Śladami mojego Taty. Ślub pierworodnej córki i niepowtarzalny koncert organowy w wykonaniu Bolka

Śladami mojego Taty. Weselisko Staśki i Tomasza

Czas szybko pędził. Ani się obejrzeli, gdy już za kilka dni miał się odbyć ślub Stanisławy i Tomasza. Byli zakochani i piękni.

Rodzice udzielili im swojego błogosławieństwa. Rozpierała ich duma i radość. Do kościoła było niedaleko, więc młodzi podążyli tam na czele orszaku wolnym wystudiowanym krokiem . Kiedy wielki wąż rakowian zniknął w czeluściach kościoła, z chóru runęła muzyka . To Bolek, ojciec panny młodej wyczarowywał najpiękniej jak umiał różne wariacje na tematy weselne. To był jeden z najpiękniejszych koncertów mojego pradziadka. Został zapamiętany i przechowywany w opowieściach rodzinnych.

Uroczystość przebiegała swoim tempem, spokojnie zbliżał się ostatni akord. Nastąpiło przypieczętowanie związku małżeńskiego.

Gdy tak stali przed ołtarzem, moi przyszli dziadkowie,  młodzi, uduchowieni , w pięknych kreacjach, na pewno nie myśleli o przyszłości, nie lękali się . Pewnie tak jak wszyscy nowożeńcy  cieszyli się chwilą, swoim szczęściem i wyobrażali sobie, że życie jest bajką.

Ich piękna bajka właśnie  się rozpoczęła….

Na medycznej ścieżce. Klimaty moich lat 1968- 1971

 I w październiku 1968 roku rozpoczęłam zajęcia w warszawskiej Akademii Medycznej. Tutaj wszystko było nowe i inne w porównaniu z Poznaniem. Byłam już kobietą zamężną, więc i zmieniło się moje postrzeganie świata.

Czułam na sobie ciężar odpowiedzialności za kuchnię i takie inne zajęcia. Jednym słowem postrzegałam świat z pozycji matrony. Oczywiście było to śmieszne i dziecinne, zwłaszcza gdy o tym myślę z perspektywy czasu.

Na szczęście Mirek zachował zwykłą swobodę, luz . On wyciągał mnie z  domu do teatru, kina, spotkania koleżeńskie , podczas gdy ja byłam skłonna przesiadywać w domu, tzn naszej żoliborskiej kawalerce i pilnować domowego ogniska.

Lubiłam wieczorne łazęgi po mieście, które wyglądało wtedy zupełnie inaczej, odświętnie i piękniej i miało niepowtarzalny zapach. Tak, Warszawa dla mnie wtedy miała zapach – inny niż gdzie indziej, szczególny, przyjemny i tak ją zapamiętałam z tamtych czasów.  

Czasami odnajduję zapach tego miasta z tamtych lat i wtedy na sercu jakoś cieplej….

 

Opowieści mojej Mamy. Dziadek Marianny opowiadał…

Marianna mieszkała od urodzenia w dużej wsi Radziechowy. Tutaj znała wszystkich, miała koleżanki i dość niechętnie pomagała matce w domu i na polu.

W zimowe wieczory cała rodzina przesiadywała w jednej izbie. Matka cerowała odzienie i dziergała na drutach ciepłe swetry .

Marianna szyła sobie nowe spódnice , ale gdy dziadek zaczynał opowiadać, jej robótka  spadała na kolana a dziewczyna nieruchomiała zasłuchana. Uwielbiała te opowieści. Wprawdzie dziadek się powtarzał, ale stale lubiła jego wspomnienia. Wiedziała, że ich wieś jest bardzo stara, najstarsza na ziemi żywieckiej . Już  wtedy miała około 500 lat. Najważniejsze wydarzenie, które miało tutaj miejsce, to było gromadne podążenie dorosłych chłopów- górali na pomoc Jasnej Górze . Szwedzi zalewali kraj i zagrożona była Matka Boska. I udało się, dziadek opowiadał ze szczegółami jak wyglądała obrona klasztoru. Pewnie opowieść przekazał mu jego pradziad, który szedł w pierwszej linii grupy górali żywieckich. Niedługo  potem  Szwedzi w odwecie wymordowali prawie wszystkich mieszkańców.  

