Kutno, ach Kutno ( 3 )

 

Kochana Zośku!- pisze Ola ….

Kontynuując kolejny odcinek listu- teraz opiszę wspomniany w poprzednim mailu- Dworek ….

Dworek jest piękny, nostalgiczny, kryty złamanym prawie w połowie tzw . polskim dachem , z wysuwającymi się nieco ciekawskimi i uroczymi oknami mansardowymi w dolnej części  i gankiem spiętym kolumnami.  A więc weszliśmy – sień obszerna się otworzyła, właściwie salon, bo z prawej pianino, po lewej stylowe meble – lekkie a jednocześnie zdobne. Mój Boże, jęknęłam, bo dawno, a chyba nigdy nie byłam w takim miejscu i w dodatku w odróżnieniu od Dworu w Żelazowej Woli, w miejscu ogólnie  dostępnym- użytecznym , zapraszającym gości, by się czuli jak w czasach zamierzchłych ale ujutnych ( jak mawiają Rosjanie na coś bardzo ciepłego i przytulnego). Dalej szeroka restauracja przypominająca jednak jadalnię, bo w prawym rogu zegar wysoki bił swoje godziny zapamiętale, stoły stylowe i krzesła i obrusy zapraszały i zaraz Pani z kartą, co byśmy zjedli- bo była właśnie pora po 13 gdy wszystko się otwiera zaprasza na dania smakowite. MY na to, że przyjechaliśmy by tu zamieszkać To nic, ze tylko na jedną noc. Dla nas ta noc stała się wiecznością Niezapomnianą. Dość wąskimi schodami, ale nie bardzo stromymi, więc bez skrzypienia w kolanach się obyło, bezszelestnie stąpaliśmy  po stopniach , jeszcze niewielkie półpiętro z pokojem nr 3 ( ponoć jedynką ) i jeszcze kilka stopni i korytarz. Nie zwykły hotelowy- to korytarz dworku- po prawej mały okrągły stolik nakryty cudną narzutą, fotele, kanapa – my w lewo za Panią, pod drodze szafa z wielkim lustrem  ustawiona do nas frontem przytulona do wypukłości muru , po prawej od niej kredensik na lwich łapkach, lustro szerokie ( uwielbiam ), storczyki- wyobraź sobie, że się pomyliłam ( ależ wstyd) i obwieściłam Jackowi, że żywe- dotykał i orzekł, że jednak sztuczne- ale piękne powiedział , od lewej nagle wpadło światło z okna mansardowego , my dalej olśnieni tym lśnieniem sunęliśmy w głąb korytarza, po miękkim dywanowym chodniku do pokoju nr 8. Belki nad głową , wszystko urocze, zachwyt, drzwi skrzypnęły cichutko . Weszliśmy i byliśmy w siódmym niebie, w królestwie ciszy, urody, wielka nowoczesna łazienka jedynie przypominała że jesteśmy w XXI wieku, belki podpierające sufit, krzyżujące się w urocze niby półeczki- tam drobiazgi nasze, tel. komórkowe złożone. Przestaliśmy istnieć dla świata…..

Zdj własne wnętrza Dworku ( 2018 r)

 

Kutno, ach Kutno ( 2 )

Oto kolejny list od Oli, bo na raty opisuje swoje wrażenia z podróży, ujmując je w zgrabne opowieści.  Ucieszyła się, że wrzuciłam tu jej poprzedni- oznajmiając z radością – niech ludziska poznają to miasto a mój mail niech żyje swoim życiem….

Oto przecudny Hotel- Dworek, nieomal w centrum Kutna, przeniesiony przed dwoma wiekami z miejscowości pod miastem.

Zdjęcie trochę źle ustawione, bo Dworek nieco przechylony, ale należy go oglądać pochylając głowę w prawo 🙂

Kochana Zośku!

Kontynuuję moją opowieść o pobycie w Kutnie. O okolicznościach i przyczynach dlaczego tam się znaleźliśmy, pisałam w poprzednim e-liście.

Tak więc gdy po wymoczeniu gnatów w Inowrocławskiej solance-  Jacek postanowił tam zawitać, zgodziłam się od razu- nie dlatego, że jestem spolegliwa- zresztą mnie znasz, ale coś nagle we mnie drgnęło- może to już niewidzialne kutnowskie prądy zadziałały tak silnie ?

Głupotki piszę, wybacz.

Od razu więc  zabrałam się za poszukiwanie miejsca na nocleg.

Nocleg zabrzmiało byle jak- bo nocleg okazał się wydarzeniem epokowym, bo nie był zwykły nocleg hotelowy, ale przebywanie w zaczarowanym XIX wiecznym świecie . Jak wiesz, bardzo lubię wybierać Hotele, nawet gdy w końcu do nich nie dotrę, kocham planowanie i wybieranie . Spośród różnych proponowanych przez booking.- tak tak Zośku- potrafię się posługiwać tą aplikacją ( czy jak to nazwać) …wybrałam Hotel, który  nazywa się Dworek- po prostu Dworek. Cudnie to zabrzmiało- zwyczajnie, nie pompatycznie czy obco- zapachniało starą Polską !

