrywanie bowiem dla mnie ma to do siebie, iż im później się  odbywa tym jest bardziej soczyste i nosi posmak „ łapania chwili” czyli poczucia, że czas szybko mija. Oczywiście mnie rozumiecie, na pewno…

Jest to cudna kraina geograficzna, którą dzielimy się z Ukrainą, albo można powiedzieć inaczej, która nas łączy…Roztocze łączy też Wyżynę Lubelską z Podolem, oddzielając ją od Kotliny Sandomierskiej i Kotliny Naddniestrzańskiej.  Te wyraźnie wypiętrzone wały wzniesień , szerokości 12- 32 km i długości ok 180 km, ułożone linijnie, przebiegają od Kraśnika do Lwowa. Najwyższe wzniesienie Roztocza osiąga 414 m n. p. m. ( na Ukrainie) a w Polsce jest to Długi Goraj ( 391,5 m n.p.m.) i Wielki Dział ( 390,4 m n.p.m.).

Pan Bóg nie tylko stworzył tę piękną krainę, ale narzucił na nią leśne płaszcze a ludziom kazał obsiewać pola czymś malowniczym jak rzepakiem, ale i gryką jak śnieg białą i słonecznikami np. I dlatego stworzono tu Roztoczański Park Narodowy, parki krajobrazowe oraz rezerwaty ( m. in. Sołokija czy nad Tanwią )…..

Ale co tu gadać, trzeba tu zajrzeć, a na razie zapraszam od obejrzenia zdjęć z netu….

 

RoztoczeNetZdj.jpg

 

RoztoczeZdjNet1.jpg

Trucizna, lek i wielka uroda w jednym.

SAM_0900.JPG

 

 

W nadmorskim ogródku  córki jasnozielone drzewko o trójlistkowych, koniczynopodobnych liściach najpierw wypuściło długie nitki. Wiatr od zatoki pieścił je a one się poddawały uległe, niestrudzone . A ja patrzyłam, codziennie odwiedzałam. Aż któregoś majowego  dnia zauważyłam niewielkie fasolki ułożone grzecznie wzdłuż żyjącego sznureczka. I teraz już tylko było czekanie. Opłaciło się czekanie. Bo z fasolek wylęgły się kwiatuszki żółte jak złoto. Najpierw nieśmiało, potem już odważnie patrzyły na świat. A ja stałam w zachwycie. Tak, złotokap, zwany też złotodeszczem,  to istne cudo przyrody. Czaruje wtedy, gdy już dawno krokusy, tulipany przekwitły , może tylko jeszcze bzy kokietowały, ale już opatrzone bo wcześniejsze. Zresztą nawet z bzami nie konkuruje, bo drzewko to całkiem inne, tak jak piękne kobiety zwykle są do siebie niepodobne, ale każda płonie urodą. Widok kwitnącego złotokapu to uczta dla oczu, balsam dla serca i miły zamęt dla głowy…

Jak piszą w necie, złotokap należy do najbardziej efektownych roślin ozdobnych w Europie. „Długie zwisające gęste grona złocistożółtych kwiatów pojawiające się wiosną ( kwiecień- czerwiec) nadają roślinie wygląd jak gdyby kapała złotem”. W odróżnieniu od romantycznej nazwy tego krzewu lub drzewka jego czarne owoce ułożone w długich, sięgających 5-6 cm strąkach powodują, że zaliczana jest do rodziny bobowatych. Cóż za pospolita i wręcz wulgarna nazwa, zwłaszcza w zestawieniu ze złotym deszczem. Ale cóż, należy się z tym pogodzić, bo wszak „po owocach można poznać.” I jak u ludzi, nie zawsze z cudnego dziecka wyrasta równie cudny dorosły. Tak więc siebie przekonałam i brnę dalej w to, co czytam w necie nt. złotokapu.

Otóż okazuje się, że jest to najbardziej trująca roślina uprawiana w Polsce. Wszystkie jej części zawierają trujące alkaloidy. Jeden z nich, cytyzyna zawarty jest w kwiatach, liściach , korzeniach nawet, ale  najwięcej jest go w strąkach . Cytozyna paraliżuje nerwy! Tak więc wszelkie eksperymenty z ich spożywaniem są surowo zabronione! Szczególnie należy pilnować dzieci, które jak wiadomo chcą poznawać świat na swój sposób. Spożycie przez nie 2-10 nasion złotokapu powoduje śmierć dziecka. Podobnie jak ludzie, zagrożone są konie. Gdy biedaczysko spożyje przypadkowo tylko 0,5 g na 1 kg swojego ciała , umiera w mękach. Ciekawostką jest to, że owce, kozy i zające są całkowicie odporne na tę truciznę. Ponoć można się zatruć miodem zbieranym przez pszczoły z kwiatów złotokapu.

