Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 14 ). Jak nie chciałem zostać lekarzem i chirurgiem – część druga.

Najwyższa pora Leszku, by znalazła się tu Twoja opowieść o drodze ku medycynie.  Pierwszą część już można czytać w blogu. Teraz  drugi odcinek historii „ Jak nie chciałem zostać lekarzem i chirurgiem „

Opowiadaj i wybacz moje uśmiechnięte ” buźki ” dodane w różnych miejscach Twojego tekstu : 

W moim rodzinnym Kutnie , w  Liceum –  Dąbrowszczaku, uczyłem się do matury.

Zamiast iść  na Studniówkę studiowałem „Fizykę” Piekary….

Na 2 miesiące przed maturą we wstępnym formularzu zapisałem, że będę fizykiem jądrowym.

Żaden z kolegów nie chciał zostać  lekarzem bo na tym zawodzie ciążyło przekleństwo „komuny” jako obcego klasowo.  ( był to rok 1965  – przyp. Z. K. )

Gdy na kilka dni przed maturą trzeba było wysłać papiery, zdałem sobie sprawę, że te jądra będę mógł rozbijać tylko w radzieckiej Dubnej a do partii nie chciałem się zapisywać.

W ostatniej chwili zmieniłem na medycynę bo przynajmniej będę mógł służyć ludziom.

Miałem też na myśli prawo, bo zawsze w szkole pełniłem rolę „adwokata uciśnionych”, ale to przeznaczenie tkwiące od dawna mną pokierowało i pewno wspomnienia Ojca – lekarza i Jego praca.

Chciałem do Krakowa, ale w Poznaniu był brat Ojca i Ciocia Ziuta (prof. Milanowska).

Poza tym tam studiowali moi Rodzice.

 W albumie rodzinnym było Ich zdjęcie na drzewie nad jeziorem w Sierakowie na obozie sportowym Profesora Pułkownika Piaseckiego. ( niestety, jak powiedział Leszek, wszystkie zdjęcia rodzinne zaginęły – przyp. Z.K.)

Byłem na  6-tygodniowym kursie przygotowawczym na „Wysrolu”. ( tak nazywano skrótowo Akademię Rolniczą w Poznaniu – przyp. Z. K. )

Popołudniami zaczytywałem się w książce „wielkiego” (w/g Profesora Miętkiewskiego) Brachet’a o budowie białka, komórki, DNA, działaniu białych krwinek, o odporności.

Wówczas postanowiłem zostać naukowcem, który znajdzie lek na raka.

CZEKAŁ NA MNIE NOBEL!

Dlatego praktykę po drugim roku miałem w laboratorium na Garbarach.  Trochę daleko od badania moczu do Nobla, ale od czegoś trzeba zacząć … 🙂

    Wszyscy wokół od dawna mówili, że powinienem  zostać chirurgiem jak Ojciec.  Dlatego w wakacje przed rozpoczęciem studiów przez kilka tygodni asystowałem przy operacjach. Chyba nie powinienem o tym mówić, ale przez pierwsze kilka dni za każdym razem mdlałem. Pierwszy raz, przy cholecystektomii do której trzymałem haki.  Padłem niespodziewanie na podłogę sali operacyjnej aż głowa jak garnek zadudniła. Widać  od tego czasu jestem taki „narwany”.  🙂

Potem była oddelegowana salowa, która za mną stała i pilnowała żebym bezpiecznie upadał.

Honor nie pozwalał mi nie stawać do stołu.

Kilka razy padłem przed upływem godziny, ale potem to przeszło.

Pamiętam do dziś  pierwsze trepanacje czaszki, rozlegle oparzenia, operacje prostaty metoda Milina, pęcherzyki żółciowe, wyrostki, diagnozę ostrego brzucha i …..

…….śmierć młodej pięknej dziewczyny z martwicą jelit po niedrożności trwającej kilka dni. Młoda kobieta wytrzyma każdy ból. Dlatego nie prosiła wcześniej o pomoc. Byłem potem przy Jej sekcji bo chciałem wiedzieć dlaczego…Czy chirurdzy popełnili jakiś błąd? Oczywiście że nie, ale chciałem wiedzieć jak uniknąć błędów. A poza tym czułem się blisko z Nią związany.  NIE MOŻNA WYGRAĆ Z PANEM BOGIEM.

