Śladami mojego Taty . Tajemnica Michaliny zostaje odkryta .

 

 

Michalina nie mogła już dłużej ukrywać swojej tajemnicy. Wprawdzie wielokrotnie znikała na stryszku, ale wreszcie nadszedł dzień, kiedy wszystko się wydało.  

Któregoś dnia Bolek wyjechał do Wilna, miał wrócić wieczorem, ale szybko zrealizował zakupy, odbył zaplanowane spotkania i spieszył do żony. W efekcie znalazł się pod domem, gdy jeszcze słońce stało wysoko.

Już na ganku usłyszał jakieś śpiewy. Potem dziecięce głosiki coś głośno opowiadały, raz dziewczęcy cieniutki, za chwilę niewiele niższy, ale wyraźnie  chłopięcy. Naraz zaszczekał pies i wkrótce zapiał kogut. Wszystkie te odgłosy dobiegały ze stryszku.

Postanowił  się nie odzywać, jak zwykle przy powrocie do domu, tylko powoli, na palcach, wdrapywał się po drewnianych schodach. Ale nagle głośno zaskrzypiał wiekowy stopień i Bolek wstrzymał oddech.

Niestety, nie udało mu się ukryć swojej obecności, bo nagle na górze zapanowała cisza i chwilę później wyskoczyło troje małych dzieciaków, które nieomal zjechały po schodach, omijając osłupiałego Bolka i wkrótce zobaczył tylko ich gołe stopy.

Po chwili wyjrzała Michalina i zaprosiła go do wnętrza stryszku.

Była roześmiana, tuliła się przepraszająco do męża, a to wystarczyło, że poczuł się zupełnie rozbrojony.

Razem weszli do pomieszczenia na stryszku i wtedy Bolkowi się zdało, że znalazł się w krainie baśni.

W centralnym punkcie stała najprawdziwsza miniaturowa scena, teraz zakryta miękką czerwoną kurtyną ze zwisającymi z obu jej stron złotymi sznurkami zakończonymi miękkimi pomponami.

Pod ścianami siedziały dość duże , kolorowe , szmaciane lalki. Poubierane odświętnie, ze sznurkowymi włosami, w kapeluszach, chustkach lub wiankach na głowach przytulały się do szmacianych chłopaków o szczeciniastych rozwichrzonych włosach. U ich stóp leżały niewielkie, materiałowe pieski, koty, był też jeden wilk i najprawdziwszy kogut.

To było królestwo Michaliny….

 


Na medycznej ścieżce. Samuel Goldflam

 

Właśnie  badam pacjenta i wywołuję objaw , który zaobserwował i wdrożył do codziennej praktyki lekarskiej  Samuel Goldflam. Do tej pory nosi on nazwę objawu Goldflama….

Warto o nim wspomnieć, bo to postać niezwykła i  w dzisiejszych czasach zadziwia niebywałą  aktywnością i  całkowitym bezinteresownym oddaniem problemom zdrowotnym i społecznym  .

Był nie tylko znakomitym lekarzem i naukowcem , organizatorem placówek medycznych ale także  znanym działaczem społecznym a także kolekcjonerem i mecenasem sztuki. 

Żył w latach 1852-1932 .Urodził się w Warszawie , zmarł w Otwocku.

Jego ojciec Wolf Goldflam był kupcem i prowadził  w Warszawie przy placu Za Żelazną Bramą skład „ Nouveutes”

Samuel Goldflam studiował na wydziale lekarskim Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego , w 1875 roku uzyskał tytuł lekarza.

W latach 1876-1883 pracował  w klinice chorób wewnętrznych w Szpitalu Św. Ducha u profesora Vilema Dusana Lambla.

Profesor go bardzo lubił i cenił. . Uwielbiali go  studenci, ponieważ chętnie objaśniał mało zrozumiałe komentarze profesora, który mówił słabo po rosyjsku a po polsku prawie wcale.

Na obchodach lekarskich  profesor Lambl zwykle kończył wizytę u pacjenta poleceniem :

” Gospodin Goldflam, zapiszitie jemu czto nibud”- ( „ panie Goldflam, zapisz pan mu cokolwiek”).

W 1978 roku Samuel Goldflam został ordynatorem tej kliniki.

W tym czasie przyjmował także pacjentów w bezpłatnej poliklinice  przy ul. Długiej.

W 1882 roku wyjechał za granicę, by pobierać nauki u Carla Westphala w Berlinie i Jean- Martina Charcota w Paryżu. Po powrocie wrócił na dawne stanowisko w klinice Lambla.

Wtedy też otworzył bezpłatną poliklinikę chorób wewnętrznych i neurologii. Ofiarował na ten cel swoje mieszkanie w Warszawie przy ul. Granicznej 10 .

W trzech pokojach, z pomocą kilku młodych wolontariuszy prowadził ją na własny koszt przez prawie 40 lat, tj od 1883 do 1922 roku.

Do uczniów i współpracowników Goldflama należał Salomon Bernstein , który od 1906 roku został współwłaścicielem tej polikliniki. Pracowali tam też  Zygmunt Bychowski, Henryk Higier i wielu innych.