Jacek od razu „ kupił” mój pomysł. Zresztą przez tyle lat wspólnych już wie, że jak coś wybiorę to jest najciekawsze ,  najlepsze, bo mam do tego nosa . Zabukowałam więc tam pobyt i ruszyliśmy w dalszą drogę .

Więc mijając wspomniany  już Park Traugutta, nasz pojazd z gracją niebywale lekką jak na wiekowy samochód wspiął się dzielnie jeszcze wyżej, mijając osiedle Staszica z czteropiętrowymi pudełkami ( jak dobrze, że nie bardzo wysokimi blokowiskami jakich w innych miastach wiele ) i tuż za zielenią i ogrodzeniem  Jacek  wypatrzył nasz Dworek. Och dlaczego nie ja, a uważam siebie z osobę nadzwyczaj bystrą- jak widać niesłusznie J , no niestety to  Jacek  zauważył i zawołał ooo Dworek ( czym dostałam po nosie)  prostując się nad kierownicą- wiesz jak on jeździ- z powodu swojego krótkiego widzenia albo długości ciała, składa się jak scyzoryk , kolana ma na wysokości uszu a głowę tuż nad kierownicą- wi w tej oto pozycji  wypatrzył prawdziwy, najprawdziwszy Dworek. Otwarta brama na oścież zapraszała , klomb okrągły z podjazdem kolistym witał a  Dworek nieco senny drzemał w tle – wszystko to sprawiło, że poczułam się jakbym wjeżdżała nie naszą wysłużoną Skodą, z Jackiem złożonym jak scyzoryk  a karetą zaprzęgniętą w dwa kare konie ze stangretem w liberii na koźle ….cdn.

Jak zwykle pozdrawiamy Was i planujemy nową wycieczkę po Polsce- może wybierzemy się razem ?

Ola i Jacek

 

 

 

Kutno, ach to Kutno….

 

 

Kochani moi

Pewnie się zorientowaliście po towarzyszeniu mojemu blogowemu pisaniu i komentarzach , jak miłych mam Znajomych ba, nawet  czuję się uprawniona  do nazywania Ich Przyjaciółmi. Jednak nie wszyscy mają ochotę na komentowanie- a chociażby na zaznaczanie, że mnie odwiedzili, ale za to piszą do mnie e- listy. I jakże ciekawe  są to maile- ciepłe, pisane od serca a ten ostatni zupełnie mnie zaskoczył. Ten list otrzymałam od Oli. Ona  wie, że uwielbiam podróże- a właściwie dokładnie ujmując- odkrywanie nowych miejsc , zwiedzanie i wyszukiwanie „ smaków” czasem gdzieś ukrytych przed okiem  zwykłego podróżnika .

Ten mail, który przysłała mi Ola-  opisuje Jej bytność w mieście o niezbyt romantycznej, brzmiącej  do tej pory  dla mnie obco i ostro, pachnącej jedynie smaczniej szlakami kolejowymi ( które jak i pociągi – uwielbiam) – nazwie Kutno . Nigdy tam nie byłam i nawet nie miałam ochoty tam wpaść- do wczoraj. Ola bowiem otworzyła mi drzwi do tego miasta- i poczułam wiatr od Kutna, piękny, choć zimowy …..spytałam nieśmiało, czy się zgodzi, bym zamieściła Jej list w blogu- zgodziła się bez wahania,  ooo jeszcze rozbudowała opisowo treść, wrzucając w dodatku śliczne zdjęcia. A więc oto Jej list.- długi i soczysty…chyba będzie tu przybywał fragmentami, bo się rozrósł tak, że czytanie mogłoby znużyć Wasze Kochani, oczęta.

 

A oto wspomniany list od Oli :

Kochana Zośku!

Jak wiesz , dzięki naszemu NFZ- dość długo, bo aż przez darowane pełne trzy tygodnie moczyliśmy nasze gnaty w solance Inowrocławskiej . Turnus objął Święta Bożego Narodzenia wraz z Sylwestrem. Od tej decyzji nie było odwołania, chyba, że skłonni bylibyśmy uiścić sporą opłatę kary za skrócenie pobytu. Wracając więc  po upojnej- choć emeryckiej  sylwestrowej nocy nagle postanowiliśmy zboczyć z trasy i odwiedzić Kutno. Nie byliśmy tam od półwiecza, tj. od czasu, gdy nasza ukochana ciocia- mieszkanka miasta,  przeniosła się na niebieskie pastwiska.  Przedtem tam wpadaliśmy i mieliśmy wrażenie, że miasto więdnie, a nawet obumiera- zaniedbane, szare, byle jakie. Niczym się nie interesowaliśmy wtedy i być może dlatego, żadnej urody nie zauważaliśmy. Ot wizyta u cioci, jej wspaniała zupa cebulowa, zapach starego domu, gdzie mieszkają duchy , myszy i kot Guciem zwany, gadanie o dawnych czasach i powrót.

