Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 11 ) . Jeszcze jedna opowieść z Gniezna .

Mała Mariolka  m.in. w sytuacji poważnie intymnej ( lewy górny róg pierwszego zdjęcia 🙂 .  Na kolejnym-  w otoczeniu panów nieźle sobie radzi, jak widać – miejsce centralne zajmuje 🙂 . Zdjęcia z Rodzinnego Albumu Marii J. Nowakowskiej. 

a to ode mnie dla Marioli- dmuchawiec –  tak piękny delikatny jak ludzkie życie – ot takie mi przyszło skojarzenie, nie wiadomo skąd

Świetna historyjka, tak kiedyś napisałam  po kolejnej opowieści Marioli …pisz dalej…cokolwiek Ci się przypomni…z dzieciństwa, czy szkół, zawodu.. może nie być chronologii

Niebawem  przyfrunął list od Marioli

 jeszcze leżałam a już męczyła mnie moja niewiedza

otóż jak już pisałam mam dziury w mózgu czy pamięci – na jedno wychodzi

męczyło mnie jedno : napisałaś że pisze się Zofia a mówi  ????? ( Marioli chodziło o to, że na FB używam imienia Klara J )

no właśnie jak

to jak się mówi wpadło do tej dziury i nie pamiętam

pomóż !! proszę !!!!!!!!

wysłałam  poprzedni  list a chociaż pytałaś ,  nie napisałam kto mieszkał w tych domach, w Gnieźnie mojego dzieciństwa.

Różne wyznania

przeważnie katolicy – właściciel, który  z fotelem

chodził do katedry na uroczystości z prymasem

 kolejno mieszkali wyznawcy 4 religii a  dwie rodziny byli przywódcami i u nich odbywały się  ceremonie

jako dzieci podglądaliśmy wszystkich lub nawet braliśmy udział

koledzy  byli ciekawi jak jest w  naszym kościele więc trzeba było im to umożliwić

zorganizowaliśmy komeżki trochę chłopcy – ministranci podszkolili i akcja ruszyła

dotarliśmy do kościoła ale w  zakrystii ksiądz się zorientował

nie rozumiał naszej postawy , nie znał ekumenizmu  🙂  ,  nakrzyczał, wezwał rodziców  i  później bacznie nas obserwował  ….

 

i jeszcze raz – a to ode mnie dla Marioli- dmuchawiec –  tak piękny delikatny jak ludzkie życie – ot takie mi przyszło skojarzenie, nie wiadomo skąd ….

Wielbię  Cię, Mariolko, choćby za ten błysk w tekście – że ksiądz „nie  rozumiał naszej postawy, nie znał ekumenizmu  ” 🙂

 

 

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 10 ). „Poznań przywitał deszczem”.

Jak już kiedyś pisałam, Mariola zostawiła mi ” wolną rękę” w redagowaniu i  nadawaniu tytułów poszczególnym częściom Jej pamiętnika. Oczywiście wszystko mogę poprawić, jeśli nie będzie odpowiadało.

Dzisiejszy tytuł przyszedł sam, bo zapowiadało się łzawo, ale jak w życiu bywa, po deszczu słońce, więc potem będzie już tylko lepiej …

Kiedyś  Mariolka napisała do mnie, że zagląda do mojego pamiętnika w blogu, gdzie m.in. opisuję swój poznański czas – właściwie tylko wspomnienie z dzieciństwa i trzyletni, wobec długości całego życia –  epizod, ale jakże ważny jakościowo –  studiów na Akademii Medycznej  a latach 1965 – 1968.  

I niedługo potem przysłała ten list, który kopiuję jak zwykle bez ingerencji w tekst, tylko pogrubiam czcionkę i nie mogę się powstrzymać od wstawienia  odpowiedniej „ buźki”, tam, gdzie temat przygnębiający lub miły. Mam nadzieję, że to mi wybaczasz, Mariolko  …

Maria J. Nowakowska w maju 2018 roku. To zdjęcie dostałam od Jurka, który nie tylko uwiecznił naszą Koleżankę, ale tworząc w messengerze Grupę , pozwolił na nasze spotkanie i tak piękny rozwój opowieści Marioli – tu zamieszczanych …

Teraz oddaję Jej głos  :  

Piszesz jaki pierwsze wrażenia miałaś z Poznania

ja przeprowadziłam się do tego miasta do 3 klasy  ogólniaka

pierwsza lekcja  z panią dyrektor

Hołoga była 8 w  dzienniku – byłam jasną blondynką, miałam gęste kręcone włosy spięte w  koński  ogon

pani dotarła do mnie przy czytaniu obecności i zaczęło się

         skąd jesteś ” Gniezno – no to pamiętaj że tu nie jest tak jak na prowincji

 jakie miałaś oceny z,,,

nie myśl że tu się dobre oceny daje za nieuctwo – w  Poznaniu trzeba się uczyć

i pamiętaj – ostatni raz tleniłaś sobie włosy i robiłaś trwałą – więcej ma się to nie powtórzyć !!!

na moje próby usprawiedliwienia się : nie bądź  bezczelna, nie przerywaj !!!