Wraz z innymi tworzył   Zakład dla Nerwowo i Psychicznie Chorych Żydów „Zofiówka”. W latach 1906-1926 był jej dyrektorem. „ Zofiówka” była w tamtym okresie największym szpitalem w Otwocku. Jednorazowo mogło tam przebywać około 300 pacjentów

W latach 1922-1932 Samuel Goldflam pracował jako wolontariusz ( tzn bez wynagrodzenia) w oddziale neurologicznym Szpitala na Czystem. Tam z Edwardem Flatauem doprowadził do utworzenia Naukowego Instytutu Patologicznego przy Szpitalu na Czystem w Warszawie.

Należał do  wielu towarzystw naukowych i dobroczynnych. Opublikował około 100 prac naukowych

Współtworzył Warszawskie Towarzystwo Lekarskie oraz Warszawskie Towarzystwo Neurologiczne , którego był pierwszym prezesem. Był członkiem honorowym Lubelskiego Towarzystwa Lekarskiego i Polskiego Towarzystwa Medycyny Społecznej.

Należał do kręgu założycieli „ Warszawskiego Czasopisma Lekarskiego „ .

Od początku wydawania „ Neurologii Polskiej „, tj od 1910 roku , do 1917 roku był członkiem jej komitetu redakcyjnego .

W 1922  roku ukazał się  VI tom „ Neurologii Polskiej „ poświęcony Goldflamowi z okazji jego 70 urodzin.

Utrzymywał bliski kontakt z Babińskim w Paryżu. 

Jego pacjentem, a przede wszystkim przyjacielem i wieloletnim współpracownikiem był Edward Flatau. Uważał on, że Goldflam jest nestorem polskiej neurologii . G. był w komitecie wydawniczym „ Księgi Jubileuszowej Edwarda Flataua „ , po czterech latach wygłosił przemówienie na jego pogrzebie.

Goldflam był znany z szerokiej działalności społecznej. Na tym polu współpracował z Januszem Korczakiem i Gersonem Lewinem.

Doprowadził do ponownego otwarcia Szpitala dla Dzieci im. Bersonów i Baumanów w Warszawie przy ul Śliskiej.  Z tym szpitalem wiążą się moje ciepłe wspomnienia. Ale o tym na pewno napiszę później, wtedy, gdy w moich wspominkach dojdę do momentu pracy w tym szpitalu.

W roku 1916 Goldflam aktywnie uczestniczył w założeniu Towarzystwa Przyjaciół Dzieci , którego został prezesem.

Współtworzył też  Towarzystwo Szerzenia Oświaty „ Daath” .

Działał w  Warszawskim  Biurze Informacyjnym  dla Emigrantów Żydów.

Był  honorowym przewodniczącym Towarzystwa Ochrony Zdrowia Ludności Żydowskiej.

Z grupą zaangażowanych tworzył  Towarzystwo Opieki nad Chorymi Nerwowo i Umysłowo Ubogimi Żydami.

Należał do   Towarzystwa Niesienia Pomocy Żydom Ofiarom Wojny.

Został prezesem Komitetu Warszawskiego i członkiem Centralnego Komitetu Stowarzyszenia Pomocy Studentom Żydom w Polsce.

Był  pierwszym honorowym członkiem Zrzeszenia Lekarzy Rzeczypospolitej Polskiej.

Przewodniczył organizacji Niezależnych Żydów .

Został  asesorem Towarzystwa Szerzenia Prawdziwych Wiadomości o Żydach.

W 1916 roku wybrano go  do Rady Miejskiej miasta Warszawy  z listy Zrzeszenia Żydowskiego Wyborczego. Mandat pełnił do 1919 roku.

Nie wymieniam  jeszcze wielu organizacji żydowskich i izraelskich w których aktywnie działał Samuel Goldflam, bo dla czytelnika może być to nużące. Wybrałam tylko te, które są wg  mnie najistotniejsze.

Samuel Goldflam nigdy nie założył rodziny.

Żył samotnie całkowicie poświęcając się swoim pacjentom , nauce i problemom społeczności żydowskiej.

Został pochowany na cmentarzu żydowskim przy ul. Okopowej w Warszawie.

Warto było przypomnieć sobie jego postać , bo większość  informacji zabrał nieubłagany czas. Ludzie, którym pomagał , odeszli w zaświaty .

Zniknęła ogromna część jego Warszawy, nie ma już świata dawnych warszawskich Żydów .

W naszej pamięci pozostał jako lekarz – naukowiec , który po raz pierwszy opisał miastenię ,  chromanie przestankowe oraz zapropnował prostą metodę badawczą, która ułatwia rozpoznanie jednej z chorób nerek….

Dopiero teraz, gdy przeczytałam o jego życiu  myślę ciepło o tej niezwykłej postaci…

 


 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Śladami mojego Taty. Obiad.

