Na medycznej ścieżce. Czasy warszawskie się rozpoczynają…

 Na innym wykładzie przysiadła się do mnie kolejna dziewczyna. Była średniego wzrostu,  bardzo pulchna , ale o delikatnej ładnej buzi i bystrych ciemnych oczkach. Zapytała, skąd się wzięłam itd. Opowiedziałam o sobie. Była to Helena Lenkiewicz. W tym czasie była już z Wojtkiem Muszyńskim, z którym zawarła związek małżeński na 6 roku naszych studiów.   Od razu przypadłyśmy sobie do gustu i rozpoczęły się spotkania poza uczelnią. Bywaliśmy u siebie w domach,  w kawiarniach, teatrach. Wspólnie spędzaliśmy noce sylwestrowe. Nie zapomnę drugiego mojego sylwestra w Warszawie . Był to bal  w Urzędzie Rady Ministrów, przy Krakowskim Przedmieściu, gdzie wtedy pracował Paweł, brat Mirka i w związku z tym miał możliwość załatwienia  biletów. Oczywiście był tam też i Paweł ze swoją żoną Grażyną. Już kiedyś opisywałam Grażynę, ale teraz ponownie o niej.  Była to dziewczyna oryginalnej urody o pięknie wykrojonych ciemnych oczach , przypominających oczy madonny ze  starych ikon. Zresztą nadal, mimo upływu lat i ostatnio trudnego życia zachowała tę zadziwiającą urodę, świetną dziewczęcą sylwetkę. Ubiera się w ciuchy młodzieżowe, z wysmakowywanymi dodatkami. Z przyjaciółkami biega na zajęcia Uniwersytetu Trzeciego Wieku, do kin i teatrów. Kilkakrotnie mnie zapraszała, bym uczestniczyła w jej życiu towarzyskim, ale jakoś nie mogłam się zebrać. Pewnie wrodzone lenistwo się  wtedy odzywało;-(

Wracam do tego balu.  W Urzędzie Rady Ministrów  było wytwornie, ale też bardzo zabawowo. Grał  świetny zespół i hasaliśmy tak, jak to tylko młodzi potrafią. W czasie jakiejś przerwy w tańcach, opadliśmy na krzesła konsumując znakomite wiktuały i popijając winko.

 I wtedy Wojtek patrząc rozmarzonym wzrokiem na bardzo pulchną Helenę, którą niedawno poślubił,  rzekł: Tyle tego i wszystko moje. Było to piękne i zapamiętałam na całe życie.

Jednak ich dalsze losy nie potwierdziły znaczenia tych znamiennych słów, bo po wielu małżeńskich latach doszło do ich rozwodu

Śladami mojego Taty. Jeszcze raz o Edwardzie, jedynym synu Michaliny i Bolka. Utrata nadziei.

 

XIX wieczne wnętrze Kaplicy Ostrobramskiej.

 

 

 

Śladami mojego Taty. Jeszcze raz o tragedii Rodziewiczów- pożegnanie jedynego syna.

Któregoś dnia Michalina i Bolek wreszcie sobie uświadomili, że ich gniazdo zostało puste. Zostali sami. Ich dzieciaki wyfrunęły z domu. Dziewczyny wyszły za mąż za chłopaków, których akceptowali rodzice.

Pradziadowie cieszyli się szczęściem córek, ale do pełni zadowolenia  Michaliny i Bolka zabrakło tylko jednego.

Pewnie nigdy nie może być tak, by rodzina była  szczęśliwa bez reszty.

 Dobrze, że mieli dużo dzieci, ale radość zasłaniała jedna mroczna chmura.  Mieli tylko jednego syna. Ileż wiązali z nim nadziei, myśli o jego przyszłości. Był ukochanym, najmłodszym ich dzieckiem.

I wkrótce rozmawiali tylko o  nim, o Edwardzie.

Ale zanim to nastąpiło, musiało upłynąć wiele wody w ich rzeczce. I któregoś dnia wreszcie   pękła bariera ich indywidualnego smutku.

Długo przedtem siadywali  w mroku pokoju i każde błądziło myślami w swoich regionach. Oddalali się od siebie. Może szukali winy w sobie, może w partnerze. Nie wiemy. Ale zawsze tak jest, gdy dzieje się coś czego nie przewidzieli a jest smutne dla wszystkich.