trzymała mnie na stojąco tak pytając i komentując aż do dzwonka  🙁

       Nie dziwisz się że Poznania nie lubiłam i bardzo prosiłam bym mogła wrócić do dziadków  do Gniezna i tam chodzić do szkoły

nie ulegli a i mnie się ułożyło w  klasie

ta pani nawet mnie z czasem polubiła, widziałam że bardzo starała się zmienić moją nieufność do siebie ale niewiele to dało

tak dalece że na studniówkę nie poszłam a wygoniona przez mamę  jeździłam tramwajami do ostatniego kursu 🙂

 w  klasie był wtedy Hirek Głowacki który  potem był z nami na roku i jako jedyny głośno odezwał się : co pani się jej czepia!

polubiłam go zaraz

Hirek miał buzię mocną, często się odzywał w  obronie innych aż w końcu musiał zmienić szkołę

spotkaliśmy się na studiach , teraz mieszka w Niemczech , jest ginekologiem i regularnie przyjeżdża na nasze zjazdy …na motorze ! 🙂

sprawdź

I jeszcze raz ten  uwielbiany przeze mnie kadr ze zdjęć w albumie Rodzinnym Marii J. Nowakowskiej, które mi przysłała . Oto Ona w opisywanych lub nieco późniejszych czasach. Co się czai w tym spojrzeniu ???. Częściowo poznajemy TO z Pamiętnika , ze sposobu narracji , zauważenia w tamtym – dziecięcym i wczesno młodzieńczym czasie –  i zapamiętania  ważnych wydarzeń życiowych, które teraz ” wyławia ze swej  dziurawej po udarze pamięci” – wielokrotnie  o tym pisała, co świadczy o  fantastycznym, nie zawsze spotykanym poczuciu humoru i dystansie do siebie  … 🙂

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 9 ). Gnieźnieńska krótka historyczna opowieść o fotografie , Mamie i albumie …

 

Zawadiacka i czupurna byłaś ,  mała Mariolko,  super wyglądasz, gdy  się wychylasz zza drzwi kościoła  :).

Na drugim zdjęciu – wspaniały dokument naszych lat dziecięcych… pewnie ok. 1954 roku? – stroje – też miałam krakowski – Mama wyszywała na aksamicie, cekinami zdobiła wg rysunku Taty, do tego ze szkła tak cienkiego prawie jak bombki na choinkę – korale, które po pewnym czasie były w opłakanym stanie – gdyż jakoś bardzo łatwo się tłukły 🙂 No i zakręcony i spięty lok na czubku głowy. A w oddali dziewczynka w butach jakie nosiłyśmy i na pewno w opadających (czego nie widać, ale wiem z doświadczenia) prążkowanych pończochach. Wspaniałe są Wasze śpiewające miny – z Braciszkiem – chyba z trudem utrzymuje berecik na głowie, ale pięknie się uśmiecha do aparatu fotograficznego 🙂

Mariola „rozkręcona” we wspominkach, razem z powyższymi zdjęciami z rodzinnego albumu gnieźnieńskiego z wczesnego dzieciństwa, przysyła kolejny mail… w którym dla mnie niezmiernie ciekawy jest fragment historii…

 

Ty chodzisz wcześniej spać a ja szukając zdjęć  przypomniałam sobie zdjęcia, sprzed lat
Ludzie są różni niezależnie od narodowości
na początku wojny polska młodzież była wywożona na roboty do Niemiec
w Gnieźnie był 1 Niemiec prowadzący zakład fotograficzny i by uchronić kilku Polaków, wziął ich do zakładu choć nie mieli pojęcia o tej pracy – dostała się tam moja mama i jej brat
Początki mieli trudne – psuli materiału co nie miara ale z czasem nauczyli się
z kolei Niemcy mieli manię dokumentowania wszystkich swoich działań jak : burzenie pomnika  Chrobrego przed katedrą, demolowanie wewnątrz, zabawy w kościele itp.
mama miała przyznaną ilość  papieru ale zawsze udało im się zrobić dodatkowe odbitki i ukryć je
pamiętam te zdjęcia bo przez wiele lat były w domu aż potem rodzice zrobili album i zanieśli do Katedry jako dowód tego co się działo …
to o wojnie

a potem gdy chodziłam do szkoły to sama wiesz -nie było pomocy naukowych i wówczas rodzice zrobili ilustracje każdej nowej literki na dużych arkuszach bristolu i były wieszane na ścianie gdy zaczynaliśmy się danej literki uczyć
mama malowała obrazki a tato pisał literki
za  moje pismo dostawałam nie raz po uszach – pamiętam stal nade mną i mówił:  w dół dociskaj -jak w górę swobodnie, lekko
w szufladzie biurka miał zrobiona przez siebie długa rynienkę  podzieloną na małe przegródki a w każdej z nich inny nr redisów,  że jak pisał to nie musiał długo szukać a nawet nam mówił gdzie która wielkość jest
a zeszyt do przyrody w 3 klasie musiałam dwa razy przepisywać bo…mamie nie podobał  się  mój rysunek tulipana na pierwszej stronie !!!!!!!

 

na zdjęciach , które wysyłam , widzisz też przebrane za Chinki  ( tu nie zamieściłam, muszę poszukać  wśród licznych zdjęć z rodzinnego albumu Marii J. Nowakowskiej  i uzupełnić ) , były też  lale , itp.
robiła nam to  mama z  prześcieradeł, z bibuły i czego się dało…

 

Odpisałam, że Twoja Mama miała wielkie zdolności plastyczne, gdyż jak już pisałaś  wystawiała swoje lalki  nawet na Targach Poznańskich. Ciekawe po kim i czy Wy, Jej dzieci odziedziczyłyście talent ?

