Rozmyślania po lekturze książki Orhana Pamuka „ Muzeum Niewinności”

Nie wiem, czy tę książką mogą zachwycić się młodzi, których świat pędzi nie zostawiając miejsca na refleksje.

Nie wiem, czy jest to książka dla młodych. Moja córka- Ewa nie przebrnęła przez ten tekst, nie przeczytała do końca. Ale może jest to związane z jej temperamentem a nie wiekiem, nie wiem.

Dla mnie Pamuk w swoim „Stambule” a teraz przeczytanej właśnie pozycji „ Muzeum niewinności” jest znakomity.  Uwielbiam jego sposób narracji. Powolny, refleksyjny, nasycony uczuciami i bardzo obrazowy.

Człowiek z bogatej Stambulskiej rodziny, Kemal, nagle zakochuje się w swojej pięknej  ubogiej krewnej. Jest ekspedientką w sklepie i dziewczyną o wielkiej urodzie ale zwykłej a nawet prostackiej osobowości. Zauroczenie, które dotyka tych młodych jest ogromne, wirujące seksem i wzajemnym zachwytem.

Jednak równocześnie  Kemal kontynuuje  rozpoczęty swój plan życiowy, zaręczając się z panną Sibel,  kobietą z jego środowiska, nowoczesną i wyluzowaną.

Młody człowiek nawet nie myśli o zmianie decyzji, przecież jeszcze jest czas, by się wycofać. Ale on poddaje się nurtowi wydarzeń, jest unoszony jak pudełko zapałek na fali ukochanego Bosforu.

Oczywiście konsekwencją takich zachowań jest zerwanie kontaktów z ukochaną a także po długich perturbacjach z narzeczoną.

Zostaje sam z dręczącymi go  myślami o swojej nagłej miłości.

Pielęgnuje wspomnienia jej ciała, spotkań i powoli zaczyna zbierać wszelkie przedmioty mające związek z dziewczyną.

Po latach ponownie się spotykają w innej rzeczywistości i żyją obok siebie. Spędzają wiele czasu w jej domu . Kemal syci się rodzinną atmosferą i cieszy, gdy może dotykać ramieniem ramienia ukochanej.

Powoli zbiory pamiątek po ukochanej rosną. Kemal przechowuje je starannie , liczy poszczególne elementy , a każdy  ma związek z jakąś przeżytą wspólnie sytuacją.

     Po nagłej zmianie w jego życiu, wędruje po świecie i zwiedza liczne muzea związane z ludźmi, którzy odeszli. Wymienia te najciekawsze i powoli realizuje plan stworzenia takiego muzeum w Stambule. Muzeum pamiątek po jego miłości. Nazywa je Muzeum Niewinności.

      Jak dobrze, myślę, że nie jest mu dane wspólne małżeńskie życie i obserwowanie jak starzeje się to najpiękniejsze dla niego ciało.

 

Książka ta jest klimatyczna. Ponieważ bohaterowie uwielbiają raki, anyżówkę i dużo jej piją , więc cała opowieść przypomina pijackie , trochę rozwlekłe ale niezwykle emocjonalne opowieści.

Miłość a może jedynie marzenie o niej, szybuje poza wszelkimi konwenansami i ustalonymi rygorami. Ta miłość żyje swoim życiem. Jest dla mnie piękna i niezwykła. Chociaż kosmicznie odległa od normalnego prostego życia.

I dlatego mnie, zwykłego zjadacza chleba ,  fascynuje, zachwyca .

No i na koniec o autorze, Orhanie Pamuku. Od urodzenia mieszka w Turcji, w Stambule. Kocha to miasto, kraj i ludzi. Jest tacy jak oni——W usta Kemala, swojego bohatera z którym się utożsamia wkłada znamienne słowa :

   ” Nie ma potrzeby , bym dalej opisywał marzenia, które rozkwitały w moim umyśle niczym wydzielające narkotyczne opary kwiaty, gdyż jak większość tureckich mężczyzn, żyjących w moim świecie …zamiast starać się dowiedzieć, co myśli kobieta , którą kochałem do szaleństwa, poznać jej marzenia ograniczałem się jedynie do snucia własnych marzeń na jej temat”…..

W tle powieści znajdujemy miejsca dla autora  piękne, naznaczone wydarzeniami życia codziennego.

W wyobraźni wędruję z tymi ludźmi, sycę się atmosferą miejsc i krajobrazu. Czy jest to możliwe w rzeczywistości. Zastanawiam się. Może tak i może kiedyś z tą książką w dłoni powędruję wysokim brzegiem nad wodami Bosforu.

Uwielbiam pisanie tego noblisty….

 

 

Nie ma jak przyjaciele.

 

Wszystko splata się wg jakiegoś centralnego niebieskiego planu.

Im dłużej żyję, tym coraz częściej dochodzę do takiego wniosku.

