Jedno spotkanie z Antkiem.

 

antek,ZG.JPG

 

 

Jak dawno to było, gdy pisywałam do nieistniejącego już portalu MM ( Moje Miasto) Gorzów pod Nickiem Łuka a potem dla odmiany Klarka. Tamte teksty zaginęły , ale na szczęście mam „brudnopisy”. I dzisiaj grzebiąc w tych materiałach znalazłam ten, który od razu zaczął się domagać, by zamieścić go w tym blogu. Gdy poczytałam, wrócił tamten lipcowy dzień, tamto spotkanie. Było dokładnie tak, jak opisałam….

 

Pociąg odjeżdża za parę godzin. Siedzę na ławce na skwerku obok dworca. Czekam. Myśli jakieś mroczne, pustka obok, życie bez barw i większego sensu.

Nagle ktoś pyta- czy nie będzie pani przeszkadzało , że usiądę na tej ławce? Spojrzałam.  Szczupły, srebrzysta, bujna czupryna. Schludnie ubrany. Oczy ciemnobrązowe bystre , lśniące, uśmiechnięte, okazały nos, chyba kiedyś złamany. Torebka foliowa wypełniona gazetami w ręce.

Zapraszam .  Po chwili słyszę pytanie-czy pani też uważa , że Zielona jest bardzo piękna? Oderwana od swoich czarnych myśli,  odpowiadam, że tak , Zielona jest piękna. Bo, proszę pani tutaj mieszkają bardzo dobrzy ludzie. Potwierdzam obojętnie. Przedstawia się. A ja mieszkam w noclegowni, mówi. Milczę ale Słucham z coraz większym zainteresowaniem. Tam jest mi bardzo dobrze, to mój dom – kontynuuje – rano wychodzę, spaceruję i potem przychodzi pora na odwiedzenie  Empiku. Tam czytam świeżą poranną prasę codzienną , tygodniki a na końcu Forum. Lubię te godziny spędzane w Empiku. Potem wyruszam dalej. Te gazety- wskazuje na swój bagaż- znalezione przy altance śmieciowej zabieram na czytanie przed snem a czasem robię prasówkę moim kumplom. Nawet słuchają . Dyskutujemy.

Najbardziej lubię deptak pod teatrem a także ten skwerek koło dworca – mówi rozmarzony. Spotykam tutaj ciekawych ludzi, czasem długo rozmawiamy.

Czy pani wie , że kiedyś pod teatrem na ławce siedziała królowa Beata. Która, pytam. Oczywiście Tyszkiewicz, odparł. Zapytałem ją . Czy pani nie ma nic przeciwko temu, że usiądą na tej samej ławce? Zgodziła się. Po chwili mówię, ja tyle o pani wiem. Uniosła zmęczoną latami twarz. Uśmiechnęła się. Dostałem uśmiech od królowej. Mówię, zakochałem się w Lalce, myślałem , że pani to tylko lalka. Potem zmieniłem zdanie , bo czytałem o  pani trudnym życiu. Rozmawialiśmy o jej córkach  i życiu aktora. Pytałem, czy nie przeszkadzam. Zapewniała, że nie, że jest jej bardzo dobrze na tej ławce i gdy ze mną gawędzi.

Mnie też jest tutaj dobrze, myślę.

Sąsiad z mojej ławki  opowiada dalej, że się bardzo cieszy , gdyż niedawno jego była żona powiedziała, że był jedyną miłością w jej życiu. A on też tak tylko ją kochał. Niedawno wnuk chciał mu kupić mu komórkę, ale odmówił, bo nie chce być zniewolony. Uśmiecham się.

Obok przechodzą różni ludzie, niektórzy nas ciepło pozdrawiają. To znajomi, mówi Antek . Jestem dumna, że go znam.

A wie pani , mówi , ja siedziałem w więzieniu. Kiedyś była praca w stoczni, jakieś przekręty i wyrok. Wtedy uratowały mnie moje kolorowe sny. Śniąc,  odwiedzałem  dawne restauracje. Tańczyłem  z dziewczynami  kolorowymi jak motyle , z  dziewczynami o bardzo delikatnych taliach i  z szerokimi  wirującymi   spódnicami na wykrochmalonych halkach.  Potem były pokoje z szeroko otwartymi oknami i z wiatrem w pięknych  firankach Gdy się zbudziłem , przetarłem oczy  popatrzyłem w okno i zobaczyłem kraty. To nic myślałem, przyjdzie następna noc. Gdy tak opowiadał widziałam te knajpy i jego dawne dziewczyny lekkie jako motyle …

Potem  wysłuchał mojej opowieści o życiu , o wątpliwościach, smutku. Słuchał z uwagą. Komentował  , wyjaśniał,  zapewniał , że tak jak jest , jest dobrze. Uwierzyłam mu , gdzieś w podświadomości miałam  pewność ,  że mówił prawdę. Jest dobrze. Zawsze będzie dobrze. Zapraszał do swojego domu , do noclegowni. Po raz kolejny podał adres.

 Stale sprawdzaliśmy która godzina . Razem pilnowaliśmy, żeby nie przegapić odjazdu mojego pociągu.

Odprowadził na dworzec. Pozował do zdjęcia ze swoim nieśmiałym chłopięcym uśmiechem spod srebrnej czupryny. Nie wzięłam zgody na zamieszczenie tej fotografii tutaj, więc wykroiłam, by nikt nie poznał . 

Czekał na odjazd pociągu. Stałam w oknie wagonu. Czułam , że jestem silna i spokojna .Widziałam  znikającą sylwetkę , srebrną czuprynę i rękę uniesioną na pożegnanie.

 

Wiem , że kiedyś tutaj wrócę , szczególnie gdy będzie mi źle . Że mogą wrócić, że mam gdzie wrócić . Usiądę na ławce  na dworcowym skwerku .I wtedy przyjdzie Antek .

Jeśli nie przyjdzie, pójdę do jego noclegowni . Będę rozmawiała. Jak z nikim i nigdzie.

    Jeśli los Was zaprowadzi  do Zielonej Góry, usiądźcie na ławce na skwerze przed dworcem. Czekajcie. Bo za chwilę nadejdzie On, Człowiek Bez Domu z brązowymi dobrymi oczami i srebrem na głowie i zapyta- czy nie będzie pani przeszkadzało , że usiądę na tej ławce? …..

….

 

 

List do Nieznajomej

WzgĂłrzaZoknaWieĹźy.jpgWidok z okna Hotelu Mieszko, gdzie się zatrzymałam odwiedzając Gorzów po 40 latach…było to 7 lat temu…teraz mam zdjęcia i podróże wirtualne tylko…

 

 

Grzebiąc w komentarzach blogowych, które trzeba wyłuskać bo się same nie pokazuję, nagle stanęłam przed wielką niespodzianką. Otóż wśród takich raczej związanych z reklamowaniem się ich autora miałam w dłoni prawdziwą perełkę. Może to fajnie, że w ogóle komentarzy u mnie niedostatek, bo mogę się delektować takimi, które są niezwykłe. Z powodu treści, ale też z powodu, że ktoś nieznany mi, przeczytał i znalazł tam „kawałek „siebie. To wielka przyjemność mieć gdzieś bratnią duszę.

