Cmentarz Orląt Lwowskich.

 

 To jakby druga strona monety. Przeciwległe zbocze wzgórza Łyczakowskiego. Ze starego cmentarza przechodzimy na teren śnieżnobiały. Wydaje się , że zbocze założyło sukienkę komunijną.

Przedtem taki nie był, ale Rosjanie we wczesnych latach 70 ubiegłego wieku buldożerami zniszczyli wszystkie groby Orląt Lwowskich.

Polacy pracujący na terenie nowopowstałego państwa- Ukrainy, szczególnie ci, z grupy Energopol, podjęli heroiczny wysiłek, by odtworzyć ten cmentarz. Musieli uzyskać zgodę władz Ukrainy. Działo się to w okresie, gdy prezydentem Polski był Aleksander Kwaśniewski a Ukrainy- Juszczenko. To było chwilowe ocieplenie wzajemnych relacji i wtedy właśnie się udało. Ukraińcy wyrazili zgodę. Pozostało tylko zgromadzić pieniądze. Po powrocie do domu muszę porozmawiać z sąsiadem z działki w Gulczewie nad Bugiem- Andrzejem Skrzypcem a także z Zygmuntem Trześniewskim- kolegami Mirka, bo oni właśnie tam pracowali, m. in. byli szefami budowy elektrowni atomowej w Kursku.

Orlęta Lwowskie to piękna nazwa młodych Polaków, obrońców Lwowa z lat 1918- 1920 w czasie wojny polsko- ukraińskiej ( 1918- 1919) i polsko – bolszewickiej ( 1920).

Lwów od XIV wieku należał do Polski, od kilku stuleci był zamieszkiwany w większości przez ludność Polską- w 1918 roku procentowy udział Polaków zamieszkałych we Lwowie był wyższy niż w Warszawie czy Poznaniu. Stanowił on około 60 % ogółu, pozostałą część stanowili Żydzi ( ok. 30%) i Ukraińcy ( około 10 %)- nazywani wówczas również Rusinami.            

W tym okresie nie było we Lwowie polskich oddziałów wojskowych, bo zostały wysłane przez władze austriackie w inne regiony Europy. Cofający się zaborcy austriaccy praktycznie oddali miasto oddziałom ukraińskim, ściągniętym celowo do Lwowa.

Ale  gdy oddziały Budionnego zbliżały się do miasta,  uczniowie, studenci, robotnicy, urzędnicy- młodzi chłopcy i dziewczęta praktycznie gołymi rękami, a później zdobytą już bronią rzucili się do obrony swego miasta. 

W sumie w walkach po stronie polskiej brało udział 6022 ludzi ,  spośród których 1421 nie przekroczyło 17 roku życia. Najmłodszy bojownik miał zaledwie 9 lat. Jeden z nich, 13- letni Antoś Pietrykiewicz, został najmłodszym w historii kawalerem Orderu Virtuti Militari.

Przeciwnikami „ orląt Lwowskich” w drugiej fazie walki o Lwów w roku 1918 byli Ukraińscy Strzelcy Siczowi- wojskowa formacja złożona z Ukraińców, stworzona na podobnych zasadach jak Legiony Polskie.

Jak to się stało, że udało się uratować polski Lwów, trudno zrozumieć.   Ale tak było. …

Teraz leżą jakby w swoich śnieżnobiałych sukienkach komunijnych, pod krzyżami z miejscowego przepięknego kamienia o niezwykłym wyglądzie krystalicznego wapienia i śpią i śnią swój sen o wolności. A może tylko ich duchy unoszą się nad Lwowem , niezależne i bezpaństwowe . Tak, tam się czuje obecność tych duchów….

 

W tle tej opowieści jarzy się w mojej głowie  gorzowska „lampka”. Otóż mieszkałam przy ulicy kiedyś nazwanej Nowotki, ale potem przemianowanej na ul. Orląt Lwowskich. To oczywiście przypadek. Ale jak , będąc we Lwowie nie pamiętać o mojej ulicy w mieście , gdzie się urodziłam, na zboczu pięknego gorzowskiego  wzgórza. Ech, Orlęta Lwowskie , moje Orlęta Lwowskie…..

Lwów- Cmentarz Łyczakowski i polski chłopak…

 

Na zboczach jednego ze wzgórz Lwowa rozłożyło się miasto umarłych.  W tym miejscu w XVI wieku grzebano zmarłych na dżumę a pozostałych na cmentarzach przykościelnych.