 

Michalina usłyszała głos Bolka i dopiero wtedy oderwała się od swoich tajemnych zajęć na strychu. I już po chwili przytulała się czule do swojego męża.

Przetrwała legenda rodzinna o tym, jak wspaniałym małżeństwem byli ci moi przyszli pradziadowie – Michalina i Bolek.

Ale teraz jeszcze o tym nie wiedzieli, nawet nie zastanawiali się nad przyszłością. Zachwycali się sobą i przeżywali swoją wspólną, radosną młodość.

Michalina była zadowolona, że wcześniej przygotowała obiad.

Wykonywała to sprawnie, bo w domu mama ją zaganiała do prac domowych. Nie przepadała za takimi zajęciami, ale teraz dla swojego męża stawała na głowie, by wszystko było smaczne. Uwielbiała jak ją chwalił i rozkoszował się jedzeniem.

Gdy obiad był ugotowany, kolejno zdejmowała garnki z płyty kuchennej i wstawiała je do tzw. dochówki. Był to rodzaj piekarnika umieszczonego nad kuchnią, który  nagrzewał się silnie przy okazji palenia w piecu. Dania tam przechowywane zachowywały swój oryginalny smak i były długo gorące.  

Teraz Bolek otaczał ją ramieniem, opierała głowę na jego barku, czuła jego miłe ciepło i chętnie zmieniłaby kierunek trasy. Ale zamiast do sypialni, Bolek poprowadził ją do kuchni. Po wczesnym, lekkim śniadaniu burczało mu w brzuchu i był ciekaw, jakie potrawy przygotowała jego żona.

Teraz zniknęła za kłębami pary, która się wydobywała po otwarciu drzwiczek  dochówki.   

Od razu podskoczył do niej Bolek i wyręczał w dalszych czynnościach. Garnki ustawiał ponownie na płycie kuchennej, nabierał wielką chochlą czerwony barszcz. Przełykał energicznie ślinę, bo barszcz uwielbiał, a ten, który gotowała Michalina był niepowtarzalny. Jedną z tajemnic był zakwas, który przywiozła z domu rodzinnego. Sama go przygotowała pod kierunkiem matki, używając poza surowymi burakami, razowego chleba oraz dużej ilości czosnku. Po kilku dniach, zakwas był gotowy i w przezroczystych butelkach wyglądał jak wino o niepowtarzalnym kolorycie.

Po chwili na stole kuchennym, ustawionym przy oknie, przy którym tak bardzo lubili zasiadać młodzi, w niedużej wazie parował gorący barszcz.

W misce piętrzyły się gotowane, dymiące jeszcze ziemniaki, a na półmisku mielone kotlety, które dzięki temu, że była mroźna zima, doskonale się przechowywały a były przywiezione jeszcze z domu mamy Michaliny.  

Obydwoje bardzo lubili kwaśne mleko, więc Bolek pomaszerował do spiżarni, gdzie w glinianym naczyniu, przykrytym lnianą ściereczką dojrzewało znakomite, prawdziwe wiejskie mleko. Dobrze, że pamiętał, by jeszcze przed wyjazdem na ślub, przynieść je w dzbankach od sąsiadów, którzy hodowali krowy.  Teraz ostrożnie zdjął grubą warstwę śmietany a potem warstwa po warstwie, jakby krojąc nożem, zbierał łyżką cudnie pachnące najprawdziwsze kwaśne mleko.

W tym czasie do domu młodych dotarł już ksiądz Eustachy, ciesząc się, że mieszkali blisko plebanii. Zasiedli więc za stołem i z zapałem zajadali przygotowane dania.

Ksiądz z przyjemnością oglądał młodą urodziwą panią domu i kątem oka obserwował  rozanielony wzrok Bolka, który też śledził poruszającą się z gracją żonę.

To była jedna z pięknych chwil, które spędzali razem, w harmonii, zdrowiu i przyjaźni.

Nie zdawali sobie sprawy, że ta chwila jest ulotna.

Niedługo później ksiądz zachorował i rzadko opuszczał plebanię…

Na medycznej ścieżce. Objawy …

 

 

Podczas badania jamy brzusznej należało sprawdzić obecność objawów, które musieliśmy sami wywołać.

Do takich objawów należy objaw Blumberga .

Po raz pierwszy opisał ten objaw w roku 1907 Jacob Moritz Blumberg, niemiecki chirurg i ginekolog.

Badanie polega na delikatnym i wolnym uciskaniu powłok brzusznych a potem nagłym oderwaniem dłoni .

W przypadku ostrego zapalenia otrzewnej chory właściwie nie odczuwa bólu przy delikatnym uciskaniu brzucha, natomiast przy odrywaniu, ból jest ostry i silny. Jest to prawdopodobnie wywołane rozklejaniem blaszek otrzewnej ,  bolesnej w wyniku jej zapalenia oraz nagłą zmianą ciśnienia w jamie brzusznej.

