Na medycznej ścieżce. O profesorze Witoldzie Orłowskim, ojcu Tadeusza- mojego profesora interny.

 W poprzednim wpisie przypomniałam swoje czasy studenckie i zajęcia w Klinice którą kierował profesor Tadeusz Orłowski.

Wiedziałam, że był synem człowieka wielkiej sławy , również profesora medycyny- Witolda Orłowskiego( ur. w 1874 roku w Norwidpolu , zmarł w 1966 w Warszawie).

Niedawno  przeczytałam w Pulsie, gazecie wydawanej przez Izby Lekarskie o niezwykłych jego losach. Oto najciekawszy moim zdaniem fragment tych dziejów związany z tworzeniem się nowego państwa Polskiego, który przedstawiam we własnej wersji redakcyjnej. 

 

W czasie pierwszej wojny światowej władze rosyjskie wydały zgodę na tworzenie wojska polskiego w różnych regionach kraju. We wrześniu 1918 roku w Kazaniu nad Wołgą rezydował sztab niedawno utworzonej  formacji wojska polskiego.

 Prof. Witold Orłowski otrzymał  wezwanie, by zorganizować u jej boku służbę sanitarną. Gdy  dotarł tam z rodziną,  niebawem  bolszewicy ponownie zajęli  to miasto i wówczas cofnęli zgodę na tworzenie tam wojska polskiego. W tej sytuacji sztab musiał opuścić Kazań .

Profesor pozostawił żonę z czworgiem dzieci w Kazaniu, gdzie ponoć mieszkali w bezpiecznym miejscu, a sam wyruszył z wojskowymi, w letnim płaszczu, mając jedynie 100 rubli w kieszeni.

Prof. pisze w swoim dzienniku „Zapewniono mnie, że gdy wojsko radzieckie w nocy wejdzie do Kazania, na pewno popije się, a wtenczas będzie wycięte. Tak się już stało w Syzraniu. Za parę dni zatem wrócimy” – wyjaśnia.

Ale do Kazania nie wróci już nigdy. Wędrują pieszo lub na zarekwirowanych koniach. Noclegi i żywność zdobywają, grożąc użyciem broni. Sterroryzowany naczelnik małej stacji kolejowej wystawia im pociąg do Ufy. Jednak tam zastają miasto z porozlepianymi afiszami, wzywającymi ludność do ewakuacji gdyż zbliżają się tam czerwonoarmiści.

Profesor postanawia jechać na opanowaną przez” białych” Syberię, do Tomska. Stacjonuje już tam polska dywizja, utworzona do walki z Niemcami.
Dzięki wstawiennictwu ministra w rządzie admirała Kołczaka, który zarządza Syberią profesor otrzymuje tam etat uniwersytecki. Przez 10 miesięcy , które spędził w Tomsku, sprawuje opiekę medyczną nad polskimi żołnierzami.

W sierpniu 1919 roku wyrusza do Irkucka z zamiarem utworzenia szpitala Czerwonego Krzyża dla rannych żołnierzy. Ale tam dociera do niego telegram od komisarza wojska polskiego przy admirale Kołczaku z informacją, że został mianowany profesorem zwyczajnym medycyny wewnętrznej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pisze: „Nie wierzyłem własnym oczom. Zostałem profesorem najstarszego uniwersytetu polskiego i jednocześnie otrzymałem pierwszą wiadomość o rodzinie”.

Rozważa różne możliwości wydostania się z Rosji do Polski.

Polski komitet narodowy w Irkucku próbuje zaangażować w te starania Romana Dmowskiego, który przebywa w Paryżu. Jednak po pewnym czasie Dmowski odpowiada, że mu się nie udało załatwić tej sprawy.

Profesor postanawia szukać okazji we Władywostoku, ale tuż przed wyjazdem zapada na dur osutkowy. Opuszcza Irkuck dopiero na początku lutego 1920 roku.

W tym czasie w placówce japońskiej w Czycie odbiera pismo z Ministerstwa Wyznań religijnych i oświecenia publicznego RP , zawiadamiające o nominacji na profesora UJ ( z 19.06.1919r) oraz list od żony, która pisze, że odnalazła go dzięki pomocy żony premiera Ignacego Paderewskiego- Heleny.

