Maleńkie życzenia.

 

 

 

 

P1010283.JPG

 

 

P1010275.JPG

 

Dzisiaj, w kolejnym dniu 2015 roku po raz kolejny trzymam w dłoni otrzymaną przed świętami pocztówkę.

W całej masie złoconych, lśniących, bardzo kolorowych z kwiecistymi tekstami życzeń ta wyróżnia się wielką skromnością. Powoduje, że tkliwość przychodzi i czułość, jej dotyk jest delikatny jak ciało dziecka, nie razi nachalną komercją .

A jest to pocztówka nie z Polski. Otrzymałam ją od przyjaciół z Białorusi.

Przeczytałam wydrukowane życzenia , przetłumaczyłam.  Słowa tam lekkie jak puch „ maleńkie życzenia ogromnego szczęścia w nowym roku” . Nie byłam pewna, czy jest to język białoruski, ale na odwrocie napisano, że jest rosyjska.

Potem Lora mnie pochwaliła za dobre tłumaczenie a ja Ją za piękną polszczyznę napisanych własnoręcznie życzeń, wszak języka nauczyła się sama z sympatii dla naszego kraju. Może to odezwały się gdzieś głęboko ukryte w Jej genach  polskie korzenie, odziedziczone po Babci.

Ponoć białoruskich pocztówek nie nabyła a tę, i nic, że rosyjską. I dobrze. Bo wiem, że zwykli ludzie zamieszkujący te kraje są właśnie tacy. Czuję miękkość mowy mojego Taty, urodzonego na kresach, Jego wrażliwość na piękno , skromność i prostotę. I słowa mojej Babci- mileńka moja…

Tak więc dzisiaj , w tym Nowym Roku, który nie wiadomo jaki będzie , bo tak wiele od nas nie zależy powtarzam ze zwykłymi Rosjanami, Białorusinami i Polakami- „ maleńkie życzenia ogromnego szczęścia w nowym roku”.

Niech tak się stanie!

 

 

P1010281.JPG

I już kolejne Święta Bożego Narodzenia …

 

PC220210.JPG

 

 

I już kolejne Święta Bożego Narodzenia. Mimo powtarzalności są stale przejmująco piękne, wzruszające, klimatyczne.

Po Adwentowym oczekiwaniu przychodzą zapachy dzieciństwa, barwy, obrazy. Szczególnie teraz są obok nas Ci, którzy odeszli do tego drugiego, lepszego świata. Nasi Najbliżsi , Przyjaciele, Dobrzy Znajomi i zwykli, mijani kiedyś na ulicy czy spotykani  w windzie żoliborskiego bloku Ludzie. Ich twarze rozmył czas, ale pozostają w pamięci….

Ale pora by oderwać się od tych rozmyślań i wspomnień.

Właśnie zelżał wiatr i chwilowo nie pada, więc wyruszam z aparatem fotograficznym do ogródka. Bo tam już czekają śpiące drzewka. Ubrane w kolorowe bombki śnią swoje wiosenne sny.

A może to przypadkowi przechodnie, samotni, obdarowani teraz kolorami cieszą się razem z nami.

I już nie są ponurakami jesienno – zimowymi, nie zazdroszczą tym  iglastym, stale odzianym w bujne zielone peleryny. Pozdrawiają promiennie swoje koleżanki gorzowskie i miasto z którego przybyły aż tu, na mazowieckie równiny.

I życzą im oraz innym , czasem opuszczonym i smutnym Zdrowych, Pogodnych i Radosnych Świąt Bożego Narodzenia oraz Szczęśliwego Nowego 2015 roku!

A my się dołączamy do tych życzeń.

Kochani, tymi pozornie zwykłymi i zda się nadużywanym słowami ale  aktualnymi od wieków,  zamykamy krąg ludzi jednoczących się w tym czasie wspólną Radością. Zapraszamy Wszystkich….

 

 

PC220211.JPG

 

 

PC230215.JPG

 

 

PC230218.JPG

 

 

PC230224.JPG

 

 

PC220210.JPG

 Zaproszenie do michałowickiego ogródka….

Powroty do Raciążka.

P4190809.JPG

Widok ze wzgórza, gdzie Raciążek. Blado błękitna wstążka Wisły przecina lasy

 

 

P4190813.JPG

Ciechocinek w dali

 

 

Gdy miałam kilkanaście lat, odwiedziłam Rodziców, którzy przebywali na leczeniu sanatoryjnym w Ciechocinku.

Nie interesowała mnie historia tych ziem, ale lubiłam wypatrywać ciekawe miejsca, wędrówki i w ogóle rozglądanie się po świecie. Ciechocinek nie bardzo mnie zaciekawił . Bo teren monotonny, depresyjny nawet niektóre ładne budowle sanatoryjne obejrzałam jednym okiem.

Rozglądając się po smętnym widnokręgu nagle ujrzałam znaczne wzniesienie , jakby cypel samotny zielony czy wielki okręt wcinający się w tę ponurość krajobrazu. Niewiele myśląc pomaszerowałam w tym kierunku.

Na rubieżach Ciechocinka , gdy mijałam ostatnie domostwa, i wspinaczka na wzgórze była niebawem, nagle pojawiły się sady. Wielkie mnóstwo drzew owocowych , jabłoni obsypanych kolorowymi owocami . Żadnych domów wokół, teren bez ogrodzenia wydawał się bezpański. Nie wiem czy był bezpański, ale ja niewielka nastolatka tak to odbierałam. Wydawało się, że jestem w Tajemniczym Ogrodzie, którą to książką była wtedy zauroczona, co mi pozostało do dziś. Nie zapomnę tego zjawiskowego widoku opuszczonych sadów, które układały się u podnóża owego cypla. Weszłam pomiędzy drzewa, z nabożnym skupieniem i poczuciem że dotykam jakiejś tajemnicy. Jabłka leżały na ziemi, podnosiłam i chrupałam zachwycając się ich smakiem i wonią.

Ale cel wędrówki był jeszcze przede mną, więc opuściłam to zaczarowane miejsce i wdrapałam się na stromy i wysoki brzeg tego cypla.