Innym obowiązującym badaniem jest ocena objawu Jaworskiego. Jest on charakterystyczna dla zapalenia wyrostka robaczkowego. Pacjent leży na plecach , unosi kończynę dolną prawą do góry. Następnie badający naciska palcami dłoni okolicę wyrostka robaczkowego a jednocześnie pacjent opuszcza wyprostowaną w kolanie nogę do poziomu. Objaw uznaje się za dodatni, gdy w trakcie opuszczania pojawia się narastający ból. Jest to zwłaszcza widoczne w przypadku nietypowego, bo zakątniczego położenia wyrostka. Na temat sylwetki lekarza- Jaworskiego niestety nie znalazłam informacji w Internecie.

Zastanawiam się dlaczego. O Polakach pochodzenia niemieckiego lub żydowskiego zamieszczono tam sporo danych. Czy to przypadek tylko , że o Jaworskim nikt nie wspomina….

Innym,  ważnym  objawem jest objaw Goldflama.  Wywołujemy go przez uderzanie dłonią zwiniętą w pięść w grzbiet drugiej ręki płasko ułożonej w okolicy kąta kręgosłupowo- żebrowego pacjenta. Jeśli chory zgłasza wtedy ostry ból w tej okolicy, mówimy, ze objaw Goldflama jest dodatni. Sugeruje to ostry stan zapalny leżącej  w tej okolicy nerki. Najczęściej jest to związane z  obecnością złogu w nerce .

Objaw ten po raz pierwszy, w 1900 roku ,  opisał polski neurolog Samuel Goldflam.

Gdy sumiennie wykonywaliśmy wszystkie elementy badania lekarskiego w czasie pierwszych zajęć klinicznych otwierał się przed nami tajemny świat medycyny.

Nie wiem, jak to wyglądało na uczelni warszawskiej , ale teraz, z perspektywy czasu podziwiam  tę rzetelną i bardzo poważną edukację prowadzoną przez „szkołę  poznańską”.

A może tak myślę, bo byliśmy bardzo młodzi, wszystko było nowe i pozostało w pamięci jako pierwsze wielkie zauroczenie…

Śladami mojego Taty. Na strychu.

 


 

Salonik. Obraz Bronisławy Rychter-Janowskiej. !868

 

Po wyjściu Bolka, Michalina pognała na stryszek. Tam od razu zabrała się do rozpakowywania tajemnej paczki.

Powoli i bardzo delikatnie wyjmowała z niej niewielkie pakuneczki. Układała je na podłodze, w rogu stryszku.

Na samym końcu wydobyła jakąś konstrukcję. Ustawiła ją w centralnym miejscu stryszku,tak, by była widoczna z nieomal każdego miejsca.

Potem spokojnie rozpakowywała to, co kryło się w każdym odrębnym pakuneczku i układała tematycznie.

Zajęło jej to dość dużo czasu, nawet nie zauważyła, że Bolek wrócił do domu.

Biegł do swojej ukochanej jak na skrzydłach.

Wpadł do domu, rozejrzał się, ale nigdzie jej nie zobaczył. Dopiero gdy zaczął wołać, usłyszała go i zbiegła po wąskich schodkach do sieni.

Była zarumieniona, ożywiona, ale nie odpowiedziała na pytanie, co robiła na górze…

Na medycznej ścieżce. Guz w brzuchu..

 

Pod koniec zajęć z propedeutyki interny w poznańskiej klinice, otrzymaliśmy samodzielne zadanie zbadania brzucha pacjenta.

Nie udostępniono nam dokumentacji medycznej, należało jedynie zebrać wywiad, zbadać chorego i zdać relację z wyników tego badania.

Mnie przydzielono pacjentkę w ostatniej sali kliniki. Jak zwykle weszłam tam z powagą i tajonym lękiem.

Jej łóżko znajdowało się po lewej stronie od wejścia. Oceniłam sytuację, i odetchnęłam z ulgą,, że przysuwając taboret do łóżka, znajdę się tak, jak należy po prawej stronie pacjentki.

Była to kobieta o zniszczonej, zmęczonej twarzy, ale patrząc w jej młode jeszcze oczy, oceniłam, że chyba ma niewiele ponad 40 lat. Była poważna i smutna. Rozpoczęłam rozmowę, zadawałam pytania na które odpowiadała z pewnym ociąganiem.  

Została skierowana do szpitala w celu wyjaśnienia dość tajemniczych objawów jak mdłości poranne, sporadyczne wymioty, dziwne odczucia smakowe i w efekcie utratę masy ciała.  Od razu pomyślałam o najgorszym. Wszystkie objawy niestety pasowały  do bardzo poważnej choroby, a mianowicie raka trzustki, właśnie tak opisywanej w podręcznikach.

Zadałam mnóstwo dodatkowych pytań, w tym o liczbę ciąż i porodów. Miała troje zdrowych i dość dużych dzieci. Wcześnie przekwitła, nawet bez specjalnych objawów typowych dla klimakterium. 

