Zamek uniejowski teraz.

Zamek uniejowski teraz

Jednak w 2008 roku gdy dzięki pieniądzom unijnym zaistniały szanse, by wykorzystać odkryte przed laty, nad Wartą cenne źródła termalna i wybudować kompleks basenowo- termalny, podjęto prace rewitalizacyjne zamku. Czasowo więc zamknięto zamek , by otworzyć go w swoim pięknym kształcie, ale z nowoczesnym i funkcjonalnym wnętrzem . Obecnie jest piękny, i jak napisałam mieści się w nim Hotel , restauracja. Pozostała tylko jedna komnata, która wiernie oddaje dawne klimaty. I tylko ona jest pokazywana zwiedzającym.

Ale dla mnie najważniejszy jest zewnętrzny ogląd. Wchodzę na chłodny dziedziniec. Za nim jest kolejny, opasany murami obronnymi zbudowanymi z ogromnych kamieni. Rozglądam się i słyszę gwar głosów z różnych epok, obok mnie przemykają jakieś damy bijąc pokłony  brzuchatym dostojnym upierścienionym  arcybiskupom, miejscowym władcom, władcom dusz i ziemskich dóbr. Cóż za wyśmienita pozycja tych dostojników. Wymyślona dla ludzi, którzy potrzebują wystawnych barwnych szat, i władcy absolutnego. Jak wielu szaraczków próbowało mieć swoje zdanie na ten temat i wkrótce znikali z powierzchni ziemi jednym gestem wypielęgnowanej i obcałowanej dłoni jakiegoś arcybiskupa. Od wieków tak było i jest teraz. Zamykanie ust, tym którzy chcą prawdy i ją głoszą. Iluż było w historii księży takich jak choćby ksiądz Lemański i przeminęło a Kościół się ostał ze swoją powagą i pewnością władzy.

Tak więc stoję ci ja, na tym bardzo spokojnym teraz ale tętniącym podskórnym pulsem starej historii dziedzińcu i odrzucam takie myślenie, jest pięknie i chłodno w niespodziewanie rozpalonym tegorocznym majem świecie dookolnym  i wyszukuję dawne piękne elementy świetnie wkomponowane w całość.

Widać z jaką starannością został odbudowany.

Wzruszam się, gdy widzę linijne ślady po pożarach, wyrysowane na zachowanych starych cegłach.

Widzę te straszliwe wszechogarniające dawne pożary.

Jeszcze wtedy nie było XIX wiecznego parku , który powstał za sprawą żony carskiego generała, więc drzewa pięknie wyrosły.

Pożary były wcześniej . Właśnie wybuchał kolejny. Trzask i swąd i łamanie krokwi i dymy i krzyki mieszkańców zamku a z drugiej strony obojętni i tylko zainteresowani mieszczanie, którzy stoją na swoim brzegu dość wysokim brzegu Warty, bezpiecznie, bo chronieni przez swoją rzekę. 

Pewnie wielu z tych mieszkańców miasteczka Uniejów myślało sobie wtedy – jak dobrze, że płoną te kościelne dobra, wszak zagrabione im, prostym ludziom. I teraz patrzyli  zimnym spokojnym okiem jak snopy iskier zmieszane z jęzorami ognia wznosiły się do nieba. Niebo , jak zwykle obojętne też sobie patrzyło.

Teraz oglądam z czułością te zarysy wypalonych ścian, jednak historia oglądana z perspektywy wielu lat wydaje się łagodniejsza, bliższa i człek jest w stanie zachwycać się a nawet uwielbiać to, co kiedyś było jego utrapieniem….

Tak więc teraz, gdy stoję na tym chłodnym dziedziniec, i ze wzruszeniem oglądam   ślady wypalenia na zamkowych murach, skrupulatnie wypełnione cegłami, zarysy nieistniejących okien, mury kamienne i szklaną nowoczesną galerię na piętrze.

Tutaj stare pięknie uratowane miesza się z nowym, nowoczesnym i też pięknym. Jak dobrze, że został uratowany, że daje ludziom nie tylko wygodę ale i oczom radość

Wpadam w zachwyt i chciałabym tu pozostać i patrzeć oglądać, smakować i przenosić się w dawne czasy. Tak, tutaj jest to możliwe, tylko zmienić kreację na średniowieczny strój…

Pożegnalny spacer po Uniejowie (5)

 

To już ostatni wpis o historii zamku uniejowskiego, więcej nie będę zanudzała tych, którzy się zanudzili 🙂

W kolejnych latach Uniejowski zamek ulega zniszczeniom przez pożary i jest cierpliwie odbudowany.