Wraca do kraju rosyjskim statkiem „ Jarosław” zarekwirowanym przez Anglików po wycofaniu się Rosji z wojny. Płynie z resztą polskiej dywizji syberyjskiej i rodzinami żołnierzy. Statek ten za caratu  przewoził galerników z Odessy na Sachalin, więc były tam bardzo trudne  prymitywne warunki a w dodatku   były kłopoty z zaopatrzeniem w żywność. I wkrótce z zapasów pozostała sól i cukier. Pasażerowie stawali się coraz bardziej zmęczeni i sfrustrowani.

Prof. Witold Orłowski jak zwykle starał się swoją aktywnością pobudzić lepsze nastroje wśród pasażerów. Organizował  kursy i wykłady dla dzieci i dorosłych. A trasa była bardzo długa. Płynęli poprzez Hongkong, Singapur, Kolombo. Adem, Port said, Gibraltar, Londyn, Kopenhagę do Gdańska.

To co zobaczył tak opisywał:
„Miasta, które zwiedziłem, miały piękne dzielnice europejskie i brudne, ciasne tubylcze, w których mieściła się masa miejscowej ludności o pożałowania godnym trybie życia”
– pisze. – „Niemile uderzał stosunek białych do kolorowych. Kolorowi nie kryli się z nienawiścią do białych. Tylko nas, Polaków, traktowali inaczej”.

Wreszcie 1 lipca 1920 roku statek zawinął  do Gdańska.

 

Profesor podejmuje pracę w Krakowie, Profesorowie Wydziału Lekarskiego przyjmują go życzliwie. Poza pracą kliniczną ma zajęcia ze studentami 4 i 5 roku, organizuje w klinice zebrania naukowe krakowskich internistów.

Po 5 latach przyjmuje propozycję objęcia katedry diagnostyki i ogólnej terapii na Wydziale lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego. Klinika ta wówczas mieściła się w Szpitalu św. Ducha przy Elektoralnej.

W 1927 roku obejmuje katedrę szczegółowej patologii i terapii chorób wewnętrznych w Szpitalu Dzieciątka Jezus przy Nowogrodzkiej, którą prowadzi do 1947 roku. Dokonuje tam, ogromnych przeobrażeń. Wg obecnej opinii mądrych ludzi działa jak menadżer XXI wieku. Korzystając z pomocy wiceprezydenta miasta urządza oddział przemiany materii, który będzie obsługiwał wszystkich chorych szpitala. Organizuje znakomicie wyposażone pracownie biochemiczne, zdobywając fundusze od firm farmaceutycznych i Kasy Chorych oraz różne dotacje.

Stara się rozwiązać problem przewlekłej niewydolności krążenia poprzez rozpoznanie zaburzeń biochemicznych ustroju, które jego zdaniem wyprzedzają chorobę. Zauważyli to prof. z zagranicy a nawet prof. Gregersen z Nowego Jorku, ale miejscowi nie doceniali znaczenia badań swojego profesora. Dopiero po wojnie słysząc wykłady zapraszanych naukowców z zagranicy, zmienili zdanie.

Z Kasy Chorych otrzymuje pieniądze na urządzenie zakładu elektrokardiograficznego i dotacje na jego działalność. W rewanżu codziennie ma badać 6 chorych kierowanych przez kardiologów. Jednak zauważa, że żaden lekarz z Kasy Chorych nie skorzystał z tej oferty. …

 

Zapamiętano profesora z czasów okupacji, gdy z wielkim zaangażowaniem narażając się na niebezpieczeństwo zajmował się tajnym nauczaniem młodych kadr medycznych.

W latach 1928- 1948 był redaktorem naczelnym uznanego wydawnictwa :” Polskiego Archiwum Medycyny Wewnętrznej”

Otrzymał liczne  tytuły doktora honoris causa m. in. Akademii Medycznej w Łodzi i Uniwersytetu Jagiellońskiego.

 

.

Napisał znakomity 8 tomowy podręcznik chorób wewnętrznych .