No na przykład mój powrót do Gorzowa. Niespodziewany, wcale nie upragniony. Przypadkowy nieomal.

Wedzia ( czyli wnuczka Weronika) namówiła mnie by zakupić laptop, potem łącze internetowe, a następnie  zapisała mnie do Naszej Klasy. Ot, była taka moda, ja na emeryturze, więcej wolnego czasu. Czasu bardzo cennego, bo przeznaczonego wyłącznie dla siebie. Przez całe moje dość intensywne życie nie miałam takiej okazji i teraz cieszyłam się tym własnym, wolnym czasem jak dziecko pierwszą zabawką.

Gdy już się znalazłam w portalu Nasza Klasa pomyślałam do dawnych kolegach. Oczywiście poszukiwania rozpoczęłam od czasów licealnych, gorzowskich. Znalazłam kilka osób, napisałam maile. Odpowiedzieli.

I czułam , jak powoli wsysa mnie moja przeszłość. Ożywa , pulsuje i wzywa do konfrontacji. Konfrontacji tego co zapamiętałam, z rzeczywistością .

 

I właśnie dlatego przed czterema laty, po 40 latach nieobecności,  wróciłam do Gorzowa .  Spotkanie z kolegami ze szkolnej ławy było miłe, ale zresztą tak, jak w czasach szkolnych, co mnie stale zadziwia- ludzie których kiedyś lubiłam nadal byli bliżej niż ci, którzy kiedyś byli obojętni. Jednak z nikim nie znalazłam wspólnych, interesujących i porywających mnie tematów.

I wówczas  dowiedziałam się, że istnieje portal społecznościowy o nazwie Moje Miasto Gorzów( MM Gorzów). Na fali uruchomionych wspomnień i obudzonej z wieloletniego uśpienia  sympatii do tego miasta rozpoczęłam pisaninię do tego portalu. 

W tym też czasie zauważyłam grupkę znakomitych ludzi, których artykuły i komentarze wyróżniały się na tle innych.

Po nitce do kłębka, dążąc z dwóch przeciwległych stron- ja z okolic podwarszawskich a Oni z mojego Gorzowa, spotkaliśmy się na tej drodze. I okazało się, że  znajomość była trafiona, poważna i trwała . A nawet mogę powiedzieć, że posiada cechy przyjaźni.

Teraz nasze MM- kowe relacje trochę się rozluźniły, zresztą nasz portal zmienił swój charakter. Ale cóż się na świecie nie zmienia, panta rei….

Z większością nowych znajomych nie mam stałych kontaktów , ale wiem, że gdzieś są w świecie, działają w swoich blogach, innych portalach.

Ale o nich czasami myślę i odnoszę wrażenie, że wystarczy telefon lub mail i znowu mogę być z nimi blisko.

Najważniejszą Znajomością z tego okresu jest gonia. Pewnie jeszcze nieraz będę o niej wspominała, bo jest wspaniałym przewodnikiem – nie tylko prezesem klubu turystycznego  o melodyjnej i ciepłej nazwie „ Nasza Chata” ale też wielkim znawcą naszego wspólnego miasta- Gorzowa. Tak więc przy okazji moich powrotów do tego miejsca urodzenia, na pewno będzie o goni.

Dziewczyna to poważna , aktywna i niestrudzona w znoszeniu moich wahań nastrojów i stawiania mnie do pionuJ

Jestem Jej za to bardzo wdzięczna.

Jednym z wyrazów tego stawiania mnie do pionu jest przysyłanie mi zdjęć z Gorzowa , z cudnej bujnej przyrody podgorzowskiego krajobrazu oraz zdjęć mojej ulicy, pobliskiego najpiękniejszego na świecie wzgórza oraz  domu, w którym mieszkałam.

W ogrodzie michałowickim rośnie gorzowski kasztanek i lipka wyhodowane przez gonię i przez nią przytransportowane.

A także posiadam ekspozycję kamieni brukowych mojego starego Gorzowa, zbieranych przez tę niewielką Dziewczynę do plecaka i również dostarczonych do naszego domu. W ten sposób spędzam czas wśród fragmentów mojego miasta i nie mogę o nim zapomnieć co nie pozwala mi wpadać w mazowiecki marazm.

Oczywiście wszystkich zapraszam do oglądania tej ekspozycji i wspólnej zadumy nad tematem dowolnym….

 

Tak więc po tym przydługim wstępie pragnę zaprezentować ważne cechy mojej bliskiej Koleżanki.

O Jej szybkości i skuteczności działania  świadczą zamieszczone pod tym wpisem zdjęcia.

Otóż po przeczytaniu mojej opowieści o siostrze Babci- Oli i gorzowskim domu jej dzieci, tego samego dnia pognała na odległą od Jej miejsca zamieszkania ulicę i ów dom obfotografowała, nawet przez dziurę w parkanie.

