Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Z Kisielem pod pręgierzem ( 2 )

  

 

 

 Stefan Kisielewski

 Z KISIELEM POD PRĘGIERZEM.

 

  Spotkanie drugie. Stefan Kisielewski, kompozytor, pisarz i felietonista , jest zarazem politykiem, w latach 1957-65 posłem z grupy katolickiej ‘ Znak”, , reprezentujące Wrocławskie. Na zaproszenie Woj. Biblioteki w Zielonej Górze przyjeżdża na spotkanie autorskie. Afisze już rozlepione w mieście, w programie Orkiestry Symfonicznej jeden z jego utworów. Wybieram się na „ Czwartek  literacki” do starej siedziby biblioteki przy ul. Jedności Robotniczej. Wcześnie dowiaduję się od ( nieżyjącego już) Zbyszka Soleckiego z „ Polskiego Radia”, że spotkania Kisiela z czytelnikami zostały odwołane. Będzie mógł tylko spotkać się z bibliotekarzami w Zielonej Górze i Sulechowie. Nie rozumiem…

    W porze obiadowej napotykam Kisiela, idącego do „ Ratuszowej” na obiad. Przypomina sobie nasze poznańskie spotkanie. Wstępujemy do lokalu, gdzie przy obiedzie pyta mnie:- Panie Zenku, dlaczego odwołano moje spotkania z czytelnikami? Nie wie pan? W odpowiedzi uśmiecham się zgryźliwie i powiadam: – Jest pan posłem , niech pan złoży interpelacje w Sejmie! Kisiel wybucha śmiechem. Mądrym śmiechem człowieka, który wie o wiele więcej , niż inni. A potem wiozą go do Sulechowa, na to spotkanie w wąskim gronie. Umawiamy się na wieczorną kolację w klubie dziennikarza.

    To spotkanie usilnie odradzają mi życzliwi, kompromisowo ustawieni w życiu, koledzy.- Nie afiszuj się publicznie z Kisielem –  doradzają – Stracisz pracę w dziennikarstwie…

     Pełen rozterek, jednak późnym wieczorem zaglądam do klubu. Ktoś mi powiada: – Był tu Kisiel, posiedział trochę przy drinku, bez towarzystwa, wyszedł. Chyba do hotelu, wypocząć.

     Z moralnym kacem wróciłem do domu. Mea culpa! Ale też pocieszyłem się , że ten mądry i tolerancyjny człowiek z pewnością mi to wybaczył. Bo takie też do były czasy, a ja nie byłem już ty młodym gniewnym z lat poznańskich.

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. ” Z Kisielem pod pręgierzem”.

A oto tak wspomina mój brat  Zenon Łukaszewicz, spotkanie ze Stefanem Kisielewskim popularnie zwanym Kisielem. Jest to pierwsza część tekstu z jego tomiku ” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki”  wyd. w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie.

<< Stefan Kisielewski

 

 Z KISIELEM POD PRĘGIERZEM.

 

 

Spotkanie pierwsze. Początek lat pięćdziesiątych. Na ogólnopolskie spotkanie studenckie braci polonistycznej, organizowane przez Uniwersytet Poznański, przybywa wiele znakomitości- pisarzy i krytyków literackich. Szczególnie żarliwi miejscowi socrealiści, jak Zdzisław Romanowski czy Jerzy Kołtuniak, adorują młodych a już wybijających się wtedy marksizujących krytyków z Krakowa- Jana Błońskiego i Andrzeja Kijowskiego. Ja jestem już po druku debiutanckiej recenzji z powieści Jackiewicza „ Jan bez ziemi” w jezuickim

„ Przeglądzie Powszechnym”. Więc w oficjalnej uniwersyteckiej opinii jestem i tak wyrzucony na aut. Tedy z Tadeuszem Haluchem, późniejszym szefem redakcji moskiewskiej Polskiego Radia i telewizji, w moim skromnym pokoiku organizujemy spotkanie z Kisielem, który przyjechał wraz z Józefą Golmont z „ Tygodnika Powszechnego”, obecnie znaną posłanką Józefą Hennelową.