Kiedyś otrzymałam od dr Kaczmarka z Gorzowa te książki, wydane na nieciekawym szarawym papierze, pachnące starym kurzem. Budziły mój  ogromny szacunek i wzruszenie. Gdy się zaczytywałam, treści wtedy wydawały mi się ponadczasowe…niestety ofiarowałam te tomiska młodej lekarce i poszły sobie w świat. A szkoda….

Śladami mojego Taty. Stare zdjęcia…

 

Dziadek Tomasz Łukaszewicz. Kuzyni: Po lewej Tadeusz Rutkowski ( syn Antoniny-siostry mojego Taty- Wacława ) , po prawej Jania ( córka Witolda- brata Taty)- o jej losach na zesłaniu pisałam niedawno.

 

 

Jania z mężem Włodkiem Piwowarczykiem i córką Ewą. (ok. 1980 roku)

 

 

Mój kuzyn – Witek z żoną Kazią i córeczką Małgosią- moją chrześniaczką – obecnie lekarzem w Sydney. Ok. 1980 roku

 

Śladami mojego Taty. Bardzo stare pocztówki.

Jaką drogę przebyła ta pocztówka, by się znaleźć w moich dłoniach?

 

Oglądam te stare pocztówki, ogrzewam w dłoniach. Ale ich nie trzeba ogrzewać, bo promieniują własnym stuletnim ciepłem. Napisał je własnoręcznie Witold, brat mojego Taty, ojciec Witolda urodzonego już po śmierci ojca na Kazachstanie do swojej babci, a naszej prababci Michaliny Rodziewicz z domu Dowhopouł. O tej babci i Bolku Rodziewiczu napisałam już wiele.

Teraz mam dowód, że była, z krwi i kości, najprawdziwszą na świecie babcią, ukochaną przez najstarszego wnuka – syna Staśki – Witolda. Ile tam czułości można wyczytać – czułości w kilku zaledwie słowach…

 

Śladami mojego Taty. Witold ….

Mój kuzyn – Witold  był chłopcem rozumnym, to pewne, ale Kazachstan wycisnął na nim swoje piętno, które dopiero po latach udało się uciszyć.

Po raz pierwszy spotkałam go we wczesnych  latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Przyjechał kiedyś z ciocią  do Gorzowa. Był dzikusem, chował się po kątach. Nadpobudliwy i lękowy, mówił niewyraźnie z trudem opanowując liczne tiki i jąkanie. Ciotka i pedagodzy włożyli mnóstwo pracy w opanowaniu tej sytuacji . Myślę, że gdyby nie jego silna wola i chęć powrotu do normalności, nigdy by się to nie udało. Wyrósł na wspaniałego młodego człowieka o bardzo dużych zdolnościach w dziedzinie elektroniki. Konstruował radia, i telewizory. Ukończył politechnikę . Opowiadała mi Basia, że gdy już był schorowany chcieli się go pozbyć w pracy, bo czekali już młodzi na to stanowisko. Wysłali więc go na kurs doskonalący, znany ze swojej surowej dyscypliny, licząc, że nie zda końcowego egzaminu. Ale mój Witek wrócił z cenzurą na maxa.

Śladami mojego Taty. Pora powrotu do kraju…

Gdy zakończyła się wojna i powstała Polska Ludowa, Polacy żyjący na zesłaniu zbierali się do powrotu do kraju. Nie było to łatwe, bo należało w różnych urzędach załatwiać tysiące papierków, z co najważniejsze uzyskać zgodę władz sowieckich na darowanie wiecznej zsyłki.

Ciocia przy pomocy Jani zgromadziła nieomal wszystkie niezbędne dokumenty. Napisałam nieomal-  tak nieomal, bo okazało się, że jej synek nie ma prawa wyjazdu z Rosji. Tutaj się urodził i jest obywatelem tego kraju, oznajmiono.  Gdy ciotka wyczerpała wszystkie próby przekonania miejscowych i moskiewskich władz, po prostu dziecko wykradła. Wsiadła z córką do pociągu odjeżdżającego do kraju , a synka ukryła w tobołach. Miał siedzieć cicho, a że był dzieckiem rozumnym, więc siedział cichutko jak trusia.  