Na marginesie, znacznie później – najdłuższa operacja którą  sam wykonałem  w Łodzi trwała 11 godzin – resekcja nowotworowej żuchwy z językiem i rekonstrukcja płatami uszypułowanymi .  A najdłuższa – do której asystowałem –  to resekcja wątroby w Warszawie z naszym kolegą WÓJCIKIEM, którą robił przez 30 godzin profesor… z doc.   Zieleniewskim. Też motocyklowy bohater z Kutna, któremu trzeba było wycinać wątrobę po kawałku, by zostało jak najwięcej …… 

W wakacje po pierwszym roku znowu byłem na chirurgii w Kutnie tym razem z moim przyjacielem ze szkoły, Andrzejem Szewczykiem, który po pierwszym zaliczonym roku na biologii, (gdzie musiał liczyć nogi pająkom 🙂 ) zdawał na medycynę. Do niedawna był zastępcą ordynatora na laryngologii w Raszei . ( skrótowa nazwa szpitala w Poznaniu im. Raszei – przyp. Z.K. ) .  Przyjaźnił się i pracował z naszym kolega śp. Musialikiem, mężem Prof. Danusi Popek.

Trafiła nam się koleżanka z klasy z liceum, cudna  blondynka KW ze złamaną miednicą. Motocykl oczywiście. Wtedy zakładało się tzw. portki gipsowe i asystenci oddziału kazali nam je założyć. Chyba złośliwie. Jak myśmy z Andrzejem się wstydzili  !  Ale ręce się nie trzęsły . Profesjonalnie  bez komentarza, śmiertelnie poważnie zrobiliśmy naszą robotę. Niestety jeszcze bardziej chyba to przeżywała nasza koleżanka, bo już nigdy Jej nie spotkaliśmy na Zjazdach. Krysiu ! naprawdę nie masz się czego wstydzić. Dla mnie masz nadal wspaniale ciało! Teraz po latach  mogę się przyznać, że obaj to zauważyliśmy.. Pierwsze spotkanie z tak pięknym, kobiecym ciałem o blond włosach. Była jak bogini, którą  my, dzielni rycerze mieliśmy uratować z więziennej wieży. Tylko, że wsadziliśmy jej tak ciężkie portki, których dziś się już nie zakłada ! Chciałbym Ją przeprosić…..

 PRZYSIĘGAŁEM SOBIE, ŻE NIGDY NIE BĘDĘ CHIRURGIEM !

 Nie żebym mdlał wcześniej ! 

Ale przecież bywało, że nawet w czasie Wigilii Ojca nie było z nami !

JAK ZWALCZYĆ NOWOTWORY? To miało być moje naukowe wyzwanie.

Do czwartego roku się tego trzymałem dopóki z Markiem Tuszewskim nie zacząłem trochę dyżurować na Przybyszewskiego. Wtedy pogodziłem swój zapał do walki z rakiem z immunologią i  chirurgią.

Najgorsze, że poza dostatecznym z farmakologii jedną z nielicznych czwórek dostałem właśnie z chirurgii.

To było jak wyzwanie. Musiałem to naprawić i nadal naprawiam.  🙂

CO NIE POKONA TO WZMOCNI…

zdjęcie Leszka z Facebooka

a pozostałe – własne – w mojej wyobraźni  symboliczne –  pierwsze – widok na Babią Górę od strony  Kotliny Żywieckiej , drugie – drzewa wspinające się na zbocze Skalitego …..

Z pamiętnika Leszka Milanowskiego ( 11 ). Kazimierz Petrykowski ( Kajtek ) stale obecny w naszej pamięci….

 

 

 

Wahałam się, czy dziś zamieścić tylko opowieść   Leszka – bo jest dość obszerna – ale zdecydowałam się na dwugłos.  Głównie  z powodu, że chciałam dać nasze wspomnienia  w jednym wpisie, gdyż prawdopodobnie wyszukiwarka internetowa poda tylko jeden adres, gdzie można znaleźć Kajtka 

Mój głos jest zwykły, sztubacki ale Leszka bardzo głęboki – nie tylko przedstawia On studenckie życie, ale też wielość zainteresowań – ciekawych pasji – a na przykładzie Kajtka i Andrzeja objaśnia mechanizmy zniewalania ludzi w czasach „ komunizmu „  …. chyba ponadczasowe….

 Więc będziemy tu razem Leszku, ok ?

Tym bardziej, że spotkaliśmy się po 50 latach z Tobą, Jurkiem i Mariolką – i okazało się, że nadal jesteśmy wielką rodziną młodych  studentów, którzy startowali w 1965 roku w trudne ale i piękne życie z Medycyną . Działo się to w naszej Alma Mater, czyli   poznańskiej Akademii Medycznej .

Dziś wiemy, że  w cudowny sposób zachowaliśmy młodość, wzajemne sympatie, porozumienie dusz  i  wiele wspólnych  wspomnień….