Tym razem pod moim wpisem „ Jeszcze raz o Parku Wiosny Ludów w Gorzowie” napisała do mnie tajemnicza Elżbieta. Odpisałam, podałam adres mailowy. Na razie czekam. Natomiast nie mogę się oprzeć wewnętrznemu imperatywowi by komentarz ten zamieścić w całości. Oto on, soczysty obrazowy i zadziwiające, że w tak niewielu słowach zawiera tyle emocji, też mi bliskich….

„.Gorzów. Trzyletni, niechciany epizod, który stał się przygodą życia, do którego z nostalgią od lat powracam .

Wczesne lata 50-te,Ojciec i nakaz pracy. Miałam niepełna 13 lat. Szkoła przy Estkowskiego, liceum na Zawarciu. Ukochane „górki” na które biegaliśmy, wprost z mieszkania na 3 piętrze (przy Drzymały), długim pomostem. Piękna, kameralna pływalnia i miasto dziwne, bo bez pamięci i ludzie odcięci od korzeni. Taki to był czas..

Wróciłam po latach. Pamiętałam miasto okaleczone przez wojnę , ale ze śladami dawnej zamożności i” urody”. Zobaczyłam chaotyczne „blokowisko” w centrum , coraz bardziej niszczejące secesyjne kamienice, zerwany pomost i zdewastowane „górki”. Patrzyłam na to ze ściśniętym sercem…

…i mimo wszystko wciąż tam powracam. Kilkakrotnie. Wirtualnie niemal codziennie. Ostatnio „spotkałam” Panią. Koleżankę ze szkół i ze studiów. Serdecznie Panią pozdrawiam z Poznania. Życzę wiele radości. Dużych i drobnych. Takich zwykłych, codziennych.

Elżbieta

Ps. Pogodę sprawdzam …w Gorzowie. Pada deszcz ? Za godzinę, dwie będzie padać w Poznaniu! „

      Pięknie to ujęłaś  Elżbieto, ja też często wracam do Gorzowa, oczywiście wirtualnie . Staram się widzieć tam tylko to co piękne. Inaczej się nie da. Postrzegam Gorzów przez swoiste różowe okulary zamazujące to, co nieurodziwe, zaniedbane. I widzę mój Gorzów i moją szaroburą tam młodość, ale pełną uroku i niewinności….

Nieznajoma Elu pozdrawiaj swój Poznań, gdzie moje trzy lata urodziwe były, choć trudne, medyczne. Popatrz, nomen omen- moje poznańskie tak jak Twoje gorzowskie trzyletnie…..

Pozdrawiam Ciebie daleką i nieznaną…

 

nadchodzi noc nad G.1.jpg

I nadszedł wieczór…zdjęcie z tego samego okna…

Brody Żarskie jak ze snu

 

 

Zdjęcie0194.jpg

Pałac w Brodach Żarskich w 2015 roku. W 1955 oglądaliśmy ruiny, które teraz uzupełniono cegłami. Można sobie wyobrazić jak wyglądały, tylko ” odrzucić” cegły….

P5310578.JPG

Nasz dawny dom kolonijny, teraz hotel.

BrodyNet.jpg

Wytworne wnętrze obecnego hotelu. Chodziłyśmy po taaaaakich  schodach , no trochę bardziej sfatygowanych. Było cudnie i wytwornie…zdj. z Wikipedii.

 

Był Gorzów,  poniemieckie miasto , które stało się  naszym miejscem urodzenia i zajęło na stałe najcieplejsze miejsce w sercu i był rok 1955. Byłyśmy uczennicami pierwszej klasy szkoły przy ul. Estkowskiego . Niewątpliwa uroda tej szkoły miała wpływ na rozwój odczuć estetycznych uczniów. Oczywiście sądzę po sobie , gdy wspominam jej kształtną bryłę, klinkierowe, gładkie, nieco lśniące mury, duży ale nieomal wtapiający się w ścianę zegar w górnym narożniku budynku, duże okna, szerokie wejścia, świetliste korytarze, dwie sale gimnastyczne przestronne i jasne oraz posadzki z lastriko, w którym zamiast kamyków wtopiono muszelki. Uff, ależ się rozpisałam, jak zwykle dygresja wykwitła jak niechciany dziki kwiat, a ja pozwoliłam mu na bujanie….Wracam więc do głównego  tematu tego wspomnienia…

    Tak więc 60 lat temu dumna i być może blada poszłam na pierwszą zbiórkę zuchów. Zabawy było co niemiara, czułam się szczęśliwa wśród dzieci, za którymi zawsze tęskniłam. Brat był starszy o 13 lat, młodszy umarł zanim się urodziłam, więc byłam właściwie jedynaczką. Kolejne zbiórki to właściwie tylko zabawa była.

Ale najważniejsza była obietnica kolonii zuchowych. Gdy pojawił się temat wakacji i  tych  kolonii, natychmiast zajarzyłam. Od razu bardzo bardzo chciałam pojechać. Mama nie była pewna, czy wysyłać swoją trochę wychuchaną siedmiolatkę. Ale ja się zapierałam z uporem młodej kozy.  Wtedy Mama użyła ostatecznego argumentu, oznajmiając , że do mnie nie przyjadą, nie odwiedzą , nawet gdybym płakała . Skwapliwie na to przystałam . I rodzice byli konsekwentni jak zawsze zresztą . Której niedzieli pojawiło się wielu rodziców, oczywiście moich nie było. Dzieci miały rozwalony dzień a potem się mazały. Ja ani razu nie płakałam, chyba nawet nie zdążyłam zatęsknić za rodzicami, bo tam tyle się działo.

Zawieźli nas tam chyba autobusem, może pociągiem, szkoda, ale nie pomnę. Jak widać podróż zakryło wspomnienie tamtego miejsca i następujących po sobie wydarzeń. Pomimo upływu tylu lat tamten pobyt stale jest wyraźny, jakby zaledwie wczoraj, ma kolory, ba, nawet zapachy.

Miejscowość Brody Żarskie , poza śmieszną wtedy dla nas nazwą, kojarzącą się z wielką siwą lub czarną jak smoła brodą, leżało jakby na końcu świata. Ukryte w lasach, nad rzekami tuż przy zachodniej granicy wydawało się ostoją tego co piękne. Tam kryła się wolność i czaiły niespodzianki. Czułam to przez skórę…

Po krótkim marszu przez małe miasteczko stanęliśmy naprzeciwko innego świata. Tak niezwykłego, że widok zapierał dech. Było po prostu bajkowo. 

Mur, który nam się wydawał niebotycznie wysoki  okalał to miejsce i wstępnie zasłaniał, to co za nim. Gdy otwarto wielką żelazną, ażurową bardzo ozdobną bramę otworzył się przed nami inny świat, świat jakby z bajki.