To nie był zwykły smutek, to była ich tragedia. Otóż ich pupilek, oczko w głowie, miły i ciepły łagodny chłopak się zakochał. Byłoby to naturalne i mogłoby ich nawet cieszyć, gdyby wybranką była jakaś dobra dziewczyna. Ale warunkiem by rodzice ją zaakceptowali musiało być jej  pochodzenie.

Musiała być Polką. Musiała pochodzić z polskiej, patriotycznej rodziny, podobnej do ich rodziny, rodziny Rodziewiczów.

Ale serce Edwarda wybrało Rosjankę. W ich umysłach przez tyle lat kształtowała się nienawiść do tej nacji. A był do tego powód, nieomal cała tragiczna historia Polski  była związana z tym mocarstwem. Nigdy nie było dobrych relacji polsko rosyjskich. 

Rosjanie byli zaborcami i nic tego nie mogło zmienić.

Co czuł Edward nie wiemy, zresztą nikt nie wiedział. Pewnie był zaślepiony miłością i nie pamiętał o przykazaniach wyniesionych z domu. Może jego ukochana była nadzwyczajna , jedyna i wierzył, że jego rodzice się do niej przekonają i zaakceptują wybór. Była przecież zwykłą miłą dziewczyną….Ale ja dalece się mylił. Gdy rodzice się o tym wyborze dowiedzieli, rozpoczęły się bardzo trudne dni w ich rodzinie. Nigdy nie przeżywali takich dramatów. Wydawało się , że nigdy się nie zdarzą. Nie wiemy, czy w ogóle doszło do spotkania Rosjanki z Rodziewiczami. Może jednak ją obserwowali  z daleka, może mieli jakieś informacje na temat jej rodziny. Ale jakichkolwiek by nie odkrywali usprawiedliwień, nie mogli zaakceptować tego związku.

Mieli nadzieję, że z czasem chłopak, napotykając taki odpór w rodzicach, zmieni zdanie, że zakochanie wyparuje z jego głowy, że oprzytomnieje i uzna rodzinne patriotyczne zasady. Gdy widzieli, że rozmowy, przekonywania trafiają na mur jego milczenia, postanowili się modlić. Bardziej intensywnie niż zwykle. Pojechali nawet do ich Matki Boskiej, która zawsze pomagała. Do Wilna nie było daleko, ale podróż trwała długo.

Tam, w Ostrej Bramie weszli na klęczkach, tak jak inni pielgrzymi po wysokich schodach na pięterko, gdzie była Kaplica.

Matka Boska jak zwykle miała nieprzeniknioną twarz. Gdy Michalina podniosła oczy z wielką nadzieją, zobaczyła chłód i obojętność w oczach Matki.

I już wiedziała, westchnęła zrezygnowana i ze spuszczoną głową opuściła Kaplicę.

Na dole  czekał Bolek. Jeszcze szybciej niż Michalina zrozumiał, że ich modły nie docierają do dalekiego nieba i że dalsze błagania nie mają sensu.

Wrócili w milczeniu , z rozpaczą w sercach i niestety ostateczną decyzją. …W domu odbyli jeszcze jedną rozmowę z synem. Ale on nie zmienił zdania. Wobec tego oznajmili mu, że rodzinny dom od tej pory będzie dla niego zamknięty. Wyjechał bez słowa. Nigdy nie wrócił . Czy to była tak wielka miłość, czy tylko urażona duma   a może zwykły trochę dziecinny upór. Nie wiemy jakie uczucia w nim dominowały. 

Upór widywałam w łagodnych oczach mojego Taty , może to było rodzinne…..

Opowieści mojej Mamy. Najstarsza córka pierwszej żony dziadka Michała.

Pierwszym wrogiem Marianny jest najstarsza córka umarłej matki, Teresa. W tym czasie zdążyła już wyrosnąć i jest prawie rówieśnicą macochy . Dawno  przejęła władzę w domu, zanim dojrzała do bycia panią domu jej macocha- Marianna. Teresa jest piękna,  ale despotyczna .

 Zresztą po bardzo wielu latach , gdy odwiedzaliśmy ją w czasie pobytu w Godziszce, dom był pachnący czystością,  deski podłogowe  , jak zresztą u wszystkich ciotek , zawsze wymyte do białości ryżową szczotką . Na podłogach leżały ładne długie chodniki  wyplatane z pasków tkanin, i żadne dziecko nie mogło postawić kroku poza ów chodnik. By nie zabrudzić podłogi. Wystarczyło zobaczyć złowrogi wyraz oczu ciotki. Ja jej się po prostu bałam. A cóż dopiero ta młoda jej macocha, Marianna. …

 

Na medycznej ścieżce. Pierwsi znajomi w warszawskiej Akademii Medycznej.