I nagle otworzyła się przede mną inna, magiczna kraina. Na grzebiecie wzgórza  rozsiadło się niewielkie miasteczko i sennie oglądało okoliczne miejscowości  położone w dole.  , jak Ciechocinek czy Nieszawa. Nagle się budziło, gdy słońce wpadało do rzeki i wówczas wielkie lśnienie tylko było i zachwyt jaka piękna jest tutaj Wisła…

Łazikowałam sobie po tym do patelni podobnym terenie, zaglądałam w różne zakamarki aż wreszcie dotarłam na miejscowy cmentarz a potem rozsiadłam się na ceglanym murku zburzonego przed laty bardzo starego zamku. Było sennie i rozkosznie. Jednak trzeba było się zebrać w sobie i energicznie wyruszyć w drogę powrotną, bo być może niepokoili się o mnie  Rodzice. Tą wyprawę z dzieciństwa mam stale zapisaną w pamięci, a w niewielkiej kolekcji podobnych wydarzeń zajmuje jedno z pierwszych miejsc….Tęskniłam za tamtym czasem, miejsce, słonecznym lenistwem i wstęgą złożoną z samych błysków na Wiśle…

     Bo bardzo wielu latach, chyba 50, udało mi się tam wrócić . Zaprosiłam na tę wyprawę   towarzyszy sanatoryjnych . Oczywiście już nogi nie te co kiedyś, nie wytrzymałby takiej trasy pieszej, więc pojechaliśmy  samochodem.

Raciążek okazał wielką łaskawość, bo pokazał się w całej krasie i był taki sam jak kiedyś- uroczy…Wszyscy byli nim zachwyceni, bo miejsce przepiękne.

Oczywiście odwiedziliśmy kościół z XVII wieku, cmentarz z niezapomnianym grobem pszczelarza , który otrzymał kamienny ul na wieczne czasy….i wreszcie ruiny zamku. Poczytałam na jego temat i o nim wspomnieć teraz. W miejscu, gdzie teraz ruiny stanął w XIII wieku gród drewniano ziemny wzniesiony prawdopodobnie przez biskupów kujawskich. Miejsce wybrano nieprzypadkowo, bo z uwagi na położenie było łatwe do obrony i widok stamtąd był na daleki horyzont. Jednak to nie pomogło, gdyż w 1330 roku wprawdzie po długim i powtórnym oblężeniu gród został zdobyty przez Krzyżaków.

Prawdopodobnie biskupom zależało na posiadaniu w pobliżu Włocławka, kolejnej własnej rezydencji. Na pewno zamek wzniósł biskup Maciej z Gołańczy, który zmarł w 1364 roku, a jego następcy zamek rozbudowywali, dodali też oni mury na obwodzie posesji wzdłuż krawędzi zbocza a potem wieżę.

To tutaj odbywały się rokowania z Wielkimi Mistrzami  w czasie poprzedzającym wielką wojnę z zakonem krzyżackim. Przebywała tu Jadwiga i Władysław Jagiełło, pertraktując zwrot ziem polskich ( bobrzyńskiej i dobrzyńskiej).

W XVI wieku rozbudowano zamek i przekształcono wnętrza tak, by powstała późnorenesansowa  rezydencja o charakterze obronnym. Dodano wieżę bramną przy suchej fosie.

Jednak u schyłku XVII wieku zamek został opuszczony, a zabudowania gospodarcze rozebrano.

W początkach XVIII wieku Felicjan K. Szaniawski wzniósł drewniany budynek poza terenem zamkowym a w 1720 biskup Krzysztof Antoni Szembek na zniszczonych murach głównego budynku zamkowego wzniósł pałac barokowy.

Po rozbiorze Polski, w r. 1804,  władze pruskie rozpoczęły rozbiórkę pałacu by wykorzystać jego materiał budowlany.

W latach 1978- 1985 prowadzono na tym terenie badania i w efekcie zabezpieczono ruiny jako trwały obiekt turystyczny.

     Trudno było się oderwać od tego magicznego miejsca, wzgórza jak samotny okręt na równinie i wiślanym horyzontem. Ale niestety czas wyprawy minął. Wróciliśmy więc na smętne równiny, unosząc pod powiekami zapamiętane widoki, zdjęcia w aparacie fotograficznym czekały.

Tak, Raciążek jest miejscem do którego będziemy wracać, bo warto, bo magiczne, niepowtarzalne. Jeśli nie w realu, to jedynie wirtualnie.

 

 

P4190847.JPG

 

 

P4190827.JPG

 

 

P4190838.JPGP4190823.JPGP4190838.JPGP4190863.JPGRaciązek.JPG

 

P4190852.JPG

 

 

Obraz powracający o świcie.

 

poświata i księżyc, Fuji.jpg

 

 

 

Są wczesne lata pięćdziesiąte poprzedniego już stulecia. I jest Gorzów.

Bardzo mała dziewczynka budzona jeszcze w głębi nocy, bo grudniowe dni późno przychodzą . Jej matka lubiąca dobrą organizację dnia, góralka beskidzka, zaplata dwa cienkie płowe warkoczyki na głowie córki. Tak ciasno, że  oczy trudno zamykać.

  Dziewczynka sama chce wychodzić w tę panującą jeszcze noc, jest straszno ale jakże intrygująco. I idzie, jak w czarnym tunelu, w  ciemnościach  dawnej ulicy Wasilewskiej (obecnej Sikorskiego), drogą wśród zburzonych i wypalonych kamienic prosto do katedry, trzymając w małej dłoni grubą zapaloną świecę- nazywaną wtedy gromnicą. Nie widzi gwiazd ani księżyca, tylko ten wątły palący się płomień.

Bo właśnie zaczął się Adwent i o 6 rano odprawiane są  roraty, taka msza grudniowa bardzowczesnoporanna.

Katedra jest tak samo mroczna jak ten zaczynający się dzień, nasączona zapachem kadziła, modłami i cichym śpiewem wiernych. Nie widzi ludzi , wpatrzona w piękny ołtarz i księdza w fioletach zapomina o świecie. 

A potem  wraca, nie oglądając się bo za nią  ciemny, straszny niby jednooki woj w hełmie, zarys wieży katedralnej , lękliwie przemyka  obok  ruin. I cieszy się , gdy widzi  zapalone  już światła  w istniejących domach, świadczące o tym, że żyją tam ludzie. I skręca w prawo w ul. Kos. Gdyńskich.  Teraz  wpatruje się w chodnik. Tam leżą  duże poniemieckie płyty granitowe. Ulubione. Jak zwykle ostrożnie stawia kroki , by nie postawić stopy w przestrzeni między płytami, bo to może oznaczać zatopienie w wyimaginowanym bezbrzeżnym oceanie.

I jest już w domu…uskrzydlona z powodu dokonanego wyczynu.