Gdy w 2011 roku rozpoczęłam moją blogową przygodę, zapisując różne historie rodzinne oraz wiele innych , zależnie od nastroju – w 2012 roku dotarłam do czasów poznańskich.  Wspomnienia te są zawarte w rozdziale , któremu nadałam tytuł Na medycznej ścieżce . Przypominając  kolegów ze studiów  nie mogłam pominąć Kajtka.

I teraz kopiuję tę opowieść. Podawałam ją wtedy  w krótkich odcinkach –  bo rodzinka jak to teraz  mają młodzi –   wolała takie –   a potem oddam głos Leszkowi, którego wspomnienie z  wielu podanych powodów – jest ciekawe i  ogromnie fascynujące – tak wielce, że czyta się jak kryminał i  mogłoby być scenariuszem do filmu …..

 Opublikowane w Lipiec 13, 2012 przez Zofia Konopielko

Na medycznej ścieżce. Koledzy z czasów poznańskich- Kajtek

Kajtek. Był naszym kolegą  z roku. ( studia na poznańskiej Akademii Medycznej w latach 1965 – 1971 – moje do 1968 bo potem Warszawa ) . Spotykaliśmy na korytarzu przed zajęciami z anatomii, ale nie przypominam sobie dokładnie w jakich okolicznościach go poznałam. Teraz, po latach wiem, że przez Leszka, z którym miałam szczęście być bliżej . Właściwie obaj Chłopcy nieomal się zdawali Jednością – tak bardzo podobni – może niezupełnie fizycznie – ale ten sam temperament, wielka inteligencja, radość życia , empatia , wielość zainteresowań i potrzeba integrowania wszystkich . 

Był niewysoki, dość masywnie zbudowany, wiecznie radosny , tryskający energią i wielką zaraźliwą siłą ducha.

To on był naszym prowodyrem, ojcem duchowym szaleństw.  Tworzyliśmy wtedy paczkę kumpli.

Użyłam określenia – szaleństwa. Uśmiecham się teraz do tych wspomnień z przeszłości. Jakież one były niewinne a ile dawały niezapomnianej dziecięcej radości .

Na przykład jednego dnia Kajtek rzucał hasło- na Kiciusia !!!

Więc po zajęciach rzucaliśmy się gromadką do drzwi wyjściowych z Collegium Anatomicum. Był zwykle późny wieczór.

Szliśmy ulicami Poznania, podziwiając jak pięknieje miasto w rozpalających się światłach. Trasa była dość długa, może ze 2-3 km.

Przemierzaliśmy jedną z głównych ulic zwaną wtedy Armii Czerwonej obecnie Św. Marcina i docieraliśmy do Kiciusia.

Był to niewielki bar, położony po lewej stronie ulicy, idąc w kierunku Starego Miasta.  Ulokowany  na parterze wielkiej kamienicy stanowił  w naszych latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia nowy element w krajobrazie miasta.  Miał lśniące wielkie szyby i wyraźny napis- Kiciuś. Nie było tam alkoholu a jedynie wyroby cukiernicze. Jednak największym hitem w tamtych czasach były cocktaile mleczne. Dla nas to była niezwykła nowość,  wielka pycha z pianką. Oczywiście zajmowaliśmy kilka stolików , zamawialiśmy coctaile. Czekaliśmy łykając ślinkę i gadaliśmy. W ogóle nie zapamiętałam naszych rozmów, ale nastrój był wesoły a nawet wesołkowaty. Musieliśmy odparowywać ciężkie doznania nauki anatomii, ponure sekcje i wydalić z siebie odór formaliny, którym nasiąkaliśmy w Anatomicum.

Po bardzo wielu latach odwiedziłam Poznań. Nie miałam nadziei, że Kiciuś jeszcze „żyje”. Wokół tyle się zmieniało,  przyszły nowe inne czasy.

Ale nie dowierzałam własnym oczom, gdy ujrzałam Kiciusia.  Był  i czekał jak zwykle.

To niesamowite uczucie, gdy się odnajdzie dowód , nawet maleńki , na to, że jednak nie wszystko przemija….

Opublikowane w Lipiec 15, 2012 przez Zofia Konopielko

Na medycznej ścieżce. Kajtek i filharmonia.