Objawami zatrucia jest wzrost ciśnienia tętniczego krwi, ślinotok, drgawki, zaburzenia oddychania, ale także ślinotok, pieczenia w jamie ustnej. Zwykle występują wymioty, które często ratują życie zatrutych.

Ale jak to w przyrodzie bywa, to co jest trucizną, spożywane w mikro ilościach może być też lekiem. Tak więc z nasion złotokapu przygotowywano kiedyś leki wymiotne i przeczyszczające oraz stosowano zewnętrznie by uśmierzać cierpienia w nerwobólach. Obecnie jeden z alkaloidów złotokapu zawarty w nasionach i zielu używany jest do oznaczania grup krwi. Wymieniona już cytozyna jest składnikiem leków o nazwie Tabex lub Desmoxan,  które jeśli wierzyć reklamom telewizyjnym,  cudownie leczą nikotynizm. Wykorzystuje się działanie  cytozyny podobne do nikotyny co pomaga łagodzić objawy głodu do papierosów.

Poczytałam, nawet z ciekawością ale i niejakim lękiem. Bo konia wprawdzie nie mam ale dzieciaki wokół są .

Ale na razie zapomnijmy o horrorach, pójdźmy do ogródka, gdzie powita nas najpiękniej jak potrafi jasnozielone drzewko świeżo pokropione  złotym deszczem….

 

SAM_0896.JPG

 

SAM_0898.JPG

 

.

Jak to z jodem i morszczynem było…

SAM_0546.JPG

 

SAM_0743.JPG

 

SAM_0748.JPGMorszczyn znaleziony nad Bałtykiem, teraz w maju, 2015 roku ….

 

 

Poprzednio napisałam, że w  dzieciństwie będąc nad morzem fascynowałam się tajemniczymi nibyroślinami wyrzucanymi na plażę przez wodę.

Wyglądały jakby były z innego świata. Nie przypominały zwykłych trawiastych czy liściastych krzewinek rosnących na lądzie. Miały brązowawo rudy  kolor i płaskie pędoliście ujęte w pęk,. Były  pofałdowane na brzegach jakby ktoś  specjalnie je  ozdobił falbanką.

W dodatku w ich rozwidleniach  siedziały sobie bursztynowe lekko przezroczyste banieczki. To o nich tata mówił, że dostarczają nam jod, którym się delektujemy a nawet leczymy będąc nad morzem.

     Gdy po latach wróciłam do Jastarni, poza muszelkami cudnej urody wypatrywałam tej właśnie nibyroślinki. Kiedyś czytałam, że w ogóle już wyginęła w naszym Bałtyku, bo zanieczyściliśmy to morze w sposób ekstremalny. Ale jednak znalazłam maleńkie znajome krzaczki, już nie tak rozłożyste jak kiedyś, ale były.

I przyszła dziecięca moja radość. I zdjęcia były i teraz mogę sobie oglądać. I czytam w necie jak to jest z tym jodem i morszczynem .

Otóż morszczyn po łacinie zwany  Fucus jest glonem. Należy do brunatnic. Nazwa ta pochodzi od koloru tego glonu , który z kolei nadaje mu fukoksantyna, która poza chlorofilem zamieszkała w jego  pasmowatych komórkach. Do morskiego dna morszczyn przyrasta tarczowatą przylgą. 

Jest mieszkańcem przybrzeżnych wód północnego Atlantyku i Oceany Arktycznego oraz przylegających  mórz zarówno po stronie amerykańskiej jak i afrykańsko-europejskiej . Do nich należy nasz Bałtyk.

Owe tajemne koralowate twory wrośnięte w płaskie pasma morszczynowe są najzwyczajniej w świecie pęcherzami pławnymi, które umożliwiają swobodne unoszenie pędów w wodzie a po obumarciu tej niby rośliny powodują, że z falą wypływa ona na plażę.  I stąd nazwa morszczyn pęcherzykowaty. Ponoć można wyodrębnić w nim części będące odpowiednikiem korzeni, łodygi i liści. Oglądając glon, nie jest łatwo zauważyć te części, i należy wierzyć biologom na słowo.

Poza pięknym wspomnieniem z dzieciństwa, które przyniósł mi morszczyn dodatkowo  czytam z lubością jaka to wartościowa roślina jest. Otóż stanowi składnik wielu mieszanek ziołowych, kosmetyków i przydatna może być w kuchni. Ponoć w sklepach ze zdrową żywnością można kupić suszony morszczyn. Aż muszę sprawdzić- w podziemiach Dworca Centralnego gdzie wprawdzie coraz rzadziej, ale bywam, jest taki sklep. ..