Gdy Jacek rzekł – musimy do Kutna, ociągałam się, ale zerknęłam w smartfona- och cóż za czasy Zośku- prawda?-  mamy takie urządzenie które wszystko wie i nawet czasami udaje nam się otworzyć to co trzeba, by czerpać różne ciekawostki jak ze studni dobrego i złego. Tym razem było wszystko dobre- bo dowiedzieliśmy się, że zaledwie 20 km od Kutna znajduje się geograficzny środek Polski! OOoo- nie wiedzieliśmy do tej pory- złapaliśmy haczyk ! Magiczne miejsce, położone na Równinie Kutnowskiej – zabrzmiało inaczej niż Nizina, jednak to, co ujrzeliśmy przekraczając rogatki miasta przeszło wszelkie nasze oczekiwania.

 

To miasto po prostu pływa na swojej Równinie ,  bo to równina falista, jak kiedyś nasze spódnice- kiedyś- bo teraz lubimy spodnie- i daleko im do tej zamaszystej falistości spódnic ujętych w szerokim pasie na naszych smukłych wtedy kibiciach : ) . Znowu zanurzyłam się w dygresje  wspomnieniowe- ale kiedyś byłyśmy piękne i młode a teraz jesteśmy piękne i młode choć inaczej J.

Tak więc Kutno unosi się na falistych wzgórzach, łagodnie spływa ulicami w dół doliny Ochni- rzeki oddzielającej je prawie na pół ( która bieży ze swoimi rączymi wodami prosto do Bzury) by wznosić się ponownie na fali wzgórza aż do Rynku i wyżej do Parku Traugutta ze stawem będącym kiedyś zbiornikiem przemysłowym oraz różnopoziomowymi  tarasami i pomnikiem miejscowego namiętnego hodowcy róż- Pana ( muszę poszukać jego nazwiska, bo wywiało),   nieopodal nowoczesnego Domu Kultury, gdzie w kinie właśnie wyświetlano Gwiezdne Wojny . Zechciało nam się i seansu filmowego, lecz zabrakło czasu, bo zamówiliśmy tylko jeden nocleg i należało wracać do domu we własne pielesze, które jak wiadomo są najsłodsze J

Na tym kończę na razie, cd. Później.

Pozdrawiamy Was

Ola z Jackiem

Park Traugutta, Kutno, jeszcze zima. Zdjęcia własne.

Powrót Marka….

Raz jeszcze to zdjęcie- od prawej Małogoś obok Marek

I było ostatnie spotkanie z Tobą Marku, a właściwie z powłoką cielesną tylko, zamkniętą w jakimś podłużnym opakowaniu zwanym trumną . Nie mam racji, to było spotkanie z Tobą, żywym tylko gdzieś tam bujającym w przestworzach, z Twoją Duszą Nieśmiertelną . Bo było Twoje zdjęcie portretowe w tym maleńkim kościółku na Bródnie , Twoje spojrzenie spod szerokiego czoła , zza okularów , kształt nosa , sumiaste wąsy… wszystko to  spowodowało, że jeszcze raz dopuściłeś  nas do siebie, blisko tak jak na naszym nadbużańskim tarasie. I została przywrócona  ta jedność tamtejsza i wspólna radość z wiosny i ptaków koncert w koronach  starych drzew – po łzach oczyszczających które niepowstrzymanie spod powiek. Taki z nami  pozostajesz . Właśnie taki-  w naszej pamięci, dopóki żyjemy i żyją nasze dzieci i wnuki, które tak bardzo lubiły odwiedzać Twój i Małosi domek by obejrzeć Twoje królestwo narzędzi a Małgosi ogrodnicze, przywitać się z kotami  oraz  pogadać o cudach przyrody, których dotyka Małgosia z wielką znajomością i miłością tematu

Ta ceremonia  nie była wreszcie ponura, bo miły ksiądz, który mówił krótko z powodu iż pogrzeb za pogrzebem, bo cmentarz to wielki, ponad 100 letni ale też z powodu , że ten ksiądz już taki jest. Zresztą nosi Twoje imię, Marku….I nieodzowna trąbka z dala i Milczenie może niezbyt udane ale zaraz fenomenalnie, zniewalająco wykonana Modlitwa Okudżawy, której tak lubiliśmy słuchać. Ta Modlitwa  uwolniła nasze spętane ziemską przynależnością dusze , dała rzewność ale też i wielką siłę a przede wszystkim nadzieję . Że jest KTOŚ nad nami, że jest inne lepsze życie , dokąd wszyscy zmierzamy. I że będziesz na nas czekał z niezwykłymi rzeźbami z obłoków  własnoręcznie przez siebie  wymodelowanymi, przewyższającymi urodą Twoje ziemskie , ze zwyczajnych  korzeni- choć to upodobanie do korzeni , które tak bardzo lubię fotografować gdy wystają nad powierzchnię naszej drogi -ten związek mentalny i emocjonalny z korzeniami to jakby połączenie ziemi i nieba – bo z ziemi pochodzimy, …..