I jeszcze o naszych czasach z Kajtkiem. Ten chłopak nie mieścił się w żadnych ramach, jego impulsywna osobowość burzyła się jak piwo niecierpliwie nalewane do szklanki, wypływała na zewnątrz, zagarniając nas bez reszty. Proszę mi wybaczyć to porównanie, ale właśnie tak wspominam te młodzieńczo szalone lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku…

Kiedy Kajtek rzucał hasło – dzisiaj muzyka, wiedzieliśmy, że czeka nas uczta w Filharmonii. Koncerty filharmoniczne odbywały się w Auli Uniwersytetu Poznańskiego. Docieraliśmy tam jak zwykle per pedes, zatapialiśmy się w tłum bardzo eleganckich mieszkańców Poznania. Mieliśmy na sobie zwykłe łachy codzienne, nieustannie nosiłam  kraciastą albo burozieloną luźną koszulę, w której zatracałam osobowość żeńską a stawałam się zwykłym sztubakiem o charakterze uniseks. Czasy zresztą był zgrzebne co odpowiadało mojej osobowości, bo nigdy nie lubiłam się stroić.

Opublikowane w Lipiec 19, 2012 przez Zofia Konopielko

Na medycznej ścieżce. Muzyka i Kajtek.

Gdy przekraczaliśmy próg Filharmonii, zagarniał nas wielki świat. Już nie baraszkowaliśmy jak zwykle, ale poważnie zajmowaliśmy miejsca na parterze ogromnej wielkiej sali.

I była tylko muzyka. Tam słuchałam jak gra i oglądałam piękną młodą dziewczynę z długimi, kruczoczarnymi włosami, odkrycie w świecie muzycznym, która nazywała się Martha Argerich. Ileż minęło już lat, a ona stale koncertuje. I nadal jest piękna,  może tylko trochę inaczej…

Po koncertach Kajtek  zrywał się z miejsca i inicjował spontaniczne wielkie wszechogarniające brawa. Potem pędziliśmy za nim za kulisy. Tam jeszcze raz gratulował artystom i prosił o autografy. Wcześniej zaopatrywaliśmy się w programy. Ustawialiśmy się za Kajtkiem grzecznie w kolejce po upragniony podpis światowych sław.

Muszę zajrzeć do naszych programów teatralnych zbieranych przez Mirka i schowanych w tekturowej walizce z dawnych czasów. Leży ona w pawlaczu szafy w naszej nadbużańskiej posiadłości, w Gulczewie. Może znajdę tam program sprzed ponad 40 lat z podpisem  wielkiej pianistki, może nie, nie wiem…

Opublikowane w Lipiec 21, 2012 przez Zofia Konopielko

Na medycznej ścieżce. Wielka pianistka i przepiękna kobieta – Marta Argerich

Z koncertów filharmonicznych w czasach poznańskich ( 1965-1967)  najlepiej zapamiętałam niezwykłą,  dynamiczną przepiękną pianistkę – Martę Argerich.

Od czasu, gdy widziałam ją na scenie i słuchałam jak gra, minęło już tyle lat. Od tej pory sama zmieniłam się tak bardzo, że trudno było mi uwierzyć, że ta pianistka jest nadal w tak świetnej formie. A ona jest aktywna, stale występuje, niedawno koncertowała w Warszawie.

Niestety, nie byłam na jej koncercie, ale bratowa mojego męża – Grażyna zdała mi relację z tego wydarzenia. Obejrzałam też fragmenty w telewizji.  Marta Argerich zachowała młodzieńczy temperament i znakomitą technikę gry.  Zachwycała wszystkich urodą , piękną sylwetką . Była młodzieńcza , szczupła, gibka, elastyczna  jak kiedyś. Jedynie kruczoczarne włosy zamieniła na  burzę siwych . Po prostu jest zjawiskiem …

 Zachowałam ją w  pamięci jak  piękny element mojego snu. Mojego młodzieńczego, snu o pierwszych nasyconych wrażeniami, latach studenckich .

I tak wędrując teraz w wyobraźni moimi poznańskimi ścieżkami spotkałam Ją, Wielką Damę czarno białej klawiatury.( tu następuje opis jej sylwetki , którego już nie podaję )

Dziękuję Ci, Kajtku za to, że pokazałeś mi świat wielkiej  muzyki – bo grałam na pianinie, słuchałam radia, ale na koncertach zaczęłam bywać za Twoją sprawą . Na pewno mnie słyszysz , choć pewnie już nie pamiętasz – jak większość kolegów z poznańskich studiów….

Powtarzam się, ale muszę, bo to ważne – dobrze się stało, że spotkaliśmy się z Jurkiem, Leszkiem i Mariolką po 50 latach – i jesteśmy teraz tu, zjednoczeni wspomnieniami …..