Plechy morszczynów się odsala i suszy. Zawierają 0,03-0,1% jodu dodatkowo jego część jest związana tworząc pochodne tyroniny ( hormon tarczycy). Zawartość jodu zależy od zasolenia morza. Poza tym morszczyn zawiera magnez, mangan, miedź, cynk, sód, potas, siarkę chlor i nieco bromu a także  barwniki i polisacharydy ( wielocukry) . I to właśnie te polisacharydy jak np. algina powodują, że roślina ma zastosowanie w wielu gałęziach przemysłu, przy produkcji lodów i kosmetyków. Osoby z nadciśnieniem i miażdżycą a także odchudzające się czy cierpiące na zaparcia też mogą skorzystać z leczniczego działania  morszczynu. Jednak nie należy polegać na terapii morszczynowej w przypadku rozpoznanej niedoczynności tarczycy, gdyż  łatwo może dojść do przejścia w fazę jej nadczynności.

Poczytałam, zapamiętałam, ale z porad nie skorzystam. Bo po pierwsze- od 2004r. morszczyn w Polsce jest objęty ochroną gatunkową , co patrząc na maleńkie jego ilości wyrzucane przez morze popieram w pełni. A poza tym mam nadzieję, że wypady nad Bałtyk , zwłaszcza w okresie pomiędzy listopadem w marcem, kiedy to szaleje bryza morska i jest najwięcej magicznego jodu w powietrzu, dadzą więcej niż spożywanie tego nieszczęsnego glonu. Bezmiar wód, nieustanny niepojęty szum morza, piaski śnieżnobiałe smak soli na wargach to jest właśnie to,  co „ tygrysy lubią najbardziej”……

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Manna z nieba” i tamaryszek

Sardynia, tamaryszki.jpg

Plaża na Sardynii. Drzewa tamaryszkowe zadziwiły nas , bo rosły na nadmorskim piasku  i były wielkie w porównaniu z krzewami, które widywaliśmy w Polsce. ….

 

 

 

 

     Ostatnio przeczytałam, że z polecenia  boga Jahwe  tamaryszek  nakarmił manną wygłodzonych Izraelitów, którzy uciekali z egipskiego domu niewoli i zmierzali do swojej  Ziemi Obiecanej.

Jak podaje Biblia , ludzie widząc pożywienie leżące na ziemi w obfitości  pytali w języku hebrajskim „ co to jest?” czyli man hu. Czyli manna….

A „ było to coś drobnego, ziarnistego, niby szron na ziemi” ,  „ …miało smak placka z miodem”.

Jedynym warunkiem, który postawił Bóg swojemu ludowi , było zebranie manny do ostatniego ziarna. Tak też zrobili, a w nagrodę 6 dnia zebrali podwójną porcję która się nie psuła do 7 dnia , tj. dnia szabatu. W ten sposób Bóg żywił wędrowców – uciekinierów przez kolejnych 40 lat , aż do czasu dojścia Izraelitów do Kanaan.

     Przez lata badacze zastanawiali się skąd owa manna pochodziła. Wg Wernera Kellera, autora książki „ Śladami Biblii” była to wydzielina krzewów tamaryszkowych powstająca w wyniku symbiozy tego krzewu i jednego z gatunków czerwców, czyli pluskwiaków. Wydzielina ta posiada konsystencję żywicy i formuje się w białe grudki….

Arabowie zaś uważają, że jest to czysta  żywica tamaryszka, która się wydobywa z pędów pod wpływem ukłuć owadów… Ponoć do tej pory jest zbierana i spożywana z ochotą przez wielu jej miłośników….

      Nie zapomnę czasu, gdy  zobaczyłam go po raz pierwszy. Było to krótko po zainstalowaniu się  w stolicy.

Nieopodal naszej dawnej ul. Stołecznej a obecnie Popiełuszki był ( i na szczęście jest nadal)  park przy teatrze Komedia. Lubiliśmy ten uroczy zielony zakątek i wędrując nad Wisłę lub Cytadelę przez  Plac Wilsona ( za tamtych czasów zwanym Placem Komuny Paryskiej) zawsze przemierzaliśmy alejki tego parku. Był też na drodze do maleńkich cichych  zatopionych w zadumie nad czasami, które minęły, żoliborskich uliczek z uroczymi domkami…

Jeszcze czuję zapach tamtej Warszawy, gdzie wszystko było dla mnie nowe, właściwie pierwsze i zachwycające….

       Ale miało być o tamaryszkach , a ja jak zwykle rozwijam tematy poboczne….

