Opowieści mojej Mamy. Droga do nowej szkoły.

Droga z domu do szkoły wydaje się długa, mimo, że obiektywnie jest to zaledwie około 20 km. Najpierw musi dotrzeć na dworzec kolejowy w Łodygowicach, dużej wsi na obrzeżach Kotliny Żywieckiej, u podnóża Beskidu Małego, oddalonej od Godziszki o 3 km.  Początkowo ojciec dowozi ją na stację wozem, ale jest to dla niego uciążliwe i wkrótce,  gdy już nastaje wiosna, dziewczynka sama brnie do stacji kolejowej. Zawsze niesie swoje dwie kanki z mlekiem.

Jak to możliwe, że tak mała dziewczynka sobie radzi.

Ale to nie są obecne czasy, gdzie dzieci wychowywane są pod kloszem.

Stefka jest dzielna, przecież całkiem niedawno była ze swoją przyrodnią siostrą Kaśką na pielgrzymce do Kalwarii Zebrzydowskiej….

Na medycznej ścieżce. Przygoda doktor Kapuścińskiej.

Jak już napisałam wcześniej na VI roku studiów mieliśmy zajęcia w IV Klinice Chorób Wewnętrznych AM w Warszawie , którą kierował Prof. Z. Askanas uznawany za ojca współczesnej kardiologii.

W tym zespole panował nastrój luzacki, mimo, że sam profesor wydawał się nam dostojny i  poważny. Po zakończeniu porannych obchodów, ustaleniu zleceń i opisaniu stanu pacjentów w ich historiach chorób, nadchodziła pora na niewielką przerwę kawową i wówczas to można było  sobie pozwolić  na pogaduszki.

Spośród wielu dowcipnych i gadatliwych lekarzy zapamiętałam dr. Kapuścińską. Pewnie nie należała do zespołu kardiologów, może była tam tylko na stażach- nie wiem, bo później została profesorem i szefem zakładu radiologii AM.

Opowiadała, że ona i kilka jej przyjaciół z tej kliniki w każdą sobotę  wyjeżdżają  nocnym pociągiem do Zakopanego na narty . Wracają w niedzielę również nocnym pociągiem, a z dworca mają nieomal rzut beretem do pracy. Tak więc w poniedziałek raniutko ze świeżymi siłami, startują do swoich pacjentów.

Nie byłam pewna, czy faktycznie po podróży sławną „ rzeźnią” czyli nocnym pociągiem z Warszawy do Zakopanego i odwrotnie można być wypoczętym, ale opowiadali o tym z taką werwą i radością, że w końcu uwierzyłam.

Jedna historyjka dr Kapuścińskiej pozostała w mojej pamięci. Otóż kiedyś na stoku poczuła nieprzepartą potrzebę fizjologiczną. Nie miała wyjścia, więc wypatrzyła kilka gęstych i niskich smreczków powyżej trasy narciarskiej i tam rozpoczęła żmudne rozpinanie i zdejmowanie kombinezonu. Nie wiem jak wyglądają one teraz , ale w owych czasach stanowiły jednolitą całość i wysiusianie się nawet w dogodnym miejscu wymagało zdjęcia całej góry  co zajmowało sporo czasu. Nasza przemiła dr Kapuścińska dokonała tej sztuki niezwykle sprawnie, oczywiście nie zdejmowała przy tym nart, bo takiej potrzeby nie było ,  po czym nagle straciła grunt pod nogami. I z wielkim wrzaskiem zaczęła gwałtownie zjeżdżać w dół.

 Oczywiście wszyscy  się zatrzymali i myśleli, że trzeba przyjść z pomocą. Ale po chwili ryczeli ze śmiechu, pokładał się cały stok narciarzy. A dr gnała coraz szybciej w dół w przysiadzie  usiłując nawlec na siebie rozwiewające  się połacie kombinezonu . Na dole zaryła się w kopny śnieg i jedynie jej biała pupa wskazywała na miejsce ostatecznej klęski. 

Ale wszyscy byli młodzi, mieli wielkie poczucie humoru i to wydarzenie było przez nich powtarzane wielokrotnie jako świetny przerywnik trudów i niepokojów codziennej pracy….

 

Opowieści mojej Mamy. Michał znajduje lokum dla córki…

Michał wsparty słowami księdza, że jego córka jest zdolna i warto ją nadal kształcić,  podejmuje ostateczną decyzję . Przecież w tej rodzinie nigdy pęd do wiedzy nie był głównym celem życia. Może był i jaki ksiądz w rodzinie, bo to było najwyższym stopniem kariery dziecka wiejskiego,  ale nic o tym nie wiemy.