Mariola  nie udzieliła mi odpowiedzi, czy w rodzinie był jakiś człowiek o takich zdolnościach – malarz , rzeźbiarz czy kostiumolog. Ale oznajmiła , że talent po Mamie odziedziczyła  tylko jedna, wspominana już w poprzednich wpisach –  Córka , która jest wicedyrektorem Liceum im. Kenara w Zakopanem…

 

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 8 ). Rodzice.

Mariolko kochana  !!!

Po pierwsze, mam nadzieję, że mi wybaczysz ” uśmiechnięte buźki” , które  czasem wstawiam na końcu Twojej dowcipnej wypowiedzi. To jedyna ingerencja w Twoje teksty. Ale chcę wypunktować to, co dla mnie jest ” Rozbłyskiem ” Twojego pisania –  wartym zauważenia – bo wiem z doświadczenia, że ludzie czasem czytają pobieżnie i coś tak fantastycznego  może im umknąć …

A teraz kolejny list od Marii  J. czyli Mariolki :

napisałaś że mam pisać o rodzinie to napiszę trochę ja a potem czekam na Twoje opowieści rodzinne

i wkrótce przypływają zdjęcia z albumu Rodzinnego Marioli,  które  bez objaśnień wstawiam pomiędzy  poszczególne tematy Jej opowieści 

 

mama – była w domu z nami i dorabiała  malując abażury
wzory były różne – były też  Chinki, smoki i takie tam
abażury wystawiała na targach poznańskich
któregoś dnia podeszli Chińczycy – oglądali i zaczęli się bardzo śmiać
mama dochodziła  w czym rzecz – okazało się że między namalowanymi Chinkami umieściła jakiś znak chiński –  bo się jej bardzo podobał    –    a to było jakieś okropnie świńskie słowo  🙂

tata był z zawodu księgowym ( głównym w budowlanej dwójce która budowała m.in nasz akademik na Przybyszewskiego, Rataje)  a jego pasją była koszykówka.
w Gnieźnie był trenerem – m.in. Łopatki Mieczysława który w końcu grał w FBA w Stanach
wówczas był to naprawdę sport amatorski – koszulki i spodenki tato przynosił do domu, my odpruwaliśmy numerki , mama prała i potem przyszywała
żeby ułatwić mamie pracę,  tato kupił  na targach poznańskich pralkę – kwadratową, wirnik w dole bębna
radość wszystkich ogromna bo nikt czegoś takiego nie miał no i praca będzie lżejsza
trwało to do pierwszego prania – wirnik wyrywał w każdej koszulce i spodenkach kwadraciki  🙂

w ślady taty poszedł brat – został nie trenerem lecz sędzią – sędziuje do teraz mimo wieku a w najlepszym okresie nawet finał międzynarodowych zawodów w USA…
to była jego pasja a z zawodu był rehabilitantem

siostra już jako dziecko bawiła się w nauczycielkę – pisała z błędami a potem sama je poprawiała  🙂
była tak przejęta rolą że którejś nocy musiało jej się to śnić bo stanęła nad babcią i : zawołała – jak nie umiesz to do kąta i …zerwała kołdrę z przestraszonej babci …
Pasja została – do dziś uczy
( jest żoną  dyr. Szkoły Kenara w Zakopanem
Dlaczego tam ? wyszła za mąż za górala a jej teść był lutnikiem jednym z pierwszych w Polsce, założył klasę lutniczą w tej szkole. Na jego skrzypcach grało wielu skrzypków m.in.  Wiłkomirska…
jest pochowany na Pęksowym Brzysku  *

mąż też lutnik

jedna cecha nas łączy oprócz genów – żadne z naszych dzieci nie poszło w ślady rodziców – jedynie szwagier kontynuuje pracę swojego ojca

pomyślisz pewnie że w takiej rodzince to ja też sportowiec
i tu się mylisz – po znajomości ( wszyscy  wf -iści ojca znali ) miałam tróję z wf a oceny poprawiające z 2 dostawałam np. za to że pierwsza rozebrałam się na lekcje..

denerwowało mnie to więc w 2 klasie liceum zdałam egzamin na sędziego Lekkiej Atletyki
co sobotę i niedzielę sędziowałam więc jak takiej uczennicy nie dać 3  na koniec roku, prawda?
sędziowałam Szewińskiej- Kirszenstein, Sidle itd.

problem rozwiązałam sama przed rokiem
po udarze koleżanka dała mi skierowanie na rezonans i mówi : poprzednio badałam ciebie na leżąco więc albo wtedy nie zauważyłam albo teraz miałaś udar móżdżku
idę do domu, myślę (czasem mi się to zdarza  ) i nagle olśnienie :
przecież to wynik urazu okołoporodowego – stąd te kłopoty z równowagą od dzieciństwa ( nie jeżdżę na rowerze, łyżwach, nie zrobiłam stania na rękach, nie przeskoczyłam kozła i skrzyni)
I całe życie przynosiłam wstyd tacie że ma córę łamagę – jego koledzy to wszyscy którzy uczyli wf lub trenerzy

dziury w świeżej pamięci jednak mam
zrobiło mi się bardzo gorąco nie wiadomo dlaczego
powędrowałam do kuchni po wodę
tam jeszcze cieplej bo …. wygotowała się woda i przypaliła cała zawartość wstawiona na zupę 🙂
album rano zaniosłam do fotografa – mam odebrać o 16 już wszystko to wieczorem prześlę zdjęcia

 

 * Gdy przeczytałam w ww. liście , że  teść  Siostry  Autorki Pamiętnika , znakomity lutnik jest pochowany w Zakopanem na Pęksowym Brzysku. od razu pojawił mi się w oczach ten maleńki, ale wielkiego skromnego piękna cmentarzyk  zwany w Wikipedii Cmentarzem Zasłużonych.  Będąc  w Zakopanem, zawsze muszę tam zajrzeć – by w coraz rzadziej spotykanej ciszy posłuchać  jak bije  serce Zakopanego ….