Tak więc był rok 1968, gdy  po raz pierwszy zobaczyłam duży  krzew o zjawiskowej urodzie. Przypominał wielki wrzos pokrojem i barwą drobnych kwiatków które chmurką otaczały  wiotkie  igrające z wiatrem gałązki. Stałam przed nim w zachwycie. Zawsze tak było. W moim Gorzowie ani potem w Poznaniu nie zauważyłam podobnych krzewów. Może tam też rosły , ale widać wtedy wzrok zajęty był czym innym . Pewnie uwagę odwracały  zajęcia sportowe, randkowe, edukacyjne albo  wielgaśne tomy anatomii Bochenka ….

teraz otrzymałam okazję na to spotkanie. Pierwsze spotkanie z tamaryszkiem nazwanym oficjalnie Tamarix gallica

W necie  piszą o nim , że jest kurierem  pustyń i stepów. Przybył z  południowej Europy, północnej Afryki, Azji Mniejszej środkowej Azji. Wytrzymuje suszę, zasolenie gleby, zanieczyszczenie powietrza. Uwielbia słońce i lekkie piaszczyste ziemie. W stanie wolnym rośnie często w wyschniętych korytach rzek gdzie sól w glebie….

     Gdy zakładaliśmy pierwszy ogródek, oczywiście pierwszym krzewem o którym pomyślałam, był tamaryszek. Ale nad Bugiem nie czuł się dobrze, marniał, pewnie tęsknił za solą ziemi i ostatecznie umarł. Było nam przykro.

Ale nie straciliśmy nadziei. Po latach kupiliśmy maleńką krzewinkę i nie wierząc , że tym razem nas polubi, posadziliśmy ją nieopodal daglezji i michałowickiej siatki ogrodzeniowej. Ale tym razem nagrodził nasze oczy pięknym kwieciem i luźnym pokrojem długich jak rozwichrzone włosy gałązek. W rezultacie wokół niego zrobiło się ciasno. Ale nic to, cieszymy się, że jest z nami…

    I tak dobrnęłam do końca opowiadania o tamaryszku, ale to nie oznacza, że temat jest zamknięty. Może zajmę się poszukiwaniem biblijnej manny na ziemi u jego stóp

a może tylko będę stała i patrzyła jak wiatr  bawi się  jego włosami  a słońce igra z kolorytem kwiecia nadając barwy ciemnego wrzosu albo nagle je rozświetlając …

i wtedy wrócę do mojej dawnej Warszawy , młodości i pierwszych zachwytów  tamaryszkiem i pieszczotliwie będę go nazywała, mój ty Tamarix gallica co dałeś innym ” mannę z nieba” a nam swoją urodę….

 

 

T,1.JPG

 

 

T.JPG

 

 

T,2.JPG

 

 

T,4.JPG

 

 

T,6.JPG

 

 

.

Krym się udał Panu Bogu, ale….

 

wodospadykrymskie.jpg

 

Wodospady krymskie. Zdjęcie wykonał Oleg Bryzgalov. Autor zamieścił je w necie i udostępnia za zgodą. Ponieważ nie mam z nim kontaktu, proszę o zgodę- mam nadzieję , że zaakceptuje. Jeśli nie, oczywiście usunę ….

 

 

 

 

Pewnie Stwórca się cieszył, gdy rzeźbił naszą ziemię.

W przypływie fantazji postanowił urozmaicić właściwie równą  linię brzegu Morza Czarnego przylepiając w jego części północnej trójkątny skrawek lądu tworząc półwysep i nadał mu na imię  Krym. Obrysował  go 1000 kilometrową  granicą z morzem  i  połączył  tylko jedną  wąziutką  wstążeczką z lądem  . Kiedy  zauważył, że nazwano go Przesmykiem Perekopskim , zgodził się na tę nazwę, podobnie jak  na nazwę Cieśniny Kerczeńskiej ,  która od wschodu  dzieliła ląd z owym półwyspem.

Ale jeszcze przedtem starannie modelował te przeszło 27 tys. km kwadratowych  swojego ulubionego Krymu.  Piękne pasma górskie liczne rozrzucił , gęstymi lasami przyprószył , wypiętrzył dwa  szczyty  sięgające 1545 m . n .p. m., które nazwał   Roman Kosz i Czatyrdah a potem dodał na północy wielką połać  stepu przyprawiając go słonymi jeziorkami . Południe obdarował ciepłym łagodnym klimatem i z przyjemnością obserwował jak dobrze się tam czuje  roślinność podzwrotnikowa a ludziom ofiarował  tam urocze doliny i piękne plaże nadmorskie. .