I tak jest codziennie, przez miesiąc poprzedzający wielkie i kolorowe święta Bożego Narodzenia.

Taki to właśnie niepowtarzalny już obraz, wraca do mnie o świcie…. ciemnym, grudniowym

„Sońka” z miłości utkana…

PB270127.JPG

 

 

 

 Nie przepadam z czytaniem książek, które są jeszcze ciepłe po wydaniu, szeroko omawiane, chwalone lub ganione, ale będące w kręgu ogólnego zainteresowania. Lubię, gdy już znajdą się w bibliotece i tam, zmęczone minionym szumem , spokojnie czekają na kogoś, kto weźmie  do ręki, wypożyczy , poczyta lub tylko przekartkuje. Czasami są zapomniane, opuszczone niepewne losu. I takie lubię. To jak odwiedziny u osoby samotnej.

   Tym razem, pomimo tego, że nieomal wczoraj przebrzmiały echa wypowiedzi licznych krytyków literackich nad niedawno wydaną „ Sońką” Ignacego Karpowicza, nad wielkością i niezwykłością autora a już pani w bibliotece podała mi tę powieść. I na przekór zasadom przyniosłam ją do domu. Może ulegałam, bo tytuł był mi bliski, a może zwyciężyła ciekawość tego, co może zawierać ta niewielka , bo licząca zaledwie 198 stron, ładnie wydana książka. Rozłożyłam się zwyczajowo na kanapie, otworzyłam i wpadłam. Piękny język, wprawdzie dużo słów ale potrzebnych dla oddania klimatu i tekst nieczęsto spotykany. I tu pozwalam sobie na liczne cytaty, bo nie da się tego streścić.

„Sonia wolniutko ruszyła….za krasulą…Potem pod górę- trzeba przystanąć ze trzy razy, ażeby oddech dogonił człowieka, oddech albowiem, twierdziła Sonia, człowiekowi kroku nie dotrzyma, a jak człowiek za bardzo pędzi, to potrafi swój oddech zgubić…”. Tak sobie rozmyślając podążała do obejścia. I nagle ujrzała, że nieopodal jej chałupy, jednej z nielicznych zamieszkałych w Królowym Stojadle na Podlasiu, zatrzymał się elegancki samochód na białostockich lub warszawskich numerach. Sońka przystanęła a Krasula –

 „ Łaciata mleczarnia, samobieżna i nabrzmiała w wymionach, spojrzała na Sonię najbrązowszym brązem swoich oczu…”

Z samochodu  wysiadł młody człowiek, który bardzo się spodobał staruszce i bezradnie, bezskutecznie usiłował złapać zasięg telefonu komórkowego. I zaprosiła go do siebie na świeże mleko . Jeszcze nie wiedziała i chyba nigdy się nie dowiedziała, że on, „Igor Gryfowski cierpi, i to głęboko jak jaskinia i szeroko jak ocean…cierpi na twórczą impotencję …Nie widzi sensu w świecie, nie widzi w życiu celu, mimo aplikacji pomocowych : narkotyków, pornografii, literatury filozoficznej”. Można się domyślić, że autor się z nim utożsamia, bo w rozmowie z Sońką wraca do swojej przeszłości i staje się na powrót Ignacym.

Zrezygnowany zamknął pilotem zepsuty samochód i spojrzał w twarz babinki.  „ I aż oniemiał….twarz Soni bowiem to jest twarz naprawdę, takich twarzy życie już nie lepi, takich twarzy już się nie widuje. Bo twarz Soni zstąpiła z ikony….a zmarszczek ma chyba pierdylion, mieliby chirurdzy plastyczni zajęcie….wystarczyłoby im niepotrzebnej skóry na przynajmniej trzy nowe twarze”,  „ pojął w ułamku sekundy, iż stoi przed nim istota, na którą czekał całe życie….Sonię nieodkrytą i zapomnianą…gdy niebiesko oko staruszki na nim , choć skroś Igora, spoczęło..”.

Wszedł, zdjął buty i obejrzał wnętrze chałupy. Ładne wnętrze było.  „ Pani nie ma kanalizacji?- zapytał.- Po szto?- odpowiedziała – Żeby mi chałupa zgniła od zlewu w kuchni? Żeby spać pod jednym dachem z własną kupą?”.

Popatrzyła raz jeszcze na gościa.

I wtedy zrozumiała, że to anioł śmierci : „że będzie mogła opowiedzieć  swoją historię, wystawić swoje uczynki na zważenie”.

„…szczęśliwa, nalała mleka do emaliowanego kubka, na stole postawiła ahładki, smażone rano mączne placki, pyszki, z kredensu wyciągnęła swój największy skarb…metalowe pudełko z czekoladkami….kupiła bombonierkę trzy lata temu…a wcześniej patrzyła i wyobrażała sobie, że znajdzie ona miejsce u niej w kredensie, na szydełkowanej serwetce, obok zębów”.

I noc przyszła i czas rozmów, a raczej opowieści Sońki. A on słuchał i już widział swoją przyszłą sztukę , którą realizuje na deskach teatru z Sońką w roli głównej i dojrzewał i posuwał w wieku.  A ona, młodniejąc,  ciągnęła opowieść o przerażającym dzieciństwie,  wojnie i  losach letniej sukienki w błękitne kwiatki teraz wydobytej z kufra ze zbrązowiałą plamą krwi. Opowieść ta okrutna, ale pozostająca w dziwnej dysharmonii z  poetyckim, czasem nieomal baśniowym duchem, który unosi się nad książką, jakby mniej przerażająca bo oglądana jak przez mgłę , zawoalowana. Bo nad nią góruje i tętni prawdziwym życiem historia jedynej pierwszej miłości Sońki.  Zakazanej miłości do esesmana, który pewnego dnia wojny pojawił się we wsi…

i jest jeszcze  mądra, zniewalająca czytelnika takiego jak ja, miłość męża Sońki…

i trudno komentować, bo słów odpowiednich brakuje, opisywać, bo treść można znaleźć w necie albo po prostu przeczytać tę powieść. Przeczytać warto a nawet trzeba. Jestem pewna, że do tej lektury wrócę, gdy zimowe dni senne , gdy zatęsknię za pejzażem i białoruską mową, której sporo w książce, za podlaskim klimatem i Sońką, utkaną z miłości….