Przebywała w szpitalu już ponad miesiąc. Tempo postępowania diagnostycznego  było wg niej dość ślamazarne. Może lekarze chcieli mieć czas na obserwację, pomyślałam. Wykonano jej podstawowe badania krwi i moczu, z których jak powiedziała, nic niepokojącego nie wynikało. Dzielnie przebyła gastroskopię , do której używano grubej sztywnej rury i dość cienką i jak makaron  dość łatwą do połknięcia sondę dwunastniczą. W tych badaniach  też na szczęście nic nieprawidłowego nie znaleziono.

Zanim przystąpiłam do wykonywania zadania, tj oceny jamy brzusznej, tak jak należało dokonałam badania całego jej organizmu. . Oceniłam chód  i podstawowe objawy neurologiczne. Oczywiście badanie neurologiczne było nieudolne, bo jeszcze tego nie przerabialiśmy w praktyce. Ale od czego była wiedza podręcznikowa, której miałam pełną głowę. Mdłości mogły przecież być objawem jakiegoś schorzenia w obrębie układu nerwowego, myślałam gorączkowo.

Wreszcie nadszedł moment, by przystąpić do głównego zadania.

Pacjentka nie zgłaszała żadnego bólu, więc odważnie rozpoczęłam badanie.

Nie znajdowałam miejsc bolesnych, ani żadnych  nieprawidłowości.

Gdy doszłam do uciskania okolicy nad spojeniem łonowym coś mi się nie spodobało.

Nie byłam pewna, czy nie wyczuwam kości łonowej, ale opanowując emocje, powtórzyłam ocenę.

Jednak coś wyczuwałam nad spojeniem  łonowym.

Było to twarde, równe, niebolesne zgrubienie.

Pomyślałam, że jest to przepełniony pęcherz moczowy. I dlatego ponownie spytałam o to, czy zgłasza jakieś problemy z oddawaniem moczu. Chora przyznała, że ostatnio częściej niż zwykle oddaje mocz, a nawet musi w tym celu wybudzać się w nocy i wędrować do łazienki. Ale dowiedziała się , że w kilku  badaniach moczu nie stwierdzano zmian chorobowych.

Nie informowałam chorej o swoim odkryciu, podziękowałam za umożliwienie mi pierwszego samodzielnego badania, powoli podeszłam do drzwi. Gdy zamknęłam je za sobą, rzuciłam się   pędem w kierunku gabinetu lekarskiego.

W pokoju panowała  cisza, jedynie zakłócana skrzypieniem piór. To lekarze wypełniali dokumentacje pacjentów.

Gdy gwałtownie wpadłam do ich gabinetu, podnieśli głowy znad papierów i popatrzyli na mnie z wyrzutem, że zakłócam im spokój.

Oprzytomniałam, wyciszyłam się i zapytałam kto zajmuje się moją chorą. Odezwał się lekarz urzędujący w głębi pokoju, podeszłam dostojnie i z powagą oznajmiłam, że odkryłam w brzuchu mojej pacjentki guz. Myślałam, że wszyscy osłupieją i wpadną w podziw nad moją spostrzegawczością . Czekałam na jakieś okrzyki a może nawet przerażenie, że do tej pory niczego nie rozpoznali.

Ale nikt nie reagował, wszyscy opuścili głowy i dalej skrobali w historiach chorób.

I wtedy lekarz, który zajmował się moją pacjentką oznajmił, że początkowo też myślał o różnych schorzeniach, podejrzewając te najgorsze. W dniu przyjęcia do szpitala jeszcze niczego patologicznego nie wyczuwało się w brzuchu. Ale dobrze, że pacjentka pozostała dłużej, bo właśnie niedawno ją  ponownie dokładnie zbadał i odkrył to samo co ja. Wyraźnie coś się zmieniło w czasie tego miesiąca. Dzisiaj skierował ją na  konsultację ginekologiczną, w wyniku której rozpoznano zwykłą ciążę.

Byłam zaskoczona, przecież mówiła mi , że już przestała miesiączkować i na pewno przebyła klimakterium.

A ja w swojej nieomal dziecięcej  naiwności, nawet nie pomyślałam, że w życiu tak jak w medycynie to co wydaje się niemożliwe czasami właśnie jest możliwe…Dobrze zapamiętałam tę lekcję…

Nie wiem jak potoczyły się losy pacjentki, czy się cieszyła, że nie ma choroby nowotworowej, czy tę radość zabijał lęk co będzie dalej. Posiadanie kolejnego dziecka  nie dla każdego było radością…

Na marginesie muszę dodać, że działo się to w roku 1967. To były czasy, gdy nie wymyślono jeszcze badań ultrasonograficznych ani prostych do wykonania  prób ciążowych.

Ale myślenie o prawdopodobnych  stanach fizjologicznych i chorobach było takie samo jak dzisiaj, przynajmniej powinno być…

 

 

Śladami mojego Taty. Sielanka ….

 

Raniutko żegnała woźnicę, sanie i znajome konie. Czuła ucisk w okolicy serca, bo oddalał się ostatni znajomy fragment jej dawnego życia.