 

Mój pierwszy Sylwester w Warszawie. Jesteśmy w Krokodylu. Od lewej fragment Jolki, Anka Brczak, Maciek W. i my

 

 

 

W 1968 roku rozpoczęłam nowy rozdział życia- małżeństwo i przeniesienie z Poznania do warszawskiej Akademii Medycznej. Właśnie rozpoczął się IV rok studiów , gdy już na pierwszym wykładzie przysiadły się do mnie dwie  koleżanki. Była to skromnie i gładko uczesana Jolka Chmielewska( potem Wanatowicz a potem Zdanowicz) i Baśka Lubaszewska. Wypatrzyły mnie w tłumie ludzi z roku i przygnały by się dowiedzieć, skąd przybyłam i w ogóle kim jestem.

Może wypatrzyły mnie dlatego, bo miałam bardzo ładną sukienkę.

O sukience muszę teraz napisać, bo była tego warta. Proszę wybaczyć tę dygresję.

A było to tak. Gdy wyszłam za mąż, Mama uznała, że powinnam posiadać jeszcze jakieś ciuchy poza ciemnozieloną koszulą frotte. Jak już pisałam wcześniej zupełnie nie dbałam o stroje. I teraz Mama postanowiła trochę mnie odziać.  Mieliśmy wówczas znajomą, panią Gorską, która prowadziła sklep z dewocjonaliami  w Gorzowie przy ul. Hawelańskiej.   Mama uczyła jej synów, którzy chyba teraz są stomatologami w Gorzowie. Ta pani miała rodzinę w Szwecji i często tam wyjeżdżała. Kiedyś Mama poprosiła panią Gorską o przywiezienie stamtąd jakiegoś materiału i ew gotowego ciuszka.  Wówczas to otrzymałam dwie garsonki, które uszyła krawcowa gorzowska pani Szczepańska oraz sukienkę ze świetlistoszarej  wełnianej dzianiny . Była prosta, a w poprzek w okolicy biustu  miała stonowany , ale barwny szeroki  wzór, nazywany kiedyś norweskim. Ta sukienka była naprawdę bardzo ładna i nic dziwnego, że przyciągała moje koleżanki.

Znajomość a w pewnych okresach nawet przyjaźń z Jolką przetrwała do tej pory. Mirek bardzo polubił Jolkę a nawet jej ówczesnego narzeczonego Maćka W.    

Potem  dołączyła do nas para z naszego roku-  Anka Brczak i Igor Polański.  Anka miała urodę Japoneczki i cerę jak najwyższej klasy porcelana. Igor był niski, rudowłosy z brodą rudą także i wydawał się przybyszem z innych stron. Byli pięknie zakochani , pobrali się po studiach i przetrwali w tym związku do tej pory. Zostali ginekologami, mają dwóch synów. Kontaktu z nimi nie mam i nie poszukuję. Byli epizodyczną znajomością na mojej drodze.

Jednak w roku 1968, 1969 w tym towarzystwie spędzaliśmy z Mirkiem sporo fajnych chwil.

Na załączonym zdjęciu od strony lewej niewielki fragment Jolki, Anka, Maciek i my.

Jest to nasz pierwszy sylwester w tym gronie, a mój pierwszy w Warszawie. Urzędujemy w piwnicy Krokodyla, lokalu na Rynku Starego Miasta . 

Młodość i uroda aż bije z tego zdjęcia.

Oczywiście oceniam nas z perspektywy minionych ponad 40 latJ.

Przecież wtedy tak się nie myślało o sobie, wszystko było fajne ale przyjmowaliśmy naszą młodość w sposób naturalny,  nie zastanawiając się nad  tym jedynym, niepowtarzalnym okresem w życiu…..dopiero teraz przyszła świadomość, że  już wszystko” przeminęło z wiatrem”…

 

Śladami mojego Taty. Pusty dom Michaliny i Bolka.

 

Michalina i Bolek , moi pradziadkowie zostali sami.  Córki już  wyszły za mąż , dom był spokojny i cichy. Bolek nadal pracował  jako organista , a żona zajmowała się pracami domowymi i samodzielnie prowadziła  zajęcia z rakowskimi dziećmi.