    W modzie były trunki :” angielska gorzka” i „ poznańska gorzka”. Ćwiartkowymi butelkami zastawiamy pół pokoiku. Dopadamy Kisiela tuż przed otwarciem sesji i zawozimy na ulicę Kossaka. Tam, w moim skromnym lokum, gdzie tylko jedno krzesło i stara komoda, biesiadujemy , dyskutując do świtu. Kisiel ma tęgą głowę, z entuzjazmem opowiada nam o neoliberaliźmie w wydaniu austriackiego ekonomisty Wilhelma Roepkego. Jest pod wrażeniem dyskusji , która  na ten temat niedawno przetoczyła się na łamach „ Tygodnika Powszechnego” z udziałem ks. Piwowarczyka, Tyrmanda i innych znakomitości. O „ Sprzysiężeniu” , swej najlepszej powieści, woli nie mówić, choć przytacza opinię ks. Piwowarczyka : – To powieść pornograficzna, ale żeby była aż tak nudna! To, że prof. Wyka zaliczył ją do rzędu najlepszych utworów tzw . literatury obrachunków inteligenckich, zdaje się Kisiel lekceważyć…

   Pierwsi poddajemy się całonocnemu zmęczeniu, a Kisiel jakby nadal snuł swój monolog o liberalizmie. I gorzałka wyraźnie mu służy. Następnego dnia, z pewnym opóźnieniem pojawiamy się w uniwersyteckiej auli, gdzie odbywa się sejmik. Kisiel w zupełnie dobrej formie, w przeciwieństwie do nas. Wielkimi literami coś zapisuje w notesie, później wygłasza przemówienie. O literaturze współczesnej mówi jak zwykle przewrotnie, podważając obiegowo obowiązujące opinie. Toteż następne dni imprezy – to zmasowany atak na niego, on stał się głównym bohaterem polemicznych wystąpień. Natomiast w starym, ZMP- owskim „Po prostu” ukazuje się po jakimś czasie tekst mego kolegi, którego negatywnym bohaterem jestem ja- wyrodne dziecię okresu, towarzyszące takiemu reakcjoniście jak Kisiel. Nie wierzycie? Sprawdźcie w starych rocznikach pisma….>>…

Na medycznej ścieżce. Przeraźliwy zapach…

Przeraźliwy zapach

 

Miesiąc stażu specjalizacyjnego minął szybko, a właściwie za szybko.

Trzeba było wracać do mojego ukochanego, ale uciążliwego szpitala.

Do domu przynosiłam intensywny zapach środków odkażających, których na Siennej nie żałowano.

Mirek mnie obwąchiwał, a właściwie nie musiał, bo cały dom był wypełniony tym charakterystycznym zapachem, a właściwie fetorem. Wyobrażam sobie z jakim trudem to tolerował, przecież był bardzo wrażliwy na zapachy. Do tej pory gdy wspomina te czasy wraca do jednego. Do tego przeraźliwego fetoru, który przynosiłam do domu. 

    Ja oczywiście niczego nie czułam, za to miałam głowę napełnioną myślami o moich chorych, o tym co zrobiłam nie tak, pomysłami już spóźnionymi , jak mogło być.

Współcierpiałam z pacjentami, ich rodzinami, nie zauważając problemów domowych.

   Gdy wracałam zupełnie skotłowana po dyżurach, patrzyłam i słuchałam ze zdumieniem, że rodzinka się o coś banalnego kłóci.

Myślałam jedynie o tym, czasami im to nawet mówiłam, że grzeszą kłócąc się o drobiazgi, kiedy inni tak bardzo, prawdziwie cierpią.

Nawet słuchali mnie z zadziwieniem i  widać było, że nie rozumieją….

Poważne i niepoważne igraszki z cieniem…

Poważne i niepoważne igraszki z cieniem…

 

 

7 (2).JPG

 

 

W taki  letni  dzień wyobrażam sobie upalną plażę , palmę i rozmyślam o cieniu.

 

Właśnie wyleguję się w CIENIU  palmy.

Szumi morze, fala łamie się z delikatnym poświstem o piasek  muszelkowy , a potem gdzieś z oddali słychać  jej uderzenia a następnie wielkie mlaskanie. To igraszki skalnego potwora i ogromnej młodzieńczej bardzo niedojrzałej jeszcze fali…

Na plaży w  CIENIU innego wielkiego kamienia czulą się piękni  kochankowie, prawie nadzy i złotem pokryci…A ja samotna ale rozleniwiona i rozgrzana rozmyślam…

 

Lubię różne CIENIE…

 

Uwielbiam taki,  który przychodzi latem , nawet wymyślony ,  ożywiony tylko wyobraźnią, DOBRY CIEŃ dla leniwych lub zmęczonych. Obok szklanka pełna czegoś tam , i muzyka …

 