Późnym sierpniem a może lipcem o mglistym już poranku ojciec Stefki jedzie do Bielska ze świadectwem córki i  błądząc po ulicach Białej odnajduje szkołę, którą polecił mu miejscowy godziszczański ksiądz. Za pazuchą trzyma list polecający od księdza i świadectwo córki. Co przeżywa, nie wiemy. Może jest nawet dumny i szczęśliwy, gdy uzyskuje od kierownika tej szkoły akceptację. Przecież to krok milowy w jego życiu, w życiu tej wioski. Pierwsze wiejskie dziecko z Godziszki ma się  kształcić. To jednak musiało być niezwykłe przeżycie. 

Potem odszukuje adres  pewnej rodziny niemieckiej, których tutaj wielu mieszka. Może  również ksiądz doradzał, może podano ten adres w szkole. Ludzie godzą się , że za niewielką opłatą udzielą małej kąta w swoim wielkim pokoju, gdzie sami śpią.

Na początku września 1917 roku odbywa jeszcze jedną podróż do Bielska, tym razem już swoim wozem. Przywozi wiązkę siana , którą upycha w zgrzebny worek i we wskazanym przez gospodarzy ciemnym kącie układa go na podłodze. Na chwilę zapachniało wsią , świeżym górskim powietrzem, ale po chwili ten upojny zapach pochłonęła wilgoć izby. I siano stało się zwykłym łożem dla córki , zresztą podobnie było w ich domu.

Potem wnosi worek z ziemniakami, które zgodnie z umową ma gotować gospodyni dla Stefki. To ma być podstawowe jadło dla jego dziecka.

Drugim elementem pożywienia ma być mleko. Co tydzień dziewczynka ma wracać do domu. i stamtąd przywozić dwie kanki mleka. Z jednej wypija mleko świeże, w międzyczasie kwaśnieje mleko w drugiej kance i też jest smakowite. Do tego są albo ziemniaki albo czarny suchy chleb, który również przywozi z domu

Opowieści mojej Mamy. Michał podejmuje decyzję , która wpływa na całe życie Stefki- mojej Mamy.

Gdy wracają do domu, tato milczy. Milczy dalej, gdy zasiada do obiadu, a Marianna pyta o powód wezwania go do szkoły.

Michał umie milczeć, swoje problemy rozwiązuje w milczeniu, zwykle namyślając się długo, czasami nawet kilka dni nad wydaniem decyzji. Ale gdy wreszcie przerywa milczenie, to wiadomo, że z nim dyskutować nie wolno i nie warto.

Tak jest i teraz.

Nazajutrz jest niedziela. W takim dniu nie wolno pracować, jedynie oporządzić trzeba zwierzęta domowe.

Po śniadaniu ojciec obwieszcza uroczystym tonem, że zdecydował, że ksiądz go przekonał i jego córka- Stefka pójdzie do miasta, by dalej się kształcić.

Dziewczynka zaszlochała, bo ogarnął ją lęk przed nieznanym. Przecież była raz w mieście z matką i o mało się nie zgubiła na ogromnych ulicach wśród spieszącego gdzieś stale tłumu. Ale ojciec ją zgromił i kategorycznym tonem oznajmił, że nie ma co płakać, że jest zdolna, bo tak powiedział ksiądz i na pewno da sobie rade.

Mama przygarnęła ją , co było niezwykłe , przytuliła a inne dzieci patrzyły na tę scenę z podziwem.

Te starsze , które już rozumiały, może zazdrościły, może nie ale na pewno inaczej popatrzyły na zahukaną młodszą siostrę.

 

Opowieści mojej Mamy. Marzenia Stefy.