Ale szybko otrząsnęła się z nostalgicznego nastroju, wróciła radość z bliskości Bolka. Zasiedli jak zwykle w kuchni, przy stole specjalnie ustawionym blisko okna. Bardzo lubiła te wspólne poranne chwile, gdy dzień się dopiero zaczynał, rozmawiali wtedy o tym, jakie mają codzienne plany, pytała o to, co chciałby zjeść na obiad. Cieszyła się, bo zawsze z uśmiechem wybierał niespodziankę. Boże, jak ona kochała jego uśmiech, spokój, ramiona. Zawsze siadała naprzeciwko Bolka, by widzieć jego oczy. Pomiędzy nimi unosił się wonny obłoczek dymiącej kawy, specjalnie kładła ręce na stole i zawsze czuła, jak Bolek nakrywa je swoimi dużymi silnymi i bardzo ciepłymi dłońmi. Czuła wielkie zjednoczenie, pulsowanie krwi w jego tętnicach i wzajemne przenikanie ciepłych fal biegnących z ich ciał .

Długo siedzieli przy oknie kuchennym, obserwując widok zaśnieżonych drzew w pięknej ramie okiennej ozdobionej kwiatami, które malował mróz na szybie.

Po porannej kawie, Bolek niechętnie wychodził z domu, bo nie lubił opuszczać ukochanej. Przy niej czuł się tak dobrze, jak nigdy dotąd nie było… I ona pragnęła by zatrzymać na zawsze takie piękne poranne chwile.

Ale dzisiaj było inaczej. Dość szybko przypomniała Bolkowi o czekających obowiązkach, zaczęła zbierać talerze i kubki, aż niespokojnie popatrzył na żonę. Ale lubił ją zawsze, wtedy gdy leniwie poddawała się nastrojom i też wtedy, gdy krzątała się po domu.

Tak więc tego dnia, Bolek ociągając się, pomaszerował do Kościoła na poranną mszę.

Ona tylko na to czekała, upewniwszy się, że zniknął za zakrętem, szybciutko wbiegła na schody wiodące na strych…

Na medycznej ścieżce. Ludwik Rydygier.

 

 

Porteret Ludwika Rydygiera z asystentami. Leon Wyczółkowski, 1897 rok.

 

Gdy pobiegliśmy na blok operacyjny, by sekundować chirurgom w czasie operacji naszego pacjenta, dowiedzieliśmy się, że w czasie tego zabiegu będzie zastosowana metoda Rydygiera.

Po powrocie do domu zajrzałam do encyklopedii i zadziwiłam się. Otóż  ten sposób leczenia wymyślił Rydygier ponad 80 lat temu.  Mimo postępu w medycynie, metoda okazała się ponadczasowa.

Z ogromnym zainteresowaniem poczytałam o tej postaci.

Ludwik Rydygier urodził się w 1850 roku, w Dusocinie niedaleko Grudziądza, w zaborze pruskim. Był synem właściciela majątku, który nosił nazwisko Riediger.

Uczył się w Pelplinie, Chojnicach a następnie w Chełmnie. Studia rozpoczął w Krakowie a   kontynuował je w Greifswaldzie( G).

Ludwik od wczesnej młodości demonstrował swoje polskie pochodzenie a teraz nawet zmienił swoje rodowe nazwisko Riediger na spolszczone – Rydygier.

Po ukończeniu studiów, obronił pracę doktorska i pracował w  Chełmnie, gdzie udało mu się otworzyć niewielką klinikę.  

Był bardzo aktywny nie tylko zawodowo, ale też naukowo. Nieustannie publikował liczne prace z zakresu chirurgii.

Powrócił do G. , potem przeniósł się do Jeny, gdzie uzyskał tytuł doktora habilitowanego. Ubiegał się o katedrę chirurgii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, ale miejsce to zajął za poparciem Theodora Billrotha – Jan Mikulicz – Radecki.  Nazwiska obu profesorów przeszły do historii medycyny.

Dopiero po kilku latach, gdy Mikulicz przeniósł się do Królewca Rydygier został kierownikiem tej krakowskiej kliniki.

Po 10 latach dostał propozycję objęcia nowej katedry i kliniki chirurgii Uniwersytetu Lwowskiego. Zgodził się i w 1897 roku został profesorem tego Uniwersytetu.

Był też dziekanem lwowskiego Wydziału Lekarskiego, wychował wielu znakomitych chirurgów, przyszłych profesorów. 

A w latach 1901/1902 został Rektorem Uniwersytetu Lwowskiego .

Należał do ścisłego grona najwybitniejszych ówczesnych polskich a także światowych chirurgów.

W 1880 przeprowadził pierwszy w Polsce a drugi na świecie zabieg wycięcia odźwiernika z powodu raka żołądka, a w 1881 pierwszy na świecie zabieg resekcji żołądka z powodu owrzodzenia. W 1894 roku wprowadził nową metodę chirurgicznego leczenie choroby wrzodowej żołądka i dwunastnicy za pomocą zespolenia żołądkowo- jelitowego.