W latach 1525-1534 odbudowa wiąże się  z dużą modernizacją, co powoduje utratę większości cech gotyckich.

I nadchodzi rok 1655. Fala szwedzka zalewa nasz kraj. Jest to okres, kiedy doszło do jednej z największych dewastacji  kraju.

Jak trudno sobie wyobrazić tych chłodnych Skandynawów w szale  niszczenia, grabienia i zawłaszczania obcych ziem. Co wyzwoliło w nich takie emocje. Pewnie historycy już to wiedzą, ale oczywiście ja nie. Może nadejdzie czas na czytanie opracowań historycznych. I dlatego warto jeszcze żyć…

zamek uniejowski tonie w powodzi szwedzkiej. Mieszkańcy cierpią a może pokornie pochylają głowy i jedynie spełniają swoje obowiązki.

 

I po potopie szwedzkim znowu nadszedł czas odbudowy Polski, Uniejowa i jego zamku.  

Jednak w 1704 roku wkraczają tutaj wojska saskie i dokonują kolejnej dewastacji.

 W głowie mi się kręci od dat, od informacji, istny zamęt…oj biedni my biedni, Polaczki, narażeni na liczne najazdy obcych, przypadkowo grabieni, gdyż położeni na trasach wojennych, pomiędzy sobą skłóceni, walczący o prywatę – tak sobie myślę przy okazji wczytywania się w historię Zamku Uniejowskiego.

W 1736 roku zanotowano kolejne pożary, które go zniszczyły.

W 1745 roku arcybiskup Krzysztof Szembek dokonał częściowej restauracji zamku.

W 1796 roku Zamek Uniejowski został upaństwowiony przez zaborcę pruskiego.

I znowu obrót koła historii

W 1836 roku, gdy upada powstanie styczniowe, carski generał  Aleksander Toll, pochodzący z Estonii wsławia się tym, że rozgramia wojska polskie pod Ostrołęką. W dowód uznania car rosyjski ofiarowuje mu Zamek Uniejowski i tytuł hrabiowski. 

Jednak Uniejów ma  trochę szczęścia w tym nieszczęściu.

Otóż żona tego generała rzuca projekt, by stworzyć wokół zamku park. Ma tyle energii i pieniędzy, że wkrótce powstaje piękny, podziwiany do dziś park krajobrazowy, będący chlubą Uniejowa. I tak to zło, które się stało obraca się w dobro. Niezbadane są prawa historii i boskie ścieżki.

Po 1918 roku zamek przejęli Polacy.

Działało tutaj gimnazjum a później pensjonat.

W  czasie działań wojennych, w 1939 po raz kolejny znacznie zniszczono zamek .

Później mieścił się tutaj magazyn zboża i nawozów.

W latach 1957-67 rozpoczęto prace konserwatorskie, w 1995 otrzymała go Rada Naczelna Zrzeszenia Studentów Polskich, która nie miała odpowiednich środków dla utrzymania tak wielkiego obiektu. Zamek więc powoli, ale systematycznie niszczeje.

Wydaje się, że ostatecznie przegrał walkę z losem.

Pożegnalny spacer po Uniejowie ( 4)

Pożegnalny spacer po Uniejowie.

Ale niedługo potem jest zamek jest ponownie  plądrowany powodu roszczeń majątkowych, prywatnych wojenek- jakże dobrze nam znanych,

W połowie XV wieku zamek gruntownie przebudowano i wzmocniono jego fortyfikacje. Jednak i to nie zapobiegło kolejnemu zawłaszczeniu przez wielkopolskiego szlachciura Wawrzyńca Kośmidera Gruszczyńskiego, który toczył prywatną walkę z arcybiskupem Zbigniewem Oleśnickim o Koźmin.  Wydarzyło się to w 1492 roku.

Już wtedy budowla ta poza tym, że była rezydencją arcybiskupa i pełniła  funkcje obronne ,  zawierała ważne kościelne archiwum i bibliotekę.

To tutaj odbywały się zjazdy duchowieństwa, a w trakcie wojny trzynastoletniej przechowywano  Uniejowie  cenne kosztowności i relikwie.

Pewną  ciekawostką jest zapis, że mieściło się też tutaj więzienie dla innowierców i nieposłusznych księży ale także innych skazanych. Jednym ze świeckich więźniów był znany gdański rzeźbiarz Hans Brandt. W 1485 roku, ten słynny człowiek dostał zlecenie wykonania nagrobka św. Wojciecha dla katedry gnieźnieńskiej. Gdy otrzymał zaliczkę od Zbigniewa Oleśnickiego na tę pracę, po prostu wywiał. Może miał  straszliwe długi czy inne ważne powody, by zniknąć, ale fakt pozostał faktem. Schronił się ów nieszczęśnik lub szczęśnik w Prusach, ale go dopadli, mimo, że w tamtych czasach nie było policji, CBA CBŚ ani …Złapano go i osadzono właśnie w więzieniu Uniejowskiego zamku. W ten sposób został zmuszony do ukończenia dzieła, które nadal możemy oglądać zwiedzając katedrę gnieźnieńską.