Leszku, a teraz Twoja kolej, opowiadaj – jak napisałam we wstępie – to – co i jak opowiadasz jest gotowym scenariuszem do filmu – nie tylko biograficznego ale też historycznego a zarazem kryminalnego  :

Leszku !!!! dałam swoje podtytuły –  jeśli się nie zgadzasz – napisz – wprowadzimy korektę wg Twojej woli !!!!!!!!!!

 KAJTEK ( KAZIMIERZ !) PETRYKOWSKI

 Wszyscy pamiętamy naszego pierwszego i najlepszego starostę Roku wybranego już w październiku 1965 roku.( nie ujmując koledze Ratajskiemu i naszej obecnej miłościwie nam panującej starościnie Alicji Kaczmarek).

Wszyscy Go pamiętamy jako faceta żywiołowego, zawsze pogodnego, rozwiązującego łatwo wszystkie problemy. Faceta który był autentycznie dla wszystkich życzliwy i który na pewno nie miał wśród nas wrogów. Tragiczna samobójcza tajemnicza śmierć nas wszystkich zaskoczyła. Nie mówi się o sprawach tajemniczych i niewyjaśnionych. Chciałbym o Kajtku napisać trochę moich wspomnień i może rzucić światło na Jego tajemniczą tragiczną śmierć.

NASZ KOLEGA ANDRZEJ HYŻY

   Zacznę niestety od Andrzeja Hyżego – bo to z Nim wiąże się tragiczna śmierć  Kajtka. Gdy po spraniu mnie po gębie przez Olę odszedłem z grupy 15-tej, przeniosłem się do pierwszej, gdzie był Andrzej Hyży. Uzyskał On 120 punktów na egzaminie wstępnym i dla mnie był wzorem niedoścignionym. Wówczas, ale nie po śmierci Kajtka. Dlaczego był wzorem tylko wtedy, to później. Na drugim roku razem z Andrzejem zaczęliśmy równolegle studia na Uniwerku na chemii. Mi przeszło po kilku miesiącach, ale Andrzej dociągnął do końca i też przerwał.

DYSKUSJE O LEMIE

   Prawie cały czas do śmierci Kajtka chodziliśmy we trójkę  z Andrzejem między Obozową i Gospodą Targową na Grunwaldzie, gdzie obaj najpierw osobno  potem wspólnie mieszkali. Dyskutowaliśmy o Lemie i gdy ja się zatrzymałem na „pilocie Pirxie „,  Oni przedstawiali wyższość „Dzienników znalezionych w wannie”.

O ZAANGAŻOWANIU POLITYCZNYM

Przed śmiercią Kajtek mieszkał w jednym dwuosobowym pokoju z Andrzejem, co było rzadkością. Kajtek nigdy nie angażował się politycznie, a  Andrzej wciągnął  mnie do ZMS ( skrót od nazwy  Związku Młodzieży Socjalistycznej – przyp. Z. K. )i nawet organizowałem Studencki Ośrodek Dyskusyjny. Gdy nie chciałem podpisać tzw. „deklaracji potępiającej   wichrzycieli i młodzież  bananową”  przyniesionej z KW PZPR ( Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej –  która zresztą z prawdziwymi robotnikami nie miała wiele wspólnego – przyp. Z. K. ) przez szefa ZMS   tow. ?Piszczka. Nawet Andrzej nie mógł mnie obronić, bo mówił mi że „taka jest teraz potrzeba”. Niech mu tam.  Zostałem usunięty z ZMS-u.  Po wyrzuceniu nie chciano mnie puścić na praktykę do Anglii. I tak w końcu pojechałem bo Marek Lehmann zrezygnował na rzecz Szwajcarii a nikogo innego z angielskim nie mieli.

                  Dlaczego ten długi wstęp?. Andrzej był członkiem miłościwie wówczas panującej przodującej siły Narodu ( tak nazywano oficjalnie i a przez ogół ludzi – prześmiewczo –  PZPR – przyp. Z. K. ) .  Andrzej Hyży był głęboko przekonany o słuszności idei. Po Marcu 1968 roku moje kontakty z Andrzejem się rozluźniły, ale nadal w pewien sposób szanowaliśmy się.

                  Tak długi wstęp do Kajtka był potrzebny,  żeby zobaczyć Jego miejsce przed tragiczną             śmiercią.

Kajtek najbardziej przyjaźnił się z Bolkiem Stawnym. Choć uważałem Go za swojego drugiego, po Andrzeju idola.