 

Więc mogę teraz wrzucić tutaj za zgodą autorki te prawie gorące zdjęcia .

Miałam  jedynie pewne wątpliwości, do jakiego rozdziału przydzielić ten wpis i zdjęcia.

Ale ostatecznie zdecydowałam, że gorzowskie klimaty znajdą się w rozdziale zatytułowanym „ Powroty”

Może kiedyś moje wnuki i bliscy oraz dalecy znajomi zajrzą do tego miasta, bo naprawdę warto …..

Jeszcze raz dziękuję goni za chęci, wysiłek i ostateczny efekt – bliskie mi zdjęcia …..oto one

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Gorzów ( dawny Landsberg). Skrzyżowanie ulic Drzymały i Borowskiego. Dom poniemiecki a potem siostry mojej Babci- Oli Drzewieckiej, jej córki i zięcia- Maryni i Władka Nowickich Obecnie mieszka tam Władeczek Heyda- prawnuk mojej ciocio- babci.

Śladami mojego Taty. Władeczek.

 Ależ się rozczuliłam, rozpisałam. Wróciły wszystkie wspomnienia gorzowskie, wspomnienia lat dziecięcych i wczesnej młodości.

I dlatego snuję jeszcze uzupełnienie opowieści na temat tej gałęzi Rodziny . Rodziny Siostry mojej Babci, Oli Drzewieckiej .

Dzięki temu, że rozpoczęłam pisanie blogu, nawiązałam przerwane  kontakty z tą gałęzią rodziny. Gdy zadzwoniłam do Jadzi Heydowej, z domu Nowickiej, bardzo się ucieszyła. Ja też byłam wzruszona, bo minęło już wiele lat, od czasu, gdy  Jadzia odwiedzała nas w Warszawie.

Wpadała czasem do nas, na Żoliborz, raczej z uwagi na moich Rodziców, bo jak teraz opowiadała, bardzo lubiła i ceniła moją Mamę. Mama też dużo opowiadała o Jadzi i jej losach. Zawsze z sympatią i dość niezwykłym dla Niej ciepłem , bo  Mama znana była  z surowego sposobu bycia.

 Jadzia była młodziutką dziewczyną, kiedy urodziła synka,  Władeczka. Potem wróciła na studia i w czasie ich trwania urodziła córkę. Razem z mężem, Zbyszkiem dzielnie opiekowali się dziećmi i równocześnie studiowali. Zostali architektami.  Mama ich podziwiała i dawała za przykład . Czasami w trudnych dla mnie chwilach, gdy ja decydowałam się na posiadanie  dzieci w czasie studiów, myślałam o Jadzi i Zbyszku. Oni dali radę, więc i ja podołam. I takie magiczne myślenie bardzo mi pomagało.

Teraz cieszę się, że mam kontakt telefoniczny  z Jadzią. Z mężem Zbyszkiem oraz córką z rodziną mieszkają w Łodzi.

Niedawno zadzwonił do mnie Ich Syn , Władeczek.  Ten telefon sprawił mi wielką przyjemność.

Pogadaliśmy o dawnych czasach .  Powiedział, że w dzieciństwie mnie bardzo lubił i czuł się wyróżniony, gdy grałam z nim w piłkę. Byłam od niego ze trzy lata  starsza i  wtedy już byłam pannicą. Wspomniał też, że  zapamiętał moje występy” pianistyczne” w czasie wspólnych rodzinnych uroczystości.  Podobno wtedy mnie bardzo podziwiał.

Ja z kolei odpowiedziałam mu,  że  uwielbiałam i zachwycałam się jego grą na pianinie.   Obiecaliśmy sobie spotkanie.

Mam nadzieję, że do spotkania  dojdzie , bo mam jeszcze takie małe marzenie.

Oczywiście jest związane z Władeczkiem.  Otóż tenże chłopak , gdy był jeszcze dzieciakiem,  siadał przy pianinie  i odtwarzał znane melodie a także improwizował. Ja byłam na etapie nauki muzyki prywatnie i grałam poprawnie, ale tylko z nut.

Potem nasze drogi się rozeszły, wyjechałam na studia i opuściłam Gorzów. Dochodziły tylko do nas wieści, że Władeczek został muzykiem. Wyjechał do Skandynawii, najdłużej pracował w Norwegii.

Teraz jego mama- Jadzia, opowiadała, że dzięki niemu zwiedzili detalicznie całą Skandynawię.

Władeczek mieszka od urodzenia w Gorzowie, w opisanym przeze mnie pięknym starym domu rodzinnym, chociaż tak naprawdę poniemieckim.

Gdy 4 lata temu odwiedziłam Gorzów po 40 latach nieobecności ,  oglądałam ten dom z nabożeństwem i ubolewałam, że już nie mam rodziny w mieście.