I o rzekach Stwórca nie zapomniał. Ale niecierpliwy był, bo szkicował krótkie i wyszło ich 1657 a jedynie przy 150 z nich dłużej przytrzymał ołówek i tylko one mają ponad 10 km długości.  Niestety lato wypijało i do tej pory wypija z nich wodę, zostawiając suchy zarys koryta i dopiero przełom lutego i marca wylewa z nieba wodę i wówczas rzeki bujne i dumne pięknie płyną do morza a czasami spadają z wielkich wysokości tworząc słynne  wodospady Krymskie.

      I przybyli ludzie na tę krainę czekającą .

Podobno najpierw pojawiali się tu z Iranu Taurowie ( ich najstarsze zabytki pochodzą z przełomu II i I tysiąclecia przed naszą erą)  a  także wędrujący koczownicy z terenów obecnej pd- wschodniej Ukrainy zwani Kimerami , w VII wieku przed naszą erą przywędrowali na Krym Scytowie, pochodzący podobnie jak Taurowie   z Iranu . To oni zbudowali potężne państwo, które przetrwało do II wieku p.n.e. Wówczas to wojska Aleksandra Macedońskiego i najazdy Sarmatów zniszczyły państwo, ale nie kulturę. Cudem uratowani  Scytowie odbudowali swój kraj na Krymie. Powstały ich miasta i równocześnie kolonie przybyłych tu Greków.  Jedno z miast było zlokalizowane w okolicach obecnego Sewastopola i tam, gdzie Kercz teraz. W efekcie na południu półwyspu mieszkali Taurowie a północ była nadal opanowana przez Scytów. Oba te narody toczyły  ze sobą nieustanne boje.

W I w.n.e. interweniowali  panoszący się w świecie Rzymianie. Scytowie nie mogli się z tym pogodzić i nie ustawali w walkach.

Jednak gdy w  III w.n.e pojawili się tu Goci, zburzyli miasta Scytów jednocześnie przynosząc zagładę temu państwu. Późniejsze najazdy Hunów unicestwiły resztki Taurów i Scytów a ocalałe państwa- kolonie greckie ulegały wpływom chrześcijańskim , które od III/ IV n.e. stopniowo zdobywało wpływy. …

Nie będę pisała o dalszych losach ludów zamieszkujących Krym, bo burzliwe były i może nudne …

Jedno jest pewne, Krym był półwyspem, gdzie przez wieki spotykali się ludzie Wschodu i Zachodu. I właściwie trudno orzekać kto ma największe prawa by uważać, że Krym jest jego. Ale to na marginesie tylko uwaga.

Ludziska zajmujący te tereny pozostawiali  wielkie bogactwo zabytków. Można podziwiać starożytne greckie ruiny, intrygujące miasta skalne- pamiętające średniowieczne twierdze, ruiny ormiańskich klasztorów, a także pamiątki po Tatarach: meczety czy słynny Pałac Chanów w Bachczysaraju.

Można też urządzać wyprawy w góry, wdrapywać na skałki, przemierzać szlaki rowerowe, pławić się w morzu, sycić oczy widokami, odwiedzać bazary pełne  kolorowych krymskich owoców….

Tak, Krym się udał Panu Bogu….

Jednak…cdn

 

Opracowałam na podstawie wiadomości z  różnych portali . Dodałam tylko od siebie  wymyślone informacje o Panu Bogu – ale może tak naprawdę było….

Piękni sąsiedzi….

Nasza michałowicka wieś, chociaż odległa jedynie o 15 km od serca Warszawy i intensywnie teraz zabudowywana stale zaskakuje swoją pierwotną urodą. Oby jak najdłużej….

Do nas, szaraczków, gdzie my ubrani nieciekawie a na pewno nie barwnie i myszki szare i ptaszki mało kolorowe ale za to pięknie śpiewające, przybył bażant. Od kilku lat odwiedza nasz ogródek i spokojnie przemierza pałacie wyliniałego trawnika dumnie pokazując swoje cudne pierzaste ubranie. Wprawdzie nie ma tak okazałego grającego kolorami ogona jak bażant królewski widywany na filmach i w uniejowskim parku, ale  nam się zdaje, że przybył prosto z królewskiego stołu. Oj, matka natura odziała go najpiękniej jak umiała. A może myślała o nas, by urozmaicić codzienność naszym oczom i wprowadzać w zachwyt zapierający dech w piersiach. Ptak ów jak widać nie zdaje sobie sprawy z wrażenia jakie sprawia, nie lubi się fotografować , jest płochliwy i zawsze ucieka sprzed obiektywu. Ma bardzo silne nogi, na których potrafi gnać w wielkim pędzie by po chwili wzbić się ciężko w powietrze jednak tylko na wysokość płotu i zniknąć w trawach.