 

 

2007.05.19._Ignacy_Karpowicz_by_Kubik.jpg

 

Ignacy Karpowicz, 2007 r. Zdjęcie z Wikipedii

 

 

W jakimś wywiadzie  telewizyjnym Ignacy Karpowicz, opowiadał o  swojej ostatnio wydanej  książce zatytułowanej ” Sońka”. Dawno, dawno temu  jej ziarno zasiał jego wuj, malarz Leon Tarasewicz  opowieścią o  mieszkance sąsiedniej wsi, która w czasie wojny miała romans z Niemcem. I długo dojrzewała ta opowieść aż wreszcie urodziła się książka, długo jeszcze „ ociosywana” by uzyskać swoistą kondensację treści w niewielkiej objętości.

Ignacy Karpowicz to postać nietuzinkowa wśród pisarzy młodego pokolenia.

Urodził się w 1976 r., pierwsze lata dzieciństwa spędził we wsi Słuczanka, a potem przeniósł się  z rodzicami do Białegostoku. Ukończył Międzywydziałowe Studia Humanistyczne na Uniwersytecie Warszawskim, zajmował się głównie iberystyką i afrykanistyką. Zadebiutował w 2006 r. powieścią „ Niehalo”, po roku wydał  „ Cud”, w 2009 r.- „ Gesty „,  w 2010 r.- „ Balladyny i romanse” , w zeszłym roku- „ Ości” a w 2014- „ Sońkę”. Jego powieści zdobywały Paszport Polityki i nagrody Nike. Poza tą niesamowitą płodnością literacką, jest tłumaczem  literatury pięknej z języka angielskiego, hiszpańskiego i amharskiego ( język semicki z grupy etiopskiej).

    Ale  wracam do „ Sońki”, muszę wrócić .Na 8 stronie pod tekstem autor pisze:

„ Jeszcze do niedawna na Podlasiu, zwłaszcza tym wiejskim i małomiasteczkowym, istniały obok siebie dwie rzeczywistości językowe: polska i białoruska. Trwały osobno, strzegąc swej odrębności, lecz równocześnie były dla siebie nawzajem doskonale zrozumiałe. Ten czas niestety nieodwracalnie dobiega końca. Dlatego zdecydowałem się w jednym miejscu, na końcu książki, zebrać słownictwo białoruskie, nie tyle dla objaśnienia, ile- i to jest chyba znacznie ważniejsze- aby dać okazję do zanurzenia się w innym, równoległym świecie językowym, egzotycznym, a jakże bliskim” . A oto kilka białoruskich zdań, przetłumaczonych przez autora:

„ Tfu, myśli Sonia, prystanuli i buduj scać”  ( tfu, zatrzymali się i będą sikać)

Gdy schował telefon i stał bez ruchu…” Musi jaki durak, bez struka”( Pewnie jakiś głupek, bez penisa), itd., itp.

 

Tak, kochani.” Sońka” to bliskość z powodu, że noszę to samo imię ale przede wszystkim klimat krainy wywołującej ciepło w  sercu, bo wszak cała rodzina Taty jak i On urodzili się  na tamtych ziemiach …tam są nasze  korzenie…

 

 

Kalia, kalijka czyli Zantedeschia.

SAM_8921.JPG Mój nowy kwiatek o którym teraz opowiem

 

 

Już dawno planowałam, by uzupełnić braki kwiatów na parapecie naszego domku. Ostatnio  storczyki  cherlawo się zachowywały, zresztą były  wiekowe. Jak na razie, na nowe nie miałam ochoty. Potrzebna była zmiana. I przyszła w Biedronce. Zatrzymałam się przy stoisku z kwiatami i  zauważona niewielka cena nad doniczkami ładnie kwitnących zieloności spowodowała, że kwiatek wylądował w moim wózku. Z radości nie zwróciłam uwagi, że jest to cena stojących nieopodal maleńkich kaktusów a nie mojej donicy. I fajnie, bo nie miałam nawet jednej chwili zawahania. I szczęśliwa że  jestem posiadaczką nowego kwiecia wylądowałam w domu i wtedy poczytałam to, na paragonie. Cena nabytej rośliny była trochę wyższa, ale szybko uznałam, że za jej urodę można było zapłacić więcej.

Teraz cieszą jej  żywo soczyście zielone ale delikatne lancetowate  liście i lejkowate trzy brudno blado różowe kwiaty. Niestety  nazwa wyczytana na dołączonej plakietce brzmi obco i nieładnie – Zantedeschia. Zajrzałam więc od razu do netu i znalazłam polski odpowiednik tej nazwy – kalia lub kalijka. Od razu pojaśniało w mej  głowie, gdyż roślina ma kwiaty których kształt od początku wydał mi się znajomy. Tak, to kalia, kalia z mojego dzieciństwa.

    I wszystko wróciło. Mam niewiele ponad 3 lata i razem z kuzynem- Cześkiem z dumą niesiemy przez pół Trzcianki Lubuskiej  wielometrowy welon ślubny jego siostry- Jadzi Majewskiej do kościoła i pod ołtarz.  Jestem bezradna co począć dalej. I wówczas wiedziona nagłym impulsem, odwracam się od ołtarza, wdzięcznie ujmuję brzegi spódniczki   i wykonuję piękny dyg przed rodziną i ciekawymi ślubu ludziskami .  Jestem wtedy malowniczą” krakowianką”. Wystrojoną w  czarny aksamitny gorsecik z kolistym  cekiniastym wzorem  pięknie wyszytym przez Mamę , wg projektu Taty , z wstążkami na ramionach spływającymi wzdłuż ciała oraz niebezpiecznie dźwięczącymi, już trochę potłuczonymi koralami z prawdziwego kolorowego cieniutkiego szkła. Już nie ma tamtej dziewczynki, Mama dawno nie żyje, a ja o tym opowiadam moim dzieciom i wnukom…a może opowiadam tylko sobie…

Ale miało być o kaliach . Jak zwykle odbiegłam od tematu, bo cisną się wspomnienia i pomimo tego, że już kiedyś o tym pisałam, domagają się by ponownie tu je wrzucić.

Jadzia miała bukiet z białych kalii, których urody nie zapomnę. Wydawały się jakby z papieru utworzone, nie wierzyłam, że są naturalne. Dopiero w domu, już po ślubie, na paluszkach zakradłam się do pokoju, gdzie w wazonie stał ten bukiet. I dotknęłam. Był prawdziwy…

 

Zdjęcie-0554.jpg

 Zdjęcie ślubne kuzynki Jadzi Majewskiej z Józkiem Lisem. Wczesne lata 50 ubiegłego wieku. Kalie…Moi kochani poznaniacy. Gdy ich odwiedzałam w czasach studiów poznańskich, oczywiście bez zapowiedzi , zawsze znajdowali dla mnie jakieś obiadowe posiłki. Jak zauważyłam, Jadzia po prostu wtedy z nami nie jadła. Już  dawno nie żyje, We wspomnieniach pozostali piękni i młodzi….