Ale  nie wpadł mi do głowy  pomysł, by zadzwonić do drzwi. Pewnie  był zbyt prosty …

Władeczek powiedział, że powinnam wtedy zadzwonić do tych  drzwi,…. Zobaczyłabym stare znajome kąty. Opowiadał mi z dumą i czułością, że niczego tam nie zmienił, wszystko jest takie jak było. Może kiedyś się wybiorę do Gorzowa, może nie. Ale jeśli tak, na pewno zechcę wejść do tego domu…

Teraz Władeczek  pracuje dorywczo we Władysławowie. Prowadzi budowę jakiś hoteli, wykorzystując swoje wykształcenie budowlane.

Obiecaliśmy sobie spotkanie.

A ja czekam na moment, gdy Władeczek usiądzie przy fortepianie i zagra….zamknę oczy i zobaczę dawne nasze domy, rodziny, spotkania uroczyste, może zaśpiewa piękny żeński duet dumkę na dwa głosy.

Wiem, że to nierealne, bo czasy i ludzie odchodzą bezpowrotnie.

Pytałam Jadzię, czy jeszcze śpiewa, ale odpowiedziała, że mając nieomal 80 lat wydaje dźwięki zbliżone do piania koguta. Może tak mówi przez skromność albo przebija jej słynne poczucie humoru.  Może nie jest to prawda. Pożyjemy , zobaczymy…..

Jeśli dojdzie do naszego spotkania, na pewno  opowiem …..

Śladami mojego Taty. Panny Rodziewiczówny…Ola

Wkrótce moja przyszła Babcia- Stasia miała już trzy siostry.

Manię ( potem Grynkiewicz), Aleksandrę ( potem Drzewiecką) i Walerię ( potem Dzierżyńską).

 Stasia i Ola były  niskie i drobne ale kształtne jak ich  matka-  Michalina , a Walerka i Mania po ojcu , wysokie i smukłe .

Tutaj już działa moja pamięć. Wszystkie te ciotko- babcie dobrze zapamiętałam. Bywały w naszym gorzowskim domu.

Po II wojnie światowej Ola Drzewiecka była już wdową, mieszkała w Gorzowie w willi na skrzyżowaniu ulicy Drzymały i obecnej Borowskiego( wtedy KRN) z córką- Marynią Nowicką, jej mężem, Władysławem  i  wnuczką- Jadzią.

Mam  w oczach utrwalony od czasów mojego gorzowskiego dzieciństwa ten dom o miłej architekturze .Nieopodal wznosiło się jedno z pięknych gorzowskich wzgórz, z poniemieckimi instalacjami rekreacyjnymi.

Dom był bardzo ładny i świetlisty. Zbudowany na planie kwadratu , pięknie się rozkładał i przechodził w duży ogród. Miejscem tego przejścia była wielka przeszklona weranda. W ogrodzie kwitły dorodne drzewa i stały różnobarwne ule wujka.

Wejście zaplanowano szerokie, na wysoki parter prowadziły wygodne  schody .

Tam rozpościerał się duży hall.  Z niego po stronie lewej wchodziło się  do kuchni, wielgaśnej, za dużej jak na mnie, wówczas małą dziewczynkę. Na wprost schodów  było wejście do pokoju ciocio-babci Oli. Po prawej stronie  wejście do dużego salonu z dużym stołem w miejscu centralnym, kredensami i czarnym magicznym pianinem na przeciwległej ścianie od wejścia. Po lewej stronie otwierały się bardzo szerokie dwuskrzydłowe przesuwane , ozdobnie przeszklone  drzwi do kolejnego pokoju. Z tego salonu wchodziło się na obszerną werandę i stamtąd do ogrodu.

Po domu człapała wiekowa już wtedy ciocio- babcia Ola. Miała zwykle dość ponurą i  surową minę, Trochę  się jej bałam , zwykle na wszelki wypadek omijałam szerokim łukiem i na pewno nigdy nie zamieniłam z nią ani jednego  słowa. Ale Jadzia, jej wnuczka mówi, że była dobra i kochana.

Córka ciocio- babci Oli, Marynia Nowicka była jak ona  niewysoka i bardzo bardzo okrągła. Toczyła się po domu żwawo z nieodłączną przepaską- zrolowaną chustką z wiszącymi długimi końcami-  na głowie.

Gdy wtaczała się do naszego gorzowskiego mieszkania, razem z nią wpadał tuman wesołości. Jeszcze w przedpokoju rozpoczynała opowiadanie kawałów, z których sama się serdecznie zaśmiewała, śmiechem tak zaraźliwym, że po chwili wszyscy konaliśmy ze śmiechu, nie zawsze łapiąc sens opowiadanego kawału.