 Za murem rozciągała się  wielka przestrzeń, częściowo porośniętą trawą, a jej obrzeżami biegły aleje obsadzone chyba niewysokimi drzewami, zbiegające się tuż pod ogromniastymi ruinami. Bo tam, daleko w tle wyrastały zębate szczątki wielkiego pałacu. Wpatrywałyśmy się przerażone, chociaż też zauroczone a na pewno onieśmielone.  Nigdy przedtem nie widziałyśmy takich ruin. Owszem, a naszym Gorzowie były ruiny domów wypalonych  w 1945 r.  przez Sowietów 2 tygodnie po tzw. wyzwoleniu, ale nie sterczały tak wysoko , raczej to były duże gruzowiska cegieł, niewiele przypominające dawne siedziby ludzkie. Do takich widoków  byłyśmy przyzwyczajone. A tutaj po raz pierwszy  w życiu widziałyśmy taaaakie ruiny. Gapiłybyśmy się dłużej, ale nas ponaglano, gdyż należało się zakwaterować.  Dopiero teraz zauważyłyśmy , że po  obu stronach są dobrze zachowane , ułożone łukowato niewysokie domy. Potem odkryliśmy , że po prawej stronie od bramy mieści się kaplica.

Tymczasem  poprowadzono nas do pięknego budynku znajdującego się po stronie lewej w bezpośredniej bliskości pałacu. Pałac budził w nas grozę, która narastała w miarę zbliżania się.  Nie ma co ukrywać, był straszny.  Patrzył na nas czarnymi pustymi oczodołami ocalałych łukowatych wysokich okien. Przez wyrwy w murze widać było jakieś ogromne malowidła  , a na schodach mieszkała tylko trawa.  Puste to było i smutne. Starałyśmy się nie patrzeć w tym kierunku , po prostu się bałyśmy. Jednak już po pewnym czasie przywykłyśmy do tego widoku i myślałyśmy, że to jest nasz pałac. I tak zostało do dziś. Jeśli Brody wspomnę, to m.in. właśnie te ruiny.

Obiekt w którym zamieszkałyśmy był jak już napisałam bardzo ładny. Chyba w  dawnych czasach mieszkali w nim znamienici goście gospodarzy pałacu. Dziwnym trafem budynki przedpałacowe nie uległy dewastacji wojennej jak i powojennej . Tym bardziej dziwny się wydawał  upadek tego wspaniałego pałacu.

Wejście do naszego budynku kolonijnego było dość szerokie , zakończone u góry łagodnym łukiem a na piętro, gdzie były nasze sale wchodziło się po zaokrąglonych bardzo wygodnych urodziwych  schodach. Sale były wielkie. W nich poustawiano mnóstwo łóżek , moje było gdzieś po prawej w głębi. Były z nami dzieci z domu dziecka, nawet już dość wyrośnięte dziewczyny z którymi wkrótce się zaprzyjaźniłyśmy. Dla nas hasło: dom dziecka nic nie znaczył,  nie miałyśmy żadnych myśli na ten temat,  w naszym wieku wszystko było naturalne, zwykłe, jeszcze nie urodziła się w nas podejrzliwość czy uczucia rozróżniania „ innego”.

Kilkoro dzieci moczyło się w nocy. Tak więc poranne zapachy biły w nos, jednak my, prawie maluchy, uważałyśmy, że to może być normalne. Bywało, że schody były zarzygane, bo widać nie wszystkim odpowiadało jedzenie stołówkowe a wucety chyba były na dole ( dokładnie nie pomnę). Nie był to miły widok, ale dawało się wytrzymać. Podobnie nie zapamiętałam stołówki, nawet usiłując teraz dotrzeć do zakamarków pamięci.  

   Bo najważniejsze były nasze zajęcia. Cudowne. Opiekunowie organizowali podchody w parku i pobliskim lesie, których urok pozostał we mnie  do dziś i umawiamy się w wnukami na podobne w nadbużańskich lasach. Niech tylko nadejdą wakacje…

   Ale przede wszystkim każda grupa otrzymała zadanie wybrania sobie miejsca na swój „gród”i urządzenia się tam. Wszystko miało się odbywać  w wielkiej tajemnicy. Nikt nie mógł zdradzić, gdzie zbiera się jego grupa . Ta tajemnica nas łączyła, uczyłyśmy się , że raz danego słowa nie można złamać- a przecież dałyśmy. Tak więc po codziennych zwykłych wspólnych zajęciach biegliśmy chyłkiem, by nikt nas nie wypatrzył, na wszelki wypadek klucząc w celu zmylenia śladów  I w swoim grodzie kokosiliśmy się z rozkoszą.

Pod koniec pobytu nasi wychowawcy, a może tylko pan Petri, znakomity organizator, szef kolonii zawiadomili nas, że odbędą się podchody w grupach z latarkami. Dlaczego z latarkami, pytałyśmy. A odpowiedź była jedna, mrożąca krew w żyłach. Podchody odbędą się czarną nocą. Tego nigdy nie przeżywałyśmy, przecież noc służyła do spania. Celem tej nocnej wyprawy miało być odszukanie innego  grodu ,  a w przypadku znalezienia, zdobycie go ( ostatecznie nie wiem na czym to polegało- chyba tylko na wielkim wrzasku), drużyna, która pierwsza zdobędzie wraży gród, będzie jakoś nagrodzona.  Nie wiem jak się porozumiewali ze sobą wychowawcy, przecież wtedy  telefonów komórkowych nie było. Pewnie używali jedynie gwizdka. A w cichej nocnej ciemności głos roznosił się daleko, zwielokrotniony przez liczne tu przestrzenie wodne ( stawy, jeziorka czy wreszcie dość daleką rzekę).

 Na tę noc czekałyśmy drżąc z emocji. Dzień jakoś minął, i powoli nadchodził zmierzch. A my byliśmy już zwarci i gotowi do akcji. I wreszcie rozległ się sygnał- wyruszamy. Brnęliśmy w tę smolistą noc, dygocąc z zimna i emocji. Straszyły nas konary drzew wyglądające jak żywi ludzie, z lękiem przemknęliśmy się obok śpiącego czarnego martwego pałacu  Cały teren wydawał się nam ogromniasty, wszystko miało inny wymiar.  Szliśmy w tę noc cichutko jak myszki i odnaleźliśmy gród kolegów na chyba wyspie lub półwyspie niedalekiego jeziora. Nasz był na jakimś wzgórzu, wśród wielkich drzew. Miałyśmy tam siedziska z gałęzi, a nawet stoliczek ze znalezionego pniaka. Ozdobiony był wstążeczkami koralikami i piórkami. Cudny był. Tamten na wyspie wydawał się  mroczny, zresztą w nocy wszystko było mroczne….

Potem poszliśmy grzecznie do łóżek a rano ogłoszono wyniki i odbyliśmy jeszcze jedną wycieczkę tym razem turystyczną zwiedzając już oficjalnie inne grody. W dzień, w pełnym słońcu, zapachach lata wszystko było bliskie, piękne i przyjazne. A lato było piękne tego roku.  