Rydygier był autorem (1900) oryginalnej metody usuwania gruczolaka prostaty i wielu innych technik operacyjnych.  Niektóre wprowadzone przez niego metody operowania żołądka, raka odbytnicy, amputacji, kardiochirurgii, ortopedii, chirurgii plastycznej, urologii – są stosowane do dziś.

W 1889 roku zorganizował pierwszy w Polsce zjazd chirurgów.

Zjazdy te w 1921 roku dały początek Towarzystwu Chirurgów Polskich .

Nie opuścił Lwowa, gdy mu zaproponowano przejście na Uniwersytet Karola w Pradze.

W roku 1903 otrzymał tytuł szlachecki ( galicyjski) jako Ludwik Rydygier Ritter von Ruediger.

W czasie I wojny światowej kierował szpitalem wojskowym w Brnie.

Po zakończeniu tej  wojny powrócił do Lwowa.

W listopadzie 1918 roku brał udział w słynnej obronie  Lwowa przed  Ukraińcami.

W 1920 roku rozpoczął organizowanie szpitali wojskowych , był szefem sanitarnym Dowództwa Okręgu Generalnego „ Pomorze”, konsultantem i naczelnym chirurgiem Dowództwa „ wschód”. W 1920  został mianowany generałem  brygady.

Zmarł nagle, 25 czerwca 1920 roku. Został pochowany na cmentarzu Łyczakowskim, później jego szczątki przeniesiono na Cmentarz Obrońców Lwowa.

 

Oglądam  postać Ludwika Rydygiera utrwaloną na portrecie namalowanym przez Wyczółkowskiego. To postać z której aż bije witalność i wielka energia. W tle grupka lekarzy płci męskiej.

Nie znamy jego relacji z kobietami w zwykłym życiu.

Ale pozostał we wspomnieniach jako wielki przeciwnik obecności kobiet w zawodzie lekarza, co przybierało formy pewnego dziwactwa. Na własny koszt zamieszczał w prasie ogłoszenia: „Precz z Polski z dziwolągiem kobiety lekarza”

W roku 1897 zagłosował przeciwko przyjmowaniu kobiet na Wydział Lekarski.

Ponoć wtedy, gdy  wchodził do jakiegokolwiek pokoju lekarskiego wołał od drzwi „ Szukam jakiegoś lekarza”. Po czym się rozglądał się dookoła i z zaciekawieniem  patrzył na pracujących przy biurkach lekarzy. Niestety widział tam wiele kobiet.

I wtedy zawiedziony powtarzał tęsknie „ Jakiegoś lekarza…”

 

Wg autorki felietonu zamieszczonego w  ostatnim numerze „ Gazety Lekarskiej” o utrzymujących się różnicach pomiędzy lekarzami wynikającymi z płci, można usłyszeć chichot ducha Rydygiera :„ A co nie miałem racji?”

Od  ponad 40 lat wielokrotnie przechodziłam żoliborską uliczką  Rydygiera. Wówczas nie zastanawiałam się nad jej imiennikiem. Zawsze gnałam tamtędy w wielkim pośpiechu, rozdarta pomiędzy pracą zawodową i problemami  rodzinnymi. Dobrze, że doczekałam tego momentu, w którym  przyszedł spokój i czas refleksji. I teraz wracam do dawnych studenckich czasów i przy okazji nadrabiam zaległości wiedzy. Mam uczucie, że nade mną zamyka się tajemny krąg. Jak dobrze, że nie jest za późno.

I przy okazji się zastanawiam nad życiem kobiety w zawodzie lekarskim. Zdarzało mi się myśleć, że kobieta lekarka nie powinna zakładać rodziny i pozostawać w stanie wolnym, jak zakonnica, by bez reszty poświęcać się tylko jednej sprawie. Walce o zdrowie i życie swoich chorych.

A może Rydygier miał jednak trochę racji …..

 

 

I jeszcze raz przedstawiam , bo  dla mnie niezwykły jest ten „Portret Ludwika Rydygiera z asystentami”. Leon Wyczółkowski, 1897

 

Śladami mojego Taty. Historia moich pradziadków.Tajemnicza przesyłka .

 

Obraz Bronisławy Rychter-Janowskiej ( 1868-1953). Zdjęcie z internetu ze zgodą na upublicznianie.

 

 

 

Ale Michalina czekała na kolejny transport z domu. W ostatnich pakunkach znajdowała się jej tajemnica.  

I wreszcie któregoś dnia, gdy Bolek  poszedł  do kościoła na poranną mszę by piękne pieśni intonować i grać na organach , usłyszała szczekanie ulubionego psa i  trzaskanie z bata. To woźnica meldował swoje przybycie.

Wybiegła przed dom, narzucając jedynie chustę na ramiona.

Przed domem stały  duże  sanie, zrezygnowano bowiem z wozów, gdyż wszędzie jeszcze leżały wielkie śniegi.

Końskie oddechy zamarzały w powietrzu tworząc dziwne unoszące się nad nimi stwory. Zapatrzyła się na ten widok, bo było jak w bajce.