Czasem czujemy CIEŃ OCHRONNY  . Potrafi zniewalać, nie można go odpędzić ani mu umykać . Trwa obok nas i przeszkadza w rozwoju. To np. CIEŃ nadopiekuńczych rodziców lub cudzy cień, np. szefa , niepożądany i raczej niepotrzebny. Ale czasem doceniamy go po latach , gdy jego gęstość rozproszył czas, i wtedy czujemy wdzięczność , że był i cierpimy z powodu tego, że odszedł . We wspomnieniach przybiera formę ŁAGODNEGO CIENIA OPIEKUŃCZEGO i DOBREGO NAUCZYCIELA. Z dalekiej perspektywy  widzimy go jak wyprowadzał nas z meandrów nieśmiałości , wstydu, lęku i niewiedzy.  I wtedy myślimy, że był to prawdziwy  „ANIOŁA CIEŃ”…I nucimy tę łagodną piosenkę, usiłując przywołać. Ale on nie wraca….

 

Gdy marzymy o sławie , wielkiej urodzie , zdobywaniu najwyższych szczytów i zaszczytów ,  nagle wyłania się ogromny cień kogoś lepszego . Jest to CIEŃ DOMINUJĄCY . Chyba najbardziej nielubiany . Czasem poddajemy się i od razu padamy. Ale gdy uznamy Jego Wielkość obserwujemy jak powoli  staje  się naszym DOBRYM CIENIEM PRZEWODNIM. Czasem wystarczy uznanie jego plusów i poznanie minusów. Dostosowanie się, raczej nie walka. W tym dobrym cieniu możemy rozkwitać… ujrzeć dokładniej siebie , poznać swoje atuty i nawet wygrywać ….

 

Ale  ja najbardziej lubię wesołe zabawy   Z CIENIEM ZWYCZAJNYM , moim. Czasami wpada niespodzianie , zza jakiegoś drzewa, jest figlarny , bardzo ruchliwy. Niekiedy jest długi stateczny stały i wolno kroczy razem ze mną pustymi drogami. Gdy się odwracam , jest zawsze , za plecami lub gdzieś z boku. Nie czuję się przy nim samotna. Z reguły też pomaga  w złym nastroju…pokazuje swoje- czyli moje , bardzo długie nogi, czasami śmiesznie sfałdowane na nierównym terenie, moją nagle maleńką główkę a wielką rękę. Często się z nim  bawię, rozmawiamy , robimy sobie zdjęcia..

 

 Pozdrawiam wszystkich , zapraszam do zabawy

 

 Pędzę , bo właśnie moja wyobraźnia i mój cień gdzieś uciekają, jak niesforne  młode psiaki….

 

 

 

1,0.JPG

 

Zdjęcia własne, a tekst znalazłam w swoich dawnych zapiskach. Napisałam go kilka lat lat temu…

Pożegnanie…

Właśnie dzisiaj, gdy otworzyłam pocztę, znalazłam niezwykły list. Jest to tekst , który tak dawno a zda się niedawno napisała Ela Lisowa, współpracownica i prawdziwy przyjaciel  Brata mojego Męża, Pawła Konopielko. Odnalazła to „ Pożegnanie” , które zamieściła kiedyś  w zakładowej gazecie  i teraz mogłam przeczytać z prawdziwym wzruszeniem.

Tak sierpień dla naszej rodziny był miesiącem pamiętnym. W tym miesiącu moja Mama uwolniła się od ziemskich cierpień , mając 94 lata, 77 letni mój brat Zenon  ale też odeszli młodzi – mój wojenny Braciszek- 4,5 letni Wacuś i Paweł. Jakże niesprawiedliwy i okrutny wydaje się los, gdy zabiera nam młodych…

 

 PawełZenonDorotaja.JPG

 

Ostatnie takie spotkanie rodzinne . Dwa lata przed tragicznym odejściem Pawła, który jest na pierwszym planie, po prawej Zenon.

 

 

 

 

 

<< Pożegnanie

 

Pożegnaliśmy wspaniałego człowieka, Kolegę Pawła Konopielko Dyrektora Departamentu Zasiłków Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Zginął tragicznie w dniu 6 sierpnia 1998 r. w wypadku drogowym zawinionym przez nieodpowiedzialnego człowieka. Jechał w służbową podróż do Oddziału ZUS w Gdańsku. Była to Jego ostatnia podróż, a miał dopiero 55 lat i wiele niezrealizowanych planów.

Urodził się 29 marca 1943 r. w  Smorgonie na Wileńszczyźnie w rodzinie nauczycieli. Po przesiedleniu stamtąd rodziny mieszkał w Lidzbarku Warmińskim i właśnie z domem w  Lidzbarku związany był uczuciowo, jako z domem rodzinnym. Tam też kończył szkołę średnią. Studiował w Uniwersytecie Warszawskim na Wydziale Prawa, gdzie uzyskał tytuł magistra.