Tak , tamte czasy były cudne.

Nigdy już nie wrócą.

Zresztą gdyby nawet, to i tak wszystko wyglądałoby już inaczej.

Tylko dlaczego tak często myślę z czułością o Brodach Żarskich, o tej przygranicznej miejscowości, gdzie teraz w naszym budynku kolonijnym działa wytworny hotel, i próbują odbudować pałac.

Myślę o słodkim niewinnym dzieciństwie, gdzie wszystko było pierwsze, o wolności, przygodzie i tamtych czasach z ciepłem i nawet ukrywanym wzruszeniem.

I pytam kolegów którzy mieszkają w Gorzowie, czy odwiedzają Brody. I opowiadają że byli i zdjęcia przysyłają….i tyle mi tylko zostało. Zostało wspominać moje pierwsze kolonie, Brody jak z bajki znalezionej w pięknej książce z dzieciństwa i oglądać zdjęcia. I dziękuję im za ten piękny sen na jawie…

 

 

Zdjęcie0197.jpg

 

Zdjęcie0199.jpg

 

Zdjęcie0198.jpg

Tak było kiedyś. Zdjęcia plansz posadowionych nieopodal pałacu.

 

Za wszystkie zdjęcia dziękuję Ryszardowi Mikołajewskiemu

Pierwsze spotkanie z plastikiem.

P6050065.JPG

Taka wtedy byłam, chyba pulpetowata a przedtem znany w przedszkolu niejadek…

 

 

Było to we wczesnych latach 50 ubiegłego wieku. W gorzowskiej podstawówce przy ul. Estkowskiego ( teraz mieści się tam AWF) prężnie działo harcerstwo oraz organizacja tzw. zuchów.  Oczywiście jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to tzw. czerwone harcerstwo, dopiero po latach Mama mnie uświadomiła. Wówczas to nie było ważne, nijakich haseł politycznych nie słyszałam, a chciałam tylko być w grupie, którą uwielbiałam. Tak więc w I klasie zapisałam się do zuchów. Należało skompletować odpowiedni ubiór. Więc poszłyśmy z mamą do sklepu, gdzie z wielką dumą i zachwytem mierzyłam szary zgrzebny fartuch zapinany na wiele metalowych wypukłych guzików z lilijką  oraz szeroki sztywny skórzany pas. Byłam oczarowana zapinką tego paska, gdyż cudownie wchodziły do siebie dwa krańcowe elementy, bez konieczności dziurkowanego dopasowywania. Wszystko leżało wg mnie znakomicie. Clou programu była trójkątna chusta, chyba dwukolorowa, której barwy nie pomnę i spinająca dwa końce pierścieniowata plastikowa nakładka z lilijką na froncie.     Właściwie to było najcudniejsze, ta tulejka. Miała cudny jasnozielony przezroczysty kolor. Czasami nakładałam ją na palec wyobrażając sobie, że jest najpiękniejszym bo plastikowym pierścieniem. W tamtych czasach plastik zachwycał. Do tej pory czuję na opuszkach palców ten ciepły aksamitny niezwykły wtedy dotyk. O, jak się zmieniły czasy, kiedy teraz plastik nas osacza, przygłusza i odstręcza. Nastąpił powrót do naturalnych tworzyw. I koło historii się zamyka.

Ale ja mam w sobie tamto wspomnienie. Niezatarte, stale świeże i bardzo miłe…..Czas wtedy się zatrzymał ….

Trucizna, lek i wielka uroda w jednym.

SAM_0900.JPG

 

 

W nadmorskim ogródku  córki jasnozielone drzewko o trójlistkowych, koniczynopodobnych liściach najpierw wypuściło długie nitki. Wiatr od zatoki pieścił je a one się poddawały uległe, niestrudzone . A ja patrzyłam, codziennie odwiedzałam. Aż któregoś majowego  dnia zauważyłam niewielkie fasolki ułożone grzecznie wzdłuż żyjącego sznureczka. I teraz już tylko było czekanie. Opłaciło się czekanie. Bo z fasolek wylęgły się kwiatuszki żółte jak złoto. Najpierw nieśmiało, potem już odważnie patrzyły na świat. A ja stałam w zachwycie. Tak, złotokap, zwany też złotodeszczem,  to istne cudo przyrody. Czaruje wtedy, gdy już dawno krokusy, tulipany przekwitły , może tylko jeszcze bzy kokietowały, ale już opatrzone bo wcześniejsze. Zresztą nawet z bzami nie konkuruje, bo drzewko to całkiem inne, tak jak piękne kobiety zwykle są do siebie niepodobne, ale każda płonie urodą. Widok kwitnącego złotokapu to uczta dla oczu, balsam dla serca i miły zamęt dla głowy…

Jak piszą w necie, złotokap należy do najbardziej efektownych roślin ozdobnych w Europie. „Długie zwisające gęste grona złocistożółtych kwiatów pojawiające się wiosną ( kwiecień- czerwiec) nadają roślinie wygląd jak gdyby kapała złotem”. W odróżnieniu od romantycznej nazwy tego krzewu lub drzewka jego czarne owoce ułożone w długich, sięgających 5-6 cm strąkach powodują, że zaliczana jest do rodziny bobowatych. Cóż za pospolita i wręcz wulgarna nazwa, zwłaszcza w zestawieniu ze złotym deszczem. Ale cóż, należy się z tym pogodzić, bo wszak „po owocach można poznać.” I jak u ludzi, nie zawsze z cudnego dziecka wyrasta równie cudny dorosły. Tak więc siebie przekonałam i brnę dalej w to, co czytam w necie nt. złotokapu.

Otóż okazuje się, że jest to najbardziej trująca roślina uprawiana w Polsce. Wszystkie jej części zawierają trujące alkaloidy. Jeden z nich, cytyzyna zawarty jest w kwiatach, liściach , korzeniach nawet, ale  najwięcej jest go w strąkach . Cytozyna paraliżuje nerwy! Tak więc wszelkie eksperymenty z ich spożywaniem są surowo zabronione! Szczególnie należy pilnować dzieci, które jak wiadomo chcą poznawać świat na swój sposób. Spożycie przez nie 2-10 nasion złotokapu powoduje śmierć dziecka. Podobnie jak ludzie, zagrożone są konie. Gdy biedaczysko spożyje przypadkowo tylko 0,5 g na 1 kg swojego ciała , umiera w mękach. Ciekawostką jest to, że owce, kozy i zające są całkowicie odporne na tę truciznę. Ponoć można się zatruć miodem zbieranym przez pszczoły z kwiatów złotokapu.

Objawami zatrucia jest wzrost ciśnienia tętniczego krwi, ślinotok, drgawki, zaburzenia oddychania, ale także ślinotok, pieczenia w jamie ustnej. Zwykle występują wymioty, które często ratują życie zatrutych.