I przytulenie Małosi, trwanie w przytuleniu i głaskanie po głowie- moja Maleńka powiedziałam nagle. Oderwałyśmy się od siebie, popatrzyła jak to Ona, żartobliwie – jaka tam maleńka….

Szłyśmy piękną aleją wśród wiosennej radosnej przyrody i nagle Małgoś powiedziała –  Pan Bóg zabrał Marka i rzekł- mam dość, wokół mnie  tylu partaczy, jesteś znawcą wszelakich tematów , a szczególnie hydraulicznych. Teraz mocno przecieka niebieski strop  – jesteś mi potrzebny – zabieram Cię. ….i zabrał….

Nasza nadbużańska droga…..tam ziemskie ślady…..i Niebo , rzeźby Marka….

 

 

Pora na wiesnuszki….

Pora na wiesnuszki ….

No cóż, Mili moi.

Piegowata Pipi – wymyślona i w 1945 roku napisana – niedawno obchodziła 70 urodziny 🙂 prawie jak ….

 

Czas odrzucić smutę, gdy Wiosna szaleje dookoła. Życie pędzi do przodu, niezależnie od nas, przyroda się corocznie odradza, ptactwo od 5 rana wyśpiewuje godowo. Moje ogródkowe kosy , które tu mieszkają przez całą zimę biegają- nie biegają bo skaczą w odróżnieniu od szpaków,  całe pięknie napuszone, z ogonkami filuternie zadartymi do nieba i  odświętnie pobudzone, prawie nie zwracają na mnie uwagi, mocno zajęte….

Ale dziś przypomniałam o wiesnuszkach….

Bo był taki czas, gdy Mama i Tata i ja kilkuletnia , może już pod 10 lat miałam, kiedy to Mama popatrzyła na mnie z czułością i rzekła- o, piegi- ileż ty masz piegów….wiosna była taka jak dziś, tylko już wszystko jest inne. Śladu po tamtych wesołych piegach już nie ma,  choć mocno sfatygowana skóra usiłuje je wydobyć, i spomiędzy zmarszczek wychodzą różne plamiste twory….

Tak jak wtedy i dziś, rzadko zaglądam do lusterka. Wówczas z powodu innych bardzo fascynujących zajęć oraz braku podręcznych lusterek a dziś wszystko jest pod ręką, ale…..no, powiedzmy że wolę oglądać moje kosy J

Mama wówczas rzekła z uśmiechem- że piegi po rosyjsku to wiesnuszki. Ładnie, melodyjnie i nawet ciekawiej niż używane powszechnie- co właśnie odkryłam w necie- „ pocałunki słońca”. Tak więc z owymi wiesnuszkami  na nosie i części policzków żyłam sobie radosna, beztroska , zachwycona światem…

Mama patrzyła na mnie z czułością i uśmiechem – mówiła- ooo już widzę wiesnuszki- i nagle pojawiał się na Jej twarzy uśmiech zadumy- gdy któregoś dnia zobaczyłam Twojego Tatę- oniemiałam- bo był piegowaty !

Tak więc warto przystanąć nad genetyką. Otóż skórę odziedziczyłam po Tacie, a jak pomnę również po Babci Stanisławie Rodziewicz- buzie miłe, lecz pomarszczone wcześnie i pewnie w młodości piegowate ….Bo jak czytam w necie ( och, ta skarbnica wiedzy wszelakiej- gąszczu prawidłowych i nieprawidłowych wiadomości w którym tak lubię buszować ), tam piszą iż piegi są uwarunkowane genetycznie i wiążą się z posiadaniem wariantu genu MCIR w locus 16q24,3 kodującego receptor dla melanokortyny która przyspiesza syntezę melaniny przez melanocyty. Dziedziczenie jest autosomalne dominujące…tak więc przeczytawszy, pełna powagi iż noszę ów nadzwyczajny gen, nie patrząc w lustro, unosząc swoje już zapomniane z racji dostojnego wieku- wiesnuszki na obliczu –  wychodzę do ogródka przywitać się z moimi kosami …

Jest cudnie….

 

Pierwszy podbiał w tym roku pozdrawia… uwielbiam te dziko sobie rosnące Uśmiechy- bezbronne bez liści jeszcze …..