 

 SAM_8922.JPG

 

 

     Czytam w necie, że kalia należy do rodziny obrazkowatych. Fajna, nietypowa nazwa rodzinna- obrazkowate . Uśmiecham się. Ich miejscem urodzenia jest środkowo- południowa Afryka, a stamtąd została rozwieziona i hodowana w nieomal wszystkich krajach świata, za wyjątkiem Antarktydy. I tu uśmiech- jakoś Antarktyda w ogóle z roślinami się nie kojarzy, ale jak widać Wikipedia jest sumiennie detaliczna. Do Europy została przywieziona w XVII wieku a w wielu miejscach tak ekspansywnie zawładnęła terenem, że zaczęła wypierać roślinność rodzimą i potrafi osiągać 1,2 m wysokości. Kalie mają łodygę podziemną zwaną bulwą lub kłączem, z których dopiero wyrastają korzenie. Liście są zielone, czasem biało nakrapiane. Wszystkie części cantedeskii zawierają kryształki szczawianu wapnia oraz toksyczne alkaloidy. Nie ma jednak doniesień o zatruciach wśród ludzi, opisano  jedynie uczulenia spowodowane  kontaktem rośliny ze skórą. Obserwowano ciężkie zatrucia zwierząt, w tym bidulki króliki które po spożyciu tej zieleniny padały całkowicie sparaliżowane.  Jedynie dziki i  jeżozwierze, które  chętnie zjadają kłącza tej rośliny z domieszką innych  a ptaki- jej jagody, czują się dobrze.  Na szczęście nie posiadam w domu żadnych zwierząt, a tym bardziej jeżozwierzy, więc eksperymentować nie będę.

Ale codziennie bladym świtem patrzę na mój parapet i gdy widzę kalię , moją kalijkę czule ją pozdrawiam. Miłego dnia……

 

 

SAM_8918.JPG

Zauroczenie Kaliną Jędrusik.

SAM_8929.JPGKalina Jędrusik i Stanisław Dygat- fotografia zdjęcia z książki Magdy Dygat pt. ” Rozstania” Wydawnictwo Literackie,2001

 

 

 

Ta opowieść wywodzi się z nagłego przypomnienia spowodowanego przypadkowym ( jak zwykle zresztą) wydobyciem z bibliotecznej półki książki „ Rozstania” Magdy Dygat, jedynej córki pisarza z pierwszą żoną, zdolną , kiedyś znaną aktorką Wandą Nawrocką. Chociaż nie przepadam za biografiami, ale tę wypożyczyłam. Niewielka objętościowo, z  klimatycznymi zdjęciami rodzinnymi i krótkimi opowieściami o życiu ojca, obu jego żon, czasach, gdy wszyscy- matka z nowym mężem, ojciec z młodą żona oraz dziecko zajmowali jedno niewielkie mieszkanie. Dziewczyna rosła w przedziwnej atmosferze domu  ludzi stale wolnych jak ptaki, beztroskich  i nietuzinkowych. Znajdujemy tam ciekawą korespondencję rodzinną  i ze znanymi ludźmi (m.in. Hłasko, Miłosz, Brandys, Polański, Wajda). Książka Magdy Dygat jest chyba próbą ostatecznego rozliczenia, uporządkowania wydarzeń swojego dzieciństwa, a przede wszystkim zrozumienia dlaczego tak było?

     Czytam więc i odwija się w mojej głowie film z lat młodości. Najpierw więc o tym, że znany pisarz- Stanisław Dygat i młodsza do niego o 17 lat Kalina Jędrusik stanowili małżeństwo, które w drugiej połowie XX wieku zajmowało wiele miejsca w plotkach warszawskich. I myśmy tym żyli, bo byli ludźmi niezwykłymi. Można sobie wyobrazić co by się działo, gdyby to wszystko działo się  teraz. Pewnie tabloidy zalałyby nas informacjami, zdjęciami, aż do obrzydliwego przesytu. Kalina  Jędrusik była aktorką  dla niektórych kontrowersyjnej urody i odmiennego , niespotykanego do tej pory w Polsce stylu. Mieszczuchy uważały, że emanowała bezwstydnym seksapilem, choć  przyznawały, że talent miała potężny. Panowie wpatrywali się ekrany telewizorów oczekując kiedy wreszcie Kabaret Starszych Panów się pojawi a z nim oczywiście gwiazda naczelna, wyuzdana, z dużym krzyżykiem leżącym pomiędzy dwiema półkulami okazałego nieomal odsłoniętego biustu. I chociaż panie pruderyjnie i zawistnie na to samo patrzyły, jednak ulegały magii jej zachrypniętego dziecięcego głosu, prawie szeptu. No cóż, jedyną taką aktorką była. Przyznawaliśmy, że wielką . Jak można się domyślić na podstawie  tego, jak napisałam o Kalinie Jędrusik, miałam te same ambiwalentne odczucia jak większość kobiet. Teraz, po latach gdy już zostały tylko stare z nią filmy i piosenki z  Kabaretu  Starszych Panów, wspominam tamte czasy z rozczuleniem i uwielbiam oglądać i słuchać jak śpiewa i zachowuje się Kalina Jędrusik…