Ale jak to w przyrodzie bywa, to co jest trucizną, spożywane w mikro ilościach może być też lekiem. Tak więc z nasion złotokapu przygotowywano kiedyś leki wymiotne i przeczyszczające oraz stosowano zewnętrznie by uśmierzać cierpienia w nerwobólach. Obecnie jeden z alkaloidów złotokapu zawarty w nasionach i zielu używany jest do oznaczania grup krwi. Wymieniona już cytozyna jest składnikiem leków o nazwie Tabex lub Desmoxan,  które jeśli wierzyć reklamom telewizyjnym,  cudownie leczą nikotynizm. Wykorzystuje się działanie  cytozyny podobne do nikotyny co pomaga łagodzić objawy głodu do papierosów.

Poczytałam, nawet z ciekawością ale i niejakim lękiem. Bo konia wprawdzie nie mam ale dzieciaki wokół są .

Ale na razie zapomnijmy o horrorach, pójdźmy do ogródka, gdzie powita nas najpiękniej jak potrafi jasnozielone drzewko świeżo pokropione  złotym deszczem….

 

SAM_0896.JPG

 

SAM_0898.JPG

 

.

Jak to z jodem i morszczynem było…

SAM_0546.JPG

 

SAM_0743.JPG

 

SAM_0748.JPGMorszczyn znaleziony nad Bałtykiem, teraz w maju, 2015 roku ….

 

 

Poprzednio napisałam, że w  dzieciństwie będąc nad morzem fascynowałam się tajemniczymi nibyroślinami wyrzucanymi na plażę przez wodę.

Wyglądały jakby były z innego świata. Nie przypominały zwykłych trawiastych czy liściastych krzewinek rosnących na lądzie. Miały brązowawo rudy  kolor i płaskie pędoliście ujęte w pęk,. Były  pofałdowane na brzegach jakby ktoś  specjalnie je  ozdobił falbanką.

W dodatku w ich rozwidleniach  siedziały sobie bursztynowe lekko przezroczyste banieczki. To o nich tata mówił, że dostarczają nam jod, którym się delektujemy a nawet leczymy będąc nad morzem.

     Gdy po latach wróciłam do Jastarni, poza muszelkami cudnej urody wypatrywałam tej właśnie nibyroślinki. Kiedyś czytałam, że w ogóle już wyginęła w naszym Bałtyku, bo zanieczyściliśmy to morze w sposób ekstremalny. Ale jednak znalazłam maleńkie znajome krzaczki, już nie tak rozłożyste jak kiedyś, ale były.

I przyszła dziecięca moja radość. I zdjęcia były i teraz mogę sobie oglądać. I czytam w necie jak to jest z tym jodem i morszczynem .

Otóż morszczyn po łacinie zwany  Fucus jest glonem. Należy do brunatnic. Nazwa ta pochodzi od koloru tego glonu , który z kolei nadaje mu fukoksantyna, która poza chlorofilem zamieszkała w jego  pasmowatych komórkach. Do morskiego dna morszczyn przyrasta tarczowatą przylgą. 

Jest mieszkańcem przybrzeżnych wód północnego Atlantyku i Oceany Arktycznego oraz przylegających  mórz zarówno po stronie amerykańskiej jak i afrykańsko-europejskiej . Do nich należy nasz Bałtyk.

Owe tajemne koralowate twory wrośnięte w płaskie pasma morszczynowe są najzwyczajniej w świecie pęcherzami pławnymi, które umożliwiają swobodne unoszenie pędów w wodzie a po obumarciu tej niby rośliny powodują, że z falą wypływa ona na plażę.  I stąd nazwa morszczyn pęcherzykowaty. Ponoć można wyodrębnić w nim części będące odpowiednikiem korzeni, łodygi i liści. Oglądając glon, nie jest łatwo zauważyć te części, i należy wierzyć biologom na słowo.

Poza pięknym wspomnieniem z dzieciństwa, które przyniósł mi morszczyn dodatkowo  czytam z lubością jaka to wartościowa roślina jest. Otóż stanowi składnik wielu mieszanek ziołowych, kosmetyków i przydatna może być w kuchni. Ponoć w sklepach ze zdrową żywnością można kupić suszony morszczyn. Aż muszę sprawdzić- w podziemiach Dworca Centralnego gdzie wprawdzie coraz rzadziej, ale bywam, jest taki sklep. ..

Plechy morszczynów się odsala i suszy. Zawierają 0,03-0,1% jodu dodatkowo jego część jest związana tworząc pochodne tyroniny ( hormon tarczycy). Zawartość jodu zależy od zasolenia morza. Poza tym morszczyn zawiera magnez, mangan, miedź, cynk, sód, potas, siarkę chlor i nieco bromu a także  barwniki i polisacharydy ( wielocukry) . I to właśnie te polisacharydy jak np. algina powodują, że roślina ma zastosowanie w wielu gałęziach przemysłu, przy produkcji lodów i kosmetyków. Osoby z nadciśnieniem i miażdżycą a także odchudzające się czy cierpiące na zaparcia też mogą skorzystać z leczniczego działania  morszczynu. Jednak nie należy polegać na terapii morszczynowej w przypadku rozpoznanej niedoczynności tarczycy, gdyż  łatwo może dojść do przejścia w fazę jej nadczynności.

Poczytałam, zapamiętałam, ale z porad nie skorzystam. Bo po pierwsze- od 2004r. morszczyn w Polsce jest objęty ochroną gatunkową , co patrząc na maleńkie jego ilości wyrzucane przez morze popieram w pełni. A poza tym mam nadzieję, że wypady nad Bałtyk , zwłaszcza w okresie pomiędzy listopadem w marcem, kiedy to szaleje bryza morska i jest najwięcej magicznego jodu w powietrzu, dadzą więcej niż spożywanie tego nieszczęsnego glonu. Bezmiar wód, nieustanny niepojęty szum morza, piaski śnieżnobiałe smak soli na wargach to jest właśnie to,  co „ tygrysy lubią najbardziej”……

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozmyślania nad zielonymi ośćmi.

 

 

SAM_0906.JPG

Na moją prośbę, pan w barze pokazuje kręgosłup belony, Ładny, zielony jest. Ale ryby żal….

 

 

Po emocjach wyborczych, gorzkim smaku klęski urzędującego Prezydenta przychodzi do człeka lęk, co będzie z Polską i z nami? Za dobrze pamiętamy rządy PiSu by się nie bać.

Ale dlatego właśnie dziś chciałam uciec w przyrodę, w blogowe gadanie i temu podobne zajęcia. To jedyny ratunek….