A teraz do Ciebie mail , Mariolko  –  czytając Twoje listy, stale jestem pod wrażeniem – piszesz  krótko i lekko o  tylu  ważnych wydarzeniach i problemach swojego życia. Czytam po raz kolejny Twój tekst – zawsze mnie rozbrajasz i rozweselasz  nagłym jak wiosenna burza , niespodziewanym komentarzem  pełnym humoru i dystansu do siebie.  Mariolko , jesteś fenomenalna  – Twój minimalizm ma kształt doskonały. Pisz dalej, dla nas, dla potomnych, szczególnie dla swojego szefa – jak nazywasz Kubę, 4 letniego Wnuczka   

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 7 ) . Rodzice Taty. Rzecz o przyszłym świętym.

Maria J. Nowakowska. Zdjęcie z FB . Tak sobie Ciebie wyobrażam Mariolko, gdyż nie pomnę z czasów studenckich, a teraz nie widziałam.  Właśnie sobie siedzisz i nagle jak mawiasz ” otwierają Ci się klapki po udarze i dziergasz”  swą nową opowieść ze swojego życia. 

 

I właśnie wpada tu , a właściwie na moją pocztę kolejny mail od Marioli , skopiowany w całości, bez ingerencji w tekst, wzmocnioną czcionką.

 Nie zapisałam sobie w adresach twoich danych a z przepisywaniem idzie mi nie najlepiej to spróbuję w inny sposób…

Antoni Hołoga w stroju Króla Kurkowego. Zdjęcie z rodzinnego albumu Marii J. Nowakowskiej ( wnuczki)

Opiszę drugich dziadków- o dziwo o dziadku Antonim Hołoga ( ojcu mojego Taty ) dowiedziałam się niedawno przez mojego bratanka
mieliśmy tylko 1 zdjęcie dziadka a teraz mamy sporo
dziadek miał fabrykę? zakład? Wódek

zmarł nagle młodo – została babcia – Zofia  z 3 dzieci. Postanowiła wrócić do swoich rodziców. Wszystko co się zmieściło –  spakowała do auta, a resztę zostawiła . Jakieś płyny wylane zostały w ogrodzie – zabrała tylko 1 butelkę, którą potem w Gnieźnie sprzedała i zdumiała się że mogła za to żyć przez miesiąc … 🙂
Była wykształconą osobą -skończyła studium nauczycielskie i zawsze mnie chciała nauczyć niemieckiego mówiąc że język wroga i przyjaciela należy znać –  ja pytałam który wróg a który przyjaciel

no a brat dziadka był lekarzem w Nowym Tomyślu – za ratowanie ludzi w czasie wojny  został beatyfikowany a w Nowym Tomyślu jest szkoła, ulica jego imienia i są zjazdy  rodzinne co parę lat na Kaziuki –  jego imieniny ….

 Od zawsze frapują mnie życiorysy ludzi, których kościół uważa za świętych – co w nich jest takiego, że mają nam pokazywać drogę do Pana …

Dlatego  słów parę o jednym z nich – o Kazimierzu. Hołodze, jakże bliższym , jakby trochę znajomym bo z rodziny naszej koleżanki ze studiów, Marioli, autorki tego pamiętnika i świadka doznań stanu głębokiej nieprzytomności z powodu udaru mózgu o których było w pierwszej części pamiętnika …

 Kazimierz Hołoga , urodzony w 1913 w Poznaniu, syn kupca Wincentego Hołogi i Marii Hołogi z Białkowskich. Był jednym z pięciorga rodzeństwa. Z przyczyn ekonomicznych rodzina przeniosła się z Poznania do Leszna, a potem Gniezna. W 1935 roku rozpoczął studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Poznańskiego. Podczas II wojny światowej służył w kolumnach sanitarnych. W czasie okupacji przebywał w Warszawie. W 1941 roku zatrzymany w ulicznej łapance, trafił na Pawiak. Został cudem uratowany krótko przed wywiezieniem do KL Auschwitz.  Po wojnie pracował w Krakowie i Poznaniu. W 1951 roku karnie przeniesiony przez komunistów do Nowego Tomyśla, gdzie objął stanowisko dyrektora szpitala.