    Tamten okres ociepla wspomnienie które powoduje, że  Kalina a przez nią i Dygat są mi bliscy. A to za sprawą pewnego spotkania . Mieszkaliśmy na Żoliborzu, nieopodal ul. Krasińskiego ( gdzie teraz grób ks. Popiełuszki) jest maleńka, poprzeczna do wymienionej, ulica Kochowskiego. Zaglądałam tam często, bo sklep z art. gospodarstwa domowego był na jednym rogu, z tkaninami na przeciwległym a obok  mięsny. I któregoś dnia , gdy kupowałam jakieś płyny do mycia naczyń, nagle , z wielkim rozmachem otworzyły się drzwi sklepu i coś za mną zaszumiało . Odwróciłam się i stanęłam nieomal oko w oko z najprawdziwszą żywą Kaliną. Popatrzyła na mnie wielkimi obojętnymi oczami i poszła w głąb sklepu. Poczułam dreszcz od jej spojrzenia. Było magnetyczne, wsysające. A ja zdmuchnięta jakby, oszołomiona, całkowicie zagarnięta w jej krąg oddziaływania stałam gapowato. Ona zawłaszczyła wszystkich i całą przestrzeń sklepu. Tak, czytając wspomnienia jej pasierbicy mogę potwierdzić to, że Kalina miała w sobie jakąś zniewalającą otoczenie siłę. I nic dziwnego, że jak pisze Pani Magda Dygat, gdy macocha pokazywała swoją małą stopę z krótkimi paluchami mówiąc, że jest najpiękniejsza na świecie- wszyscy wierzyli. I w cień odchodziły inne autentycznie piękne smukłe  stopy. W czasie gdy ją zobaczyłam, była  niską ale za to obszerną kobietą, miała na głowie kapelusz z dużym rondem i długą zamaszystą spódnicę. Nie zwracając uwagi na potulną kolejkę, już od drzwi chrypiąc i sapiąc o coś pytała ekspedientkę. Sapała, tak, wyraźnie miała duszność. Żal przyszedł do mnie, że już chora i podziw i zachwyt, że los mi zesłał tę mieszkankę starej , ukrytej za szczelnym murem willi, która znajdowała się przy ul . Kochowskiego, nieopodal sklepów. Potem wielokrotnie widywałam ją na ulicy, gdy posuwistym krokiem zawłaszczała  cały chodnik a ludzie ustępowali jej miejsca. Nie pomnę jakie to były lata, czy jeszcze żył jej mąż, Stanisław Dygat ( zmarł w 1978 r.), a może już nie . Starszy od niej , po przebytym w dość młodym wieku zawale serce,  pożegnany z tego powodu z seksem- o czym sam pisał, musiał być pogodzony z tym, że jest właściwie jak ojciec swojej żony. Jego pisze córka , Kalina jemu się żaliła, że została porzucona przez kolejnego kochanka, nie ukrywała przygód łóżkowych, które zresztą odbywały się ich domu. Wiele znamienitych osób opisuje spotkania w tym domu, ich urok intelektualny i nie tylko…Co czuł pisarz, bardzo wrażliwy człowiek ? Bohaterami jednego z jego opowiadań – „ Męka zaślepienia” jest pewne małżeństwo. Gdy mąż  wielokrotnie widuje żonę z mężczyzną w sytuacjach sugerujących ich bliskość,  przyjmuje jej tłumaczenia, byle jakie. Wierzy bo chce wierzyć, że jest niewinna …

    Gdy teraz czytam to, co pisze córka pisarza o swoim życiu, o nienawidzącej  jej macosze, wśród zimnych faktów czuję ciepło zrozumienia. Kalina była nieszczęśliwa. Wiecznie spragniona  miłości, akceptacji jako superkobiety. Niespełniona jako matka, gdyż jedyne urodzone dziecię zmarło tuż po porodzie a ona przeszła poważną operację, która wykluczała posiadanie potomka spędzała czas u boku mężczyzny , który ją kreował, wspierał, ale nie mógł dać tego wszystkiego czego oczekiwała. Nie spełniał, bo nie mógł. Była nienasycona. Gdyby nie Dygat, pewnie cierpiałaby na modną teraz wśród gwiazd depresję. A jednak cierpiała. Świadczą o tym jej listy wysyłane do pasierbicy po śmierci Dygata, pełne żalu, smuty , błagania o wsparcie duchowe. Nie wiem jak naprawdę wyglądało jej życie, gdy nagle odszedł samotnie w żoliborskiej willi przy ul. Kochowskiego a ona żyła jeszcze 13 lat. Podobno całkowicie oddała się kościołowi.

    I to tyle wspomnień, które uruchomiła wybrana właściwie przypadkowo z półki bibliotecznej książka Magdy Dygat pt. „Rozstania”. To nie tylko jej rozliczenie z własnym życiem, ale też barwny opis epoki i doli niezwykłych ludzi. Ciekawe jak ją odbierają ci,  którzy nigdy nie poznali magnetycznego spojrzenia Kaliny. Ja jestem nieobiektywna, bo poznałam i uległam….

 

 

SAM_8927.JPG

 Kalina Jędrusik i Stanisław Dygat. Fotografia zdjęcia zamieszczonego we wspomnianej  książce Magdy Dygat

 

 

 

Modrzewiowy sen…

SAM_8891.JPG

 

 

Jest rok 1962, mam 15 lat, rodzice w sanatorium w Szczawnicy. Jak zwykle. Zmęczeni wojną, schorowani, aż dziw, że wrócili do życia i jeszcze córeczkę sobie urodzili…tzn . mnie. Brat buja gdzieś w świecie, bo starszy o 13 lat, przedwojenny. Ja powojenna, ale samodzielna , bo właśnie choroby, sanatoria rodziców, praca ich zawodowa. Tym razem pewnie są wakacje, więc wynajmują mi pokoik w Szczawnicy, w domku posadowionym na górce  przy ulicy o przedziwnej nazwie Języki. Muszę tam codziennie wbiegać , co wtedy nie stanowi problemu i równie szybko zbiegać by moczyć nogi w strumyku o równie dziwnej nazwie Bryjarka. Odwiedzam też rodziców czytam książki i wdycham żywiczne górskie powietrze. Jest pięknie. Ot, taka migawka z życia. Ale miało być o modrzewiach. Otóż tam właśnie, w Szczawnicy się dowiaduję, że powietrze nasycone  żywicą modrzewiową jest najzdrowsze, i lekarze zalecają spacery wśród  licznie rosnących tu tych drzew. Więc wdycham…i na zawsze zapadają mi w pamięć te dziwne miękkoiglaste drzewa, z małymi szyszeczkami, które ponoć na zimę zrzucają igły….to tam właśnie zwróciłam na nie uwagę.

    Potem już ogród nad Bugiem i oczywiście obowiązkowe modrzewie. Maciupkie przed 35 laty, rosły bardzo dynamicznie i teraz sięgają nieba, gałązkami kruchymi gdy wiatr sypią . Nie zapomnę, gdy w 1992 roku, odwiedziła nas córka z najstarszą wnuczką. Weronika miała wówczas  7  miesięcy, wzięłam ją na ręce i stanęłyśmy pod modrzewiowymi gałęziami. Były bujne i kołysane wiatrem wyglądały jak wielkie kosmate łapy. Dziecko  pokazywało je paluszkiem z trwogą wielką. Odeszłam z tego miejsca,  ale po chwili  wróciłam. Weronika zareagowała tak samo jak za pierwszym razem.  Wówczas to, po raz pierwszy zauważyłam, że takie małe dzieci mają wyobraźnię. Wstyd się przyznać, bo pediatrą już byłam, i swoją czwórkę odchowałam, a tu nagle wnuczka oczy mi otworzyła….