      Poszłam ci ja do baru rybnego , jako że jeszcze w Jastarni „baluję”. A tam miła panienka z uśmiechem zaproponowała rybkę o nazwie belona. Od razu melodię usłyszałam Wojtka Bellona i jego Grupy Bukowina i smętny jego metalowy ławeczkowy  pomniczek w Busku Zdroju, gdzie mieszkał…Tak więc nazwa tej rybki bliska sercu się zdała i pełna muzyki. Właściwie nie powinnam jadać mięsa ani ryb w szczególności, gdyż zawsze z istotą żywą się kojarzy, ale ryba ponoć dla zdrowia powinna być konsumowana. Więc na chwilę zapominam o męce przedśmiertnej ryby, bo właśnie panienka z baru wnosi na talerzu zamówioną belonę. Tak, zamówiłam a właściwie zamówiliśmy. Jak mamy w zwyczaju prosimy też o drugi talerz i sztućce i dzielimy jedną porcję na pół, bo tak wielkiej, jaką podają nie da się zjeść. Jeszcze niedawno może bym się wstydziła, ale teraz nie. Pamiętam wrażenie sprzed bardzo wielu laty , gdy byliśmy w restauracji hiszpańskiej gdzieś na Muranowie i kelner –Hiszpan sam zapytał, czy zapakować nam to, czego nie byliśmy w stanie zjeść. Oczywiście zgodziliśmy się ochoczo i przez kolejne trzy dni mieliśmy gotowy obiad. I to wszystko z dwóch tylko restauracyjnych porcji. Teraz już wszędzie nie ma problemu, by poprosić o opakowanie jednorazowe i zabrać do domu to co zostało albo po prostu zamawiać jedną porcję na dwie osoby. Rozpisałam się nadmiernie, ale to we mnie siedziało jako swojego rodzaju ciekawostka historyczno-obyczajowa.

      Pora wrócić do opisu naszego obiadu i zamówienia melodyjnej belony. Przed zamówieniem zapytałam, czy ta ryba ma ości, pani przytaknęła, ale powiedziała, że można sobie poradzić. Coś tylko bąknęłam o tym, że okularów nie wzięłam, ale pani pewnie nie dosłyszała. Tylko dalej opowiadała z żarem, że ta ryba pojawia się w Zatoce Puckiej jeden raz w roku, w maju i że jest nad wyraz  smakowita.

Tak więc przełamując opory by jeść żywe jeszcze niedawno zwierzątko zabrałam się do dzielenia ryby. I wówczas zauważyłam rzecz niezwykłą. Ta ryba miała zielony kręgosłup, a przy dalszym przygotowywaniu kęsa odkrywałam też , że ma dużo cienkich jak gruba żyłka  ości, ale przezroczystych i cudnie zielonkawych. Okazało się, że były tak dobrze widoczne, że okulary w ogóle nie były potrzebne.

Po powrocie do domu zajrzałam zwyczajowo do netu i znalazłam to, co pokrótce sobie streszczę. Otóż belona, zwana też beloną pospolitą ( łac. Belone belone- czyż nie cudnie można to zaśpiewać?)  jest  rybą morską belonokształtną. Jak widać musi być on tak niezwykły, że nawet nazwa pochodzi od tej ryby. Jest bardzo szczupła , smukła , potrafi osiągać długość nawet do 100 cm. Trochę przypomina węgorza, ale posiada bardzo długaśne szczęki przypominające dziób , uzbrojone w  liczne drobne zęby. W młodości jej szczęka górna jest znacznie dłuższa od dolnej. Ma wielkie oczy i podobno jest bardzo brzydka, poza dwoma cechami. Po pierwsze odziana jest w piękną srebrną skórę z drobnymi łuskami i jej kręgosłup oraz ości mają zielonawoniebieskawą barwę. Barwnikiem tym jest biliwerdyna powstała w wyniku przemiany hemoglobiny. Człek też ją produkuje w sobie , ale nie wpadł na pomysł, by barwić sobie kosteczki czy chociażby paznokcie…

Belona mieszka we wschodnim oceanie Atlantyckim oraz Morzu Śródziemnym, Północnym Czarnym i Bałtyckim.

Belony są towarzyskie, pływają w stadach blisko powierzchni wody i potrafią wyskakiwać ponad wodę. Żywią się małymi rybami i skorupiakami.

U naszych wybrzeży pojawia się tylko jeden raz w roku, w maju, gdy woda w morzu po zimie nagrzewa się gdy temperatura osiąga 8-9 stopni , i wtedy wyczekujący jej wędkarze są w siódmym niebie…Później odpływa na głębokie wody morza ….

I teraz siedzę nad klawiaturą a trapi mnie jedna myśl. Ta biedna ryba przypływa do nas, na Zatokę Pucką  ufnie napędzana biologią. Tu, w tych dość ciepłych teraz wodach musi odbyć tarło. A ludzie urządzają na nią polowania. Pytałam o to w tym i w innych barach oraz mieszkańca i nie otrzymałam odpowiedzi. Nad obecnością tej ryby o tej porze roku na talerzach barów rybnych panuje zmowa milczenia. Ktoś tylko powiedział, że rybacy wybierają takie sztuki, które nie mają oznak dojrzałości płciowej, nie noszą w sobie ikry ani mlecza…ale jak to rozpoznawać? Nie wiem…

Chyba zostanę wreszcie wegetarianką…

Ale czy rośliny nie cierpią?

I na tym zamykam poranne rozmyślania, bo i tak odpowiedzi nie widzę.

Tymczasem  na poranną kawkę zapraszam….

 

Zostawmy  tę piękną belonę , niech wolnością się cieszy. Zdjęcie z Wikipedii.

Belone_belone1.jpg

 

 

 

 

 

Dziecięce nadmorskie zachwyty

SAM_0634.JPG

 

SAM_0572.JPG

 

SAM_0546.JPG

 

 

Idę nadbałtycką plażą, piasek poskrzypuje piszcząc pod stopami, śnieżny jak prawie nigdzie na świecie, muszelki bieleją i jestem znowu małą dziewczynką, która przeżywa swoje pierwsze zachwyty. Wczasy wagonowe w Jastarni, rozpuszczone przez letników mewy stukające o świcie w dach by chlebek dostać , las komarzasty i wreszcie wydma przecudna z narastającym szumem. Szumem, który odnajduję teraz w wiatrem kołysanych koronach wielkich sosen mojej nadbużańskiej Puszczy Białej, niezapomnianym, zapachowym jedynym takim. I przyspieszony wydmowy bieg by zobaczyć to, co wiecznie żywe, dyszące jak wielkie leżące zwierzę, z falującym ciałem zamykającym horyzont. Dookolny horyzont zapierający dech i smak soli na wargach. I po wydmowym biegu długie stanie w wielkim zachwycie. Takie dzieciństwo to skarb przechowywany w pamięci i sercu długo, mieszkający we mnie na stałe.

I potem tuptanie brzegiem morza, stopy podmywane przez fale, zabierające piasek spod stóp. Cudne zjawisko ….

Potem oglądanie tego, co morze wyrzuciło. W tamtych przaśnych latach 50-60 ubiegłego wieku zachwycało wszystko- oglądane po raz pierwszy w życiu plastikowe butelki z rysunkami pomarańczy leżące na plaży czy kartony z dziwnymi zagranicznymi napisami i malunkiem krowy, jakieś deski skrzynkowe na których też wypatrywało się egzotycznych dla nas wtedy napisów z krajów, które były dla nas za żelazną kurtyną, a to my raczej byliśmy nią zamknięci….Tak, morze było dla nas oknem na świat, inny, niedostępny , fascynujący a wymienione śmieci jawiły się jak listy z tych dalekich krajów.

