Jest rok 1962, mam 15 lat, rodzice w sanatorium w Szczawnicy. Jak zwykle. Zmęczeni wojną, schorowani, aż dziw, że wrócili do życia i jeszcze córeczkę sobie urodzili…tzn . mnie. Brat buja gdzieś w świecie, bo starszy o 13 lat, przedwojenny. Ja powojenna, ale samodzielna , bo właśnie choroby, sanatoria rodziców, praca ich zawodowa. Tym razem pewnie są wakacje, więc wynajmują mi pokoik w Szczawnicy, w domku posadowionym na górce przy ulicy o przedziwnej nazwie Języki. Muszę tam codziennie wbiegać , co wtedy nie stanowi problemu i równie szybko zbiegać by moczyć nogi w strumyku o równie dziwnej nazwie Bryjarka. Odwiedzam też rodziców czytam książki i wdycham żywiczne górskie powietrze. Jest pięknie. Ot, taka migawka z życia. Ale miało być o modrzewiach. Otóż tam właśnie, w Szczawnicy się dowiaduję, że powietrze nasycone żywicą modrzewiową jest najzdrowsze, i lekarze zalecają spacery wśród licznie rosnących tu tych drzew. Więc wdycham…i na zawsze zapadają mi w pamięć te dziwne miękkoiglaste drzewa, z małymi szyszeczkami, które ponoć na zimę zrzucają igły….to tam właśnie zwróciłam na nie uwagę.
Potem już ogród nad Bugiem i oczywiście obowiązkowe modrzewie. Maciupkie przed 35 laty, rosły bardzo dynamicznie i teraz sięgają nieba, gałązkami kruchymi gdy wiatr sypią . Nie zapomnę, gdy w 1992 roku, odwiedziła nas córka z najstarszą wnuczką. Weronika miała wówczas 7 miesięcy, wzięłam ją na ręce i stanęłyśmy pod modrzewiowymi gałęziami. Były bujne i kołysane wiatrem wyglądały jak wielkie kosmate łapy. Dziecko pokazywało je paluszkiem z trwogą wielką. Odeszłam z tego miejsca, ale po chwili wróciłam. Weronika zareagowała tak samo jak za pierwszym razem. Wówczas to, po raz pierwszy zauważyłam, że takie małe dzieci mają wyobraźnię. Wstyd się przyznać, bo pediatrą już byłam, i swoją czwórkę odchowałam, a tu nagle wnuczka oczy mi otworzyła….
I teraz modrzewie towarzyszą nam w Michałowicach, jeszcze niewielkie, ale już mają zadatki na wysokie drzewa. I są listopadowym złotem, chyba ostatnim na drzewach, bo brzozy, lipy, klonik i kasztanowiec już śpią snem zimowym. Patrzę więc na owe złoto, zdjęcia robię i wspominam pierwsze z nimi spotkania, młodzieńcze zauroczenie trwa. I dobrze jest. Niebawem dobranoc im powiem, bo zima przybędzie niechybnie i pójdą spać, by wiosną zachwycić…..