    I teraz modrzewie towarzyszą nam w Michałowicach, jeszcze niewielkie, ale już mają zadatki na wysokie drzewa. I są listopadowym złotem, chyba ostatnim na drzewach, bo brzozy, lipy, klonik i kasztanowiec już śpią snem zimowym. Patrzę więc na owe złoto, zdjęcia robię i wspominam pierwsze z nimi spotkania, młodzieńcze zauroczenie trwa. I dobrze jest. Niebawem  dobranoc im powiem, bo zima  przybędzie niechybnie i pójdą spać, by wiosną zachwycić…..

 

 

SAM_8899.JPG

 

 

SAM_8916.JPG

 

 

SAM_8892.JPG

Jeszcze raz o Parku Wiosny Ludów w Gorzowie.

Twoje czerwone kasztanowce(2).jpg

Zdjęcie od goni z kasztanowcami czerwono kwitnącymi

 

parkGorzĂłwStare.jpg

 

 

ParkRóşStare.jpg

Stare gorzowskie pocztówki z portalu fotopolska.eu. W tamtych czasach Gorzów nazywał się Landsberg a.Warthe i tak nazwa tu figuruje

 

 

 

W centrum miasta  na powierzchni 4.7 ha, pomiędzy ulicami Kosynierów Gdyńskich ( gdzie był mój pierwszy dom), Sikorskiego( za moich czasów zwany ul. Wandy Wasilewskiej), Strzelecką, Wybickiego i Łokietka  w 1913 r. poprzedni mieszkańcy miasta- Niemcy założyli park. Teraz jest już nasz, pomimo tego, że pamiętamy. Ot takie koleje losu…

W uroczy sposób zagospodarowano  teren  wówczas podmokły wokół istniejącego stawu i przepływającej przez jego wody rzeczki Kłodawka. W okresie międzywojennym i krótko po wojnie mieściło się tu zoo.  Czytam w necie , że w okresie „1960-1964 park przeszedł gruntowną modernizację i renowację”. Niewiele pamiętam z tego okresu, bo już mieszkaliśmy u podnóża wzgórza, gdzie koszary usadowiono  przy ul. Nowotki ( obecnej Orląt Lwowskich) i biegałam  do zawarciańskiego LO . Do tego parku zaglądałam niezbyt często. Pomnę jedynie usypany  wtedy płaski szeroki wał na obrzeżu( przedtem chyba była tam wilgotna trawiasta nieciekawa niecka) i jakieś instalacje huśtawkowe dla dzieci. I nowe nasadzenia kasztanów . Park Róż położony obok powoli się degradował. Obserwowałam ze smutkiem jak znikały białe pergole a z nimi feerie pnących róż, fontanna wyschła i jedynie nikłe krzaczki różane oraz to co miałam zapamiętane pod powiekami przypominało dawną świetność.

   Gdy odwiedziłam moje miasto rodzinne po 40 latach nieobecności od razu pobiegłam do tego parku. I znalazłam swoje dziecięce ślady, chociaż już wierzb płaczących na wyspie nie ma. Trudno się dziwić, bo na zdjęciu które zamieściłam w poprzednim wpisie, zdjęciu z lat ubiegłego wieku widoczny tam pień wierzby jest wyraźnie spróchniały. Trochę żal, że nie posadzono nowego takiego samego drzewa, ale cóż, panta rei , rośnie inne drzewo okazałe i smukłe . Ale na otarcie moich łez  znalazłam te same, teraz już wiekowe przepiękne platany . Tak jak kiedyś zgodnie z pięknym projektem okalają położoną wzdłuż rzeczki Kłodawki aleję spacerową. Teraz we wspomnieniach wracam do tych platanów.  Nie wiem czy wtedy, jako dziecko tak je postrzegałam . Ale gdy dziś oglądam zdjęcia sprzed 6 lat, nieodmiennie przychodzi do mnie to samo skojarzenie jak wtedy gdy je zobaczyłam po latach. To wielkie  damy w srebrnych obcisłych sukniach z wąskimi rękawami, które zastygły w tajemnym tańcu czekając na muzykę. Cudne są. I trzeba stanąć i czekać. Może zatańczą. I stałam długo i czekałam…. I choćby tylko dla nich warto odwiedzić Gorzów. Dorodnie rosną też kasztanowce. Zawsze tam były. Otaczały staw.  Obsypane oryginalnym bo nie zwyczajowo białym ale różowym kwieciem widać na zdjęciu, które dostałam od goni. Te kasztany pamiętałam od zawsze. Ilekroć gdzieś byłam wiosną, rozglądałam się czy ujrzę podobne. I rzadko to się zdarzało. Gdy opuszczałam Gorzów, nasadzono nowe też tego gatunku i teraz pięknie wyrosły. Są wielkie i dojrzałe…prawie tak jak my….

      I jeszcze jeden spacer, w stronę ulicy Sikorskiego, gdzie przy wejściowej bramie niegdyś posadowiono na palach wbitych w dno Kłodawki restaurację o romantycznej nazwie Wenecja. Już kiedyś opisałam nasze pierwsze klasowe tam wyjście gdy nasza nowa wychowawczyni pani Halina Majchrzycka, kobieta wielkiej elegancji zauważyła, że jesteśmy zielone ofermy i uznała, że należy wprowadzić nas w wielki świat. Mój Boże, przecież mieliśmy już może po 15 lat bo byliśmy w Liceum. I ona zarządziła to wyjście i przybyliśmy w mundurkach i droga od drzwi restauracji do przeciwległego końca Sali wydawała się w długa jak wieczność i usiedliśmy przy stolikach i już nie wiem co, chyba herbatę piliśmy. Niezręczni, zieloni. Czy śmiać się czy płakać nad nami. Nie wiem. Patrząc na dzisiejszą młodzież. A może to właśnie było fajne, że smakowaliśmy życie powoli mając czas na rozkoszowanie się i zapamiętanie takich wydarzeń , pierwszych nowych niezwykłych.  Wenecji już dawno nie ma. Pewnie zgniły pale a odbudować nie miał kto. Ale naprzeciwko wybudowano okazałą bibliotekę o ładnej , nie zaburzającej oglądu parku bryle. A przy niej pomniczek poetki cygańskiej – Papuszy, która spędziła wiele lat w Gorzowie. To wszystko jest dla mnie nowe, ale od razu stało się  bliskie sercu.