Po I wojnie światowej , gdy Lwów znalazł się w zaborze austriackim, władze Austriackie zleciły specjalnym dekretem z 1783 roku , likwidację dotychczasowych cmentarzy i wytyczenie nowych, poza obrębem miast.  Wtedy powstały nowe cmentarze w każdej z dzielnic Lwowa., wśród nich Cmentarz Łyczakowski.  Należy on do najstarszych nekropolii w Europie. Został założony w 1786 roku. Dla porównania warszawskie Powązki powstały w 1790 r., a wileński Cmentarz na Rossie w 1801 r., Rakowicki w Krakowie i Pere- Lachaise w Paryżu założono w 1803 roku.

Z namaszczeniem wkraczamy na teren tego cmentarza.

Właśnie Duchy mają sjestę.

Jedynie widzimy drzemiące nagrobki. Każdy z nich jest dziełem sztuki. Większość zachwyca dynamiką przedstawianych obiektów, zaklętym w kamień uczuciem i misternym wykonaniem. Spośród licznych pomników, w pamięci zostają prace Juliana Markowskiego. Tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć…

Chwila milczenia przy grobie Marii Konopnickiej , Gabrieli Zapolskiej, Artura Grottgera.  Wzrusza niewielka tablica z nazwiskiem Stefana Banacha ,wmurowana na dole pomnika Riedlów, którzy przygarnęli tego wielkiego matematyka do swojej ostatniej ziemskiej posiadłości.

Naszym przewodnikiem po Lwowie jest chłopak ciemnowłosy, o niezwykle  wymodelowanych  , jakby wyrzeźbionych nozdrzach. Nigdy takich nie widziałam, a przecież widziałam niemało w swoim życiu.  W pewnej chwili zwracam na to uwagę Grażyny. Ona mówi, że też zauważyła , ale już wcześniej takie widywała  u Tatarów, którzy mieszkali niedaleko jej rodzinnego domu,  w Bielsku Podlaskim.

Tutaj wszystko możliwe, wszak w lwowskim tyglu mieszały się różne nacje.

Chłopak opowiada, że został tutaj z babcią , jest Polakiem i spełnia swą powinność, pokazując to miasto polskim wycieczkom.

Na marginesie rozmyślam nad losami Polaków, którzy po II wojnie światowej nie wyjechali do Polski, zostali na swoich ziemiach, ryzykując prześladowania rosyjskie i ukraińskie. 

Czy uchodźcy byli odważniejsi- zostawiając swoje domy i wyjeżdżając w nieznane?- czy ci, którzy pozostali? Trudno rozróżnić. Jedni pożeglowali za duchem, swoim Polskim duchem na obce ziemie, a drugich  trzymała ta ziemia, własna ziemia i próbowali przetrwać tutaj, czule pielęgnując swoje polskie dusze.

Gdy chłopak recytuje strofy wierszy poetów polskich, starannie dobierając teksty do określonych sytuacji i ważąc słowa, nieomal łzy się cisną do oczu, że on tutaj  jest, że nas wita.

Zagubiony Polak  na swojej polskiej wyspie wśród Ukraińskiego morza…..

Mieszkańcy dawnego Lwowa.

 

To miasto kresowe, podobnie jak Wilno było tyglem różnych narodowości. Dodatkowo mieszkańcy stale żyli pod ciśnieniem lęku i konieczności obrony  przed najeźdźcą. A stale tam się coś działo. Więc atmosfera tych miast była gęsta, nasycona i rodziła  ludzi ambitnych, zdolnych i dążących do swoich jasno sprecyzowanych celów.

Gdy analizujemy wydarzenia historyczne, które miały tutaj miejsce, widać jak na dłoni, że gdyby nie wola przetrwania mieszkańców i duch walki o Polskość Lwów dawno przestał by być Takim Lwowem.

Dopiero II wojna światowa, jej losy, działania zaangażowanych w nią  mocarstw postawiły ostateczny kres losom Polskiego Lwowa.

Gdy Polska próbowała protestować Stalin powiedział : jeśli wy, Polacy chcecie Lwowa, to jedźcie do Afryki i sobie go upolujcie. 

Mocni ludzie Polskiego Lwowa  opuścili to miasto. Zostawili tam swoje serca i tkliwe wspomnienia. I działali dalej , już w innych miejscach, ale z równym urodzonym jeszcze we Lwowie żarem.

 W Wikipedii znalazłam 200 nazwisk Polaków  związanych kiedyś ze Lwowem,  którzy zaznaczyli się w Polskiej kulturze i nauce.