JAK POZNAŁEM KAJTKA

Poznaliśmy się jeszcze przed Jego wyborem na Starostę Roku. Zawsze się spóźniałem. Anatomia była o 3-ciej i o tej porze na bimbach ( pieszczotliwa nazywa poznańskich tramwajów – przyp. Z. K. ) wisiały „winogrona”. ( tak mówiło się potocznie o żywej masie ludzkiej skłębionej  przy wejściu do tramwaju – bo taboru było za mało, autobusy i tramwaje jeździły wolno a drzwi nie były zamykane przez motorniczego – więc nadmiar wisiał ledwie się trzymając – albo nawet lokował na zderzakach – przyp . Z. K. – dla młodszych czytelników, którzy nie mogli tego widzieć )  Byłem wśród nich. Tuż przed przystankiem na Przybyszewskiego po prostu odpadłem. Ktoś popchnął? Straciłem równowagę, patrzyłem tylko by nie wpaść pod kola. Ledwo wstałem podbiegł do mnie chłopak z roku, pomógł się otrzepać i razem jeszcze do tej „13”-tki się wepchaliśmy. To był Kajtek na którego z przekonaniem później również głosowałem.

DYSKUSJE NAD ARTYKUŁAMI  REMA

                   Pamiętam najpierw gorące z Nim dyskusje o artykułach z Życia Literackiego: „Viola da gamba” i „Viola d’amore” pisane przez niejakiego Rema. Przemycał ciekawe spojrzenia na system choć potem okazał się być rzecznikiem rządu Jaruzelskiego – to ten, który informował że „rząd się wyżywi”. Wtedy jeszcze w latach 60-tych był ciekawą jakby opozycją.

KONCERTY W POZNAŃSKIEJ FILHARMONII

                  Chodziliśmy na Koncerty Poznańskie z Mariolą Hołoga i Tereską Tulecką. Tam spotkaliśmy Kajtka i odtąd chodziliśmy razem. Kajtek wspaniale interpretował np. Vivaldiego „Cztery Pory Roku”, Symfonie Beethovena i Koncerty Czajkowskiego. Zarażał nas swoją wyobraźnią. Na koncerty wchodziliśmy tajemnymi wejściami bez biletów. Na konkursie Wieniawskiego chyba w 1967 roku  razem z Kajtkiem po przejściu przez Collegium Juridicum i garderobę artystów z jaskółki  ( tak nazywano najwyższe piętro w teatrze, operze czy filharmonii , często nieomal przyczepione pod sufitem – zwykle  przypominające gniazdo jaskółki – z bardzo słabą widocznością ale za to bardzo tanie  – przyp. Z. K. ) wypatrzyliśmy dwa wolne miejsca w pierwszym rzędzie obok Profesor Ireny Dubiskiej na finałowym koncercie. Usiedliśmy jak najważniejsi goście. No bo przecież na te miejsca nie trzeba było kupować biletów. Głośno i długo biliśmy brawa wspaniałemu Rosjaninowi (muszę sprawdzić nazwisko) ale Pani Dubiska patrzyła na nas zgorszona jak na komunistycznych prowokatorów.. Wtedy pierwszy raz widzieliśmy i słuchaliśmy wspaniałego Konstantego Kulkę.

POCHODZENIE KAJTKA

                 Kajtek pochodził z biednej rodziny o której niechętnie opowiadał ale to było widać. Czasem zapraszałem Go na Obozową do Cioci, ale chyba lepiej czuł się gdzie indziej. Myślę, że ten tajemniczy kolega Marioli za którego zjadłem u Jej Mamy obiad, to właśnie był Kajtek. On nigdy sam się nie narzucał, ale czasem razem chodziliśmy na tzw. „zupy” lub „resztki” do stołówki w Parku Kasprzaka. (obecnie Park Wilsona – przyp. Z. K. )

KAJTEK NAJLEPSZYM STUDENTEM NA MEDYCYNIE

BO „TA WIEDZA JEST PRAWDZIWA I POTRZEBNA „

                Kajtek miał same bardzo dobre oceny.. Był najlepszy na roku. Nauka i egzaminy przychodziły  Mu niezmiernie łatwo. Naprawdę był bardzo zdolny. Kiedyś mi powiedział, że repetował którąś  klasę w szkole średniej i miał słabe stopnie. Nie chciało mi się wierzyć. Zresztą też na studia się dostał  z nie najlepszymi ocenami. Powiedział , że szkoda było mu czasu by uczyć się nieważnych rzeczy. Teraz na medycynie to jest prawdziwa i potrzebna wiedza – to było Jego zdanie.  Chłonął Ją całym sobą. Tak samo jak kulturalne życie Poznania.