Miał żonę i dwóch synów, wspaniałą rodzinę, z której był dumny i o której dobro dbał szczególnie starannie. 

Całe Jego dorosłe życie to nieustająca  praca i bez żadnej przesady można powiedzieć – praca w służbie ubezpieczeń społecznych. W Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych przepracował bowiem więcej niż ćwierć wieku. Dyrektorem Departamentu Zasiłków był 20 lat. Miał najdłuższy staż dyrektorski w Centrali ZUS. Był więc dziekanem “korpusu dyrektorskiego”. Ale nie staż pracy był powodem szacunku, uznania i sympatii, jakimi był otoczony. Przede wszystkim był człowiekiem mądrym, wybitnym fachowcem prawa pracy i ubezpieczeń społecznych. Dzielił się swoją wiedzą uczestnicząc w pracach nad projektowaniem przepisów prawa, dokonując ich wykładni, szkoląc pracowników Zakładu, pracodawców, publikując liczne opracowania. Równocześnie liczył się ze zdaniem innych i w różnych sprawach prosił o opinię. Za osiągnięcia w pracy był wielokrotnie odznaczany: Brązowym, Srebrnym i Złotym Krzyżem Zasługi, Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Złotą Odznaką “Zasłużony dla Ubezpieczeń Społecznych”.

Lubił swoją pracę i ludzi, z którymi pracował. Często wizytował oddziały, wiedział bowiem, że dobra współpraca wymaga osobistych kontaktów. Również z tego powodu organizował chętnie  narady kierowników wydziałów zasiłków, do których nie chciał docierać wyłącznie za pomocą pisemnych instrukcji.

Był niezwykle wyrozumiały dla ludzkich słabości. Szanował ludzi za ich zalety, usprawiedliwiając albo pomijając wady. Ciepły i życzliwy stosunek miał do wszystkich ludzi, niezależnie od tego, czy pracowali w Zakładzie, czy poza nim, niezależnie od tego, jakie zajmowali stanowisko. Ujmujący sposób bycia, żartobliwe słowa zjednywały mu ludzką sympatię, pomagając w pracy, między innymi w trudnych nieraz negocjacjach z partnerami zagranicznymi.

Był naszym szefem, kolegą, przyjacielem.  W  dniu, w którym zginął tragicznie był jeszcze z nami. Pracował. Telefonował do oddziałów ZUS w Pile, we Wrocławiu, załatwiał sprawy i nieoczekiwanie wspominał  stare dzieje. Pilnie podpisywał korespondencję. Przysiadł jeszcze na parę minut w jednym z wydziałów, aby – jak sam zapowiedział – trochę poplotkować z kolegami z Departamentu. Żartował.  Był w bardzo dobrym nastroju, jakby chciał po sobie pozostawić wyłącznie ciepłe wspomnienia i uporządkowane sprawy.

I odjechał. Na zawsze…

Teraz, gdy już Go nie ma, przypisujemy specjalne znaczenie nawet zwyczajnym zdarzeniom. Bo przecież nie byłby to dzień pracy różniący się szczególnie od innych dni, gdyby nie ten straszny wypadek. Wśród codziennej pracy, mimo licznych zadań, Dyrektor zawsze  znajdował czas na wsłuchanie się w problemy innych, na rozmowę, komplement, na podziękowanie za dobrze wykonaną pracę.

Takiego Go zapamiętaliśmy.

Pozostało puste miejsce i żal.

 

                                                                      Cześć Jego pamięci

 

Warszawa, dnia 8 sierpnia 1996 r. >>

 

 

Na medycznej ścieżce. Staż specjalizacyjny w oddziale noworodkowym…

Nareszcie staże specjalizacyjne

 

Gdy zostałam zatrudniona w tym szpitalu, od razu otworzyłam specjalizację. Wówczas nie było żadnych egzaminów, jak obecnie, należało jedynie złożyć mnóstwo różnych dokumentów, zgód miejscowych władz i poczekać na ostateczne potwierdzenie z placówki, która ostatecznie decydowała o tym otwarciu.

Wkrótce wszystko było załatwione, ale to nie oznaczało żadnego postępu w tej sprawie.

Teraz wszystko zależało od ordynatora, czy zgodzi się na moje wybywanie z oddziału w celach  odbycia w innych szpitalach wymaganych tzw . stażów i niezbędnych kursów.

Od wieków było to i jest nadal trudny do rozwiązania problemem , gdyż oznacza to ubywanie w tym czasie rąk do pracy. I pomimo, że w tym czasie pełniłam obowiązkowe dyżury, na oddelegowanie czekałam około rok.

