Moja ty miechunko rozdęta

SAM_1618.JPG

 

SAM_1615.JPG

 

 

 

Moja ty miechunko rozdęta. Prześliczna jesteś, lampioniasta. Nazwano ciebie  niezbyt ładnie, chociaż powoli się przyzwyczajam do twego imienia. Wystarczy przeczytać pieszczotliwie i już …i nie przyjmuję do wiadomości, że pochodzisz z rodziny psiankowatych, co brzmi zbyt banalnie. Jeśli nawet tak jest, wyrosłaś ponad swoją rodzinę urodą i zwiewnością

Właśnie zapłonęły twoje latarenki wśród bałaganu ogródkowego. Z gąszczu nieładnych łodyg i liści wyłaniasz się jak najbardziej czarowne zjawisko. Uwielbiam ciebie.

 Ponoć przybyłaś do nas dawno dawno temu z Azji . Wyobrażam sobie ciebie tylko w Indiach, wśród tancerek bollywood wśród ich barw i ozdób.  

I któż by śmiał rozdzierać delikatne czerwone osłonki twojego nasionka, by je po prostu spożyć. Zawierają ponoć bardzo dużo soli mineralnych, głównie potasu leczącego serce, ale w nadmiarze powodującego jego zatrzymanie w rozkurczu, witaminę C , glukozę i beta karoten. Kiedyś ludziom się kojarzyła budowa osłonki nasiona przypominająca lampiony z pęcherzem moczowym i stąd pogląd, że potrafi leczyć jego schorzenia. Ale w dobie furaginu i przy renesansie żurawiny chyba już nikt nie pamięta o twoim owocku gdy dopadnie go częstomocz i ból w podbrzuszu. . I dobrze.

Już łatwiej się zgodzę, gdy twój surowy owoc znajdzie się na jakiejś potrawie w charakterze ozdoby a nawet w cieście.

I dotykam teraz ciebie, nie wiem czy czujesz, najdelikatniej jak potrafią. Mam w dłoniach twój jesienny lampionik, który suchy nieco pergaminowy wiotki i dziecięco milusi płonie swoją niepowtarzalną czerwienią i szepce, że już idzie jesień…

 

SAM_1616.JPG

 

 

Powrót do Kazimierza nad Wisłą

 

ap foto 366.jpg

 

ap foto 368.jpg

Nasz świeżo upieczony kierowca, najstarsza wnuczka, Weronika. Za oknem samochodu polski pejzaż…..

 

 

 

Dzisiaj , siedząc sobie nad Bugiem „pożeglowałam „ na południowy wschód od Warszawy.  Punktem wyzwalającym tę podróż była informacja, że od 1 sierpnia rozpocznie się festiwal filmowy „ Dwa brzegi”. Oczywiście w Kazimierzu nad Wisłą, zwanym też Kazimierzem Dolnym. Zapachniało tamtym czasem, kiedy to z nowo upieczonym kierowcą, najstarszą wnuczką Wedzią i jej siostrą wybraliśmy się do tego przeuroczego miasteczka i chłonęliśmy klimaty kazimierskich pejzaży zaburzonych , co jest tam zwykłością różnobarwnym tłumem  ludzkim i oglądaliśmy filmy , oglądaliśmy bez miary…..

     Uwielbiam trasę wzdłuż lewego  brzegu Wisły, wiodącą przez Kozienice, miasto położone wśród wielkich sosen, które poznałam przed laty gdy zaproszono mnie z wykładami do miejscowego szpitala. Wszyscy byli niezwykle gościnni , przyjaźni. Lekarze pediatrzy z którymi w czasie pracy w CZD miałam stały kontakt byli mądrzy, dużo wiedzieli, prawidłowo myśleli . Wiedziałam , że gdy dzwonią z prośbą o poradę zawsze mają istotne argumenty do rozmowy. Przy bliższym poznaniu ich urok osobisty był mi miły. Ponadto  uroda tego miejsca spowodowała także, że Kozienice zagościły na stałe w mojej pamięci i sercu….

Tak więc przemierzając mazowieckie nadwiślańskie równiny, przechodzące w łagodną Wyżynę Rawską pod Grójcem, obok młodych sadów jabłoniowych, zatrzymując się w lesie pod  Kozienicami, dotarliśmy do Puław. Jakoś nigdy nie było okazji, by odwiedzić panią Izabellę  Czartoryską z jej pałacem, ogrodami, altanami, oranżeriami, bo jakoś nas gnało dalej.

Wiadomo- Kazimierz, zwłaszcza już raz odwiedzony ma moc magnetyczną. Aleją  drzew o potężnych obwodach pni opuściliśmy Puławy.

I dalej dalej, gdzie zielone wzgórza nad Wisłą się wypiętrzają. Zanurzenie w zieleni, otulenie ścianami lesistymi, zapach wilgoci , świeży  powiew od rzeki.

I dalej dalej, mkniemy ku Kazimierzowi.

I oto już widać tę prawdziwą polską  Perłę.

Po lewej wznosi się starożytna wieża wpisana w zbocze, potem  nieco poniżej ruiny pałacu i wreszcie wielka fara. Wszystko śnieżnobiałe, jakby rzeźbione specjalnie dla naszych oczu.