    Pomimo tego, że Gorzów niewiele przypomina miasto z czasów mojego dzieciństwa , rozrósł się na okoliczne wzgórza, park nadal pozostaje związany ze ścisłym  centrum. Stąd niedaleko do XIV wiecznej Katedry i moich ulic magicznych kiedyś….i dlatego przedtem napisałam o smutnej michałowickiej ulicy Parkowej i o wrażeniach z gorzowskiego dzieciństwa i bajkę o wyspie na stawie. Tak sobie napisałam, właściwie dla siebie, by utrwalić to co piękne i zamknąć w słowach to co moje…

 

 

Twoja wyspa.jpg

Zdjęcie od goni. Aktualnie tak wygląda wyspa , w tle czerwono kwitną kasztanowce

 

P6160912.JPG

Gmach biblioteki( dla mnie nowy). Zdj własne z 2008 r.

 

Papusza,jeden ze zwykłych pomników (dla ludzi).jpg

Cygańska poetka Papusza przysiadła nieopodal biblioteki( zdj własne z 2008 r.)

 

PlatanyG1.JPG

 

 

PlatanyG..JPG

 

 

P6160933.JPG

Platany w tańcu. Zdj własne z 2008 r.

Mój Gorzów, wierzby płaczące które nie płakały i Park Wiosny Ludów zwany teraz parkiem róż

 

Twoje czerwone kasztanowce(2).jpg

 

Wiosenne zdjęcie od goni. Park Wiosny Ludów w Gorzowie ze stawem i domem gdzie mieszka Bajka….to tam była wąska brama i metalowe schodki prowadzące nieomal do wierzb płaczących na wyspie…

 

 

Był Gorzów, lata 50 ubiegłego wieku. Były wierzby. Po raz pierwszy przez nas oglądane, zapamiętane jak pierwsze zakochanie. Nazwano je płaczącymi, nie wiem dlaczego. Bo te , które zapamiętałam rosły na wyspie w Parku Wiosny Ludów. Nigdy nie widziałyśmy ich łez. Były tak piękne, że przychodzą do mnie w snach….

     Wymykałyśmy się potajemnie, opuszczając nasze podwórko przy ul. Kos. Gdyńskich 106 zamknięte dwoma rzędami monumentalnych kamienic.

Z tego podwórka do parku Wiosny Ludów wiodła wąska mroczna brama , wydrążona w przyparkowej linii kamienic. Trochę bałyśmy się tej bramy, bo była ciemna, ale ciekawość tego, co zobaczymy w  parku była większa niż lęk.

W biegu przemierzałyśmy więc wąski kanał bramy i hamowałyśmy na szczycie pięknych metalowych schodów, by połykać widok wyspy. Była okrągła i wyglądała jak zielona bajkowa kopuła.

Na górnej platformie schodów był pierwszy postój. Stamtąd widok był najpiękniejszy .Po nasyceniu wzroku, spływałyśmy w dół , bezpośrednio nad staw.

    Ten staw i okalający go park był wielkim okiem Gorzowa.

To oko było jedyne takie na świecie, żadne miasto nie patrzyło na świat Pana Boga w taki zielonobłękitny sposób.

Wszyscy święci mieszkający w niebie , przeglądali się w tym lustrze wodnym .

    Woda była jak migotliwa, jak zmieniająca barwy tęczówka, a wyspa stanowiła źrenicę.

Wyspa , wierzbową kopułą nakryta, wczesną wiosną pokrywała się pachnącą świeżą sukienką. Pewnie ofiarowaną przez niebnych darczyńców.

Potem zieleń stopniowo dojrzewała, nabierała soczystości i zmieniała się w jednolity szumny gąszcz.

Nie zastanawiałyśmy się co ukrywa, może Bajka czasami opowiadała o Wodnych Pannach, które widywała ze swojego balkonu usytuowanego bezpośrednio nad parkiem.

Któregoś dnia ktoś postawił na brzegu wyspy niewielki drewniany domek, w którym zamieszkały łabędzie. Łabędzie widziałyśmy obie z Bajką, były rzeczywiste. Przyjaźniły się z Pannami Wodnymi , bo któż by prał śnieżno białe suknie łabędzi, jak nie te pracowite panny.

   Któregoś dnia ktoś nam powiedział, że na wyspie rosną wierzby płaczące i to właśnie ich gałęzie  tworzą  zadziwiającą nas kopułę.

Od razu się zainteresowałyśmy.

Dlaczego tak je nazwano, dlaczego  płaczące.

Przecież zawsze były radosne, witały nas szumem wiotkich bardzo długich gałązek.

Słońce często je odwiedzało, siadało okrakiem na wierzchołkach i ześlizgiwało się w dół jak po zboczu wielkiej stogi siana, z której zjeżdżałam na wsi w górach. Czasami bawiło się z gałązkami w chowanego, bo znikało i pokazywało się w innym miejscu wierzby.

Wiatr też przylatywał, zwabiony perspektywą wspólnej zabawy.

Siadałyśmy na trawiastym brzegu stawu i patrzyłyśmy jak wiatr szarpie gałązki wierzbowe, pieszczotliwie zaplata i rozplata warkocze. Jak czasami myje im włosy, pochylając konary i zanurzając włosy wierzby w tafli wodnej.

     Gdy opadały liście, czar naszej wyspy wyprowadzał się do ciepłych krain. A wtedy dla nas były  najważniejsze zabawy na lodzie i śniegu…

 

Zamurowano naszą bramę wiodącą do parkowego raju, zniknęły schodki , a tamte wierzby płaczące   przychodzą do mnie w snach.

 

 

WierzbyJa12LatMama.jpg

Zdjęcie wykonał mój Tato. Jest rok 1957. Jestem z Mamą w naszym parku…

 

 

WierzbyDorosłaJaMama.jpg

Też z Mamą, tylko 10 lat później…jeszcze żyje wierzba płacząca na wyspie…

 

 

WierzbyMarysiaJa10lat.jpg

Zabawy z nieżyjącą już Marysią Zielińską na zamarzniętym stawie, obok wyspy.

 

 

WierzbyMarysiaJaśnieżki.jpg

Na zamarzniętym stawie z Marysią, po lewej dom Bajki…

Te wszystkie stare zdjęcia wykonał mój Tato- Wacław Łukaszewicz.