Wreszcie odetchnęłam, gdyż okazało się, że mogę się stąd wydostać na jeden miesiąc stażu specjalizacyjnego.

Wybrałam pobliski Szpitala Położniczy  przy ul.  Żelaznej a właściwie jego na Oddział Noworodkowy.

Lubiłam te noworodasy , które zachowywały się czasem jak starcy- pomarszczone skóry w kolorze świeżej wołowinki, te rozkosznie szeroko ziewające gębusie i różne śmieszne miny. Aż dziw, że ledwie to opuściło brzuch mamy, a już jest takim małym człowieczkiem.

W tamtych czasach nie było USG, więc nikt nie widział co tam siedzi w brzuchu mamy.

Na ok. 30 noworodków były zaledwie dwie lekarki, które miały dużo pracy. Bo i codzienne powtarzane obchody, odbieranie noworodków w Sali porodowej i Sali operacyjnej , opieka nad wcześniakami i tłumne wypisy do domu. Ponadto wszystko wymagało nieustannej pisaniny, wypełnienia książeczek zdrowia dziecka itp.

Obrót był tam jak w fabryce. 

Dziewczyny naprawdę się uwijały, starałam się trochę je odciążyć, ale ok. 13 wychodziłam do domu.

Tam czekała moja, spragniona obecności mamy rodzina….

 

Miała być miła wycieczka zdjęciowa do Argentyny, ale nie wyszło :)

Przed kilku laty byłam w Argentynie. Zachowałam garść wspomnień i kilkanaście zdjęć. Niestety dzisiaj serwer obsługujący ten blog odmówił współpracy i łaskawie przyjął jedynie zdjęcia przepięknego wodospadu- Iguazu. Widocznie to przez ten upał …..Tak więc te zdjęcia niosące cudną chłodnawą wilgotność dzisiaj wrzucam….

 

 

Iguazu0.JPG

 

 

 

 

Iguazu. Słynne wodospady położone na granicy Argentyny i Brazylii. Widok z samolotu niosącego nas z Buenos Aires.

 

 

 

 

Iguazu.JPG

 

 

Iguazu. Widok od strony Brazylii.

 

 

Tukan.JPG

 

Tukan czeka na kolegę. Gdy nadleciał, długo obserwowałyśmy jak one sobie gadają siedząc naprzeciwko i potakując wdzięcznym skinieniem głowy. Były super!!!

 

 

 

” Obłęd” Jerzego Krzysztonia to zaproszenie do innego świata…

obled_zdjecie.jpg

 

 

„Obłęd” Jerzego Krzysztonia to książka tylko dla tych, którzy są na nią przygotowani: poznali biografię pisarza i są zainteresowani światem ludzi chorych psychicznie. To chyba jedna z nielicznych tego typu książek na świecie, bo napisana przez pacjenta. To kawał pięknej autentycznej prozy…

Jeszcze było lato , gdy weszłam do biblioteki , stałam przed regałami i nagle , jakby odruchowo, wyjęłam tę książkę . Nazajutrz się dowiedziałam , że w tym czasie umierał mój brat.

Kiedyś się zachwycał „Obłędem „ Krzysztonia , ale wtedy nie przeczytałam . Teraz trzymam w ręku stareńkie wydanie z 1979 roku . I rozmawiam z nieżyjącym bratem i z koleżanką , którą namówiłam, by też wypożyczyła . I jesteśmy jakby w zamkniętym zaczarowanym kręgu tej książki…

Ale najpierw o autorze, to co podaje Wikipedia :

 <<Jerzy Krzysztoń, ur. w 1931 w Lublinie , prozaik i dramaturg. W latach 1940-1942 przebywał (na zesłaniu- moja uwaga ) w Kazachstanie i Uzbekistanie , później w Iranie, Indiach i Afryce. Ukończył anglistykę na katolickim Uniwersytecie Lubelskim . Debiutował w 1953 roku  „Opowiadaniami indyjskimi” , za które otrzymał nagrodę Młodych im. Pietrzaka. W 1965 za całokształt twórczości słuchowiskowej otrzymał nagrodę Polskiego Radia….. , a potem wiele innych nagród za twórczość literacką  >>

W ostatnich latach życia zachorował i wielokrotnie przebywał w szpitalu psychiatrycznym . W okresie remisji choroby napisał niezwykłą książkę , uważaną za autobiograficzną , pt .