Lament po odejściu Marka….

Po prawej  Małgosia i Marek…..

 

Lament

Co zrobić Marku , by nie zapomnieć, byś nie wtopił się w tło nasze nadbużańskie.

Byś się stale materializował w naszych oczach wysoki i smukły , nieodmiennie u boku Małgorzaty, gdy idziecie do lasu- Małgoś z koszyczkiem na grzyby a za Wami dwa koty – matka i syn urodzony już na Żoliborzu, bo  bezdomna, przybłąkana i zaopiekowana przez Was okazała się być ciężarną. …

Żebyś wpadał gdy jedziecie po zakupy do Wyszkowa z pytaniem co  kupić i wszystko staranie zapisywał na karteczce…

Gdy właśnie kończymy obiad na tarasie , punktualnie jak w zegarku-  żebyś wtedy przychodził na pogawędkę. Bo przedpołudniowe prace na działce już wykonane, a Małgosia się położyła , bo utrudzona.

Żebyś zgadzał się wtedy na wodę z sokiem, siadał pod modrzewiem w zapachu lipy  i ciepło opowiadał o wuju i cioci, rodzince w podwarszawskiej miejscowości, tacie, który pracował przed wojną jeszcze w Elektrowni Warszawskiej , potem jej bronił przed szkopami i do końca swoich dni spotykał się z kolegami z pracy- co Ty kontynuowałeś…..

Żebyś swoim niskim, spokojnym głosem snuł opowieść  o Kocie, który nieodmiennie wdrapuje się na drzewo przed innym dzikim i musisz przystawiać drabinę, by pomóc mu zejść- bo jak wiadomo koty uwielbiają włazić na drzewo, ale potem nie potrafią lub się boją drogi w dół…..o kocie który znika w chaszczach i wieczorami trzeba go wołać…a nocą w ogóle go nie widać, bo czarny i nikt go nie chciał po urodzeniu, a zabrali te wielobarwne…

Żebyś na nasze nieporadne skargi na cieknące krany, wucety bez uszczelek czy inne „niespodziewanki „ z którymi sobie nie radziliśmy- od razu stawał do pomocy i czasem po żmudnych i trudnych działaniach obwieszczał, że jest ok , przy okazji instruując Mirka w tym temacie….

Co zrobić gdy taras przecieka a ściany piwniczki pokrywają się grzybem żebyś widział to i radził, a nawet sam się zabierał za bielenie i odgrzybianie naszych ścian….

Żebyś przynosił z lasu , który zawsze Was widział z Małgosią, tylko z Małgosią,  nieodmiennie z Małgosią, ciekawe poskręcane korzenie i tworzył z nich dzięki zręczności pięknych dłoni i wyobraźni różne różności m.in. świeczniki , których sporo w Waszym domku a i u nas jeden się znalazł….

Żebyś z nami uwielbiał sąsiada działkowego – Profcia, czyli Pana Profesora Witolda Ramotowskiego , który wszystkim pomaga sam, z własnej woli widząc problem i którego dłoni odlew gipsowy zrobiłeś….

Co zrobić, Marku byś nie odszedł w nasze nadbużańskie tło  i był stale z nami…

Nie wiem….

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

WIELKANOC – noc CUDU ….

Już świta, deszcz za oknem- właśnie dokonuje się CUD- za godzinę REZUREKCJA- ZMARTWYCHWSTANIE ……

Po wczorajszej wspólnej Uroczystości -fantastycznej –  przesuniętej w fazie z racji planów wszystkich naszych rodzin, by dalej jechać – gdzie zgromadziło się 19 osób- wszystkie w ciągu naszych 50 ( niebawem) lat małżeństwa się od nas  wywodzą lub ” przylegają ” – myślę o innych ….sięgam do wpisu sprzed 2 lat- bo ta RODZINA jest stale w moich myślach- choć wiem, że te myśli  im nie pomogą- że muszą sami dźwigać swój KRZYŻ ….tak już jest stworzony ten  świat..

 

 

Życzenia Wielkanocne

Miało być jak zwykle. Zwykłe lapidarne życzenia. Takie jak np. :

Z okazji nadchodzących wielkimi krokami wiosennych Świąt Wielkanocnych życzę Wam, Kochani, Zdrowia, Szczęścia i Radości.

Ale będzie trochę inaczej.

Będzie o Michasiu i Czarku. Moich dawnych pacjentach, już dawno pełnoletnich, którzy z okazji każdych Świąt nadal przysyłają mi kartki. Pisze  ich Mama, bo im  Los zaraz po urodzeniu odebrał wzrok.  Za to hojnie obdarował  chorobami licznych narządów ale  dla równowagi dała uśmiech, łagodność, pogodę ducha. Dał też Im Rodziców, którzy zasługują na miano Świętych za życia.