Wymieniam te, które są mi szczególnie znane i bliskie : Wiktor Bross, Wojciech Dzieduszycki, Józef Elsner, Julian Fałat, Ryszard Filipiki, Aleksander Fredro, Cyprian Godebski, Józef Haller, Adam Hanuszkiewicz, Leon Sakowicz, Jan III Sobieski, Stanisław Jopek, Adam Kilian, Tadeusz Krwawicz, Włodzimierz Krukowski, Jacek Kuroń, Andrzej Kurylewicz, Halina Kunicka, Włodzimierz Kuryłowicz, Stanisław Leszczyński, Wiktor Osiecki, Andrzej Perepeczko, Ryszard Pietruszki, Wojciech Pszoniak, Witold Pyrkosz, Leon Schiller, Leopold Staff, Jan Styka, Władysław Tatarkiewicz, Kornel Ujejski, Michał Korybut Wiśniowiecki, Ignacy Łukaszewicz, Mirosław Żuławski, Andrzej Żuławski

 

Lwów. Kilka zdjęć….

Oto kilka zdjęć z wycieczki do Lwowa. Wrzucam dopiero teraz, bo  był jakiś problem techniczny, który, jak widzę ,  został usunięty . Chwała administratorom tego portalu- szybko reagują na maile- byle nie przechwalić ;-(

Przejście graniczne polsko- ukraińskie w Korczowej. Już jesteśmy za granicą, uff….

 

Widok z okna autobusu. Wioski ukraińskie rozłożone na trasie granica- Lwów. Wszędzie ładne, zadbane cerkiewki.

 

 

 

Widok z okna autobusu. Złota kopuła cerkwi.

 

 

Panorama Lwowa. Zdjęcie z przewodnika.

 

 

Katedra św. Jury( Jerzego). Tekst nt zamieściałam w poprzednim wpisie.

 

 

Zwieńczenie Katedry.  Św. Jura ( Jerzy ) zwycięża smoka

 

 

Lwów. Miejsca , skąd jest bliżej do Boga….

 

Rozpoczynamy zwiedzanie od starodawnego miejsca na najwyższym wzgórzu, gdzie znaleziono ślady plemiona Lędzian, które żyło  w IX wieku. A tutaj był ich cmentarz i miejsce kultu.  

W XIII wieku  stała tam kaplica i domki mnichów- pustelników. Wg legend zamieszkiwali oni także naturalne pieczary w tym  wzgórzu.

W 1280 roku książę Lew wzniósł pierwszą drewnianą cerkiew i klasztor, które zostały spalone.

Od 1363 rozpoczęto budowę nowej świątyni, murowanej z kamienia i cegły . Tę gotycką budowlę zburzono w XVIII wieku na zlecenie metropolity  Szeptyckiego. I w tym miejscu wybudowano okazałą rokokową  bazylikę. Jest to Katedra Greko- Katolicka pod wezwaniem  Świętego Jura, czyli Jerzego  a wzgórze jest nazywane „świętojurajskie.”

Cały zespół, otoczony murem, obejmuje, oprócz katedry, również dzwonnicę, budynki kapituły oraz pałac metropolitów i jest przepiękny. Ten obiekt jest widoczny nieomal  ze wszystkich miejsc Lwowa i wita podróżnych przybywających do tego miasta.

Wnętrze zachwyca rokokowym bogactwem. Przybywamy tutaj w czasie Wielkanocnym wg tego wyznania. Zamiast grobu Pańskiego na jednej ze ścian rozpostarte prześcieradło ze śladami Ciała. Ponoć jest to siódma  kolejna  replika słynnego Całunu Turyńskiego. Widok tego płótna szokuje surową prostotą, szczególnie w zestawieniu z przepychem wnętrza.

Bazylika jest miejscem, gdzie spotyka się łaciński Zachód i bizantyjski Wschód Europy. Tutaj unosi się  myśl Jana Pawła o zjednoczeniu katolicyzmu i prawosławia, która niestety coraz bardziej się od nas oddala….

 

W tym miejscu nasuwają się refleksje nad miejscami, które wybierali ludzie różnych wyznań w różnych okresach historycznych. To były jakby miejsca specjalne,  magiczne, w których się gromadzili  wierni , ulegając wrażeniu, że są wtedy  bliżej Boga.

Na całym świecie jest wiele takich miejsc :

W Górach Świętokrzyskich- kręgi pogańskie na zboczu Łysej Góry a na szczycie klasztor katolicki.

Jerozolimskie świątynie o które kłócą się wierni różnych wyznań, bo uważają , że to konkretne miejsce tylko do nich należy i jest dla nich najważniejsze.

Grecki Efez, gdzie kult Królowej Matki przetrwał od czasów starożytnych aż po  dzisiejszą wiarę, że tam zmarła Maria- Matka Jezusa.

Lwów….