W wieku 6 lat Mama rozpoczyna edukację  w miejscowej czteroklasowej szkole w Godziszce. Nauka jej przychodzi łatwo i jest najmilszym zajęciem pod słońcem. Wychodzi w pole z książką i zaczytana,  czasami  zaniedbuje podstawowe obowiązki i nie zauważa, że krowa wchodzi w szkodę. Oczywiście grozi to laniem, więc spłoszona przepędza krowiny na swoją część łąk, ciągnąc opierające się zwierzęta za wielki łańcuch, za duży i za ciężki dla maleńkich dłoni drobnej dziewczynki. Ale działa siłą woli a lęk przed karą dodaje energii. Wie, że nie lubi zajęć w gospodarstwie. Nie lubi prac na polu i w ciemnej dużej  kuchni, gdzie stale parują sagany z jadłem dla wielkiej rodziny a nieopodal nich gary z ziemniakami   dla prosiąt….marzy o nauce, książkach, wielkim świecie i podróżach. Wie, że jest to mało realne, bo w gospodarstwie przydaje się każda para rąk, a jej mama stale unosi wielki brzuch i wydaje na świat kolejne rozwrzeszczane stworzenie.

Gdy czas edukacji w godziszczańskiej szkole dobiega końca, Mama jest coraz bardziej  zamyślona i ponura. Ma już 10 lat i wielkie nierealne marzenia….

Ale któregoś dnia dzieje się coś, co w umyśle dziecka jawi się jak cud. Oto miejscowy ksiądz , który uczy w szkole religii, wzywa ojca na rozmowę. Ojciec odświętnie ubrany idzie długą żwirową drogą wiodąca przez środek wsi, a ona drepcze obok niego. Nie wie o co chodzi, ale czuje powagę chwili. Tata znika w głębi korytarza, a ona siedzi cichutko na podłodze pod oknem i czeka.

Małe serce bije niespokojnie….

Na medycznej ścieżce. Ludzie z kliniki prof. Askanasa….

Jak już wspomniałam , na 6 roku medycyny mieliśmy  zajęcia w IV Klinice Chorób Wewnętrznych AM specjalizującej się w kardiologii . Mieściła się ona w opisanym już kompleksie  pocarskich stajni.

Kierował nią profesor Zdzisław Askanas o urodzie semickiej, posągowej, ale wyczuwało się tam większy luz niż w Klinice prof. Orłowskiego. Nie było popisowych pogromów  asystentów i studenci też czuli się mniej skrępowani. O samym profesorze już napisałam .

Jeszcze mam małe wspomnienie o ówczesnej asystentce a może tylko stażystce profesora- dr Kapuścińskiej, córce dr Benendy.

Wśród ludzi pracujących w tej klinice wyróżniali się panowie Lech Ceremurzyński i Jerzy Kuch. Ich sposób prowadzenia ćwiczeń był niezwykły. Obaj imponowali nam wielką wiedzą , błyskotliwym sposobem jej przekazywania i równocześnie niezwykłym luzem. W naszych oczach byli to prawdziwi pasjonaci  wiedzy w swojej dziedzinie. Zresztą potem obaj zostali profesorami i kierownikami  warszawskich klinik.

Być może zespół był jeszcze ciekawszy przed moim przybyciem do Warszawy, ale został znacznie uszczuplony, gdyż  pracowało tam wielu Żydów, którzy po sławnym marcu 1968 roku byli zmuszeni opuścić Polskę.

Większość z nich zamieszkała w Szwajcarii. …

 

Śladami mojego Taty. Edukacja mojego Taty.

 

Zdjęcie z rodzinnego albumu, podpisane przez Tatę. Tato jest po lewej stronie na górze, zwrócony prawym profilem do obiektywu.

 

Mój Tato od wczesnego dzieciństwa ukochał koleje żelazne. Już o tym pisałam.

Pewnie dlatego wybrał odpowiadający mu kierunek kształcenia. W efekcie ukończył Szkołę Techniczną w Wilnie na kierunku Dróg i Mostów. Na zdjęciu jest grupa absolwentów, a podana data to rok 1930. Brakuje mi informacji, czy wówczas dopiero ukończył tę szkołę, czy było to spotkanie po latach. Może na dalszą edukację w Wilnie zdecydował się po kilku latach od ukończenia szkoły w Rakowie, może rodzice nie mogli podjąć decyzji- wszak był ich ukochanym chucherkiem . Bo nie sądzę, żeby miał problemy w szkole, bo był zbyt pilny, zdolny i ambitny. Ale w końcu nigdy nic nie wiadomo….Już i tak się nie dowiemy….

     Po wojnie zdecydował się pójść na studia zaoczne. Był w tym duży udział mojej Mamy, która pomysł gorąco popierała. Pamiętam Jego wyjazdy do Poznania. Ponieważ miał duże problemy gastryczne, jeszcze poobozowe, nie mógł się stołować w miejscach zbiorowego żywienia, bo dolegliwości bólowe i inne się nasilały. Dlatego Mama przygotowywała mu na te kilka dni delikatną cielęcinkę i peklowała w słoikach, które dla mnie były cudne.