Tej jesieni udało mi się upolować go bezkrwawo zza szerokiego okna naszego domku.

 

 Bażant urodę ma niepospolitą ale głos skrzeczący, przenikliwy i ogólnie niemiły. Jak widać bozia obdarowuje po równo, jednym urodę innym głos piękny….

Gdy nadchodzi wiosna słyszymy jego bojowe krzyki a następnie łopotanie silnymi skrzydłami. To są gody. Zaleca się do swoich płowych mało urodziwych samiczek, zaznaczając swój teren i gromadząc wokół zachwycone wielbicielki. Zdobywa je nie tylko swoją postawą urodą ale też przynosi im podarunki w postaci pokarmu….

Bywa, że  przy mnogości ptactwa nie zwracamy uwagi na charakterystyczne bojowe skrzeki panów bażantów. Zresztą trudno je wypatrzyć w wysokich trawach. 

Teraz, gdy zima śnieg przyniosła i syberyjski wicher dmie żal mi tych pięknych ptaków. To duże ciało , bo waży ok. 1,5 kg musi przecież być odżywione, a kiedy nadejdzie wiosna gotowe do godów i wychowywania potomstwa.

I gdy już trudno o pożywienie , owoce, ziarna nadeszła pora na dokarmianie.

Ledwie dzisiaj zakupiłam mieszankę różnorodnych ziaren dla ptaków i wsypałam do miski, z nadzieją, że myszy tam się nie dostaną ( chociaż i głodnych myszek żal) a już po kilku godzinach zobaczyłam ślady bażancich stóp na śniegu gromadzące się wokół jedzonka. Wielka to jest dla mnie radość ….

 

 A teraz poczytuję o bażantach w necie. I chcę się podzielić fragmentami tej wiedzy….

 

Otóż bażant ( Phasianus colchicus)  jest azjatyckim ptakiem z rodziny kurowatych. Pierwotnie zamieszkiwał jedynie Kaukaz, Zakaukazie oraz pas od Iranu po Mandzurię, Chiny i północną część Półwyspu Indochińskiego.

Stamtąd został przywieziony przez zachwyconych nim ludzi w czasach Starożytnej Grecji i Rzymu, ponad 3 300 lat temu  do krajów Śródziemnomorskich, Włoch, Francji i Niemiec. Pomimo tego, że urządzano polowania na bażanty, równocześnie hodowano je i następnie wypuszczano na wolność. Ptaki te łatwo się adaptowały do życia na wolności . 

W Polsce bażanty pojawiły się dopiero w XVI wieku.  Widocznie u nas czuły się dobrze, bo zostały i oko cieszą . Lubią tereny nizinne, otwarte przestrzenie porośnięte krzewami, skraje pól, szuwary, niezbyt gęste lasy .

Rzadko widywane są na północy kraju.  

Ponieważ są dość wrażliwe na złe warunki klimatyczne, mogą ginąć w czasie silnych mrozów i śniegów. I dlatego nadal są nadal hodowane przez człowieka i wypuszczane na wolność.

    Bażanty należą do największych polnych ptaków grzebiących Europy ( po głuszcu) i stanowią najliczniejszą grupę tak dużych ptaków. Mają charakterystyczne potężne nogi, z ostrogami i trzema palcami i silnymi pazurami. Nie muszę opisywać jak wygląda samiec, bo wystarczy obejrzeć zdjęcie- jest tam widoczne wszystko i zielona głowa z dwoma małymi czubkami i czerwoną nagą skórą wokół oczu i biała obroża na szyi. Barwy całego ciała są po prostu cudne. Panie bażantowe są mniejsze i jak wśród ptactwa bywa, skromniej odziane w barwy.

Zwyczaje bażantów są zbliżone do kury domowej. Ptaki to towarzyskie, lubią przebywać w małych grupach.

Nocują na większych gałęziach drzew i w krzewach.

Jeśli przebywają w pobliżu domostw, spełniają pożyteczną rolę tępiąc szkodniki. Bo poza strawą roślinna, zjadają dużo owadów, much, stonkę ziemniaczaną, dżdżownice, jaja mrówek i ślimaki a czasami nawet żaby, jaszczurki, gryzonie, małe ryby a bywa, że i  padlinę.

Słyszymy je wiosną, gdy grupy się rozdzielają , koguty znaczą swe terytorium bardzo głośnym przenikliwym krzykiem po którym hałaśliwie kłapią skrzydłami. Swoim wybrankom starają się zaimponować nie tylko tą postawą ale też ofiarowują im prezenty z pokarmu.