Jej mąż- Władysław, o zawsze wesołej twarzy, chyba nie pogardzał smakowitymi nalewkami , niezmiennie towarzyszył żonie , chociaż czasami gdzieś sam biegał po Gorzowie, bo był działaczem, nie bardzo wiem w jakiej dziedzinie. Muszę zapytać o to przyjaciółkę gorzowską Bajkę, bo ona pracowała z ciocią Marynią. Wujek zajmował się pszczołami i czasami widywałam go w siatce na głowie i przyrządem do wytwarzania dymu, gdy urzędował wśród roju pszczół. Dobrze poznałam ” smak ” kontaktu z tym milutki owadem, więc nigdy się nie zbliżałam do tej części ogrodu, a bohaterstwo wujka budziło mój podziw i wielki szacunek. 

Wnuczka siostry mojej Babci- Oli Drzewieckiej,  Jadzia po mężu Heydowa  nie odstawała poczuciem humoru i tryskającą radością oraz miłym bardzo uśmiechem na co dzień od swojej mamy.

Może mieli jakieś kłopoty, pewnie mieli, jak zresztą wszyscy, ale ja jako dziecko odczuwałam w  nich i w ich domu tylko dobrą aurę.

Marynia i jej córka Jadzia, miały jeszcze jedną wspólną cechę, dla mnie niezwykłą. Otóż obie posiadały przepiękny głosy, cudnie ze sobą harmonizujące i w dodatku lubiły śpiewać.

I zawsze czekałam na ten moment. Gdy siedzieliśmy przy stole w naszym mieszkaniu przy ul. Orląt Lwowskich, w czasie jakiejkolwiek uroczystości rodzinnej nadchodził ten moment, najważniejszy i najpiękniejszy.

Proszono obie panie, by zaśpiewały.

 One z chęcią przystawały na tę prośbę, sadowiły się obok siebie, przytulały i  zaczynały….. zamykałam oczy i słuchałam. Dwa głosy ich pieśni płynęły i wstrzymywałam oddech, by zaczarować tę chwilę, by nie uciekła….. nie uciekła, bo żyje w mojej pamięci. Dopóki żyję, żyje ta pamięć.

A może kiedyś ktoś zajrzy do moich zapisków blogowych i wyobrazi sobie tamte czasy i tamtych ludzi…..

 

Śladami mojego Taty. Rodzinka Rodziewiczów się powiększa.

O  Staśce, mojej przyszłej Babci ( Mamie Taty) pisałam już wcześniej. Była najstarszą córką Michaliny i Bolka Rodziewiczów. Urodziła się w 1874 roku.

I wtedy nad domem Rodziewiczów wstało cudne słońce, a po deszczu pojawiła się tęcza. Może tak było, może nie, ale na pewno to wydarzenie dla młodych rodziców i dla nas, teraz żyjących , było niezwykłe i przełomowe.  ;-(

Tak więc, na pewno wtedy wstało  słońce i po deszczu na niebie  pojawiała się tęcza

Staśka niewiele odrosła od ziemi , gdy pojawiły się na świecie kolejne rozwrzeszczane stworzenia.

Były to dziewczynki.  Kochali je jednakowo, mimo, że niektóre z nich  miały naturę wyciszoną i  łagodną a niektóre wojowniczą i rogatą .

Już stało się regułą, że przy każdym porodzie uczestniczył Bolek i z niezmienną troskliwością zajmował się jak umiał, swoją ukochaną Michaliną. Ona po każdym porodzie rozkwitała, przybywało jej tłuszczyku na brzuchu, ale to się bardzo podobało jej mężowi. Była niewielka, miękka i bardzo bardzo ciepła.

Nadal zajmowała się dzieciakami z miasteczka, prowadząc miniprzedszkole oraz zajęcia teatralne dla dzieci starszych.

Umiejętnie dzieliła swój czas pomiędzy cudze i własne dzieci. Zresztą jej własne maluchy bardzo chętnie przebywały na stryszku, niańczone przez starszaki  sąsiadów. Tak więc korzyść była obopólna.

Mijały lata w Rakowie, Bolek i Michalina wiedzieli, że to są piękne lata ich szczęścia. Mimo młodości, doceniali fakt, że stanowią dobrą i wesołą rodzinkę.

Ostatni spacer po Lwowie.

 

 

Łazimy po wąskich uliczkach, niektórych stromo wspinających się na zbocza wzgórz. Musimy uważać, bo wprawdzie wszędzie są chodniki, ale przejście na drugą stronę ulicy bywa niebezpieczne. Zwłaszcza, gdy się uwierzy, że niedzielne życie mieszkańców Lwowa płynie leniwie. Środkiem jezdni czasami przejeżdża czerwony tramwaj albo trolejbus, przemykają samochody osobowe. Rozpoznajemy wśród nich i prastare Łady czy Zaporożce, ale dużo jest nowych, dorównujących jakością innym, poruszającym się w miastach Europejskich.