Charakteryzował się społeczną postawą- świadcząc ponadobowiązkową pomoc, bezpłatnie leczył biednych i ofiarnie walczył o życie w przypadkach beznadziejnych, także niektórzy pacjenci nazywali do „ cudotwórcą”. Chorych traktował zawsze równo, nie czyniąc różnic i nie zwracając uwagi na pochodzenie, narodowość, przynależność i poglądy polityczne. W marcu 1955 roku przyjął do szpitala Jana Intka, funkcjonariusza milicji ( przedstawiciela władzy komunistycznej- przyp. Z.K. ) postrzelonego w brzuch (przestrzelone żołądek, wątroba i jelita). Działo się to w czasie, gdy miał właśnie wyjechać do Anglii na spotkanie z profesorem Juraszem w sprawie doktoratu, posiadał już nawet paszport. Ciężko ranny potrzebujący leczenia i pielęgnacji postawił doktora Hołogę przed życiowym dylematem: co wybrać – własną karierę czy też służbę potrzebującemu? Doktor pozostał przy łóżku chorego, chcąc go leczyć za wszelką cenę. Przez kilka dni właściwie nie odchodził od łóżka pacjenta. Osiągnął sukces. Beznadziejnie chory wrócił do sił i swej rodziny. Doktor już jednak nie mógł zrealizować swoich naukowych planów.

Nie zgadzał się na aborcję. Kobiety zdecydowane na aborcję swoich dzieci odwodził od tej decyzji wszelkimi środkami, proponując nawet pieniądze i pomoc
W czasach ateistycznej propagandy nie wstydził się swojej wiary: regularnie praktykował, uczestniczył w Eucharystii, modlił się także w pracy, szczególnie przed figurą Matki Bożej, przed poważniejszymi zabiegami odmawiał „Pod Twoją obronę”, nawiedzał szpitalną kaplicę. Gdy władze usiłowały zdjąć krzyże wiszące w szpitalu, sprzeciwił się stanowczo, grożąc nawet odejściem z pracy. Dziękującym mu za pomoc pacjentom odpowiadał, by dziękowali Bogu.

Postawa doktora budziła powszechny szacunek. Stał się on prędko w Nowym Tomyślu i okolicach autorytetem.

W czasie II wojny światowej ożenił się  z Marią z Rochalskich , ma syna Jana.
Zmarł w 1958 roku, wpatrując się w trzymany w rękach krzyż.

 opracowano  na podstawie Wikipedii  i http://www.nspjnt.archpoznan.pl i skopiowano niektóre zdania z /index.php/czytelnia/49-sluga-bozy-dr-kazimierz-hologa/38-zyciorys-slugi-bozego-kazimierza-antoniego-hologi

  ” W wielkopolskim miasteczku Nowy Tomyśl 15 września 1958 r. odbył się pogrzeb śp. dra Kazimierza Hołogi, dyrektora miejscowego Szpitala Powiatowego.
Donosząc o tym tygodnik „Przekrój”, w nr 718 z 11 I 1959, w notatce pt. „Dziękczynny kondukt” napisał: „Zmarł w Nowym Tomyślu niezwykle uczynny i ofiarny w niesieniu często bezinteresownej pomocy chirurg dr Hołoga. Uznanie dla jego społecznej postawy i wysokiej kwalifikacji zawodowej zgromadziło u trumny liczne delegacje i parotysięczny tłum. W kondukcie obok biskupa kroczyli przedstawiciele straży pożarnej, obok delegacji komitetu powiatowego PZPR delegacje młodzieży, za przedstawicielami komendy MO, siostry.” —

Kazimierz Hołoga odcisnął się w historii naszego miasta z dużą mocą.  W Nowym Tomyślu istnieje ulica Hołogi, Szpital został nazwany jego imieniem ,  można również można zapoznać się z dwoma znakomitymi opracowaniami na temat życia Kazimierza Hołogi oraz historii samej szkoły. Natomiast w holu szkoły znajduje się stała wystawa pamiątek po doktorze Hołodze. Szkoła otrzymała to imię 13 marca 2006 .

 20 lipca 2016 Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych wyraziła zgodę na rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego Hołogi … ”

Tekst ujęty w  cudzysłów skopiowano ze strony :

http://oledry.pl/lekarz-kazimierz-hologa-1913-1958/

 

Kazimierz Hołoga

Kazimierz Lisicki i Kazimierz Hołoga

Po lewej stronie zdjęcia – Kazimierz Hołoga

Kazimierz Hołoga z żoną Marią i synem Janem, 1951 rok

Wszystkie zdjęcia Kazimierza Hołogi czerpane z ww. stron internetowych.

Może Mariola podrzuci nam kiedyś zdjęcia rodzinne z tym Zwyczajnym i Niezwykłym Człowiekiem, bratem swojego Dziadka . Choć te przedstawione tak dużo mówią …

 

 

 

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 6 ). Dziadek, dramat Wielkopolan i lekcje historii.

Maria J. Nowakowska. Koniec lat 60 ubiegłego wieku.   Mój ulubiony , własnoręcznie sporządzony kadr  ze zdjęcia w Jej Rodzinnym albumie.  Cała Mariolka, Marialente jak ponoć nazywa Ją Jurek – choć na tym zdjęciu nie ” lente”    🙂

List od Marioli – wspomnienia , które się odsłoniły po ” powrocie ” do Gniezna w poprzednim rozdziale Pamiętnika : 

 I jeszcze  wiadomości z naszych okolic: słucham radia Poznań a w nim zawsze o północy grają Rotę – to wynik starych i stałych  poznańskich priorytetów – DZIECI WRZESIŃSKIE , ROTA , itp.

Dla nas zawsze w opowieściach dziadków i rodziców Niemiec był WRÓG – dużo pracy nad sobą wymagała zmiana u mnie tego myślenia ….