I znaleźliśmy się we Lwowie…..

Lwów…Lwów.

Od razu wydał się ciepły i bliski. Pewnie to sprawka dobrych duchów, które mieszkają w starych polskich kamienicach a tłumnie spotykają się na Cmentarzu Łyczakowskim.

 A może tutaj ziemia wydziela dobre fluidy. 

To obecnie jest duże miasto, ma 850 tys. mieszkańców, czerwone tramwaje i trolejbusy. Ludzie i samochody na ulicach są tacy jak my. Gdzieś pędzą, potem siedzą na ławkach w parkach, albo bawią swoje dzieci na huśtawkach ogródków jordanowskich.  Młode pary w ślubnych strojach krążą po Rynku i zaczarowanych uliczkach . Spotykamy ich też w Operze. Wszędzie towarzyszą im tłumy rodzinne, gapiów i fotografów.

Jezdnie pokryte kostką bazaltową,  jeszcze pamiętającą czasy galicyjskie. W niektórych miejscach się zapadają , ale i tak wytrzymały bardzo długie lata w niezłej kondycji.

Autobus podskakuje, Mirek narzeka. Ale mnie się podoba to podskakiwanie, jedziemy wolno , dostojnie i hałaśliwie.

Oglądamy uliczki wąskie, biegnące dół lub wspinające się w górę, okolone  rzędami wysokich secesyjnych  kamienic. Nie czytamy ich nazw , ukraiński Polak, przewodnik podaje nam stare Polskie nazwy. Tak się z nami umówił. Że jest to podróż w przeszłość , w czas, który bezpowrotnie minął.

 Miasto rozłożone jest na siedmiu wzgórzach i tonie w  zieleni poprzecinanej wieżami i kopułami świątyń różnych wyznań.

Jedziemy do Lwowa ( 2)

 

Wyjechaliśmy o 4 rano. Autobus był wypełniony ludźmi.

Trasa była prosta i niedługa. Bo wyruszyliśmy z  przygranicznego Horyńca Zdroju- miejsca  malowniczego  z wodami siarczkowymi.

Wpatrywaliśmy się z ciekawością w krajobraz za oknem. Na stosunkowo płaskim terenie domy nanizane na zieleń okalającą szosę  były dość ładne , świeże i zadbane. Wokół nich czyste ogródki z pierwszą wiosenną zielenią. Okolica sprawiała wrażenie dostatniej, co podobno było prawdą, i  wynikało z niezłych dochodów uzyskiwanych z  legalnego handlu oraz przemytu towarów z Ukrainy. Podobnie zresztą było  po drugiej stronie granicy. Różnice w cenach, braki towarów przez wiele lat nabijały ludziskom kabzy. Może i dobrze, że korzystali, gdy mogli. Teraz ponoć się zmieniło, powoli wyrównują się różnice pomiędzy Polską a Ukrainą.

Godzina spędzona na granicy i dwie w drodze powrotnej  w oczekiwaniu na odprawę paszportową i celną wydawała nam się trochę sztucznie spreparowana. Wszak byliśmy we Lwowie zaledwie parę godzin, więc chyba nie wyglądaliśmy na przemytników.

Ale cóż, widocznie prestiż zawodu celnika mógłby ucierpieć, gdyby cała operacja odbyła się w sposób sympatyczny i co najważniejsze , w jakimś sensownym tempie.

A może służby graniczne mają jakieś wytyczne, albo problemy, których nie znamy.

Szosa gładka, świeża lśniąca po porannym deszczu prowadziła nas  prosto do Lwowa. Wszystko  tutaj było nowiutkie, bo już czeka na Euro 2012. Po drodze  zajazdy, z czystymi WC- ami, w dali wioseczki z dominującymi złotymi kopułami  cerkwi.

Potem pojawiły się  nieciekawe przedmieścia Lwowa , jakieś umarłe domy, gruzy ,  i wszechobecne śmieci.

Nie dziwiłam się, wszak widok takiego nieładu i śmietniska nie jest mi obcy. Bo cóż innego oglądam , wyglądając przez okno mojej ukochanej kolejki WKD na wysokości warszawskiego Dworca Zachodniego.

Historia Lwowa i moje refleksje na koniec.

 

 

Odległa przeszłość tych ziem nie jest poznana.

Najstarsze ślady osadnictwa odkryto w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Pomiędzy Górą Zamkową a Pełtewią w IX wieku żyło plemię lechickie, zwane Lędzianami.  

W 981 roku ten teren, należący do Grodów Czerwieńskich, został zajęty przez Włodzimierza z Rusi Kijowskiej.