 Idziemy cienistą stroną ulicy, pod ścianami pięknych wysokich kamienic. Jak już pisałam wcześniej, czasami mam wrażenie, że jestem w Gorzowie lub Bielsku Białej. Styl i wystrój kamienic jest podobny, wszak to były w XIX wieku dwa nieomal bliźniacze zabory- Niemiecki i Austriacki. Część kamienic  ma nieco zniszczone elewacje, ale zostały ślady dawnej świetności, czasami tylko wydaje się, że spadnie nam na głowę balkon, z cudną metalową balustradą, na którym stoi grupka młodych rozbawionych ludzi.

Ponownie oglądamy pałace, uczelnie i tonące w zieleni kampusy. Jeszcze rzut oka na śnieżne zbocze Cmentarza Orląt Lwowskich.

I obiad w restauracji, nowej, ładnej i czystej. Jedzenie podano tam smakowite. Oczywiście odwiedziliśmy wc- nie powstydziłby się tego wnętrza wc paryski.

I już w autobusie, drzemiąc, leniwie obserwujemy znikający w tle Lwów, miasto na siedmiu zielonych wzgórzach, kolorowe, pięknie zdobione. Pomiędzy koronami drzew błysnęła jeszcze komunijna biel cmentarza Orląt Lwowskich . 

Zostawiamy to miasto, z uczuciem, że jest jak matka, trochę zapomniana, porzucona, ale własna.

Ubrana w swoje stare koronki ( to takie moje porównanie koronkowych poszarzałych miejscami elewacji) , czeka na nasz ponowny przyjazd.

 

 

 

Cmentarz Orląt Lwowskich

 

Orlęta Lwowskie. Cmentarz.

Ukraiński haft krzyżykowy.

 

 

Gdy zobaczyłam chorągwie w cerkwii Lwowskiej, a na nich haft krzyżykowy, doznałam rozczulenia serca. Odezwały się we mnie najpiękniejsze i najczulsze wspomnienia opowieści mojej Mamy. Miałam wtedy niewiele lat, siadywałam na podłodze przy łóżku często chorującej Mamy, w naszej złocistej poniemieckiej gorzowskiej sypialni i słuchałam. Mama lubiła opowiadać. Jej opowieści były barwne i zawsze miały wyraźny początek i ciekawe zakończenie.

Teraz został przywołany obraz dwóch młodziutkich nauczycielek, które rzucił los na Wileńszczyznę. Były tutaj samotne, więc wieczory spędzały w swoim maleńkim pokoiku i przy chybotliwym świetle dziergały sobie coś tam. Mama pochodziła z Beskidzkiej wsi, ukończyła seminarium nauczycielskie w Bielsku- Białej a koleżanka była Ukrainką. Mama uczyła ją ściegów, które poznała do zakonnic- Niemek, które prowadziły jej seminarium. Ale Ukrainka odkryła przed Mamą zupełnie nowy, barwny i piękny świat haftów krzyżykowych.

Koleżanka nauczyła Mamę  tej sztuki, i potem w gorzowskim domu rodzinnym mieliśmy sporo serwetek tak zdobionych.

Gdy miałam może 3-4 lata, krawcowa uszyła mi płaszczyk z białego sukna, który Mama obszyła z przodu dwoma pasmami tkaniny z wyhaftowanym krzyżykowym barwnym wzorem.  Całość była przepiękna, płaszczyk bardzo lubiłam . Nie był zapinany, ale miał dwa splecione kolorowe sznureczki, zakończone niewielkimi pomponikami.

I gdy teraz  tak stałam  przed chorągwią w tej lwowskiej cerkwi, przed oczami przesuwały  mi się obrazy z młodości mojej Mamy i z mojego dzieciństwa, zamglone już ale bardzo bliskie sercu i ciepłe.

Po powrocie ze Lwowa , zajrzałam do Wikipedii. I znalazłam nieco informacji nt tego haftu.

Ma on na Ukrainie zadziwiająco długą historię .

Otóż już Herodot, opisując najazd Dariusza w 513 r. p. n.e. na ludy trackie i dackie, , mieszkające na terenie dzisiejszych Bałkanów oraz Zach. Ukrainy, wspomniał o niezwykłych ozdobach stroju tych ludów. Opisał jak wygląda ów haft krzyżykowy.

W trakcie wykopalisk prowadzonych na terenie dzisiejszej Ukrainy, znaleziono haftowane stroje z I wieku n. e., ozdabiane właśnie takim haftem.

Inne wczesne przykłady  haftów, obejmujących motywy bogini przedchrześcijańskiej, takiej jak bogini Berehynia

Na XI wiecznych freskach i miniaturach w Soborze Mądrości Bożej w Kijowie, też znajdujemy ten element zdobienia szat.

Współczesne rękodzieła hafciarskie  wykazują wyraźne podobieństwo do lokalnego haftu tworzonego przez wieki.

Na Ukrainie, w XIX wieku, haftowanie było codziennym zajęciem mieszkańców.