Jednak rodzina Marianny ocalała, gdyż mieszkali na skraju wsi, pomiędzy licznymi tutaj wąwozami , pod wielkim lasem i zdążyli ratować się ucieczką w góry. Cudem się uratowali. Gdy po wielu dniach schodzili z gór, okazało się , że tak samo postąpiło jeszcze kilka rodzin. Wrócili do swojej wsi i rozpoczęli ją odbudowywać liżąc rany otrzymane od Szwedów i lecząc choroby, których się nabawili siedząc w ukryciu  zimnych i  mokrych lasów swoich gór.

Dziadek był dumny z tego, że górale tak odpowiedzialnie stanęli murem za swoją ojczyzną i za Matką Boską Częstochowską.

Marianna w ten sposób uczyła się patriotyzmu i wiedziała że jest Polką. Mimo tego, że ojczyzna w jej czasach była zniewolona.

Moja babcia- Marianna urodziła się około 1890 roku , gdyż  jej pierwsze dziecko przyszło na świat gdy miała 17 lat. A był to 14 kwiecień 1907 roku.  Tym dzieckiem była to moja Mama- Stefania ….

Pewnie ja już nigdy nie dotrę ale może któreś z moich dzieci lub wnucząt odnajdzie w  ksiągach parafialnych w Radziechowach ślady chrztu Marianny i jej ślubu  z Michałem Jakubcem. Może tak, a może nie . I pozostanie tylko ta opowieść….

Śladami mojego Taty. Planowanie weseliska.

Późnym wieczorem rodzinka Łukaszewiczów opuściła domek Rodziewiczów w doskonałych nastrojach. Oświadczyny Tomasza Łukaszewicza zostały przyjęte.

Od tego czasu w domu Michaliny i Bolka Rodziewiczów zapanował nastrój iście świąteczny.  Teraz wszystko miało się zmienić. Wydanie za mąż najstarszej córki, to chwila przełomowa dla rodziców i dla rodzeństwa. Przygotowania trwały długo. Starannie obmyślano strój weselny dla Staśki, mojej przyszłej Babci,  i planowano całą ceremonię i przyjęcie weselne.

 

Opowieści mojej Mamy. Przed ślubem z Marianną

 

W ciągu kilku godzin pobytu Michała Jakubca we wsi Radziechowy,  rodzice Marianny zgodzili się oddać mu swoją młodziutką córkę oraz omówiono szczegóły wesela a co najważniejsze zasady finansowe. Przecież to małżeństwo było właściwie kontraktem . Co czuła Marianna, nikogo nie interesowało. To, że bogaty wdowiec był dużo starszy i miał pięć córek nie było ważne. Liczyło się to, że stanowił on dobrą partię dla dziewczyny.

A ona pięknie wystrojona była mu pokazywana jak lalka na odpuście.

Michał wraca do Godziszki, do swojej chałupy pełnej dzieciarni.  Ma trochę czasu na samotne rozmyślania. Musi przebyć ok 20 km, droga jest trudna. Pokonuje  wysokie wzniesienia , ostre zakręty a najgorzej jest , gdy czasami bryczka niebezpiecznie przechyla się na jeden bok. Nie mieści się ona na wąskiej drodze i koła z jednej strony unoszą się  wysoko na strome bardzo wysoko uniesione pobocze  . Tutaj często się zdarzają takie wąskie , głębokie drogi, gdyż zwykle na ich dnie płyną niewielkie strumyki, które w czasie ulewnych dni niebezpiecznie przybierają, pogłębiając koryto drogi.

Gdy konie z trudem utrzymuje równowagę , Michał rozmyśla, wyobrażając sobie dalsze życie. Może jest zadowolony , że wreszcie podjął decyzję i jego życie będzie łatwiejsze. Może ma wątpliwości.  

Ale po swojemu, po chłopsku , po góralsku przecina takie myśli, teraz patrzy w niebo, czy pogoda dopisze, czy będzie mógł wyjść w pole. Sianokosy już blisko.

Pewnie wtedy właśnie zbliżały się  pierwsze sianokosy , bo pierwsze dziecko z tego nowego małżeństwa- moja Matka urodziła się w kwietniu roku 1907.

W rojnej chałupie dzieciska garną się do niego.