Nigdy  nie zapomnę tej Rodziny. Widzę Ich twarze, zachowanie, twarze” pokerowe” rodziców „ ubrane w pogodę ducha” i wesołe baraszkowanie misiowatych chłopaków. Przybywali ze swojej maleńkiej wsi oddalonej o przeszło 100 km , starym Maluchem, zawsze punktualni, skromnie, ale ładnie ubrani . Dzieci zadbane. Pewnie bardzo oczekiwane, duma, że synowie, najpierw Czarek – po dwóch latach Michaś. Taki sam , niestety ten sam zespół. Gdyby chociaż dziewczynka, byłaby zdrowa, ale byłaby nosicielką tego tragicznego genu. Ale co dalej? Jakie miałaby dzieci…… ci młodzi wtedy rodzice może nie wiedzieli, że tak może być, że dwaj ich synowie  będą tak samo chorzy-  poradnictwo genetyczne było wtedy skromne. Potem porada taka już nic nie dała- rozpoznanie suche na kartce-  zespół taki i taki. Jaskra wrodzona, operacja, głębokie  niedowidzenie, wada nerek, teraz już dializy, niewielkie opóźnienie w rozwoju,  deformacje kostne bo otyłość i nerki niewydolne i jeszcze ta padaczka….wszystko poukładane, jednakowe, przewidywalne, tylko co dalej? Walka, próba jakiegoś leczenia tylko objawowego, w które zresztą nie wierzyli, wizyty systematyczne u różnych specjalistów. Dobrze, że CZD byli w jednym gmachu, potem już pełnoletność synów i jeżdżenie z nimi po okolicznych miastach z każdym problemem i czasem listy do mnie, że działają, że walczą i jest jak jest, i bez żalu i słowa skargi. Niezwykli. I jeszcze pole nie obsiane i bydlęta głodne…..

Tylko te spracowane dłonie

Gdy wszyscy wchodzili do gabinetu w CZD, to jakoś jaśniało. Pomimo tragizmu sytuacji czuło się ich siłę, jakieś pogodzenie z losem ale i w tym siłę.

Wówczas przychodziło myślenie, z symbolicznym „ biciem się w piersi” że mam brak pokory, że narzekania, że nasze problemy wobec tamtych maleńkie i że to jest grzech , wielki nasz  grzech – wyolbrzymiać, przewidywać najgorsze i się żalić.

Nigdy tego od nich nie słyszałam.

Pewnie płakali w ukryciu, że roli nie będzie miał kto uprawiać, że gospodarzami nigdy nie będą ich synowie i że tak ich los doświadczył. Pewnie płakali Ci Rodzice. W skrytości, bo sąsiedzi patrzyli.

Ale do mnie przynosili swoją łagodność uśmiech zatroskany i jak wspomniałam wielką siłę.

A cóż ja im mogłam dać, tylko uśmiech dawałam.

Uśmiech , którym zakrywałam ból ściśniętego serca, i pytanie  gdzieś w środku zamknięte, nigdy nie wypowiedziane przy wielu też innych rodzicach przewlekle chorych dzieci.  Dlaczego?  Gdzie jest ten ponoć sprawiedliwy Bóg?

.

I to by było na tyle. Za dużo napisałam, za obszernie, zbyt emocjonalnie i przez to chaotycznie. Ale jestem z Nimi, szczególnie w takim dniu kiedy to Chrystus Zmartwychwstał…..

 

Pomyślmy więc o Nich, Kochani , w tę cudną radosną Wielkanoc, przy okazji dzielenia się jajkiem i składania życzeń . I potem gdy owies zielony i pisanki i baranek na świątecznym stole i szynki i baby wielkanocne. …

Pomyślny   o Tamtych Ciężko Doświadczonych. O Czarku i Michasiu i o wielu innych którym cierpienie dano i o ich Rodzicach- Świętych za życia.

Może jednak dobry Bóg popatrzy i zobaczy, posłucha i usłyszy  a w swej Łaskawości da Im siłę i pozwoli  przetrwać …..

Trzymam w ręce pocztówkę od Chłopaków , a tam napisano, że nadzieja jest….

” Radosnych Świat Wielkanocnych wypełnionych nadzieją budzącej się do życia wiosny „….

Łyżwiarze i wspomnienie minionych zim…

Oto jeden z ocalałych tekstów ze starego blogu- nie wiem dlaczego znalazł się na pierwszej tamtejszej stronie- może chciał tu zawitać ?

Więc kopiuję….

Zdjęcia zamieściły się poniżej ( jeszcze  nie opanowałam” budowy tutejszego gniazdka „….

Oczywiście środkowe, to moje dawne, wykonane przez Tatę- Wacława Łukaszewicza…..

zapraszam ….