Dekorowano nim stroje, tkaniny oraz domy i kościoły. Ozdobione haftem przedmioty , takie jak ręczniki, mają znaczenie symboliczne w wielu ceremoniach  i rytuałach na Ukrainie.

Haft wg wierzeń ludowych wiązał się z wierzeniami , mitami i przesądami, w tym również dotyczącymi ochrony przed złymi mocami jak również  płodności.

Teraz gdy pomyślę-  Lwów- mam przed oczami zdjęcia , które tutaj zamieściłam  –  chorągiew ze lwowskiej cerkwi z pięknymi krzyżykami oraz dzieciaki pląsające pod cerkwią z bliżej nam nie znanego powodu, w towarzystwie rodziców i pod uśmiechniętym okiem  kapłanów.  Dzieciaki mają bluzki i koszule zdobione haftem krzyżykowym. Udało mi się uchwycić takie ozdoby tylko u pojedynczego dziecka. I widać to na zdjęciach. Bałam się wykonywać zdjęcia , bo nie znałam miejscowych zwyczajów …..I gdy pomyślę Lwów, widzę dwie młodziutkie dziewczyny na Wileńskich polskich kresach , pochylone nad płótnem, w migotliwym światełku lampki , wyczarowujące haftowane kolorowe szlaki.

Krzyżykowe szlaki ……

 


 

 

Jeszcze zdjęcia ze Lwowa…

 

Lwów, panorama z wieży ratuszowej. Zdjęcie z Wikipedii.

 

 

 

 

XVI wieczna Kamienica Królewska na Rynku. Należała do Jakuba Sobieskiego, a potem do króla Jana III Sobieskiego. Aktualnie jest tam Muzeum Historyczne. Szkoda, że nie było czasu na zwiedzanie, ale może i lepiej, bo na pewno starannie pozacierano ślady Polskiego Lwowa. Niestety, Ukraińcy nie są obiektywni w ocenach historii Lwowa. Ale może w tym wypadku nie mam racji. Warto odwiedzić to Muzeum, by się przekonać…..

 

 

 

Czarna Kamienica w Rynku. Opisałam ją w poprzednim tekście. Jest niezwykła. Jej elewacja lśni czarną połyskliwą głębią..

 

 

I jeszcze zdjęcia ze Lwowa. Opera.

Dawny herb polskiego Lwowa. Piękny ten napis- semper fidelis- zawsze wierny

 

 

 

 

Lwowska Opera. Wzniesiona w końcu XIX wieku. Budowa trwała  zaledwie trzy lata.

 

 

Opera Lwowska.

 

 

Opera Lwowska. Zwieńczenie.

 

 

Opera Lwowska. Wnętrze.

 

 

Opera Lwowska. Wnętrze.

 

 

Opera Lwowska. Wnętrze.

 

 

 

 

 

 

 

 

Niezapomniany Lwów…

Niezapomniany Lwów.

Nasza krótka , bo zaledwie parogodzinna wycieczka po Lwowie dobiega końca. To był właściwie Lwów podany w pigułce. By lepiej poznać to miasto, smakować jego klimat i zachwycać się detalami architektonicznymi potrzeba dużo czasu. My pewnie już tutaj nie wrócimy, bo i wiek nasz nieszczególny do łazęgi pieszej, i jeszcze tyle pięknych miejsc w Polsce nigdy nie oglądanych. Tak więc pozostają zdjęcia, które wykonaliśmy z okna autobusu, przy bezpośrednim oglądzie , migawki, strzępki zaledwie. Ale one właśnie są takimi punktami w moim umyśle- lampkami, które się zapalają, gdy padnie słowo Lwów.

Jest tam bardzo wiele starych cudnych pałaców, jak Potockich, czy naszych królów. Są zwykle odrestaurowane, wyglądają jak kiedyś,  dostatnio i świeżo. Zwykle mieszczą się w nich ukraińskie muzea czy galerie. Są też wysokie kamienice rozłożone wzdłuż ulic, bardzo ładnie zdobione. Zwykle powstawały w czasie , gdy tutaj był zabór austriacki. Trochę przypominają mi rodzinne miasto mojej Mamy- Bielsko- Białą.

Ale w mojej pamięci pozostaje jedna lwowska kamienica. Taką widziałam po raz pierwszy w życiu. Jest to Czarna Kamienica. Wśród jasnych kamienic Rynku, wydaje się mroczna i ponura. Ale jak bardzo  przyciąga wzrok jej elewacja. Kamienica jest wąska, takie najbardziej uwielbiam. Ma tylko trzy okna na każdym piętrze- bo w tamtych czasach można było tylko takie budować we Lwowie-  na szerokość trzech okien. Chyba, że budował je właściciel bardzo zamożny lub znamienity- wówczas powstawały szerokie, podobne pałacom budowle. Do takich należy pałac Potockich ale i pałac właściciela wytwórni wódek , o nazwisku znanym do tej pory Bogaczewski.