Słoiki owe, jeszcze poniemieckie, miały  wytłaczane napisy na pokrywce, gładką aksamitną w dotyku gumkę i zapięcie na ciekawy zameczek. Podziwiałam kunszt…może obiektywnie niezbyt wyszukany, ale wówczas dla mnie czarujący.

Z tymi słoikami Tato udawał się na dworzec i znikał…..wracał dumny, obwieszczał Mamie, że idzie do przodu.

Aż któregoś dnia przywiózł dyplom inżyniera i wszyscy się cieszyliśmy. Oznaczało to koniec udręki , wspierania , nieobecności Taty w domu oraz możliwość jego awansu w pracy.

Bo On spokojnie wspinał się ścieżką  zawodową w swoim gorzowskim ukochanym Oddziale Drogowym PKP, aż doszedł  do najwyższego w Gorzowie stanowiska Naczelnika tego Oddziału

Na medycznej ścieżce. Profesor Zdzisław Askanas- twórca nowoczesnej kardiologii polskiej.

 

przepraszam za poprzedni podpis- na zdjęciu nie jest to Profesor Zdzisław Askanas ze swoją żoną- adiunktem Kliniki AM( zdjęcie z internetu)- a jego syn- Aleksander z 2006. Podobieństwo z Ojcem niezwykłe. Dziękuję goni za uwagę


Miałam szczęście przypatrywać się pracy prof. Askanasa w czasie naszych studenckich zajęć w jego klinice, tj. IV Klinice Chorób Wewnętrznych  AM. Był zawsze skupiony, spokojny,  poważny , mądry, o przenikliwym spojrzeniu ciemnych migdałowych oczu. Asystentom pozwalał na samodzielne myślenie, i działanie- umiejętnie kierował zespołem. Jako jeden z nielicznych Żydów –lekarzy nie opuścił Polski w 1968 roku…

 

 

Zdzisław Askanas urodził się w 1910 roku w Warszawie. W 1935 roku uzyskał tytuł lekarza

i podjął pracę w II Katedrze i Klinice Chorób Wewnętrznych w Warszawie  kierowanej przez prof. M. Semerau- Siemianowskiego.

We wrześniu  1939 roku  wstąpił do armii- był jednym z bohaterów obrony twierdzy Modlin. Potem ukrywał się ze względu na swoje pochodzenie ale jednak działał w konspiracji pod pseudonimem „ Dąb”, pod koniec wojny organizował szpitale Rady Głównej Opiekuńczej ( RGO).

Po zakończeniu wojny ponownie wstąpił do wojska a potem pracował w departamencie Ministerstwa Zdrowia.

W 1948 do swojej kliniki wrócił jego pierwszy szef- prof. Semerau- Siemianowski i wtedy  Z. Askanas wrócił do pracy klinicznej.

W 1951 roku uzyskał tytuł dr habilitowanego, został docentem i w 1953 roku zajął się organizowaniem miejskiego oddziału chorób wewnętrznych, który wkrótce został podniesiony do rangi IV Kliniki Chorób Wewnętrznych A. M. w Warszawie.

W 1954 roku, otrzymał nominację profesorską.

Został konsultantem krajowym do spraw kardiologii, która dotychczas się rozwijała w ramach interny. Wówczas dzięki jego staraniom powstała Centralna Poradnia Chorób Układu Krążenia ( 1962) a następnie Instytut Kardiologii w warszawskiej Akademii Medycznej, gdzie w 1963 roku zorganizował pierwszy w kraju Ośrodek Intensywnej Opieki Kardiologicznej . Dzięki prowadzeniu szkoleń dla lekarzy z całego kraju, wyrosła ekipa nowoczesnych kardiologów, którzy rozpoczęli pracę w nowopowstających  Ośrodkach . W powstawanie tych Ośrodków i wyposażenie ich w nowoczesny sprzęt profesor  włożył wiele wysiłku i wkrótce w tym czasie w Polsce było ich więcej niż w Austrii a nawet Francji.

Wypracowany został „ polski model” rehabilitacji pozawałowej , później zaakceptowany i propagowany przez Światową Organizację Zdrowia.