Ale niebawem oprzytomniała i natychmiast zajrzała pod grubą derkę. Wszystko było dobrze upakowane. Bowiem  na samym wierzchu była jej najważniejsza paczka.

Jak dobrze, że matka znała sekret córki  i umieściła przesyłkę  na samym wierzchu , by jej zawartość nie uległa zniszczeniu.

Natychmiast porwała tę paczkę i wtaszczyła ją po dość stromych schodach na stryszek. Dopiero potem zaprosiła woźnicę do domu, by mógł się ogrzać. Ale  chłopisko było przywykłe do wschodnich mrozów i wcale mu się nie spieszyło do ciepłego pomieszczenia. Od razu poznała że  po drodze się wzmacniał , by nie ulegać zmęczeniu i przemarznięciu, gdyż w pewnym momencie dmuchnął z całej siły i wtedy doleciał do niej zapach machorki i świeżego alkoholu.

Poznosili więc razem jeszcze kilka pakunków, najcięższe pozostały, gdyż były zbyt ciężkie i potrzebny był do pomocy drugi mężczyzna .

Czekając na Bolka, weszli w końcu do izby, i za chwilę woźnica siorbał z rozkoszą ulubiony kapuśniak. ….

Na medycznej ścieżce. Deskowaty brzuch..

 

 

Owrzodzenie żołądka. Zdjęcie z Wikipedii.

 

W czasie zajęć na propedeutyce medycyny pan Profesor omawiał szczegóły badania brzucha, typowe objawy różnych schorzeń także takie, które  ujawniały się przy specjalnym badaniu.  

Któregoś dnia profesor zaprosił nas do sali, gdzie na łóżku leżał bardzo cierpiący pacjent. Nie poruszał się, miał podkurczone nogi. Mówił, że ma silne bóle brzucha, które promieniują do barków i nasilają się przy każdym ruchu. Profesor od razu powiedział nam , że te objawy sugerują zapalenie otrzewnej.

W odróżnieniu od napadu kolki nerkowej, gdy  chory jest niespokojny, zmienia pozycję ciała, nasz pacjent unikał ruchów i by zmniejszyć natężenie bólu, sam intuicyjnie wybierał nieruchomą pozycję, która zmniejszała napięcie mm brzucha.

Pan profesor zapytał chorego, czy zgodzi się, byśmy dotknęli delikatnie jego brzucha. Podziwiałam, że mimo cierpienia, nie protestował. Wiedział, że lada moment znajdzie się na bloku operacyjnym, gdyż lekarz który go przyjmował do szpitala podejrzewał uszkodzenie ściany żołądka( perforację ) wymagające pilnego  zabiegu operacyjnego.  

Najdelikatniej jak potrafiłam, położyłam dłoń na brzuchu chorego. Poczułam niezwykłą twardość powłok brzusznych. To był klasyczny brzuch tzw deskowaty , określany też jako obrona mięśniowa a będący wynikiem odruchowo napiętych mm brzucha. . Informacje na ten temat znajdowaliśmy już wcześniej w podręcznikach interny. Ale to było zupełnie coś innego, wiedza teoretyczna nabrała innego wymiaru. Tutaj był żywy człowiek i jego cierpienie.

Wiedzieliśmy też, że w tym stanie często  dochodzi do porażennej niedrożności jelit co manifestuje się  zatrzymaniem gazów i stolca. Zapytałam o to, a pacjent potwierdził. Przyłożyłam mój zielony fonendoskop do jego powłok i nie usłyszałam prawidłowych szmerów perystaltycznych. W jamie brzusznej chorego panowała zupełna cisza.

Podziękowaliśmy choremu, że umożliwił nam badanie w tak dramatycznej dla niego sytuacji. Chyba nie bardzo kontaktował, był sam ze swoim cierpieniem.

Po chwili do sali weszły pielęgniarki i  powoli wytaczały łóżko z cierpiącym w kierunku bloku.

Szliśmy za nim, jak w nabożnej procesji, cicho , prawie na palcach, życzyliśmy mu powodzenia.

Nie myśleliśmy wtedy, że należało także życzyć powodzenia lekarzom. Nie bardzo zdawaliśmy sobie sprawę, jak bardzo jest zaangażowany chirurg, ile poświęca własnych sił, i właściwie w czasie zabiegu staje się jednym organizmem ze swoim chorym.

Profesor wyraził zgodę na to, byśmy poszli na salę operacyjną . Zabieg przebiegał sprawnie, faktycznie , jak podejrzewano,  była to perforacja żołądka.

Następnego dnia od razu pognaliśmy się  na salę pooperacyjną . Z daleka ujrzeliśmy naszego pacjenta. Mimo cewników wystających mu z nosa, zauważyliśmy , że się do nas uśmiecha. To był niesamowity człowiek, dzielny, przyjazny ludziom, dzięki niemu poznawaliśmy prawdziwą medycynę.

Dziękowaliśmy mu wtedy i do tej pory mu dziękuję.

Nie wiem jak potoczyło się jego życie, może już cieszy się innym światem, ale pozostał na stałe w mojej wdzięcznej pamięci…..