Tylko dlaczego najstarsza córka jego i zmarłej żony, Teresa, siedzi w kącie i  ma takie złe oczy.

Śladami mojego Taty. Po zaręczynach- plany.

Gdy oficjalna część zaręczyn Staśki i Tomasza, moich przyszłych dziadków dobiegła końca,  zapanowała luźna atmosfera. Przy naleweczkach i przekąszaniu smakowitych dań obiadowych   rozpoczęto omawianie daty, szczegółów ślubu i planów dotyczących zamieszkania.

Łukaszewiczowie proponowali , by młodzi zamieszkali w ich domu, który był obszerny i właściwie pusty, bo inne ich dzieci mieszkały już na swoim. Zapewniali też, że dom jest właściwie dwudzielny, ma osobne dwa wejścia i młodzi mogą zachować tam swoją odrębność

Opowieści mojej Mamy. Powrót do tematu.

 

 

Babia Góra. Widok z Godziszki- wsi rodzinnej Mamy.

 

Rozpisałam się o rodzinie mojego Taty, celowo zostawiając dalszą opowieść o Mamie, by doprowadzić obie opowieści do tego samego punktu w czasie.

Dziękuję goni, że pilnuje moich tekstów i nie waha się wyrażać swoje zdanie krytyczne. Zawsze uwzględnię Jej uwagi, bo jest znakomitym moim „ rednaczem”, tj. redaktorem naczelnym (*-*)

A teraz wracam do opowieści o rodzinie Mamy.

W poprzednich wpisach było o śmierci ukochanej pierwszej żony mojego Dziadka Michała Jakubca, osieroceniu gromadki dzieci i ponownym ożenku z młodą dziewczyną- Marianną , która go nie kochała.

Wszystko to się dzieje w surowej scenerii gór. Nasze rodzinne Beskidy może nie są tak groźne jak Tatry, ale rysują się na niebie jeszcze bardziej tajemniczo. Obnażone kamienne zbocza Tatr od razu ustawiają przybysza w pozycji pełnej podziwu ale i lęku.

Beskidy są z pozoru łagodne i przyjazne. Dla niewtajemniczonych ich szlaki wydają się łatwe i dostępne właściwie na wyciągnięcie ręki. Nic bardziej złudnego. Otóż dopiero  w miarę wnikania w ich zbocza, odkrywają się kolejne wielkie przestrzenie leśne , czasem podobne do siebie. I wtedy to, co wydało się bliskie i przyjazne, zaledwie rękę wyciągnąć , jest w gruncie rzeczy pułapką. Łatwo zabłądzić w lasach, pomylić skałki, strony świata, ścieżki i czasem nawet zakończyć życie. Tak było z grupą młodzieży na Pilsku , zresztą przykłady można by mnożyć.

I w takich górach wyrośli moi pradziadowie, dziedzicząc ich naturę. Twarze ich szerokie, pozornie szczere, z reguły okraszone łagodnym, czasem bezradnym uśmiechem. Ale w gruncie rzeczy zamknięte,  głęboko ukrywające uczucia. A uczucia tam ostre, skrajne i czasami okrutne.

Ten rys charakterów opracowałam na podstawie obserwacji licznych członków rodziny mojej Mamy.

I tak charaktery pokolenia moich przodków kształtowały góry, wielkie zrywne wiatry nazywane tutaj wiatrami od Orawy w odróżnieniu od zakopiańskiego halnego a także gleba gliniasto kamienista, którą musieli z uporem wielkim uprawiać, by wyrosło na niej to, co pozwalało przeżyć.

Na medycznej ścieżce. Kajtek i los

Nasz kolega z roku , Kajtek był niezapomnianym animatorem naszych dusz.

Ten chłopak uosabiał samą radość życia, temperament i aktywność.

Ukończył studia medyczne z bardzo dobrym wynikiem.

Wkrótce potem zmarł z powodu guza mózgu.

Losie, okrutny losie, dlaczego ….

 

Śladami Mojego Taty. Oświadczyny Tomasza Łukaszewicza Stanisławie Rodziewicz.

Gdy młodzi doszli do porozumienia , wyznali sobie miłość i chęć spędzenia dalszej części życia razem, Staśka opowiedziała o tym rodzicom.