Czasami koguty walczą pomiędzy sobą, ale raczej nie są za bardzo bojowe. Tylko wyjątkowo są monogamiczne, najczęściej mają  kilka partnerek .

 

I na tym dzisiaj kończę bażancią opowieść.

 

Zaraz pognam sprawdzić czy są świeże ślady stóp wokół miski i ziarna do niej dosypię i po nowe do niedalekiego sklepu się udam. Pisząc- niedalekiego zatrzymałam się nad tym wyrazem. Otóż sklep ten znajduje się ok. 1,5 km od nas. Tutaj, na wsi, miejskie pojęcie odległości nie ma zastosowania. Nie ma środków komunikacji ,  kolejka  WKD do Warszawy 3 km od nas, więc per pedes do sklepu się udam….dopóki nogi noszą….plecak na ramiona i w drogę po jedzonko dla moich pięknych sąsiadów…

 

 

BaĹźant7,12,2013.JPG

 

 

BaĹźant7.12.2013.JPG

 

 

Gość za oknem 6.12.2013.JPG

 

 

Ślady1.JPG

 

 

Ślady2.JPG

 

 

Ślady3.JPG

 

 

Ślady4.JPG

 

 

Miska.JPG

 

 

 

Perła w ciechocińskiej koronie.

 

 

ŁazIV.JPG

 

 

ŁazIVD..JPG

 

 

ŁazIV,1.JPG

 

 

Oczywiście może oburzyć się jakiś znawca sztuki, ale dla mnie prawdziwą perłą w Ciechocinku jest Szpital Uzdrowiskowy nr 1 czyli dawne Łazienki IV. Obiekt ten zaprojektowany przez Juliana Majewskiego, zrealizowany w latach 1900- 1906, potem wielokrotnie remontowany z daleka pysznie lśni bielą, urodą bryły i dachowych ozdób. To tylko zewnętrzny ogląd. Mam wielką ochotę tam zajrzeć, ale lękam się brzydoty, zaniedbania czy brzydkiego zapachu, co zdarza się nierzadko w tym kraju. Ładna fasada, a wnętrze to ruina.

Paradne wejście jest zamknięte, więc pokonuję drzwi skromne, położone z boku, nad którymi napis informujący o czynnym basenie oraz sponsorowaniu Szpitala przez NFZ. Gdy przewrotnie  napisałam sponsorowaniu- oczywiście natychmiast chciałam sprostować- przecież ta organizacja siedzi w naszych portfelach, rządzi naszymi ciałami, decyduje kogo ratować, a kogo odsyłać na ważne zabiegi do kolejki- niech latami czeka. Jednym słowem Narodowy Fundusz Ochrony Zdrowia to pan życia i śmierci. Ale dość tych dygresji. Może nie istnieje idealny system ochrony zdrowia, więc dlaczego nasz miałby taki być.

Tak więc, ponarzekawszy, wracam do ciechocińskiej perły w koronie.

Wchodzę więc do wnętrza dawnych Łazienek IV. Pomimo informacji, że obiekt jest czynny, wchodzę na palcach, nieomal wstrzymując oddech. Kolejne drzwi otwieram, parkiet lśni niebezpiecznie, sufit zawieszony gdzieś tak wysoko, że głowę zadzierać trzeba. Korytarze szerokie, po bokach ponumerowane drzwi . Nikogo nie widzę,  ludzi jakby wywiało.  Nagle się jedne otwierają i wychodzi z pomieszczenia na ten lśniący parkiet paniusia w skromny szlafroczek ubrana i człapie w kapciuszkach w nieznanym kierunku. Zjawa to , czy co?   Przecież ja już widzę panie zwiewne, wytworne, pachnące cygaretkami i perfumą egzotyczną oraz panów we frakach, którzy zmierzają w kierunku, gdzie właśnie ja. Przy nich  źle się czuję w swoim zimowym obuwiu, z kurtką w ręce , ubrana byle jak… usuwam się więc pod ścianę, a właściwie się w nią wtapiam. Na twarzy czuję że jakiś woal mnie muska delikatnie i towarzystwo znika.

Otwieram oczy , a obok właśnie przeczłapuje kolejna osoba w szlafroczku , zagubiona w tym wielkim korytarzu.

Zbieram się w sobie, odwagę przywołuję, bo ciekawość – co dalej zobaczę- silniejsza od nieśmiałości mojej.

I stawiając ciężkie zimowe buty na tej drewnianej cudnej zadbanej podłodze podążam za rozbawioną grupą, którą widziałam chyba we śnie na jawie.

I nagle otwiera się przede mną widok, którego chyba opisywać nie będę, bo mam zdjęcia. Wystarczą, muszą wystarczyć, opisu nie będzie, bo słów nie ma odpowiednich.