A po prawej szeroka, lśniąca, migotliwa rzeka. Jakby za szeroka do wymiarów miasteczka, ale tym bardziej urokliwa. Schowana za wałami przeciwpowodziowymi wygląda ciekawie na przybyszów. A może nas nie wygląda, tylko swoim życiem żyje, swoje wspomnienia pielęgnuje…

 

P8030824.JPG.Jedziemy wzdłuż Wisły….po lewej wzgórza…Kazimierz Dolny czeka….

 

kaz.JPG

 I po lewej stronie taki widok – wieża, zamek i fara zatopione w zieleni…..

Urok wczasów wagonowych…

 

Wagony, upragnione ukochane wagony

Wagony w Jastarnii, w tym pamiętnym 1951 roku, kiedy tam byliśmy pierwszy raz stały na torach i własnych kołach. Miało to swój niepowtarzalny urok. Wczasy wagonowe w Mielnie , kiedy tam bywaliśmy w latach późniejszych już zdjęto z kół i stały na betonowych legarach, biedne w moich oczach bo jakby ułomne.

Obok sznurów wagonów , od strony lasu  pokazywał się  niski obszerny przeszklony  pawilon, a którym mieściła się recepcja, świetlica i stołówka. Wszystko to odnalazłam tam niedawno, trochę zaniedbane, ale ze śladami dawnego uroku.

Po przyjeździe i  otrzymaniu kluczy w recepcji, gorączkowo szukałam naszego wagonu. Porównywałam numery napisane na każdym nibydomku, z numerem przypiętym do klucza. To była super zabawa, z dreszczykiem emocji nawet. Z daleka usiłowała zgadywać, który to może być i gdy pasowało to z przyznanym numerem, cieszyłam się a jeśli nie, też nie było problemu- akceptowałam każdy wagon położony w dowolnym miejscu.

Wagony były pomalowane na kolor zielony i miały urocze małe okienka. Uwielbiałam takie okienka i małe domki.

Do wagonu wchodziło się po dość stromych drewnianych schodkach. Cudnie pachniały świeżym drewnem i jak wspominali Rodzice już pierwszego dnia pobytu z nich spadłam, na szczęście nie doznając urazu.

Tego nie pamiętam, ale nie miałam lęku przed tymi schodkami, a mój podziw i zachwyt trwał.

Po otwarciu drzwi wchodziłam z zapałem do środka. W necie nie opisano, jak wyglądało wnętrze takiego wagonu. Otóż były to pierwotnie  wagony do przewozu bydła a może także żołnierzy z końmi w czasie gdy trwała jakże nieodległa jeszcze wtedy wojna. Zachwycałam się surowymi pobielonymi ścianami z których wystawały tajemnicze metalowe kółka. Było to cudnie fascynujące. Tato powiedział, że do tych kółek przymocowywano zwierzęta, by nie przemieszczały się podczas jazdy. Od razu sobie wyobrażałam, że niedługo nasz pociąg sapnie i ruszy  w siną dal. Stale miałam poczucie, że jesteśmy w długiej i fajnej podróży w nieznane.

W rogach wagonu stały metalowe łóżka, przykryte sztywnym gryzącym zgrzebnym kraciastym kocem. Tato od razu zsuwał dwa i ja miałam super spanie pomiędzy rodzicami, czasami tylko wpadając w szparę pomiędzy łóżkami.

Pod cudnym okienkiem przez które widać było stołówkę i wielkie nadmorskie sosny mieściła się umywalka ze zbiornikiem na wodę oraz wiadro umieszczone pod nią. W tych pierwszych latach nie było łazienki i kuchni jak pisze ktoś w necie. Wodę przynosiło się z kranu zlokalizowanego niedaleko stołówki a wc mieścił się poza obrębem wagonów, był drewniany, z dziurami do siedzenia w desce mocno cuchnący chlorem. Od tej pory , jeśli jeszcze gdzieś poczuję zapach chloru, od razu mam skojarzenia, całkiem miłe, nie jakieś obrzydliwe, z tymi wc-tami wczasowymi z mojego dzieciństwa. Tato nalewał wodę do zbiornika, który mieścił się nad umywalką a potem wynosił pełen wiadro gdzieś poza wagon, a może wylewał pod wagon- nie pomnę.

Przebudzenie w wagonie

Zasypiałam w moim wagonie zmęczona podróżą, wrażeniami i tą wielką radością, której doświadczyłam.

Nad ranem budziło nas tupanie po dachu. Okazało się, że to przybywały w odwiedziny mewy i tupaniem oraz uderzaniem dziobami w blaszany dach dopominały się chleba. Już wiedziały, że mogą mieć tutaj dodatkową ucztę i do rybek konsumowanych nad morzem dostaną resztki suchego chleba.

Czasami budziło nas w nocy uporczywe miarowe drobne dźwięki . To zaczynało padać. Krople deszczu odliczały czas i też było cudnie. Nie bardzo rozumiałam, dlaczego rodzice nagle tracili humor. Mieli już doświadczenie, że kiedy w lipcu, a szczególnie gdy oni przybędą nad morze, zaczyna padać, to taka pogoda może się utrzymywać przez całe dwa tygodnie. Ale ja lubiłam deszcz, taplanie w kałużach i inne zabawy w błocie.