POZA MEDYCYNĄ STUDIUJEMY PSYCHOLOGIĘ

 Gdy na trzecim roku zapisał się na psychologię zapisałem się z Nim.  Chodziliśmy razem na statystykę, filozofię, matematykę  ale do dziś pamiętam wykłady i prace z osobowości. Nasza edukacja zakończyła się po roku, bo Kajtek powiedział, że „nie będzie stawiał browaru, gdy chce tylko wypić  piwo”. Ja napisałem pracę o osobowości noworodka i niemowlęcia, o czym teraz mówi w Poznaniu Profesor Monika Brzezińska z Katedry Psychologii Wieku Rozwojowego. (słuchajcie Jej wykładów na SWPS – świetne – chyba trochę ze mnie zerżnęła…)  🙂

NURKOWANIE

                    Ponieważ z Kajtkiem stwierdziliśmy, że mamy jeszcze trochę czasu chodziliśmy razem na kurs żeglarski prowadzony w Radzie Okręgowej przez Marka Orkiszewskiego (późniejszego niepokornego docenta chirurga dziecięcego) i na kurs dla płetwonurków.

 To zamiłowanie do nurkowania Kajtka pośrednio zgubiło. Po kursie uczestnicy mieli jechać na obóz do Jugosławii. Ja też miałem jechać  z Kajtkiem ale wydawało mi się za drogo.  A poza tym przede wszystkim w ostatniej chwili dostałem praktykę do Glasgow. Teraz pracowałem kilka miesięcy w tym samym szpitalu i spotkałem Mr Spencera, któremu 50 lat wcześniej asystowałem do Jego pierwszych samodzielnych operacji. Może i dzięki temu, że nie pojechałem z Kajtkiem ja żyję do dziś gdy On odszedł?

EUROPEJSKIE WOJAŻE KAJTKA I NIEROZWIĄZANA ZAGADKA

    Nie wiem skąd Kajtek miał forsę, bo na pewno Rodzice Mu nie dali. Może tu ktoś Go za coś zasponsorował? Jak wrócił i spotkaliśmy się na początku października to z entuzjazmem opowiadał, że po tym obozie się urwał i zjeździł całą Europę. Wiedeń, Niemcy, Paryż przez całe dwa miesiące. Gdy Go  spytałem za co jeździł, to mówił, że trochę pracował i że „zawsze jakieś pieniądze się znajdą”, Zazdrościłem Mu jego włóczęgowskiej duszy, ale nie zdawałem sobie sprawy jaką cenę za to musiał zapłacić. Nie chcę nic sugerować, ale pewno znów ktoś Mu musiał dać jakąś kasę. Może z drugiej strony?

ANDRZEJ, KAJTEK W PUŁAPCE  I MOJE ROZWAŻANIA

    I tu powrót do Andrzeja.  Kajtek do tego czasu mieszkał chyba z Winicjuszem Kozłowskim i jeszcze kimś. Po powrocie z Zachodu dostał dwójkę  razem z Andrzejem. Kajtek, całkowite zaprzeczenie politycznego zaangażowania z głęboko zaangażowanym członkiem partii. Obaj nie żyją, więc mogę sobie pozwolić na moją analizę tego, co się z Kajtkiem stało. Andrzej mówił mi, że Kajtek jest w depresji. Mogę podejrzewać, że albo partia chciała z Kajtka zrobić TW ale raczej to te nieznane pieniądze z Wiednia Kajtka zgubiły. Myślę, że ktoś mógł na Niego naciskać, żeby się wywiązywał ze zobowiązań na rzecz tzw. „Zachodu” a Andrzej dostał polecenie pilnowania Go. Kajtek  był  w pułapce. Zamknął się w sobie. Już nie chodziliśmy na koncerty, żadne zajęcia dodatkowe, żadne spotkania.

                   W KAJTKU WIDZIAŁEM JAKBY „ ZASZCZUTEGO PSA” . NIE ROZMAWIAŁ Z NIKIM , TYLKO Z ANDRZEJEM .

SZPITAL PSYCHIATRYCZNY

  Pamiętacie wszyscy że znalazł się w Szpitalu Psychiatrycznym na Śląsku?  Chyba był tam dwa razy. Po pierwszym krótkim pobycie szybko nadrobił zaległości, ale potem poszedł na dłużej. Gdy Go widziałem między tymi pobytami, wydawał się spokojny ale już nie tak entuzjastyczny. Jakby gryzła Go jakaś tajemnica. Zmiana była zbyt widoczna i zdecydowanie wiązałem to z Jego pobytem na obozie płetwonurków i późniejszym wyrwaniu się na Zachód. Tak. Odniosłem wrażenie, że On wcale nie jest chory psychicznie a tylko symuluje. Dla mnie to była jakby chęć schowania się przed czymś za zasłona rzekomych zaburzeń psychicznych. Widział na psychiatrii swoje bezpieczne miejsce, bo tam nikt Go nie mógł dosięgnąć mógł swoje zagubienie składać na karb rzekomej choroby. Dlaczego chcieli Go zwolnic? Dlaczego nie powiedział lekarzom o przyczynach swojego ukrywania się?  A może lekarze też dostali jakieś polecenia i też się bali o siebie? .Wiemy wszyscy ze Kajtek  powiesił się w łazience w Szpitalu z wypisem w ręku….