Minęło  wiele lat od przyjazdu Michaliny do Rakowa, a dzieciaki stale odwiedzały ich dom. Tam właściwie było centrum kulturalne miasteczka.

Codziennie, przez wiele godzin dzieciaki i a nawet podrostki  szyły lalki do teatrzyku kukiełkowego, malowały cudne akwarele . Czasami schodziły na dół do bawialni, i tam  Michalina grała na fortepianie, a dzieci śpiewały.

Wieczorami  do ich domu schodzili się starsi. Bolek prenumerował czasopisma warszawskie, wileńskie i lwowskie. I lubił czytać na głos. Sąsiedzi siedzieli cichutko jak myszy. Nikt nie palił, nawet pić napojów alkoholowych im się nie chciało. Wszyscy słuchali wieści z kraju. Otwierał się przed nimi świat. Ale zawsze czekali na koniec wieczoru. Wtedy Bolek docierał do ostatniej strony a tam drukowano powieści w odcinkach.

Najbardziej lubili fragmenty powieści Sienkiewicza, właśnie wtedy ukazujące się w czasopismach…

Opowieści mojej Mamy. Marianna w obcym domu.

 

Grzbiet Skalitego- góry obok Godziszki

 

Po ślubie Michał zabiera swoją nową żonę- Mariannę do  Godziszki, do swojej wielkiej chałupy ze sczerniałych bali modrzewiowych gdzie nieufnie patrzą  na nią niechętne dziecięce oczy.

Pewnie długo czują urazę , nie rozumieją , że ich matka już nie wróci . Ale wiedzą i czują jedno – ta obca młoda kobieta   nigdy nie będzie dla ich mamą.

 Marianna bardzo się stara, by dać tym osieroconym dzieciom ciepło. Opiekuje się mężem. Codziennie pierze mu białe płócienne koszule i starannie je prasuje. Bo chłop beskidzkiej ziemi , gdy idzie w pole musi mieć świeżą białą koszulę.

Rozkłada na trawie właśnie wypraną  pościel, by deszcz i wiatr ją jeszcze bardziej wybielił. 

Na pewno cała wieś ją obserwuje ocenia i komentuje , bo tak tam  mają.

Sama się przekonałam, jak dalece ta  ciekawość mieszkańców wsi  przeżyła wszystkie dziejowe kataklizmy i jest pierwotnie aktualna.

 

Z bibliotecznej półki…” Kwiaty śliwy w złotym wazonie” powieść zaliczana do klasyki chińskiej literatury

W bibliotece michałowickiej na regale z literaturą chińską, znalazłam dość obszerną książkę ( 766 stron) wydaną w Polsce w 1994 roku, z zapowiedzią na obwolucie „ Klasyczne dzieło literatury chińskiej XVI wieku”. Ponieważ czekały mnie dni spędzane nad Bugiem, skąd do biblioteki lub jakiejkolwiek księgarni daleko, a książka „dobrze się mieściła w dłoni”, zafundowałam sobie fajne wakacyjne czytanie. Pod pojęciem” dobrze się mieściła w dłoni” rozumiem niewytłumaczalne uczucie, którego doznaję, gdy biorę książkę, która potem okazuje się dla mnie ważna. Fluidy, czy co?

Tak więc po wyjeździe 4 letniego wnuka- Wiktorka, który okazał się całkowitym pochłaniaczem mojego czasu, nie licząc oczywiście moich porannych samotnych wypadów do lasu, zabrałam się do lektury.

Gdy w domku zapanowała cisza, rozłożyłam się na kanapie i otworzyłam wypożyczoną książkę pt ”  Kwiaty śliwy w złotym wazonie”.  Czyta się świetnie. To niewątpliwe. Ten doskonały styl to pewnie  także zasługa bardzo zręcznych tłumaczy. Wielki ukłon w ich stronę!!!

Ponadto poradzili sobie z mnóstwem określeń dotyczących nazewnictwa narządów i aktów płciowych , umiejętnie stopniując ich odcienie wulgarności oraz najdelikatniej jak tylko można odmalowywali zachowania kochanków.  

Mimo oporów, które rodziły się we mnie od początku czytania, przyzwyczaiłam się do niezliczonych i detalicznych opisów scen erotycznych . Jest ich bardzo dużo, a jak wiadomo wszystko w nadmiarze  powszednieje i staje się jakby chlebem powszednim. Tak więc zobojętniałam na te wrażenia.