 

 

Pożegnalny spacer po Uniejowie (3)

Pożegnalny spacer po Uniejowie (3)

Ale wracam do naszego skryby, pamiętnikarza, kronikarza, czy jak mu tam.

Z jakim zapałem ten  czternastowieczny skryba  skrobał on swoim gęsim  piórem  po pergaminie, że jeszcze  dziś  słyszę to skrzypienie i zgrzyty. Właśnie z mozołem  rejestruje  zniszczenia znajdującej się tutaj dwunastowiecznej drewnianej warowni .

Może opisuje też to, co  się działo w  1331 roku, gdy zawitali w te strony słynni agresorzy, zwani  Krzyżakami.

Może nie on to opisuje, może już inni, jego następcy-  jak  ci  ludzie o stalowych spojrzeniach, i  znanych nam z filmów czarnych krzyżach na płaszczach zakrywających zbroje  z obłudnymi religijnymi hasłami na ustach, wolno zbliżali się do miasteczka. Ludzie już wiedzieli, słyszeli, nasłuchiwali z lękiem jak dudni pod obcymi ziemia, ich ziemia ojczysta. Pewnie  uciekali gdzieś w knieje, by się ukryć , może ginęli pod końskimi kopytami. Niemieccy najeźdźcy zagarniali  nasze  ziemie, zdobywając je ogniem i mieczem. Przeszkadzała im ta polska uniejowska warownia, strzegąca przeprawy przez Wartę. Więc wrzucali tam zapalone głownie i chyba nawet nie oglądając się za siebie, by zobaczyć jak płonie, szli dalej.

Ale w 1333 roku na polskim tronie zasiada 22 letni wówczas Kazimierz Wielki. W 1343 roku zawiera z Krzyżakami rozejm, odzyskuje zajęte przez nich opisane  tereny. Ten projektant  Polski murowanej ma dużą wyobraźnię i zapęd, by marzenia o wielkiej Polsce wcielać w czyn.

Z jego polecenia człowiek nazywany wielkim budowniczym-  arcybiskup Jarosław Bogoria wznosi  murowane warownie broniące dostępu do państwa od północy i północnego wschodu. Poza zamkiem w Łowiczu, Opatówku pod Kaliszem, Łęczycy, Sieradzu, Kole , Uniejów wyznacza ten krąg twierdz granicznych.

Tak więc w założeniu zamek ten  ma  charakter wybitnie militarny.

 

Pożegnalny spacer po Uniejowie.(2)

Mój pożegnalny spacer po Uniejowie.(2)

I oto otwiera się brama parkowa ozdobna, majestatyczna, która wiedzie prosto do parku . Wchodzę.

Przede mną zamek. Stoję przed nim zadumana.

Jest, stoi tutaj od wieków. Pięknie odrestaurowany, teraz proponuje miejsca hotelowe i zaprasza do swojej restauracji z ogromnym tarasem i widokiem na korony starych drzew. Dużo o nim wiadomo. .

Siadam na ławeczce i czytam to co wydrukowałam z netu na temat jego historii. A była bujna i tragiczna. Czasem tylko radosna, optymistyczna. Jak to w historii bywa.

I oczami wyobraźni widzę jak jakiś cierpliwy dłubek historii, szpera w starych dokumentach.  nagle, kichając setnie od unoszącego się kurzu, otwiera księgę. I czyta z przejęciem to co znalazł a czego szukał.