 

Ze starego rodzinnego albumu – 1955 rok

Umówiłam się z kimś przy Torwarze. Mam jeszcze czas. Wchodzę do środka. Tam muzyka. Właśnie walce wiedeńskie. Wielka, lśniąca i idealnie gładka lodowa płyta. Roztańczone dzieciaki. Kolorowe, pięknie ubrane, białe buty wysoko i równo sznurowane. Spódniczki rozwiewane w tańcu.

Przefruwają przed oczami jak lekkie różnobarwne ptaki. Potem już widzę tylko ich cienie. Obraz za mgłą, bo właśnie wraca moje gorzowskie dzieciństwo….
Widzę Ojca, który starannie przykleja zdjęcie do zbrązowiałej szorstkiej karty starego albumu.
Oglądam to zdjęcie.
To było pół wieku temu.
Było.

Zima. Wytęskniona nagła biel za oknem, wielkie puchate śniegi, sanki, narty i łyżwy. Warta zniewalana nocnym mrozem. A potem już uległa, otwierająca zawarciański dziecięcy raj.

Wtedy zakładam stare, obwisłe i przetarte na kolanach dresy. Szczęśliwa i całkiem nieświadoma swojego dziwacznego wyglądu, zbiegam w dół swojej ulicy, obecnej ul.Orląt Lwowskich. Nadal mam w uszach ohydny, metaliczny rytm wybijany przez moje buty podkute metalowymi blaszkami, które ochraniają podeszwy przed zniszczeniem. Na ramieniu dumnie się kołyszą łyżwy, zawieszone na postrzępionych rzemiennych paskach. Są stare, poniemieckie, z zębatymi łapkami. Wprawdzie srebrzyste ale z siecią bruzd, z rysunkiem który czas wyrzeźbił.

Nie myślę o tym, że należały do jakiegoś niemieckiego dziecka, które może teraz za nimi tęskni. Teraz to moje łyżwy i moja radość.

Nieruchomieję, bo zawsze muszę obejrzeć to, co pod nogami. Tam jest niezwykły, bajkowy, lodowy świat mojej łąkowej Warty. Tam wielka przezroczystość i zatopione w niej sterczące pionowo trawy. Jeszcze zielone. Jakby nagle zaczarowane przez tajemną królową Zimę. To wszystko zadziwia, zachwyca i onieśmiela. Przecież jest takie delikatne. Boję się, że zniszczę ten zielony kryształ podlodowej łąki.

Po chwili jednak zapominam o tych zachwytach i niepokojach. Wyruszam przed siebie. Jestem wolna jak ptak i szczęśliwa, gdy gnam z wiatrem w zawody .

A obok cicho czuwa moje zziębnięte zimowe Miasto…

Teraz wracam do rzeczywistości. Walce wiedeńskie dookoła… i myślę, że te kolorowe dzieci zamknięte w puszce Torwaru, wirujące w tańcu na gładkiej lodowej tafli, nie wiedzą, że można inaczej. Tak jak na rozlanej gorzowskiej Warcie. Gdzie przestrzeń i prawdziwa wolność…

Tekst własny zamieszczony w MM- Gorzów pod nickiem Łuka 8.01.2011

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Łyżwiarze i wspomnienia minionych zim.

Łyżwiarze i wspomnienia minionych zim.

środa, 04 stycznia 2012 7:55

 

Ze starego rodzinnego albumu – 1955 rok

Umówiłam się z kimś przy Torwarze. Mam jeszcze czas. Wchodzę do środka. Tam muzyka. Właśnie walce wiedeńskie. Wielka, lśniąca i idealnie gładka lodowa płyta. Roztańczone dzieciaki. Kolorowe, pięknie ubrane, białe buty wysoko i równo sznurowane. Spódniczki rozwiewane w tańcu.

Przefruwają przed oczami jak lekkie różnobarwne ptaki. Potem już widzę tylko ich cienie. Obraz za mgłą, bo właśnie wraca moje gorzowskie dzieciństwo….
Widzę Ojca, który starannie przykleja zdjęcie do zbrązowiałej szorstkiej karty starego albumu.
Oglądam to zdjęcie.
To było pół wieku temu.
Było.

Zima. Wytęskniona nagła biel za oknem, wielkie puchate śniegi, sanki, narty i łyżwy. Warta zniewalana nocnym mrozem. A potem już uległa, otwierająca zawarciański dziecięcy raj.

Wtedy zakładam stare, obwisłe i przetarte na kolanach dresy. Szczęśliwa i całkiem nieświadoma swojego dziwacznego wyglądu, zbiegam w dół swojej ulicy, obecnej ul.Orląt Lwowskich. Nadal mam w uszach ohydny, metaliczny rytm wybijany przez moje buty podkute metalowymi blaszkami, które ochraniają podeszwy przed zniszczeniem. Na ramieniu dumnie się kołyszą łyżwy, zawieszone na postrzępionych rzemiennych paskach. Są stare, poniemieckie, z zębatymi łapkami. Wprawdzie srebrzyste ale z siecią bruzd, z rysunkiem który czas wyrzeźbił.