„ Obłęd „ . Są to trzy niewielkie tomy . W pierwszym, zatytułowanym : „Tropiony i osaczony” bohater powieści- Krzysztof , reporter radiowy, zwykły ojciec i mąż , pewnego dnia doświadcza wielkiej odmiany . Niespokojnie krąży po mieście. A my  pędzimy za nim. Jakże zmienił się nasz świat dookolny . Zwykłe ulice , szarzy przechodnie , proste słowa nabierają innych wartości. Jest bardziej kolorowo, tajemniczo, znajdujemy jakieś znaki, symbole , przekazy sił wyższych i ich imperatywy .
 Wreszcie , umęczeni , pełni lęków i wzniosłych uczuć , razem z bohaterem lądujemy w jego mieszkaniu. Tam dzieje się coś tak niezwykłego , że w efekcie dostajemy się szpitala psychiatrycznego. I tutaj  też wszystko jest inne , niezwykłe . Otaczają nas ludzie o dziwnych zachowaniach  , a Krzysztof  nadaje im imiona dawno zmarłych  postaci historycznych . I widzimy  jego , który spętany pasami , uważa , że płynie po morzach jak Odys , szukając swojej Itaki i jak Odys jest „ Przywiązany do masztu „ . To tytuł drugiego tomu powieści.
Z trudem poddajemy się stosowanej terapii i bardzo wolno wracamy do rzeczywistości . Jest jakaś normalna i nieciekawa . Po prostu zdrowiejemy. Oglądamy z dalekiej perspektywy swoje poprzednie doświadczenia . Odwiedzamy  go w jego domu , gdzie pod księżycem  wschodzącym na wprost łoża pod oknem , Krzysztof właśnie kończy swoje pisanie .To ostatni, trzeci tom powieści pt. „Księżyc nad Epidaurem „…

Byliśmy razem z nim, zauroczeni , zaangażowani , przerażeni i zachwyceni równocześnie. Aż nastał dzień ostatni .  Krzysztof ma nawrót choroby . 16 maja 1982 roku popełnia samobójstwo . Stało się tak jak chciał, od dawna planował. Jak on potrafił opowiadać  o śmierci……

A tak mówił o  chorobie , która go dotknęła . Jego słowa czytamy na początku  pierwszego  tomu powieści :

„ nikt nie wie , co trzeba przeżyć , aby obłęd dojrzał i ogarnął człowieka bez reszty. Ileż to razy ludzie przeżywają tak koszmarne rzeczy , że powinni natychmiast postradać zmysły. Tymczasem wcale nie wariują….A innym wystarczy zwykłe, szare życie i – krach. Już się smażą w ogniu obłędu !. Kim są , zanim staną się obłąkani?…Bo to są takie kłębuszki wrażliwości . Świat dla nich jest cały z kolców. Usiłują się przystosowywać , ale to daremne. Albowiem jeszcze nie wiedzą , że Odys w nich śpi, że róża wykwita z cierni, a klejnot jest w lotosie . Amen. I że nikt nad nimi nie płacze ! Aż przychodzi ostatnia rozpaczliwa próba i – uciekają w szaleństwo…..Sam obłęd jest destrukcją albo nie wyjaśnioną grą lęków , rozpaczy, trwóg i udręk , chociaż w tej gehennie zdarzają się olśnienia. Iluminacje . Błyski tak nieprawdopodobne , jakby otwierała się przed człowiekiem tajemnica stworzenia !….Przed chwilą nazwałem obłęd destrukcją i uczyniłem to zbyt pochopnie. Tak może wydawać się komuś , kto patrzy z zewnątrz. Obłąkany tak nie uważa . Żyje on pełnią obłędu, żyje i wyżywa się w nim – świat bowiem przeistoczył się na dobre, stał się pełen nie przeczuwanych znaczeń, groźnych bądź radosnych albo zarazem groźnych i radosnych niezwykłości , wielkich postaci , którym można uścisnąć rękę, pokłonić się , zachłysnąć, czasem gorzko ze szczęścia zapłakać…I w tym przeistoczeniu wziąłem udział całą wyobraźnią , sercem i rozumem…..”.

Wielkiej sławy psychiatra, profesor  Antoni Kępiński , którego dziełami „ Schizofrenia „i „ Melancholia” zaczytywałam się w okresie studenckim , sugerował , że leczenie ludzi chorych na schizofrenię jest dlatego takie trudne, bo ich świat jest ciekawszy od rzeczywistości.

 I dlatego nie chcą do nas wracać…

 

 

Tekst własny opublikowany w portalu Moje Miasto Gorzów pod nickiem Klarka w 2011 roku.

Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Pamiętne spotkanie…

Druga część tekstu o Stanisławie Grochowiaku z tomiku mojego brata- Zenona Łukaszewicza zatytułowanego ” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” który został  wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie.

   

 

 

<< GRY TOWARZYSKIE

 

 

       Na ogół tak się dzieje, że ludzie autentycznie utalentowani, obdarzeni wielkiego formatu wyobraźnią i posiadający już niekwestionowany dorobek twórczy, mają poczucie humoru i pewnego tolerancyjnego, żartobliwego dystansu wobec życia i jego perypetii. Są przy tym skromni i zwykli w codziennych kontaktach, bez owego „ namaszczenia” , z jakim obnoszą się zwykle prowincjonalne miernoty literackie. Bo, niestety, tak już bywa na tej naszej prowincjonalnej prowincji, iż większość autorów dwóch tomików poetyckich lub kilku całkiem przeciętnych książek prozatorskich, zachowuje się jakby byli już noblistami.

       Toteż życie literackie splata się nieodłącznie z osobowymi cechami i temperamentami twórców, buduje je niezliczona ilość anegdot, prześmiesznych bądź skandalizujących, tworzących w sumie jednak, żeby wyrazić się nieco patetycznie, ten specyficzny klimat epoki , a prościej- po prostu lokalny koloryt, skrzący się wielobarwnymi scenami i grami towarzyskimi. Sztuka jako zabawa, sposób bycia i obyczaju jako wyraz pewnych form wyrafinowanych rozrywek. To coś trafnie określił Johan Huizinga w swojej książce „ Homo ludens”, traktując „ zabawę jako źródło kultury”. I tak jest istotnie w środowiskach zespolonych generacyjnie, wspólnotą zainteresowań i zawodową zawiścią, które – wbrew pozorom- często bywają wcale dobrymi spoiwami owych serdecznych więzów.

     W latach sześćdziesiątych, gdy redaktorem naczelnym „ Kultury” : był krytyk Hieronim Michalski, a dział poezji prowadził w tym piśmie Stanisław Grochowiak, odwiedziłem Warszawę całkiem prywatnie. Grochowiak, o którym niedawno pisałem, był właśnie takim typowym przyjacielem, prezentującym sobą osobowość skłonność do towarzyskich zabaw i gier. Był typowym okazem „ homo ludens „. I otóż wówczas , po uprzednim  telefonicznym zaanonsowaniu się, złożyliśmy z nim wizytę Michalskiemu w jego obszernym mieszkaniu, wypełnionym wręcz po brzegi ogromnym księgozbiorem. Wkrótce na stole pojawiła się flaszka znakomitej nalewki alkoholu wzbogaconego smakiem pływających w nim płatków gruszki. Przystawki i zakąski były też przedniej jakości, w dużym wyborze. Nasz gospodarz mieszkał samotnie i dużą wagę przywiązywał nie tylko do literatury, lecz również – do różnych kulinarnych przysmaków. Niebawem pojawił się Roman Śliwnik, którego oddelegowaliśmy do sprowadzenia w celach towarzyskich osób płci pięknej. Po niecałe godzinie zatelefonował- że owszem, gdzieś jest w jakimś mieszkaniu, są dwie ładne dziewczyny, ale jest zbyt zmęczony, ażeby do nas dołączyć. W tej sytuacji Grochowiak telefonicznie zaprosił Joannę Pollakównę,  która wkrótce urozmaiciła nam te męskie pogawędki o literaturze, życiu i przeróżnych zadziwiających przygodach artystycznych.

      Gdy rozmowa w pewnym momencie skoncentrowała się na twórczości Jerzego Krzysztonia, pisarza zdaniem obecnych nie docenianego, późniejszego autora wstrząsającej powieści „ Obłęd”, Grochowiak przypomniał sobie, że właśnie przebywa on w Krakowie, toteż można by zaprosić jego żonę na naszą biesiadę, a trzeba gwoli ścisłości dodać, że wielka szafa chłodnicza naszego gospodarza  była obficie zaopatrzona w różnego rodzaju wykwintne trunki.

    Grochowiak wykręcił więc  numer telefony Krzysztonia, odezwała się jego żona, potwierdzając, iż istotnie Jurek jest poza Warszawą i z przyjemnością przyjmuje zaproszenie. Za kilkadziesiąt minut rzeczywiście przyjechała, gościnnie posadzono ją koło mnie, a że wykazywała zainteresowanie Zieloną Górą, tedy zacząłem opowiadać o naszym mieście i jego życiu kulturalnym. Nie trwało to jednak długo. Nagle bowiem odezwał się dzwonek u wejściowy drzwi. Przypadkiem najbliżej był Staszek Grochowiak i on je otworzył. Ujrzeliśmy….Jurka Krzysztonia. Z gniewną twarzą energicznie odepchnął Grochowiaka pod ścianę, podszedł do stołu i uderzając żonę po twarzy, rzekł: „ To ty, będąc pewna, że wyjechałem, zabawiasz się z moimi przyjaciółmi!”.