Znaleziony przez niego opis liczy sobie 674 lata bo został sporządzony w 1339 roku przez dziwnie odzianego skrybę, takiego samego człowieka jak on, mającego podobne przypadłości, emocje zainteresowania. Też był historykiem, ale z pasją zapisywania tego, co się dzieje wokół w jego czasach. Ma poczucie misji, a może jest po prostu człowiekiem wynajętym przez króla albo innego władcę i tylko spełnia swój obowiązek, za który mu nawet płacą. Już nie dowiemy co go motywowało. Ale ważne, ze zapisał i przekazał pokoleniom. Oczywiście na marginesie myślę sobie o swojej pasji utrwalania przeszłości i teraźniejszości. Pewnie niektórzy to poczucie misji  nazwą pewną odmianą megalomanii, ale przyznaję się bez bicia do takiego toku myślenia. Chciałabym, by nasi potomkowie zajrzeli kiedyś do moich zapisków , poznali swoich pradziadków czy nawet prapradziadków. Może znaleźli tam swoje geny, może pomoc w rozwiązywaniu swoich problemów, albo tylko pocieszenie. Wszak od wieków ludzie cierpieli, kochali, radowali się i podziwiali przyrodę… Ale czyż nie jest to utopia, takie myślenie. Przecież dookolny świat jest coraz bardziej zapędzony , brakuje czasu na wszystko, jak mówi nasz przyjaciel- profesor Ramotowski- stale żyłem w niedoczasie. Tak, na moich oczach świat się ogromnie zmienia. Młodzi lubią i rozumieją tylko krótkie przekazy, obrazki. Któż by zajmował czytaniem słów czy jakiś opisów.   Tak więc pewnie to co zapisuję pójdzie gdzieś w kąt i zapleśnieje, ale mi wystarczy myślenie optymistyczne, że zapiski moje przetrwają i może jednak  będą czytane. Może znajdzie się chociaż jedna osoba, która się przy nich zatrzyma. A ta jedna osoba to dla mnie 100%. I ta nadzieja wystarcza…

Mój pożegnalny spacer po Uniejowie (1)

Mój pożegnalny spacer uniejowski. (1)

 

Nic dziwnego, że miasteczko o tak bogatej historii czule pielęgnuje swoje zabytki.

I dobrze, że przybywają tam kuracjusze , wycieczkowicze ,wielu cudzoziemców.

Ale na razie liczba przybyszów nie jest znaczna, co cieszyło nas, bo nie lubimy tłumów. Jedynym miejscem, gdzie jest tłoczno, zwłaszcza w weekendy- to wspaniałe termy.

I dlatego, jeśli chcemy spokoju, a jest to możliwe jedźmy tam w dni powszednie.

       Po kilkudniowym pobycie nadeszła pora pożegnania.

Jak codziennie odbywam poranny spacer, odwiedzam ulubione miejsca i oczy napawam widokami.

Jestem więc na Rynku, właściwie to ryneczku, małym, kształtnym, czyściutkim, kolorowym, pełnym ławeczek , gościnnym.

Nad nim czuwa bialutka, wolno stojąca , 25 metrowa neobarokowa wieża kościelna z zegarem, wzniesiona w 1901 roku. Aż dziw, że nie zachowano nazwiska projektanta, a warto było. Wygląda jak zabaweczka, idealnie dopasowana do klimatu okolicznych niewysokich kamieniczek .

Zaglądam do zabytkowego kościoła , bo jest pora porannej mszy. Jedynie w czasie mszy miejscowy proboszcz otwiera kościół. Nie jest to zrozumiałe, bo zaglądają tam turyści i całują klamkę. Ale ten zwyczaj , relikt dawnych czasów, pewnie niedługo się zmieni.

A przecież ten kościół jest uznanym gotyckim zabytkiem.

Budowę prowadzono w latach 1342-1349, konsekrowany został w 1365 roku.

Wchodzę do jego mrocznego wilgotnego zimnego wnętrza. Zadziwiają szerokie nawy, jakby nietypowe dla gotyku. Ale ja się nie znam, jeno komentuję swoje odczucia.

Jeszcze rzut okiem na sarkofag błogosławionego Bogumiła , o którym wiadomo, że koronował króla Bolesława Śmiałego.

Uciekam szczękając zębami z zimna.

Już jest pełne słońce, cieplutko się robi i miło.

Siadam na ławeczce pod fontanną wybijającą swe solankowe wody spod wielkiego głazu i rozsiewająca ciepłą mgiełkę. Wdycham ten zapach, udrażniam wysuszone śluzówki nosa i gardła. Obserwuję grupkę ludzi ubranych w ochronne kamizelki, którzy zbierają śmieci z trawników i starannie zamiatają alejki. Jest rozkosznie …

Ale po chwili się zrywam , bo czekają na mnie jeszcze dwa ulubione miejsca.

Mknę w dół  wąską uliczką , hamuję na kładce, bo konieczny jest rzut oka na ukochaną Wartę dwie strugi solankowe, ciepłe i wonne wydobywające się z imitacji armat XVII wiecznych umieszczonych na brzegu rzeki, a potem na zamek  – piękny i milczący. Tylko rybitwy śmigają i jaskółki i wielkie czarne ptaszyska opuszczają swoje siedziby z dziwnych zagłębień w murze starej ceglanej wieży zamkowej.