Nie myślę o tym, że należały do jakiegoś niemieckiego dziecka, które może teraz za nimi tęskni. Teraz to moje łyżwy i moja radość.

Nieruchomieję, bo zawsze muszę obejrzeć to, co pod nogami. Tam jest niezwykły, bajkowy, lodowy świat mojej łąkowej Warty. Tam wielka przezroczystość i zatopione w niej sterczące pionowo trawy. Jeszcze zielone. Jakby nagle zaczarowane przez tajemną królową Zimę. To wszystko zadziwia, zachwyca i onieśmiela. Przecież jest takie delikatne. Boję się, że zniszczę ten zielony kryształ podlodowej łąki.

Po chwili jednak zapominam o tych zachwytach i niepokojach. Wyruszam przed siebie. Jestem wolna jak ptak i szczęśliwa, gdy gnam z wiatrem w zawody .

A obok cicho czuwa moje zziębnięte zimowe Miasto…

Teraz wracam do rzeczywistości. Walce wiedeńskie dookoła… i myślę, że te kolorowe dzieci zamknięte w puszce Torwaru, wirujące w tańcu na gładkiej lodowej tafli, nie wiedzą, że można inaczej. Tak jak na rozlanej gorzowskiej Warcie. Gdzie przestrzeń i prawdziwa wolność…

Tekst własny zamieszczony w MM- Gorzów pod nickiem Łuka 8.01.2011

Podziel się

środa, 04 stycznia 2012 7:55

Ze starego rodzinnego albumu – 1955 rok

Umówiłam się z kimś przy Torwarze. Mam jeszcze czas. Wchodzę do środka. Tam muzyka. Właśnie walce wiedeńskie. Wielka, lśniąca i idealnie gładka lodowa płyta. Roztańczone dzieciaki. Kolorowe, pięknie ubrane, białe buty wysoko i równo sznurowane. Spódniczki rozwiewane w tańcu.

Przefruwają przed oczami jak lekkie różnobarwne ptaki. Potem już widzę tylko ich cienie. Obraz za mgłą, bo właśnie wraca moje gorzowskie dzieciństwo….
Widzę Ojca, który starannie przykleja zdjęcie do zbrązowiałej szorstkiej karty starego albumu.
Oglądam to zdjęcie.
To było pół wieku temu.
Było.

Zima. Wytęskniona nagła biel za oknem, wielkie puchate śniegi, sanki, narty i łyżwy. Warta zniewalana nocnym mrozem. A potem już uległa, otwierająca zawarciański dziecięcy raj.

Wtedy zakładam stare, obwisłe i przetarte na kolanach dresy. Szczęśliwa i całkiem nieświadoma swojego dziwacznego wyglądu, zbiegam w dół swojej ulicy, obecnej ul.Orląt Lwowskich. Nadal mam w uszach ohydny, metaliczny rytm wybijany przez moje buty podkute metalowymi blaszkami, które ochraniają podeszwy przed zniszczeniem. Na ramieniu dumnie się kołyszą łyżwy, zawieszone na postrzępionych rzemiennych paskach. Są stare, poniemieckie, z zębatymi łapkami. Wprawdzie srebrzyste ale z siecią bruzd, z rysunkiem który czas wyrzeźbił.

Nie myślę o tym, że należały do jakiegoś niemieckiego dziecka, które może teraz za nimi tęskni. Teraz to moje łyżwy i moja radość.

Nieruchomieję, bo zawsze muszę obejrzeć to, co pod nogami. Tam jest niezwykły, bajkowy, lodowy świat mojej łąkowej Warty. Tam wielka przezroczystość i zatopione w niej sterczące pionowo trawy. Jeszcze zielone. Jakby nagle zaczarowane przez tajemną królową Zimę. To wszystko zadziwia, zachwyca i onieśmiela. Przecież jest takie delikatne. Boję się, że zniszczę ten zielony kryształ podlodowej łąki.

Po chwili jednak zapominam o tych zachwytach i niepokojach. Wyruszam przed siebie. Jestem wolna jak ptak i szczęśliwa, gdy gnam z wiatrem w zawody .

A obok cicho czuwa moje zziębnięte zimowe Miasto…

Teraz wracam do rzeczywistości. Walce wiedeńskie dookoła… i myślę, że te kolorowe dzieci zamknięte w puszce Torwaru, wirujące w tańcu na gładkiej lodowej tafli, nie wiedzą, że można inaczej. Tak jak na rozlanej gorzowskiej Warcie. Gdzie przestrzeń i prawdziwa wolność…

Tekst własny zamieszczony w MM- Gorzów pod nickiem Łuka 8.01.2011