To tyle na wstępie. Jeśli ktoś jest odważny, niech czyta, niech smakuje a na pewno będzie szczęśliwy jak ja,  gdy odkryje, jak mnie się udało,  urodę  tej książki.

Jak piszą tłumacze- Irena Sławińska-Hu Peifang i Jerzy Chociłowski „ Kwiaty śliwy…” to powieść rzeka. Liczy ona w oryginale sto rozdziałów co stanowiłoby w tłumaczeniu ok. półtora tysiąca stron i dwieście rycin. Do polskiego  tłumaczenia wybrano jedynie część dzieła, jednak tłumacze marzą o  pełnym wydaniu całości. Podobno tak było z „ Księgą tysiąca i jednej nocy”. Oba dzieła wymagały przygotowania gruntu polskiego odbiorcy.  To dzieło chińskie, o którym piszę, wymaga przygotowania polskiego czytelnika nie tylko z powodu kontrowersyjnych treści, ale licznych dygresji, modłów  buddyjskich i taoistycznych , poezji , wstawek filozoficznych , prawnych, historycznych religijnych etc.

Powieść „ Kwiaty śliwy…” należy obok „ Dziejów trzech królestw”, „ Opowieści znad brzegów rzek” oraz „ Wędrówki na Zachód”   do klasycznych utworów chińskiego średniowiecza. Wymienione trzy dzieła są znane każdemu Chińczykowi, nawet w wersji dla analfabetów. Ale z  „ Kwiatami śliwy…”było inaczej. Od początku była traktowana w Chinach jako owoc zakazany. Prze ponad 400 lat wzbudzała namiętne spory, sprzeczne opinie, a nawet obrosła legendami.

Do dzisiaj nie wiadomo, kto jest autorem dzieła.

Na ten temat powstało ze dwadzieścia teorii mniej lub bardziej prawdopodobnych.

Jedna z nich jest najciekawsza i najbardziej znana. Wg niej książka wyszła spod pędzla Wang Szy- czena , który należał do najbardziej  znamienitych pisarzy z czasów Mingów. Ciekawy jest jego życiorys, który rzuca światło na zrozumienie tej powieści. Otóż  ojciec pisarza został zgładzony niewinnie w wyniku intrygi pewnego cesarskiego ministra. Wang bardzo cierpiał z tego powodu i poprzysiągł zemstę.  Wkrótce nadarzyła się okazja, bo ów minister zapytał pisarza , czy nie ma dla niego jakiejś ciekawej książki. Ten  przytaknął , chociaż  właściwie  żadnej nowej swojej książki nie miał . Szybko więc wrócił do domu i zaczął pisać. Gdy skończył, zaniósł ją ministrowi. Ale ponieważ wiedział, że ten czytając odwraca kartki śliniąc uprzednio palec , posmarował narożniki stronic trucizną. Powieść okazała się tak pasjonująca, że minister czytał ją do rana i wtedy poczuł, że drętwieje mu język i zmarł po przeczytaniu ostatniego rozdziału.

Za autorstwem Wanga świadczyć może też fakt, że mimo usytuowania akcji powieści w XII wieku, treść wyraźnie odnosi się do połowy XVI wieku i współczesnej pisarzowi dynastii Mingów. Nazwisko głównego  bohatera , Si-men oznacza „ Zachodnią bramę”. Właśnie przy  ulicy o takiej nazwie w Pekinie mieszkał ów znienawidzony przez pisarza minister. Powszechnie było wiadomo, że pławił się on w rozpuście i uwielbiał wyuzdane zachowania erotyczne. Tak więc zemsta pisarza polegała nie tylko na uśmierceniu tego ministra ale również ujawnienie jego prawdziwego oblicza.

Przyjmuje się, że książka powstała w okresie pomiędzy rokiem  1522-1566.

„ Kwiaty śliwy…” otworzyły w literaturze chińskiej epokę realistycznej powieści współczesnej.

Powieść ta wzburzyła opinie publiczną w Chinach. Wśród głównych zarzutów stawiano sprośności językowe i opisy scen erotycznych posuniętych  do ostatnich granic. Mimo tego, utwór był chętnie czytany, krążył w odpisach wśród uczonych, pisarzy i artystów- którzy uważali, że jest arcydziełem. Sława jej sięgnęła Japonii i Europy, gdzie wkrótce była bardziej znana niż w Chinach. Jest porównywana z „Dekameronem” Boccaccia.