Napiszę tylko, że to jest sala balowa, obecnie zwykła poczekalnia.

I już orkiestra stroi instrumenty, wciskam się we framugę drzwi, aż wreszcie znajduję dobrą kryjówkę za otwartymi wierzejami. Przez niewielką szparkę podglądam. Właściwie to nie wiem, czy lubię podglądać- chyba nie. Ale widok jest dostępny wszystkim, więc nie jestem takim pełnym podglądaczem- pocieszam się. Tkwię tak pomiędzy ścianą a drzwiami i chłonę widoki i muzykę i ten początek XX wieku, jeszcze pełen elegancji, czas inny niż nasz, a może dlatego, że umyty przez wskazówki zegara i kartki z kalendarza, nieco już rozmazany, sepią przyprószony….jest pięknie, muzycznie, pary wirują  walcem , ale już pora wracać. Niechętnie wyłażę ze swojej kryjówki, zresztą nogi trochę ścierpły….

Gdy czuję niewielki mrozik na nosie i policzkach, wracam do rzeczywistości swojej, szaroburej.

Ale dlaczego widzę otwarte paradne wejście od podjazdu, i ostatnie pary wysiadające z powozu….może to jakiś obraz ostatniego z rodu znanych malarzy- Kossaków- Karola a może to tylko moja wyobraźnia….jest cudnie…odchodzę bezkwietną o tej porze aleją, ciechocińskim deptakiem i unoszę myśl, że są jeszcze w Ciechocinku inne perły, odrestaurowane ale bronią tam dostępu panienki w recepcji i ceny zaporowe, hotelowe i  nowobogackich ciuchy o  czterocyfrowych złotówkowych cenach.

To nie dla zwykłych jak ja śmiertelników.

A dawne Łazienki IV to obiekt dla nas, chorych ułomnych niezdarnych niebogatych ale potrafiących się cieszyć zaproszeniem do tego miejsca, gdzie muzyka gra tajemna i cienie minionej epoki mieszkają….

 

 

ŁazBalowa.JPG

 

 

ŁazBalowa2.JPG

 

 

ŁazBalowa1.JPG

 

 

ŁazBalowa4.JPG

 

 

ŁazBalowa3.JPG

 

 

ŁazienkiIVd..JPG

 

Na medycznej ścieżce. Śliczny chłopczyk.

Był  przełom roku 1972/ 1973.

W tym czasie byłam już w trzeciej ciąży.

Chcieliśmy mieć dużą rodzinę i bardzo się cieszyliśmy z tego faktu. W podtekście trochę miałam nadzieję, że urodzę chłopca. Wszak zwykle każda matka chce mieć potomków różnej  płci. A u nas w domu były już dwie małe córeczki. Justyna miała wtedy 3 lata a Ewcia 2 lata .  Ta ciąża, jak i poprzednie  była bezproblemowa, więc dzielnie chodziłam do pracy.

W czasie stażu na oddziale pediatrycznym, będąc już w wysokiej trzeciej ciąży  często zaglądałam do sali, gdzie leżało śliczne niemowlę. Był to dwumiesięczny  chłopczyk z zapaleniem płuc. Niestety to dziecko było porzucone przez rodziców i stało się  rezydentem domu dziecka. .

Chłopiec miał śliczną twarz cherubinka z pięknymi ciemnoniebieskimi oczętami i rzadko spotykanymi u niemowląt czarnymi , długimi gęstymi , wywiniętymi rzęsami.

Myślałam sobie, że może urodzę chłopca , który będzie taki ładny.

 

Ta Rodzinka szaleje na kites…

Ewa

 

 

Marcin, mąż Ewy. Jego Mama jest gorzowianką, jak ja- czyż nie przedziwny zbieg okoliczności?

 

Marcin

 

 

Jula ich córka a moja wnuczka.

 

 

Michał, mój wnuk senior:)

 

Dzisiaj są urodziny naszej drugiej Córki- Ewy.

Mirek myślał, że 32, ale wyprowadziłam Go z błędu.

Ewcia właśnie ukończyła 42 rok życia.

Niebywałe.

Przecież niedawno się urodziła, co opisałam w części blogu zatytułowanej Na medycznej ścieżce. Właśnie na tej ścieżce działo się wszystko co najwazniejsze i najpiękniejsze w moim życiu.

W związku z dzisiejszym nastrojem refleksyjnym, co chyba zrozumiałym, ogladałam rodzinne djęcia.

I znalazłam te, nasycone nadbałtyckim słońcem , morską pianą i wielką radością życia.

Życzymy Tobie Ewuniu i Twojej Rodzince, by zawsze świeciło Wam pięknie słońce!!!!