Gdy już naoglądaliśmy się tych zamorskich dziwów, przychodziła pora na  drobiażdżki plażowe- śnieżne , delikatnie rzeźbione muszelki;  maleńkie bezbarwne galaretki z centrycznym nikłym rysunkiem malowanym na błękitno lub różowo to były ciała  meduz, a wreszcie wyrzucone na brzeg krzaczaste, dziwne rośliny. O nich to rodzice mówili, że jod dostarczają, a nawet magazynują go w pięknych kształtnych pęcherzykach, które też zadziwiały. Takich roślinek nigdy przedtem ani potem nie widywałam….

I teraz gdy idę plażą wypatruję podobnie jak kiedyś. Plastikowe butelki czy puszki z zagranicznymi napisami już się nie walają na plaży, zresztą nie byłyby już taką atrakcją jak kiedyś, bo pełno ich na półkach naszych sklepów. A dzisiejsze pokolenie często nawet nie wie, że mleko daje krowa. Myślą, że od razu jest w kartonie.

Zostały tu  tylko piękne  muszelki i maleńkie otoczaki. Ożywiam się gdy nagle widzę maleńką wysuszoną krzewinkę  ze znajomymi bursztynowymi pęcherzykami. A już myślałam, że nigdzie jej nie ma, bo czytałam, że zanieczyszczony Bałtyk ją uśmiercił. Ale jednak jest….

I wszystko jest jak kiedyś i tylko dziwne, że  podbiec jakoś trudno i nogi szurają z większym trudem po piasku . Ale co tam…było pięknie i jest pięknie…

 

 

Majowo nad Bałtykiem.

 

SAM_0590.JPG

 

 

SAM_0547.JPG

Jedyna łódź na plaży w Jastarni, odmalowana i jak widać używana…Rybak przygotowuje się do  pracy…

 

SAM_0575.JPG

 

 

SAM_0567.JPG

 

 

 

 

I dobiliśmy na Półwysep Helski, do Jastarni.

Uświadomiłam sobie, że nigdy nie byłam nad Bałtykiem w maju. Od Zatoki Puckiej wiało jak diabli, ale morze przywitało nas słonecznie, pogodnie i przyjaźnie. Piaseczek plażowy jak zwykle zachwycał miałką białością i przyjemnie skrzypiał pogwizdując  pod stopami.

To co uderzyło w oczy to wszędzie widoczne ślady zimowych sztormów, morze sięgało wtedy wydm, wypłukując piasek tak, że zostały ich poprzeczne  przekroje, jakby kto nożem obcinał. Plaża stała się nieco nieckowata. Miejscowi mówią, że co roku jest tak samo, i gdy nastąpi odpływ, to koparkami zbierają z wody zabrany wydmom piach, odtwarzając kształtną plażę i ratując wydmy przed dalszym niszczeniem. I tak trwa odwieczna walka człowieka z morzem i wiatrami . Dawno, dawno temu,  były tu wyspy, które morze w swej łaskawości połączyło pasemkiem lądu zwanym Półwyspem Helskim  ale  teraz chce zabrać to, co dało…

W  maju jest tu cudnie, bezludnie i szumnie jak zwykle.

Tylko mew nie widzę. Od razu coś mi nie pasowało w tym krajobrazie. Jakby większa cisza poza szumem wody, i puste niebo nad nią. Tak, nie ma teraz tutaj mew. Żadnej mewy nie wypatrzyłam, dzisiaj też sprawdziłam. Przeleciała tylko jedna i szybko zniknęła.

Jak zwykle sprawdziłam w necie i znalazłam informację , chyba przedtem mi nie bardzo znaną. Jakoś o tym zresztą nie myślałam. Bałtyk latem czy jesienią zawsze kojarzył się z mewami i wydawało się, że to stali mieszkańcy. A okazuje się , że nie.

Te sympatyczne ptaki lęgną się u nas, ale na zimę odlatują do zachodniej Europy wracają pod koniec zimy, zaraz po stopieniu lodów. , a do nas by się ogrzać , przybywają mewy ze wschodu- z północy Rosji, krajów nadbałtyckich i Skandynawii.

Gdy nadchodzi marzec, panowie mewy wybierają na wodach śródlądowych miejsca na lęgowisko. Panie przybywają tam dopiero w kwietniu i wtedy rozpoczyna się miłosne szaleństwo. Nigdy nie widziałam, ale widok musi być przedni. Jak opisują obserwatorzy tych ptaków, pary stają naprzeciwko siebie rozwija do połowy skrzydła , rozpościera ogony, każde kładzie sobie dziób na piersi po czym nagle wyrzuca go w górę, kiwając przy tym głową. Zakochana para powtarza te ruchy, symulując wzajemne ataki. Gdy już oprzytomnieją – nie wiem jak długo to trwa, zgodnie budują gniazdo na terenie samca ale w miejscu wybranym przez panią.

Gniazdo może być tylko dołkiem w ziemi piaszczystego brzegu ale też może być budowane  na kępach  roślin wodnych pływających na jeziorze. Niezależnie od lokalizacji,  gniazdo jest wymoszczone liśćmi i łodygami okolicznych roślin. Mewy są towarzyskie, żyją w koloniach liczących od kilkudziesięciu do kilku tysięcy par. Osobniki starsze, mają gniazda najbardziej centralnie w całej kolonii, co jest miejscem najbezpieczniejszym, młodziaki, które przybywają później, lokują się na obrzeżach kolonii.

Mewy mają potomstwo tylko raz w roku. Przez ok. 3 tygodnie obydwoje rodzice wysiadują jaja. W połowie maja, we wszystkich rodzinach równoczasowo z oliwkowozielonych jaj wykluwają się młode . W każdym gnieździe jest tylko dwoje lub troje dzieci. To też ręka natury , bo w gromadzie jest im łatwiej bronić się przed drapieżnikami, szczególnie aktywnymi w czasie wysiadywania jaj i wychowywania młodych. Mewie dzieci rosną dorastają w bliskim sąsiedztwie  gniazda. Są rudobrązowe z czarnymi plamami na bokach i grzbiecie.  Gdy osiągają wiek 5 tygodni, są już zdolne do latania. Jednak dopiero we wrześniu dojrzewają całkowicie, co manifestuje się m.in. zmianą piór na szyi, głowie i tułowiu. I wtedy nagle jak z” brzydkiego kaczątka” wyłania się ten piękny biały ptak, kołujący na nadmorskim niebie lub kołyszący się na fali. Od razu wraca moje dzieciństwo, kiedy to zakochana w tych ptakach marzyłam o broszce z mewą, której nigdy nie dostałam. O, jakie miałyśmy w tych latach 50 ubiegłego wieku marzenia…Małe i jakże prymitywne.

Wracam do moich mew.

Gdy tylko młode są zdolne opuścić gniazdo, co może mieć miejsce już w lipcu, rozpoczynają się odloty….

Jeszcze jedna ciekawa informacja. Otóż badacze dzięki zakładanym obrączkom tym ptakom mogli określić ich długość życia.  Najstarszym żyjącym osobnikiem była mewa licząca sobie 32 lata.