DLACZEGO KAJTEK ODSZEDŁ ?

Wydaje mi się, że nie widział już dla siebie wyjścia. Ktoś mógł Go szantażować, może grozić Jego Rodzinie i Kajtek już nie widział innego sposobu żeby to wszystko ratować. Która strona? Może obie? Kajtek czuł się w potrzasku bez wyjścia między siłami silniejszymi od Niego. On zawsze wygrywał. Był na studiach najlepszy a trafił na siły potężniejsze. Jestem pewien, że mam racje, bo zbyt dobrze Kajtka znałem. Widząc i pamiętając jego optymizm, żywiołowość i autentyczną fascynację medycyną, przyczyną Jego samobójczej śmierci nie mogła być choroba psychiczna.  Moim zdaniem stał się ofiarą własnego przekonania, że Jemu musi się wszystko udać. Gdy znalazł się w sytuacji bez wyjścia, skończył ze sobą.

CO POWIEDZIAŁ PO LATACH ANDRZEJ

Te moje przypuszczenia potwierdziła po kilku latach rozmowa z Andrzejem, gdy Go wprost się spytałem, czy Kajtek zginął  przez depresję. – Nie, było coś silniejszego od nas wszystkich, padła Andrzeja skąpa odpowiedź. Nie chciał powiedzieć co i tę tajemnicę zabrał już  do grobu..

POGRZEB KAJTKA

     Na pogrzeb Kajtka pojechało nas kilkanaście osób z roku. Bez Andrzeja Hyżego z którym przecież mieszkał do końca. Czy Andrzej czuł się winny? Nie wiem i nie sądzę, bo nawet gdyby chciał nie mógł  Kajtkowi w niczym pomóc.. Nasz wielki żal i smutek, gdy trumna z Kajtkiem była składana do ziemi. Łzy same ciekły całej naszej delegacji. Pamiętam, był ksiądz. A wtedy samobójców nie chowano z Księdzem. Może był to wpływ Jego rodziny, ale Ksiądz był stary i jakby dobrze znał Kajtka. Mówił o krótkim życiu które musiało się skończyć. Brzmiało to jakoś dwuznacznie.. Może Kajtek Mu się spowiadał przed śmiercią? . Żal ogromny. Siedzieliśmy z Jego Rodzin przy wspólnym stole. Opowiadaliśmy Im jaki Kajtek był wspaniały. Trudno było coś więcej mówić, bo Jego Rodzice ciągle płakali. Nie pamiętam, czy miał rodzeństwo, ale chyba tak..

NASZ POWRÓT Z POGRZEBU

    Wracaliśmy pociągiem ze Śląska do Poznania nocą. Chyba ze 16 osób w jednym przedziale, Na pewno był Bolek Stawny ze swoją przyszłą Żoną bo pamiętam, jak swoimi butami siedząc na półce, wycierał nogi o moją czuprynę, co  mi absolutnie nie przeszkadzało. Była Mariola Hołoga, nie pamiętam czy Tereska Tulecka, choć były nierozłączne. Może odezwie się ktoś jeszcze którego nie pamiętam?  Przez całe chyba  ze 6 godzin śpiewaliśmy piosenki studenckie. Było nam naprawdę ciężko i trzeba to było jakoś rozładować. To był jakby hymn dla Kajtka. Jak już Jego nie było uczciliśmy Go śpiewem. To był jakby „najweselszy powrót z pogrzebu”. Nie żałuję. Śpiewaliśmy dla Kajtka. Na pewno by sobie tego życzył…                                                    

 

Kajtek mógł być wspaniałym mądrym, współczującym, wykształconym, kompetentnym lekarzem. Chyba nawet rozmawialiśmy o chirurgii, która problemy rozwiązuje radykalnymi cięciami, jak On to opowiadał.

                      Jak  zakończyć? Cześć  Jego pamięci brzmi zbyt banalnie…

 Leszek Milanowski. Birmingham październik 2018. Pół wieku po…