Prowadzono nowoczesne badania epidemiologiczne w Płocku, Sochaczewie i Warszawie , które z równolegle biegnącymi badaniami amerykańskimi w Fremingham zapoczątkowały na szeroką skalę kontynuowane do dziś studia Światowej Organizacji Zdrowia nad rozprzestrzenieniem choroby niedokrwiennej serca i nadciśnienia tętniczego w Europie i na świecie.

 Prof. Z. Askanas był ekspertem tej organizacji, opracowywał koncepcje badań w grupach roboczych Światowej Organizacji Zdrowia. Dzięki wprowadzonej przez niego metodzie (uznanej za modelową w badaniach światowych) rejestracji ostrych incydentów wieńcowych wykazano ogromne niebezpieczeństwo tzw. fazy przedszpitalnej zawału serca ( śmiertelność ok. 40%). Dało to początek działaniom prewencyjnym w ostrym zawale serca.

Równolegle pracowały zespoły psychologów, które opracowały swoje  metody terapii prowadzonej równolegle z działaniami ściśle medycznymi . 

W tym zespole wyrastał znany naszej rodzinie Prof. Jan Tylka. Ten góral o niepożytej, zaraźliwej wręcz energii i optymizmie ładował puste akumulatory mojego depresyjnego wtedy męża. Jesteśmy przekonani, że w przypadku Mirka, sukces  jaki odnieśli kardiochirurdzy jest w równej mierze  udziałem zespołu psychologów, którzy potrafili przygotować do tak ciężkiej operacji i pomóc przy  wracaniu do życia” pełną piersią”…chwała im wszystkim….

 

Niestety działalność Profesora Z. Askanasa została brutalnie przerwana przez rozległy udar mózgu , który nastąpił w 1972 roku.

W 1973 roku odszedł od żyjących człowiek, którego nazywa się „ twórcą współczesnej kardiologii polskiej”.

 

Opracowałam na podstawie wspomnień prof. prof. Kraski, Rywika, Żochowskiego.( uczniów profesora Z.Askanasa)

 

 

Śladami mojego Taty. Tato z trzyletnią córeczką- pupilką a ona znudzona i nadąsana.

 

Rok 1950. Spotkanie z obozowym kolegą Taty, panem Moszczyńskim.

 

Od wczesnych dziecięcych lat powtarzałam, że mamusia ma mojego brata- Zenona, a ja jestem tatusia.

Coś w tym było. Czy, jak uważają niektórzy,  przyciąganie płci odmiennej  mimo bliskiego pokrewieństwa czy najzwyklejsze  ciepło mojego ojca, które otrzymał w swoim rodzinnym domu i wyczuwałam je na odległość. Nie wiem.

Na pewno na kolanach taty czułam się bezpiecznie… albo gdy chodziłam z nim za rękę na jakieś spacery… a gdy byłam już nastolatką ujmowałam go pod pachę i szliśmy do gorzowskiego czerwonego kościółka.  Aż nawet któregoś dnia doniesiono mojej Mamie, że jej mąż ma jakąś  młodocianą znajomą.;-(

Działo się to we wczenych latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, wówczas już Mama miała poważne problemy ze stawami i na dalekie wyprawy z nami się nie wybierała.

A moja młodzieńczość wybuchła tak nagle, że ludziska nie identyfikowali szarego „kaczorka” z pannicą w rozkwicie.

I stąd te śmieszne podejrzenia o których napisałam powyżej.

Takie to były czasy….gesty, przytulenia Rodziców odeszły w przeszłość.

„To se nie wrati”- jak mówią Czesi.

Opowieści mojej Mamy. Odcienie gestów.

Nikomu nie mówi, że słyszała rozmowę ojca z wytworną panią, kiedy to  ojciec na propozycję oddania jej do adopcji zdecydowanie odpowiada- nie.

Mama swoje  odkrycie , że jednak jest kochana, ukrywa  głęboko w sercu, opowiada dopiero o tym pod koniec swojego życia córce, która zasłuchana siedzi na podłodze, obok łóżka matki.

Stefania pozostaje nadal nieufna, surowa, nie okazująca nigdy miłości swojej najmłodszej córce a może wszystkim swoim dzieciom. Dobrze, że córka czuje Jej ciepło i wcale nie tęskni za przytuleniem. Też się tego nie nauczyła. Rozumie, że możliwy jest bliski kontakt z mężczyzną . Ale z kobietą? I gdy przytula ją jej przyszła teściowa, dziewczyna odsuwa się zniesmaczona.

Jak długo trwało, zanim zrozumiałam, że przytulenie ma wiele  znaczeń i barw…