W wielkim skrócie jest to historia życia młodego bardzo zamożnego Chińczyka, zajmującego się handlem ale i polityką. Przewodniczy on bandzie próżniaków i hulaków, posiada prawowitą żonę, pięć konkubin i stale nowe kochanki łącznie z pracownicami domu uciech.

Kolejne rozdziały, to szczegółowe do przesady opisy jego wyczynów erotomana sadysty.

Jeśli w ogólnym znużeniu tym tematem przymknie się oko na owe opisy, pozostaje znakomity obraz  ówczesnego społeczeństwa, gdzie powszechne jest przekupstwo, oszustwa i cyniczne wykorzystywanie władzy.

Tak też uczyniłam czytając tę książkę.

I dlatego pozostała we mnie jako pięknie i bardzo obrazowo opowiedziana karta z historii Chin, mam pod powiekami obrazy niezwykłych kobiecych kreacji oraz na języku smak spożywanych przez bohaterów wyśmienitych , oryginalnych dań.

Jest to książka naprawdę warta przeczytania…

Śladami mojego Taty. Życie Staśki i Tomasza.

 

 

To zdjęcie moich Dziadków jest sztywne i grube, ma kolor sepii….

 

I  rozpoczęło się wspólne życie moich przyszłych dziadków, Staśki z domu Rodziewicz i Tomasza Łukaszewicza.

Staśka zajmowała się domem, a Tomasz prowadził przetwórnię serów, zastępując swojego ojca w rozprowadzaniu wyrobów.

Rodziły się kolejne dzieci.

Staśka była drobną dziewczyną, niewysoką , szczupłą ale kształtną. Doskonale znosiła trudy ciąż , porody i wszystkie uroki macierzyństwa. Miała dużo pokarmu, więc dzieci rosły jak na drożdżach i były pulchne jak małe amorki.

Najstarszy syn, Witold, urodził się w 1898 roku. O nim i jego rodzinie już pisałam poprzednio. Potem urodziły się dwie  córki- Antośka i Bronia.

 Kolejnym dzieckiem był Wacław. Urodził się 14 czerwca  1908 roku. W odróżnieniu od swojego rodzeństwa, był dzieckiem dość mizernym. Wzrost osiągnął  średniowysoki , przez całe życie był szczupły, ale ruchliwy i sprawny nieomal do końca życia .

Znałam go dość dobrze, bo był moim Tatą.

 

Opowieści mojej Mamy. Ślub Marianny i Michała.

Weselisko Michała Jakubca i Marianny odbyło się w jej rodzinnej wsi- Radziechowy. Dziewczyna wypłakała już oczy za swoim ukochanym i biernie poddawała się obrzędom ślubnym z obcym, starszym i starganym życiem wdowcem.

Jeszcze do niej nie docierało, że będzie musiała dźwigać bagaż obowiązków żony, gospodyni domowej i ciężko pracować na polu i w obejściu.

Nie zdawała sobie sprawy, jak trudne będą jej relacje z dziećmi męża, z których najstarsza córka- Tereska była  nieomal jej równolatką.

Może to i dobrze, że człek nie zawsze wie co go czeka, wówczas żyje bez lęku i stale ma nadzieję…

 

Na medycznej ścieżce. Tacy byliśmy w tamtych latach…

Bardzo często, a ostatnio właściwie stale występują trudności z wprowadzaniem zdjęć do blogu. Piszę i piszę w tej sprawie do redakcji portalu WP, ale efektu nie ma. Trudno, trzeba się z tym pogodzić, a szkoda, bo zdjęć dużo…jakimś cudem udało mi się wrzucić to zdjęcie. Wkleił je mój Tato do nowego rodzinnego albumu, który teraz zbrązowiał ze starości….napis na dole, którego nie umiałam usunąć  dotyczy anonsu prasowego o obronie mojej pracy doktorskiej, który Tato fantazyjnie wkleił poniżej. Obrona miała miejsce w 1991 roku, a nasz ślub 1. czerwca 1968. Boże , jak te lata lecą…..

 

 

 

 

Dzisiaj udało się wrzucić jeszcze to zdjęcie. Po ślubie. Przytulenie.  Moja Mama miała wtedy 61 lat, czyli 4 lata mniej niż ja teraz……