Zgodnie z tradycyjnym przekazem, miasto zostało założone w 1250 roku, przez księcia Daniela I Halickiego, wywodzącego się z dynastii Rurykowiczów, który nazwał je Lwowem na cześć swojego syna Lwa. Ale w rzeczywistości zostało ono odbudowane po zniszczeniu w 1240 roku , istniejącego już grodu przez Batu-chana.

Lew I Halicki po śmierci ojca przeniósł do Lwowa stolicę Rusi Halicko- Włodzimierskiej. W 1340 roku , miasto na podstawie umowy podpisanej dwa lata wcześniej  przeszło pod berło króla Polski.

Kolejne zniszczenie miasta nastąpiło w 1350 roku, przez księcia litewskiego Lubarta.

17 kwietnia 1356 Kazimierz III Wielki lokował Stare Miasto na prawie magdeburskim. Dowodem jego tolerancyjnej polityki było ustalenie zachowanych równych praw , religii i obyczajów żyjących tutaj mieszkańców pochodzenia Polskiego, Ruskiego, Ormiańskiego, Żydowskiego i Tatarskiego.

W 1370 roku Ludwik I Węgierski przyłączył Ruś Halicką wraz z Lwowem do Węgier. Węgrzy rządzili do 1379 roku,

W 1387 roku królowa Jadwiga Andegaweńska włączyła Ruś Halicką do Korony.

W 1412 roku miasto stało się siedzibą metropolity łacińskiego. Podobnie jak Kraków czy Gdańsk Lwów był miastem królewskim i posiadał dla Rzeczypospolitej wielkie znaczenie obronne i ekonomiczne.

W 1444 roku Lwów otrzymał prawo składu. Spowodowane to było położeniem na szlakach handlowych bałtyckich i czarnomorskich. W wyniku tego przywileju nastąpił bujny rozwój miasta a jego mieszkańcy pomnożyli swoje bogactwa. Wyrazem tego była budowa okazałych średniowiecznych obiektów obronnych, sakralnych i świeckich oraz rozwój nauki, kultury i sztuki. Ponieważ poza Polakami mieszkali tam Żydzi, Rusini, Ormianie, Włosi, Węgrzy, Niemcy , Tatarzy i inni , stanowili oni swoistą mieszaninę różnych kultur i religii. Jednak w miarę upływu czasu i równych przywilejów podlegali wpływom polskiej kultury a nawet w drugim pokoleniu się polonizowali, zachowując jednocześnie swoje obyczaje i religię. W tym czasie Lwów był jedynym miastem Europy, posiadającym trzy katolickie arcybiskupstwa różnych obrządków : łacińskiego, ormiańskiego i greckokatolickiego.

Z racji swojego położenia, miasto było stale narażone na napady wrogich wojsk- Turków, Tatarów, Kozaków, Rosjan.

Królowie polscy oraz zasobni mieszkańcy  solidarnie dbali o utrzymanie silnych  fortyfikacji, o świetne uzbrojenie . Wielokrotnie opłacano też okup najeźdźcom. Dzięki temu Lwów miał opinię miasta niezdobytego. Nigdy też nie wydano wrogom swoich obywateli niezależnie od ich narodowości i religii.

W 1658 roku Jan II Kazimierz Waza w hołdzie dzielności i zasługom miasta, zrównał w prawach Lwów z Krakowem i Wilnem oraz nobilitował mieszczan lwowskich.

 W XVII wieku Lwów liczył 30 tys. mieszkańców i był po Gdańsku drugim co do wielkości miastem Rzeczypospolitej

Jednak od połowy XVII  wieku rozpoczął się stopniowy upadek militarny i ekonomiczny miasta. Nasiliły się najazdy kozaków, Turków i doszły jeszcze ataki Szwedów.

Miasto było zmuszone płacić kolejnym najeźdźcom wysokie kontrybucje, utrzymywać obce wojska i przeżywać grabieże .

W  1772 roku w wyniku pierwszego rozbioru Polski, miasto znalazło się pod władzą Austrii i zostało stolicą części monarchii zwanej Królestwem Galicji i Lodomerii.

W czerwcu 1809 roku,   tylko na krótko,  Lwów został zajęty przez Wojska Księstwa Warszawskiego dowodzone przez księcia Józefa Poniatowskiego i działał tam Rząd Centralny Wojskowy Tymczasowy Obojga Galicji pod prezesurą ordynata Stanisława Kostki Zamoyskiego.

W czasie kiludziesięcioletniego okresu germanizacji Polacy próbowali wywalczyć wolność. Było to w roku 1790, 1809, 1830, 1848.