Kolejny mail :

jak wiadomo po 1 wojnie światowej  poznańskie nie zostało włączone do Polski za sprawą negocjacji Piłsudskiego
dlatego wybuchło Powstanie Wielkopolskie w którym duża część mojej rodziny m.in dziadek Jan brali udział a wielu w nim poległo …
Nic więc dziwnego że Piłsudzki w Wielkopolsce nie miał dobrych notowań ( ja też nic dobrego o nim od dziadków nie słyszałam). Nie zapomnieli tego Naczelnikowi  nigdy …


Potęgował to fakt, że po jego śmierci, w Buku rodzeństwo dziadka wyszło na ulice ( była to wielka demonstracja) nieśli trumnę i wołali : …  he he he … kurwiarz zdechł

( nawiązanie do jego znanych licznych romansów – podobno zmarł na kiłę)


za to skończyli w więzieniu …

Rodzice Mamy Mariolki – Jan  Szajek i Wiktoria Szajek de domo Karpińska. Zdjęcie z albumu Marii J. Nowakowskiej

dziadek, Ojciec Mamy – Jan Szajek z Buku był wielkim patriotą
miał 2 tomy Historii Polski – oprawione w czerwoną skórę z dużym białym orłem  i w wolnych chwilach czytał nam …
nie wiem czy to odniosło oczekiwany przez niego skutek czy była to wina nauczyciela ( zabierał nas na wykopki na swoje pole  i dawał ocenę w zależności od tego kto ile zebrał ) – ale historia była najmniej lubianym przedmiotem w szkole ….

teraz przypomniał mi się ten pan od historii – chyba były pracownik UB
znęcał się nad uczniami np. ostro zakończonym ołówkiem dźgał pod paznokcie, stawiał ucznia przed pierwszą ławką przykładał kij pod brodę i odginał dziecko w tył …

tato, który był przewodniczącym komitetu rodzicielskiego interweniował wielokrotnie a na te wykopki nie pozwolił mi jechać – powiedział : masz mieć ocenę za wiedzę a nie za roboty
gdy pan Bomba ( o dziwo pamiętam jego nazwisko ! ) zapytał mnie, dlaczego nie byłam – to mu powiedziałam …
byłam tak gnębiona że groziła mi 2 na koniec roku
tato zażądał egzaminu komisyjnego  i przed komisją zdałam na 5
potem sprawa nabrała tempa i pan został zwolniony ze szkoły  ( podobno ze szkolnictwa wyleciał)
ale historii nie polubiłam co dziadek miał mi za złe 
🙂

 

Obraz dworku w którym urodziła się Babcia Mariolki – Mamy jej Mamy – Wiktorii Szajek z d. Karpińskiej , żony wspomnianego Jana, namalowany przez Męża Marioli.

                           Jakże przejmująca jest ta krótko opowiedziana  przez Mariolę historia tak bardzo patriotycznej Wielkopolski w aspekcie decyzji Piłsudzkiego, by nie było tu Polski ….  Te  spisane dramatyczne dzieje Jej Rodziny ,  które usłyszała bezpośrednio z ust  uczestników wydarzeń tamtych czasów mają wartość bezcenną …

Dziękuję Ci,  Mariolu za tę relację.  Dzięki Tobie, ta część historii stała się dla mnie żywa ….

Poczytałam też to, co pod linkami. Trochę wiedziałam na temat, ale dopiero  Mariola spowodowała, że wszystko jest dla mnie jakby osobiste…

 http://www.gloswielkopolski.pl/artykul/727655,jozef-pilsudski-w-wielkopolsce-bohater-czy-zlo-konieczne,id,t.html

http://wyborcza.pl/alehistoria/51,121681,18604408.html?i=0

 

 

Józef Piłsudzki w Poznaniu, 1919 rok. Zdjęcie ze strony https://regionwielkopolska.pl/dzieje-wielkopolski/wazniejsze-wydarzenia/jozef-pilsudski-a-wielkopolska.html

 

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 5 ). Historyczne zdjęcia rodzinne.

W poprzednim wpisie, Mariola opowiada o spotkaniu w swoim życiu kardynała Stefana Wyszyńskiego … .  Po uwolnieniu z Komańczy  Prymas przybył do  Gniezna , gdzie się urodziła Autorka tych wspomnień i  rozpoczęły się  obchody Tysiąclecia Chrztu Polski, które trwały od  1957 do 1966 roku … Mariola dalej pisze:   Jeszcze wcześniej przyjeżdżał nie tylko do kurii ale odwiedzał też przedszkola które wówczas prowadziły tylko siostry zakonne, Opowiadał, słuchał nas i bawił się z nami np. w kółko. Normalny człowiek, dziadek nasz można powiedzieć. Mam wiele zdjęć z tego okresu.

 a teraz te historyczne zdjęcia z Jej Rodzinnego albumu . Ta dziewczynka z burzą jasnych włosów – to Mariolka….

Prymas Stefan Wyszyński w Gnieźnie. 1957 rok. Zdjęcia z albumu Marii J. Nowakowskiej.

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 4 ). Dzieciństwo, Gniezno, kardynał Wyszyński…

Jezioro Jankowo Dolne k/Gniezna. zdj własne.