 

I już koniec skrótowej opowieści o ulubionych ptakach, kojarzących się z wakacjami, urlopami, wolnością. Bo pora biec przez kawałek Jastarni, przekroczyć tory kolejowe wiodące z Gdyni na Hel, też dla mnie magiczne i po 20 minutach leśnego szybkiego marszu zobaczyć morze….ciekawe co tam dzisiaj słychać i widać?

 

Stres bojowy Grażyny Jagielskiej.

Jagielska_Aniolowiejedza_500pcx.jpg

 

 

 

 

Muszę się przyznać ze wstydem, że nie przebrnęłam przez książkę  korespondenta wojennego Wojciecha Jagielskiego bo natłoczenie faktów, nazwisk szybko mnie znużyło. Może czytałam w złym okresie życia? Nie wiem. To jedyna książka, której nie doczytałam. Może jeszcze raz spróbuję.

Spróbuję na pewno z powodu książek jego żony- Grażyny Jagielskiej. Jeszcze wtedy nic nie wiedziałam o niej, informacje, wywiady z nią jakoś mnie ominęły.

Gdy zupełnie przypadkowo sięgnęłam na półkę biblioteczną wyjmując „ Korespondenta” dopiero wtedy zapoznałam się z autorką. To pierwsza książka tej pisarki, wydana w 2004 roku. Z gąszczu początkowo niezrozumiałych nazw miejscowości i wydarzeń gdzie przebywa małżeństwo korespondentów wojennych ukrywających się pod nazwiskiem  Matyasowie powoli wyłonił się obraz Indii i sąsiednich konfliktów zbrojnych . Biję się w piersi, że jestem na bakier z historią. Nie mam pamięci i jakby zainteresowania.

Ale w tej książce odnalazłam nastrój .

Specyficzny intensywny pokazujący  jak  wir wydarzeń wsysa korespondentów, zabiera im prywatność, właściwie staje się ich życiem i gna dalej i dalej i jakieś radości niezrozumiałe dla zwykłych śmiertelników przynosi…

Zachęcona piórem pani Grażyny wypożyczyłam jej ostatnie książki. Napisane po 10 latach od tamtej. To „ Anioły jedzą trzy razy dziennie” i  „ Miłość z kamienia”.

I znowu spotykamy się tamtą, poznaną przed 10 laty parą korespondentów wojennych. Tym razem autorka mówi już we własnym imieniu . Odnajdujemy  te same miejsca w Delhi, hotele do których wracali, ulice, widoki, ludzie spotykani na ulicy- niby ci sami, ale już kolejni, tylko podobni. I smuta tego finału. Choroba psychiczna żony. Ostatecznie nazwana  stresem bojowym i leczona w ośrodku zamkniętym z żołnierzami którzy wrócili z Afganistanu.

    Ona żyła w ciągłym  lęku o męża. Zakochani byli, zjednoczeni zainteresowaniami , początkowo wyjeżdżali razem, potem rodziły się dzieci i ktoś musiał pilnować domowego ogniska. To była ona.

A on wychodził z domu, jak do zwykłej pracy  nie mówiąc przedtem by się na zapas nie martwiła. I jechał w świat. A przecież ona zawsze wyczuwała, że już niedługo wyjedzie. Przecież widziała jego niepokój, jak kręcił się po domu, szukał nieodłącznego podróżnego plecaka. Myślał, że ona tego nie wyczuwa, nie widzi bo ogląda telewizję czy zajmuje się pracami domowymi.  Potem było spokojnie, on też pozornie uspokojony, wyciszony aż ona na chwilę zapominała  o tym co widziała przedtem ,  budowała dom, opiekowała się dziećmi,  było normalnie. I właśnie wtedy on nagle wychodził z domu z tym przedziurawionym kiedyś kulą plecakiem .

A ona zapadała się w kąt pomiędzy piecykiem kuchennym a szafką i tam tkwiła w znieruchomiałym lęku.

Któregoś dnia  wracał, zawsze wracał  i mówił po prostu- jestem.

A ona w tym czasie umarła. Umarła w niej kobieta żona matka tylko żył jej ten wielki strach. Każdy telefon miał przynosić informację,  że mąż zginął. Każdy telefon Napięcie w niej było tak wielkie, że w końcu zaczęła marzyć by tak się stało, by skończyło się to pasmo czekania.

A męża dalej gnała jego pasja, wymogi Angory- redakcji, której jest korespondentem wojennym ale przede wszystkim gna go bakcyl który się zagnieździł w jego głowie by tam być, gdzie coś się dzieje, gdzie strzelają z ukrycia, gdzie krew, trupy znajomych i nieznajomych. To jest jak choroba na którą nie ma lekarstwa. Ale jeśli człek nie chce się leczyć to i lekarstw nie szuka.

Wojciech Jagielski, mąż autorki  ww. książek uczestniczył w 53 wydarzeniach wojennych na świecie.

Aż któregoś dnia ona się odzywa:

” Mój mąż zginął wczoraj-powiedziałam pielęgniarce. Wiedziałam że to nieprawda”.

I jest hospitalizowana w klinice leczenia stresu bojowego.

Spotyka tam  ludzi którzy zachorowali niejako na własne żądanie wyjeżdżając  do Afganistanu na wojnę. Gdy wracają  do domu, do zwykłego życia stale są przy nich zmarli koledzy, ciała rozszarpane, straszliwie okaleczone, zabite dzieci niewinne i wrogowie do których sami strzelali. Nocą i w dzień są z nimi tamci . Nie mogą normalnie egzystować aż trafiają tutaj, do tego ośrodka. I leczą swój  stres bojowy. Niesamowite jest  dotknięcie tej choroby. Przejmujące spotkanie z duszą człowieczą. Bliskie przejmujące.

Nie będę dalej opowiadała, bo naprawdę warto poczytać te książki Grażyny Jagielskiej.

Nigdy nie znalazłam się tak bezpośrednio w środowisku ludzi z chorą psychiką.

Zawsze interesowała mnie psychiatra, ale nie wybrałam tej specjalizacji. Zostałam pediatrą, gdzie wszystko było prostsze, dotykalne, jakoś rozwiązywalne.

I od czasów przeczytania :” Obłędu” Krzysztonia , kiedy to stałam się  świadkiem tego, co opowiada chory na schizofrenię  autor . Co czuje, przeżywa, w jakim świecie żyje.  Do niego choroba przyszła nie zaproszona. A ci ludzie sami wybrali wyjazd na wojnę.  To pierwsza dla mnie książka która tak wyraziście, nie tylko obrazowo porusza emocje. Odkrywa zakryte karty meandrów duszy człowieka. Zaprasza tak blisko, najbliżej aż prawie do identyfikacji ….

Naprawdę warto sięgnąć po książki Grażyny Jagielskiej by słyszane w mediach dość suche określenie- zespół stresu bojowego, nabrało właściwego wymiaru….

 

Jagielska_Milosczkamienia_popr2_500pcx.jpg