Od 1867 roku zaborca ( Austria) zmienił swoją politykę w stosunku do tego miasta. Lwów  uzyskał szeroką autonomię i swobodę w rozwoju nauki i kultury polskiej. W 1882 roku repolonizowano Uniwersytet Lwowski. W ciągu kolejnych lat :założono Muzeum Historyczne Miasta Lwowa.( 1891),  otwarto Teatr Wielki(  1896), założono Lwowską Galerię Obrazów.( 1897),  powstało Towarzystwo Naukowe we Lwowie,( 1901), założono Muzeum Narodowe im. Króla Jana III.( 1908).

W czasie wybuchu I wojny Światowej , we wrześniu armia carska zajęła miasto, ale w czerwcu 1915 r. ponownie powrócili Austriacy.

Jednak w związku z upadkiem Austro- Węgier, wybuchły polsko- ukraińskie  walki o miasto. Określane  są w polskiej historiografii Obroną Lwowa.

Po wyparciu Ukraińców z miasta, w listopadzie 1918 roku doszło do pogromu miejscowej ludności żydowskiej.

W sierpniu 1920 roku nacierały oddziały Armii Czerwonej, które zatrzymano w bitwie pod Zadwórzem. Po zakończeniu walk Marszałem Józef Piłsudski w uznaniu bohaterstwa mieszkańców a zwłaszcza  tzw. Orląt Lwowskich odznaczył miasto Krzyżem Virtuti Militari.

15 marca 1923 roku Rada Ambasadorów ostatecznie uznała suwerenność Polski w Galicji Wschodniej.

W okresie międzywojennym Lwów był pod względem liczby ludności trzecim miastem w Polsce, po Warszawie i Łodzi.

Obok Krakowa, Poznania, Warszawy i Wilna należał do głównych ośrodków nauki i kultury polskiej.

Po wybuchu II wojny światowej, Lwów bronił się rozpaczliwie.

Ale po podpisaniu przez Ribbentropa i Mołotowa   tajnego protokółu dodanego do podstawowego paktu tych panów (23/23 sierpnia 1939), Polska została zaatakowana z dwóch stron.

Równoczesnej agresji  III Rzeszy i ZSRR na nasz kraj , żadne polskie miasto nie było w stanie stawiać odporu.

Lwów skapitulował 23. września 1939 roku . Dowódca obrony Lwowa, gen. Władysław Langner, podpisał z  dowództwem  sowieckim kapitulację, przewidującą bezpieczny wymarsz żołnierzy wojska polskiego ( w tym oficerów) i policji w kierunku granicy z Rumunią. Ale strona sowiecka złamała tę umowę , wszystkich aresztowano i wywieziono w głąb ZSRR. Oficerowie byli przetrzymywani w Starobielsku, a następnie większość zamordowano w Charkowie i pochowano w dołach w Piatichatkach.

Władze sowieckie po przeprowadzeniu pseudowyborów w październiku 1939 roku dokonały formalnego zajęcia okupowanych terenów II Rzeczypospolitej. Szerzył się terror polityczny,  aresztowania przedstawicieli  polskich i ukraińskich elit politycznych, których zsyłano do obozów koncentracyjnych Gułagu albo mordowano. Ich rodziny i zwykli ludzie byli masowo wywożeni ( deportowani) na Syberię , do Komi i Kazachstanu.  Majątki tych ludzi zabierano i grabiono.  Planowo niszczono naukę i kulturę polską.

W kolejnym okresie II wojny , gdy na te tereny weszli Niemcy( 30. 06.1941) urządzali wraz z nacjonalistami ukraińskimi pogromy Żydów.

Nad ranem, 4 lipca 1941 roku  zamordowano 25 polskich lwowskich profesorów, m.in. Tadeusza Boya- Żeleńskiego.

1 sierpnia 1941 roku, dekretem Adolfa Hitlera, Lwów został wcielony do Generalnego Gubernatorstwa. Wtedy też powstało getto , większość Żydów zamordowano w obozie śmierci w Bełżu.

22 lipca 1944 roku wybuchło powstanie lwowskie ( Akcja Burza). Trwało jedynie kilka dni, poczym ponownie weszli tutaj sowieci.

Pomimo regularnych i masowych represji wobec narodu polskiego przez dwóch okupantów- niemieckiego i rosyjskiego, jeszcze pod koniec 1944 roku we Lwowie na około 150 tys . mieszkańców, 130 tys. stanowili Polacy.

Po konferencji jałtańskiej ( 4-11 lutego 1945) Lwów i wsch część województwa lwowskiego włączono do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Polacy zostali przymusowo wysiedleni, głównie na Ziemie Zachodnie……………

Gdy czytam ten tekst zaczerpnięty z przewodników i Wikipedii, przychodzi chwila refleksji, smętnej zadumy nad  historią .