Tym razem   było tak –  pozornie banalnie.  W początkowej fazie  naszej znajomości – ale  gdy już odkryłam  Mariolę dla siebie- wrzuciłam na FB  to zdjęcie  jeziora  , moja stara znajoma-napisała chyba jesteś w krainie Midasa bo ta barwa wody – stare  złoto) – po czym nagle przyfrunęła opowieść Marioli. Jakże poważna, dotykająca tylu problemów, jak zwykle ciekawa – wspomnienie z Jej dzieciństwa ….

 

Oto zdjęcie, które wczoraj otrzymałam od Marioli –  ta Dziewczynka ( chyba z Mamą  i Bratem) to najpewniej Ona, w wieku kiedy przeżywała  wydarzenia, które opisała poniżej . ( oryginalne słowa Marioli pozwalam sobie zaznaczyć mocniejszą czcionką ) ….

„Urodziłam się w Gnieźnie i miałam tam różne przeżycia np. powrót Wyszyńskiego z Komańczy .  On stał na balkonie Pałacu Prymasowskiego, w dole pełno ludzi (ja też) a na dachach domów wojsko z karabinami skierowanymi w dół na ludzi a Wyszyński prosił: bądźcie spokojni, idźcie do domów w spokoju, nie dajcie się sprowokować! To był WIELKI CZŁOWIEK !!!”

Wspaniałe, Mariola, to , co piszesz – może jeszcze coś opowiesz – czekam. Dziękuję , odpisałam….

Na szczęście długo nie czekałam, bo oto przyszedł następny wpis na mess  od Marioli :

Kazałaś coś napisać-  więc nadal o Gnieźnie. Czasy komuny, Poniedziałek w szkole – las rąk w górze na początku każdej lekcji. Pani pyta o co chodzi ? jesteśmy nieprzygotowani bo wczoraj był prymas starczyło- nie pytali! Jeszcze wcześniej przyjeżdżał nie tylko do kurii ale odwiedzał też przedszkola które wówczas prowadziły tylko siostry zakonne, Opowiadał, słuchał nas i bawił się z nami np. w kółko. Normalny człowiek, dziadek nasz można powiedzieć. Mam wiele zdjęć z tego okresu. I usprawiedliwiam się – nie pisałam bo wnuk mnie absorbował – teraz jest na wakacjach z rodzicami więc będę pisała !!!

Następnego , lub jeszcze tego samego dnia Mariola pisze:

To będzie o święcie św. Wojciecha w katedrze gnieźnieńskiej , w ołtarzu głównym stoi trumna św. Wojciecha z jego relikwiami ( net na pewno ją pokazuje). Każdego roku w niedzielę poprzedzającą 23 kwietnia czyli święto Wojciecha jest w Gnieźnie odpust w sobotę – wtedy trumna jest przenoszona z katedry przez całe miasto do kościoła św. Michała – tam całonocne czuwanie, a w niedzielę rusza procesja z kościoła św. Michała do katedry. Uczestniczą w niej wszyscy biskupi ( tam po raz pierwszy widziałam Wojtyłę) oraz delegacje z wielu parafii w Polsce czyli mnóstwo feretronów itp. Przed katedrą msza w czasie której WSZYSCY śpiewają Bogurodzicę ( chór przewodzi)… Przywołuje to opowieści o dawnych wojach tyle kościelne znaków- obok ok. 600m dalej, na dużym placu stragany i koguciki na druciku, waty …. i pamiętam że często w tym dniu padał deszcz co psuło humor i ….zwykle gdy byłam mała były nowe buty bo noga urosła przez zimę no i po procesji bąble na piętach. Ale głupotki przypomniały mi się dzięki Tobie koleżanko miła…

Odpisałam, że mnie wzruszyła ta opowieść, bo wszystkie te informacje można znaleźć w necie – ale o odczuciach świadomego już wtedy historii dziecka – jak Bogurodzica przywodząca na myśl dawnych wojów , rynek – gdzie koguciki na druciku, deszcz i bąble na piętach , bo buty nowe – Mariolku – tego nikt jeszcze nie opisał …

A poniżej zdjęcia, które znalazłam w internecie ….

Gniezno, 1966 – od 10 lat trwają przygotowania i obchody Tysiąclecia Chrztu Polski, a władze komunistyczne , w tym czasie , zakryć to katolickie święto, organizują obchody Tysiąclecia Państwa Polskiego … kardynał Stefan Wyszyński razem z ludźmi ….czy ktoś wtedy myślał o izolacji dostojnika i ochronie …

Zwykły człowiek , dziadek – pisze Mariola …Stefan Wyszyński …

Pamiętny czas, pamiętne zdjęcie i pomnik na Jasnej Górze ….

Jak daleko odeszliśmy od tamtego wydarzenia, tamtej radości, dumy, szczęśliwości – i gdzie teraz jesteśmy – może nie powinnam tego pisać – ale musiałam, proszę wybaczyć ……

 

 

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej ( 3 ) . Szpital w Kępnie – Serce wśród Serc.

Zanim zamieszczę opowieść Marioli, chciałam objaśnić jak to jest z podtytułami tego Pamiętnika . Na moje pytanie  Mariola odpowiedziała – redaguj jak chcesz. Więc podtytuły są moje – do dyskusji, ew. zmiany, jeśli Ktoś zaproponuje …

I jeszcze jedna informacja – Mariola   rozpoczynała swoje życie zawodowe w Szpitalu w Kępnie ( był to rok 1971 lub 1972) , nie wróciła do Poznania. Pozostała wierna temu Miastu, temu swojemu Miejscu w Życiu i Ludziom, którzy Ją pokochali i nadal dają temu wyraz ….