Obiecuję sobie, że następnym razem wybiorę się na wycieczkę z przewodnikiem, gdyż w dni weekendowe o 12 oczekuje w oznaczonym miejscu miły pan , fajnie przebrany w pstry strój, pewnie z epoki. Po zebraniu grupki turystów wiedzie on  tę czeredą i pokazuje wdzięki Uniejowa. Może wtedy się dowiem, dlaczego w  ścianie wieży utworzono te regularnie rozmieszczone zagłębienia, jakby celowo wyjęto cegły…

 

Żółta uniejowska fabryka.

Żółta uniejowska fabryka.

 

Po pierwszym spojrzeniu na to niewielkie miasteczko, wielokrotnym przemierzeniu rzeki przez bardzo fajną  kładkę dla pieszych, nagle przenosiliśmy się do innego świata.

 Gdzie stare zmieszane z nowym tworzy specyficzny koktajl, taki słodki kogel mogel, który znam z lat dziecięcych a teraz jest mi zabroniony z powodu problemów z cukrem. Ale to nic, najważniejsze to co było i najważniejsze, że w ogóle było….Otóż ten specyficzny koktajl polega na tym, że  tam, po lewej stronie Warty  rozłożył się  wielki XIX wieczny park, z alejkami dla zakochanych , zamek stareńki, ale ślicznie pofastrygowany i wychuchany na nowo jak pudełeczko, jakieś zabudowanie przyzamkowe nazywane teraz Domem Pracy Twórczej i niedbale wtrącony  jeden bardzo nowoczesny obiekt .

Tym obcym  wtrętem , który jednak dodaje tego kogelmogelowego smaczku całości  są Termy . Wrzucone na brzeg Warty, swoim kolorytem przypominają świeżutkie żółtko. I z powywijanymi rurami, oczkami licznych basenów, i niewielkim stosunkowo obiektem przeszkolonym , wyglądają jak za duża dziecięca zabawka lub żółta fabryka.

 Bo jest to istna fabryka. W wodzie wydobywanej z głębokości ponad 2 km gorącej, bo na tym poziomie, tzn pod poziomem 70 stopniowej, a na powierzchni 36 stopniowej będącej solanką z domieszką siarki krzemu miedzi i śladów radonu taplają się liczni przyjezdni- nibypracownicy tejże fabryki. Są to dzieciska i dorośli dowożeni autobusami w ramach jakiejś wycieczkowej trasy,  mieszkańcy łódzkiego , konińskiego i Bóg jeszcze raczy wiedzieć jakich okolic Polski. Przebrani w robocze dwuczęściowe lub jednoczęściowe uniformy , bez ochronnych czepków- bo nie są potrzebne, a wręcz nawet przeciwwskazane, bo woda ta ma własności leczenia nie tylko zreumatyzowanych kości i stawów, skóry pobrużdżonej zmarszczkami lub innymi spierzchnięciami ale również skóry owłosionej i wreszcie samych czupryn. Gdy wparowałam tam w czepku, od razu pewien starszy pan zwrócił mi uwagę, że źle czynię. Że należy moczyć głowę a włosy uzyskają piękny wygląda ze złocistym połyskiem. Oczywiście popatrzyłam na niego nieufnie, ale po chwili poddałam się tej fali ludzi wesołych, wyluzowanych i wszystko było fajne, przyjazne .

 Zawzięcie więc wszyscy moczą swoje ciała, podstawiają zbolałe części pod podwodne masaże a także zanurzają głowę. Uradowane niemowlaki i takie już nieco wyrośnięte , pływają na plecach lub ramionach ojców lub matek albo na nadmuchiwanych pływakach.

Bez lęku wychodziłam poza obręb krytej części basenowej, na zewnątrz, na wiatr i wielkie wiosenne słońce. Było rozkosznie i ciepło.

Pod wieczór fabryka powoli pustoszała, ale jeszcze do 22 słychać było jak w jej wnętrzu wre praca.

Cudna, wspaniała fabryka  produkująca lśniących wypoczętych ludzi o gładkich skórach i jasnych radosnych spojrzeniach… 

Jednak pomimo poddania się tej radosnej ludzkiej fali , do końca pobytu nie pozbyłam się myślenia, jak bardzo ten nowoczesny obiekt nie współgra z urodą miejsca, klimatem zamkowym i małomiasteczkowym.

Ale wreszcie  zrozumiałam, przyszła do mnie jasność, że to przecież znaki czasu. Te żółte rury fabryczne i basenowe wywijasy to właśnie przyszło nowe.

Tak musi być i jeśli są szanse by zaproponować ludziom coś innego, może nie harmonizującego ze sobą, ale  efekcie pożytecznego, należy tak zmieniać krajobraz.