 Jakże inne byłoby życie zwykłych szarych ludzi –  mogłoby być  spokojne, radosne, dostatnie i piękne-  gdyby nie chore ambicje władz. Ale gdyby nie ich obłąkane pomysły – walki i zdobywania pewnie historia byłaby nauką nudną, a może w ogóle by nie istniał taki przedmiot w edukacji szkolnej.

To co napisałam może brzmi cynicznie. Ale gdy obserwujemy nasz świat polityków, nam pozostaje bezradne wzruszanie ramion.

Mimo upływu wieków i znajomości historii nikt z nich nie wyciąga żadnych wniosków. I jest jak jest…….

 

 

 

 

Jedziemy do Lwowa.

 

Losy naszych  rodzin nigdy nie były związane z tym miastem, ani regionem.

Mieliśmy swoje Wilno.

Potem powiedziano, że to już nie jest Polska. 

A więc nasi rodzice zajęli miejsca w wagonach bydlęcych i po wielu dniach podróży znaleźli się w obcych stronach ,  które teraz nazywano Polską.

Odtąd to było ich miejsce na ziemi.   

Przygarnęły nas dwa miasta:   Lidzbark Warmiński  ( Rodzice Mirka)  i Gorzów Wlkp. ( moi Rodzice ).

Te tereny  opustoszały po wypędzeniu dotychczasowych mieszkańców- Niemców.

Poznaliśmy smak mieszkania w cudzych domach.

Ludzie ludziom zgotowali los wysiedleńca, zwykły ludzki świat zamieniono w piekło.

Była wojna.

Oby już nigdy, jak mawiał mój Tata.

W moim Gorzowie spaliśmy w cudzych łóżkach, chodziliśmy po ulicach, które kiedyś pielęgnowali  Niemcy, my, dzieciaki, bawiliśmy się na przewróconych nagrobkach cmentarzach poniemieckich. Piękne kamienice miasta powoli umierały.

Minęło już tyle lat od czasu wysiedleń, urodziły się kolejne pokolenia w swoich nowych domach.

Czas pędzi do przodu.

Nikt nie chce wracać na stałe do dawnych miejsc .

Ale one są.

Pozostały.

Są naprawdę.

Tam mieszkają duchy naszych przodków.

 

Przyjechaliśmy do Horyńca Zdroju, by odpocząć, zażyć kąpieli siarczkowych i poznać Roztocze Wschodnie.

Ale nadrzędnym moim myśleniem było odwiedzenie pobliskiego Lwowa.

Tylko przeskoczyć bliską granicę z Ukrainą i dalej już prosta droga do tego kiedyś bardzo Polskiego miasta.

Lwów przyciągał nas swoją aurą , którą stworzyła historia i tęsknoty ludzi , dawnych mieszkańców….

Na medycznej ścieżce. Małgosia.

 

 Ale najważniejsza znajomość z czasów poznańskich,   tak pięknie rozwojowa, że nawet mogę ją teraz nazywać przyjaźnią, to Osoba Małgosi Krajewskiej.

Nie była w naszej grupie studenckiej , ale miałyśmy  zajęcia z anatomii w tym samym czasie . 

Rozpoczynały się one  ok. godziny 16, ale wszyscy przybywali znacznie wcześniej.

Siadaliśmy wówczas na schodach, rozkładaliśmy książki i w oparach dymu papierosowego pospiesznie zakuwaliśmy , usiłując w ostatniej chwili wbić sobie do głowy tajniki anatomii. Przepytywałyśmy siebie nawzajem, więc było gwarno, chaotycznie.

To był klimat niepowtarzalny, zdarzył się tylko jeden raz w życiu.

Wspominam te czasy z czułością.

 I właśnie wtedy zauważyłam dużą, bardzo poważną dziewczynę o krótkich , poskręcanych tzw trwałą, włosach , które miały bliżej nieokreśloną  barwę.

Krótko mówiąc, nie dostrzegałam w niej wielkiej urody, na pewno była przystojna, ale wyciszona i jakby wyhamowana.

Zresztą obie byłyśmy zajęte swoimi koleżankami. Małgosi zawsze towarzyszyła Ola  , ciemnooka i ciemnowłosa niewielka, bardzo energiczna i zawsze ruchliwa.  Były mieszkankami Poznania, znały się od dawna i widać było, że łączy je przyjaźń i jakby porozumienie ponad zwykłe więzi studenckie.