Wzruszam się, gdy czytam to,  co napisała w swoim do mnie  liście – Mariola, koleżanka ze studiów, którą poznałam dopiero teraz ( o czym było w pierwszym wpisie do Jej Pamiętnika),  po 53 latach od tego naszego pierwszego roku Akademii Medycznej w Poznaniu . Nasze Spotkanie jest albo ciekawym przypadkiem a może  jednak zrządzeniem Losu …..

Maria J. Nowakowska teraz, zdjęcie skopiowałam z Facebooka, gdzie sama je zamieściła. Komentarze pod zdjęciem – pewnie jakiś kolega – wyglądasz jak hippiska – tyle barw; i kilka wpisów od wiernych pacjentów – o, nasza Pani Doktor … ( muszę tam zajrzeć i ew. wszystkie skopiować)

A oto zapowiedziany list od  Marioli :

zachęcona Twoim ” pisz wszystko” piszę:

 wróciłam właśnie z kaplicy szpitalnej – msza

czasami tam chodzę – spotykam kolegów, pogadamy

dzisiaj też tak było – spotkałam pielęgniarki z oddziału, które mnie ze sobą zabrały

kawa, domowe ciasto i .. niech no pani siada- wyrosły włoski na brodzie- to usuniemy

czyli wróciłam do domu po strawie duchowej, cielesnej i jeszcze gładka na twarzy

        Takie były zawsze. Gdy po udarze trafiłam z OIOM- u na wewnętrzny codziennie rano przychodziły, brały mnie na wózek i wiozły pod prysznic i dopiero ja położona do czystego łóżka a one wracały do siebie….

Jak byłam lepsza a jeszcze nie pamiętałam liter przynosiły książki dla dzieci  i od nowa poznawałam ? uczyłam się ?

 Muszę przyznać że miałam wielkie szczęście do ludzi.

Kucharki wiedziały że lubię mleczną zupę ( dzieci nie chciały to ja zawsze piłam bo zostawała  w wiadrze) więc po udarze codziennie kucharka przynosiła mi kubek takiej zupy na wewnętrzny,  bo dla wewnętrznego  nie gotowały….

 inny dowód

z lasów przywozili nam do szpitala choinki. Panowie z ekipy oprawiali, a ja brałam kilka gałązek

i znowu  – po udarze  – telefon do mnie : gałązki zostawiliśmy w portierni, proszę niech ktoś odbierze

i tak jest do dziś…..

 miłe jest też to że do dzisiaj dostaję przepiękne kwiaty na imieniny od obecnego szefa i dziewczyn

 nie muszę przekonywać że smak tej zupy i zapach daglezji  jest nie do przecenienia

 tak samo miła jest dzisiejsza kawa

 może odbierzesz to jako chwalenie się ale nie – dla mnie to tylko przemiłe wspomnienia

 wnuk ( lat 4 ) przyszedł powiedzieć że zrobił ciasto na pizzę a tata TYLKO mu pomagał więc ruszam sprawdzić

miłej niedzieli

Z pamiętnika Marii J. Nowakowskiej. Dlaczego Mariola?

wykadrowałam z grupowego zdjęcia, które przysłała mi Mariolka…oto Ona, z okresu studiów . Nie wiem dokładnie z którego roku – nasze studia trwały od 1965do 1971…

I jeszcze jedno moje, autorki bloga, wyjaśnienie :

Już w naszej pierwszej  rozmowie telefonicznej, Mariola, bo tak Ją wszyscy zwą,  wyjaśniła mi , dlaczego używa innego imienia niż zapisane w dokumentach. Ponoć  w czasach, w tych późnych latach 40 ubiegłego wieku, kiedy to się obie urodziłyśmy, imię Mariola nie było jakoś uznawane. Dlatego też Jej  Rodzice nadali  dwa imiona- Maria Jolanta, z których wybrane i połączone  pierwsze sylaby  dawały to jedno, upragnione i od niedawna dla mnie fajne- bo związane z Jej postacią – imię – Mariola .  Nie wiem dlaczego tak było – może nigdy nie było św. Marioli- a zwyczajowo wówczas imię dziecka powinno bazować na jakiejś osobie świętej . Pisząc o tym, chcę wyjaśnić  młodym obecnym jak było kiedyś .  Bo teraz już tego problemu nie ma i można nazwać dziecko nawet imieniem jednego ze storczyków, jak choćby imię mojej niespełna 7 miesięcznej  prawnuczki- Cataleya….. 

Wg mnie już wstępne wyjaśnienie tego problemu wiąże się z Jej pedantyczną naturą niezbędną w diagnozowaniu i leczeniu maluchów, choć późniejsze nasze kontakty świadczą, że jest Osobą bardzo Pogodną, z Wielkim poczuciem humoru, więc chyba trochę „ rozwichrzoną „- jak nazywam osoby mi bliskie mentalnie i emocjonalnie. Gdy do tego dodać Jej Magnetyzm, który mnie zniewolił już na wstępie- ciężka choroba, z której wyszła i doświadczenie, dotknięcie tej Drugiej Strony , Drugiego Brzegu życia i powrót do rzeczywistości z zapamiętaniem tego co widziała i przekazanie tego nam w prostej zda się opowieści, spowodowało, że jestem pod Jej urokiem ….…..

zdj własne