Michalina i Bolek byli wzruszeni. Wszak miał się rozpocząć nowy etap w ich życiu. Dzieci rozwinęły skrzydła i wkrótce miały  opuścić dom rodzinny.

Rodzice Tomasza uznali że należy się wreszcie spotkać i oficjalnie prosić o rękę panny. Młodzi zaaranżowali spotkanie, ustalono datę zaręczyn i zaproszono Łukaszewiczów do domu organisty.

W ustalonym dniu, od rana w domu  Rodziewiczów panował świąteczny nastrój . W kuchni przygotowywano specjalne potrawy, by poczęstować gości.

Pannice , siostry Staśki ganiały po domu , a gdy wpadały do kuchni, Michalina przepędzała je stamtąd ścierką, by nie dotykały do gorących garnków i nie zanurzały paluchów w słodkich sosach. Staśka chodziła z wyniosłą miną. Wszak była pierwszą córką, do której przyjeżdża oficjalnie kawaler.

Niebawem zakołatano do drzwi i Bolek pomaszerował by otworzyć . Michalina oczekiwała w salonie. Obok Staśki tłoczyły się wystrojone w kokardy młodsze siostry. Staśka już poznała wcześniej rodziców Tomasza, wiedziała, że ją polubili. Byli to dobrzy ludzie, zachowywali się naturalnie i byli chętni do rozmów.  

Nie musieli się sobie wzajemnie przedstawiać, bo Raków był małym miasteczkiem i wszyscy się dobrze znali. Po przywitaniach,  zaproszono gości, by się ulokowali  na kanapach i fotelach. Po chwili luźnej rozmowy, wstał ojciec Tomasza i w imieniu swoim, żony i syna oznajmił, że ich syn i Staśka marzą o połączeniu się węzłem małżeńskim. Pytał, czy jej rodzice wyrażają zgodę. Po jej uzyskaniu, wystąpił Tomasz , przyklęknął przed przyszłymi teściami  i prosił  o rękę ich córki. Oni ze wzruszeniem odpowiedzieli pozytywnie i wtedy Tomasz podszedł do ukochanej i powtórzył głęboki ukłon .

Z kieszeni świetnie skrojonego fraka, wyjął ozdobne puzderko , otworzył i wręczył Staśce . Ona ujrzała ulokowany tam piękny pierścionek  ze szmaragdem w otoczeniu małych brylancików. Oczy jej zabłysły. Lubiła ładne przedmioty. Oczywiście skwapliwie przyjęła prezent i od razu nałożyła sobie na palec. Siostry znieruchomiały i widać było po ich minach, że zazdroszczą, podziwiają i od razu nabierają szacunku do najstarszej .

 

Na medycznej ścieżce. Balet…

Do Teatru- Opery z reguły chodziłam sama. To właśnie w tych czasach poznańskich, od 1965 roku pokochałam balet.

Właściwie chyba u podstawy tego zachwytu było to, to od wczesnego dzieciństwa sama byłam ruchliwa. Dzięki dużej powierzchni naszego mieszkania, mogłam wykonywać mostki, świece, fikołki i stanie na rękach. A także tańczyć, a raczej pląsać. Dopiero w okolicy klasy maturalnej, rodzice zorientowali się, że nie umiem naprawdę tańczyć. I wtedy mój Tato, który był znakomitym tancerzem prosił mnie do tańca i uczył tanecznych kroków.

Może więc moje umiłowanie baletu wzięło się stamtąd, z tych dziecięcych czasów. Uszanowanie dla ciała, podziw dla jego piękna, zachwyt nad panowaniem nad nim- te elementy do tej pory powodują, że ze wszystkich przedstawień operowych najchętniej wybieram balet i smakuję, rozkoszując się nieustannie….

W okresie  poznańskim na deskach opery rodził się Polski Teatr Tańca. Tworzył go Conrad Drzewiecki. Był on wspaniałym , pełnym ekspresji tancerzem znakomitym pedagogiem i organizatorem. Wśród zespołu wyróżniała się jego asystentka, dość masywnie zbudowana dziewczyna- Teresa Kujawa. Gdy przeczytałam niedawno, że poznański Teatr Tańca umiera, zrobiło mi się smutno. Żal, gdy odchodzą wielcy ludzie, idee i nasze piękne czasy…..po prostu żal….