Śladami mojego Taty. Morze na stepie…

 

 

 

Mój kuzyn, Witold Łukaszewicz urodzony na Kazachstanie

 

 

Dziecko otrzymało imię Witold, po zaginionym ojcu.

Hodował się dobrze, jak na te warunki. Po pewnym czasie już biegał z miejscowymi dzieciakami. A gdy miał trzy czy cztery lata, kiedyś o poranku, zawołała go mama, by wylazł z barłogu i wyszedł przed ich” dom”. Mama wołała, chodź synku, zobaczysz morze. Wybiegł bardzo zainteresowany, bo był ciekawy świata. I zobaczył. Był wielki złoty falujący zielony błękit i szum. To było morze. Prawdziwe. Jego pierwsze.

Długo wierzył, że zobaczył morze. Gdy był trochę starszy  dowiedział się , że to była tylko fatamorgana na stepie…..

 

Śladami mojego Taty . Aresztowania i wywozy…losy brata mego Taty- Witolda

Wkrótce rozpoczęły się wywozy Polaków  w głąb Rosji.  Starannie zaplanowano kolejność wywożenia mieszkańców.

Losy polskich wojskowych są dobrze nam znane.

Równolegle zabierano urzędników i nauczycieli. Perfidne działania Rosjan zmierzały do ostatecznej eliminacji polskiej inteligencji. Mój wuj, Witold znalazł się w pierwszej grupie aresztowanych. Dotarłam do ośrodka informacji Karta. Znaleziono tam jedynie zapiski, że w 1940 roku został osadzony w więzieniu w Wilejce, pod Wilnem. O dalszych losach nic nie wiadomo.  Podobno rodzina posiada list człowieka, który po wojnie zamieszkał  w Anglii i był współtowarzyszem niedoli wuja Witolda. Sowieci sfingowali proces, ustawili świadków , którzy zeznawali, że wuj jest wrogiem władzy radzieckiej. Otrzymał wyrok 10 lat łagru. Podobnie było w przypadku tego znajomego , który napisał list. Razem wylądowali na katordze w głębi Rosji , w  okolicach Wiatki. Pracowali na budowie. Mimo, że  mieli wyrok jako więźniowie polityczni, byli więzieni z różnymi bandytami. W warunkach skrajnego głodu, każda kromka chleba była na wagę złota. Któregoś dnia, do mojego wuja podeszło dwóch bandytów i zażądali by oddał im swoją porcję. Odmówił, i wtedy zaczęli go kopać. Stracił przytomność i wówczas ci współwięźniowie  wdeptali go w błoto, które było przepastne w tych i nie tylko tych rejonach.  Jego kolega cudem ocalał i dzięki temu mógł po wojnie zdać relację  rodzinie.

 

Śladami mojego Taty . Dzieje brata mojego Taty Witolda

Witold zdobył wykształcenie, cieszył się, bo dostał dobrą pracę w magistracie. Po latach ożenił się z przystojną dziewczyną-  Anną . Gdy urodziła się córka- Janina, obserwowali jak dorasta. Zapowiadało się, że będzie piękną mądrą pannicą. Zaplanowali drugie dziecko.  Moja ciocia zorientowała się , że jest w ciąży i nic nie mogło zmącić radości tych młodych ludzi.

Wydawało się, że nic nie zaburzy ich poukładanego życia. Aż nagle przyszła druga wojna światowa. Świat zwykłych ludzi runął w gruzach.

Niemcy napierali nasz kraj. Wydawało się, że podwileński zaścianek   pozostanie w spokoju, gdzieś na granicy wydarzeń. I wtedy okazało się, że Polska otrzymała cios w plecy. 17 dni po uderzeniu Niemców , od wschodu zaatakowali nas Rosjanie. Co przeżywali ludzie w tym czasie, trudno sobie wyobrazić. Żadna opowieść , książka czy film nie może oddać ich lęku rozpaczy i  przerażenia. Bo to wszystko działo się w ich sercach.