Ja wpatrywałam się z uwielbieniem w Monikę, usiłowałam ją naśladować, udając wielkie rozbawienie i  wieczny luz. Zastanawiam się na tym , co napisałam. Nie, ja nie udawałam luzu, po prostu w tych okolicznościach i przy tych ludziach właśnie tak czułam.

Małgosia po latach określiła nas , szczególnie Monikę, jako nieco zdziwaczałe, szalone, a nawet zbliżone do wariatek dziewczyny .

W tych czasach , z Małgosią , chyba niewiele rozmawiałyśmy ze sobą, ale zadzierzgnęły się między nami silne , jak się okazało więzy , które pewnie wynikały z naszej bardzo specyficznej sytuacji, przypominającej warunki więzienne.  Tworzyłyśmy wtedy zupełnie odrębną zamkniętą i skonsolidowaną społeczność, powiązaną silnym przeżywaniem bardzo trudnych pierwszych chwil medycznej edukacji.

Jak silne były nasze wzajemne relacje, mogłam to ocenić po bardzo wielu latach.

Otóż w  1981 roku rozpoczęłam pracę w CZD ( pewnie te czasy opiszę później ) . Któregoś dnia Ania Jungowa zabrała mnie do stołówki szpitalnej.

 Gdy kupowałam obiad u pani, która siedziała na środku sali jadalnej, Ania pokazała mi z daleka kobietę zjawiskowej urody.

Powiedziała, że jest to dr Małgorzata Walasek, i że jest prawą ręką profesora genetyki, prowadzi poradnię genetyczną i jest świetnie rokującym młodym naukowcem.

Stałam i patrzyłam w  kierunku Małgorzaty.

A ona już płynęła w naszym kierunku, wysoka, prosta, smukła z długimi jasnymi włosami, luźno upiętymi w ogon koński . W turkusowym mundurku, bo takie nosili w CZD lekarze wyróżniała się z tłumu i jaśniała tajemnym blaskiem.

Spotkałyśmy się obok stolika, gdzie pani wycinała kartki na kolejne obiady.

Ania usiłowała nas sobie przedstawić.

Ale nie było takiej potrzeby, bo w tej chwili nieomal wykrzyknęłam- Małgosia!

Ona powiedziała, że rozpoznała mnie z daleka i dlatego natychmiast przybiegła .

Oczywiście doskonale  zapamiętała moje imię.

Teraz tylko uzupełniłyśmy informacje o sobie, podając aktualne , przejęte od naszych mężów nazwiska.

Ona w czasach studenckich  nosiła nazwisko Krajewska, a ja Łukaszewicz. Teraz byłyśmy Walasek i Konopielko.

Mimo upływu czasu i zupełnie innej sytuacji niż poznańskie studia , przywitałyśmy się z wielką radością i sympatią. Wydawało się, że rozstałyśmy się przed kilkoma dniami.  

Od tej pory spotykałyśmy się dość często .

Ponieważ obie mieszkałyśmy na Żoliborzu, w środkach komunikacji spędzałyśmy wiele godzin, gadając bez pamięci.

Poznałyśmy swoje problemy rodzinne , jakieś sekrety, udzielałyśmy sobie różnych porad. Zawsze podziwiałam jej mądrość , rozsądek i nieustanną chęć pomocy.

Gdy moja Paulina przygotowywała się do matury, jej córka zadeklarowała pomoc w nauce. Bo wtedy już była studentką lingwistyki stosowanej, zresztą ukończyła to samo w którym była moja Córka- Liceum im Stefanii Sempołowskiej. Dobrze  więc znała tamtejsze zwyczaje i nauczycieli. Przez jakiś czas się spotykały i na pewno pomoc córki Małgosi była cenna.  Małgosia też doradziła, by moja Paulina zdawała na maturze biologię, a nie jak planowała historię.

Dodatkowo, nomen omen, jej córka też nazywała się Paulina. Uważałam, że był to  niebywały splot okoliczności…..

W działaniach  medycznych Małgosia zawsze spieszyła z poradą , włączała się w różne moje i moich dzieci problemy, zawsze aktywna i zaangażowana.

Od dawna jest uznanym w świecie profesorem genetyki, Kierownikiem Zakładu Genetyki CZD, niezwykłą żoną i matką.

Ma uroczego męża , Jerzego, dziennikarza i spotkania z nimi są miłe, z przyjemnością obserwuję, jak wzajemnie siebie traktują , poważnie z czułością. A przecież są już małżeństwem z bardzo dużym stażem, pobrali się przecież tuż  po ukończeniu studiów.

Życzę Im wielu dobrych lat i myślę o Nich z wielką sympatią i szacunkiem.