Czarna Kamienica na lwowskim Rynku należy do najcenniejszych zabytków polskiej architektury XVI wiecznej.

Nazywana jest też Lorencowiczowską lub Anczowską od nazwisk pierwszych właścicieli( Lorencowicza – aptekarza  a następnie bogatego patrycjusza- Anczowskiego). Od 1926 roku była własnością państwa Polskiego, i mieściło się tutaj Muzeum Historyczne miasta Lwowa.

Obecnie mieści się tutaj ukraińskie Muzeum Historyczne.

Została wzniesiona w 1588-1589 roku wg projektu Piotra Barbona. Ale twórcą jej charakterystycznej elewacji był prawdopodobnie Andrzej Podleśny.

I właśnie owa fasada jawi mi się , gdy zamknę oczy. Ta czarna kamienica mieni się w świetle niezwykłą głębią jaką dla mnie posiada bryła węgla, która kiedyś widziałam na podwórku gorzowskim. Wg przewodnika- jest to piaskowiec, który poczerniał ze starości ( dla mnie mało przekonywujący  wywód) albo wg innych źródeł piaskowiec ów został pomalowany tajemną czarną farbą o strukturze diamentu. I w to wierzę. Od tej kamienicy nie można oderwać wzroku, wydaje się, że ta elewacja gra barwą nieba, słońca i oddaje swoją migotliwą głębię przechodniom.

     Rynek we Lwowie wytyczono wkrótce po lokacji miasta, tj w XIII wieku. Ma kształt prostokątny, o wymiarach 142x 129 m. Z każdego narożnika wychodzą po dwie ulice. Jest więc podobny do rynku warszawskiego i wrocławskiego, ale różny od poznańskiego i krakowskiego.

Centralna część placu zajmował blok śródrynkowy z ratuszem. Ale po zawaleniu wieży ratuszowej, w 1825 wybudowano obecny ratusz.

Dookoła Rynku wznoszą się 44 kamienice prezentujące wszystkie style od renesansu do modernizmu. W czterech narożnikach rynku znajdują się studnie- fontanny z początku XIX wieku . Przedstawiają one postaci mitologiczne- Neptuna, Dianę , Amfitrytę, Adonisa. Przed Rauszem znajdował się pręgierz, przy którym wykonywano wyroki. Figura, która znajdowała się na jego szczycie jest terz umieszczona na Kamienicy Królewskiej.

W 1998 roku Rynek wraz z całą starówką został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO.

Plac miał początkowo zabudowę tylko gotycką, ale po pożarze w 1527 roku, wszystkie budowle właściwie zostały zniszczone. Zachowały się jedynie gotyckie sklepienia w kamienicy nr 24 i portal w kamienicy nr 25.

Na Rynku odbywały się  wszystkie ważniejsze uroczystości . Tutaj król Władysław II Jagiełło odebrał hołd lenny w 1387 od hospodara wołoskiego, a Władysław III Warneńczyk w 1436 od Eliasza. Tutaj pod pręgierzem ścięto kilku hospodarów mołdawskich.

W 1847 na Rynku formowano Gwardię Narodową. 11 listopada 1920 r. Józef Piłsudski przyjął  defiladę z okazji nadania miastu krzyża srebrnego Orderu Virtuti Military.

W 2006 roku wykonano kompleksowy remont płyty placu i rzeźb- fontann.

Właśnie przy  tym Rynku  znajduje się moja wybrana spośród wielu tajemnicza Czarna Kamienica…

I jeszcze w pamięci pozostała jedna świątynia lwowska. Po zwiedzeniu kilku, rozmaitych wyznań , zwykle tchnących przepychem, weszliśmy do skromnej, przepojonej wonnymi dymami, spośród których ledwie można było zobaczyć piękne freski. To świątynia armeńska. Tam chciało się modlić, bo atmosfera wydawała się najbliższa połączeniu ziemi i nieba. Obecnie we Lwowie mieszka jedynie ok. 1200 Ormian a do tej świątyni przychodzi ok. 30 osób, jak powiedział nam nasz przewodnik o tatarskich nozdrzach. Historia tego narodu jest bardzo, bardzo stara i niezwykła. I w tej ich świątyni można odebrać te dawne klimaty. Ale na opowieść o tych ludziach tutaj nie ma miejsca, może kiedyś…..

Opuszczamy Lwów, żegnamy to miasto bez żalu, zostają tam jego obecni mieszkańcy, którzy też kochają swoje miasto ,  powoli zapada zmrok, oddalają się światła na wzgórzach, gdzieś może słychać Szczepcie i Tońca- najbardziej znanych przedwojennych kabareciarzy, którzy śpiewają: „ nie ma jak Lwów”.

http://www.youtube.com/watch?v=lHBiAhiddJ8