    Michalski w zdenerwowaniu , żeby i mnie się nie dostało, szybko odciągnął mnie od stołu. I zapanowała nagła cisza, konsternacja, wyczekiwanie co się stanie dalej. I stało się….

     Oto tak nagle jak wszedł, tak równie szybko Krzysztoń rozjaśnił twarz pogodnym uśmiechem, przytulił żonę, serdecznie przywitał się z nami, usiadł przy stole i nalał sobie nalewki. A jego żona opowiedziała, jak to po telefonie Grochowiaka- umówili się, że odegrają taką właśnie rolę zazdrosnych kochanków. Przyjechali razem, Jerzy trochę odczekał przed drzwiami i dopiero później zadzwonił. Udało się ! Krzysztoń zachował się jak urodzony aktor, ona dorównała mu w tej scenie zazdrości, nawet wówczas, gdy wymierzył jej policzek….A my czuliśmy się autentycznie przerażeni.

     Takie to były gry i zabawy towarzyskie w owych czasach. Szkoda, że dzisiaj pojęcie „ homo ludens” stopniowo wypełnia lamus naszej obyczajowości. I żal, że nie ma wśród nas takich pisarzy jak Grochowiak i Krzysztoń, zdolnych ubarwić szarość codziennej egzystencji. >>

   

 

 

Teksty brata – Zenona Łukaszewicza. O Stanisławie Grochowiaku z ” Mojego alfabetu…..”

” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” Zenona Łukaszewicza, został wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. A oto pierwsza część tekstu o przyjacielu z lat studenckich- Stanisławie Grochowiaku….

 

St_GrochowiakZdjęcie.jpg

Zdjęcie Stanisława Grochowiaka z Wikipedii.

 

 

<< Stanisław Grochowiak

 

Ocalić od zapomnienia

 

 

 Drugiego września przeszło szesnaście lat temu , zmarł w Warszawie Stanisław Grochowiak, jeden z najwybitniejszych polskich pisarzy, czołowa postać pokolenia „Współczesności”, które po 56 roku odegrało tak istotną rolę w rozwoju rodzimej literatury. Miał zaledwie 42 lata , a dał się poznać jako utalentowany poeta, dramaturg, prozaik i publicysta. Był jednym z szefów czasopisma „Współczesność”, grupującego wokół siebie ówczesną młodą intelektualną czołówkę kraju.

  W 1951 roku poznaliśmy się na Uniwersytecie Poznańskim, gdzie zamierzaliśmy studiować filologię polską. On przyjechał z rodzinnego Leszna , ja z miasta młodości-Gorzowa. Jakiś dziwny przypadek losu sprawił , że stosunkowo szybko odnaleźliśmy się w tym zróżnicowanym tłumie świeżo „upieczonych” studentów. Być może zbliżyły nas szczególnie rozmowy o poezji, o ulubionych poetach i fascynujących wierszach. Pewnego dnia , podczas moich odwiedzin w jego pokoju wynajmowanym przy ulicy Śniadeckich, zwierzył mi się , że i on zajmuje się poezjowaniem, ale może to nie ma żadnej wartości, więc traktuje to raczej jako ot taką sobie zabawę, nie przywiązując do niej większej wagi. Poprosiłem go o te teksty. Nieśmiałym gestem podał szkolny kajet , zapisany drobnym , starannym pismem. Były to , jak   juwenilia, wiersze zadziwiająco dojrzałe- całkiem zgrabne erotyki, lekko żartobliwe sceny rodzajowe, ujmujące swym autentyzmem liryki. Oczywiście, nie odnajdywałem w nich jakichś głębszych refleksji, doskonałego kształtu formy, jaką osiągnął  w latach twórczej dojrzałości i do której zmierzał aż do końca swych dni, ale z pewnością te utwory ujawniały osobowość utalentowaną, nic nie mającą wspólnego z grafomańskim wierszopisaniem.

  W owym czasie Pax-owskie ”Słowo Powszechne” publikowało co dwa tygodnie dodatek literacki , redagowany przez Zygmunta Lichniaka, zatytułowany „ W młodych oczach”, gdzie kilka razy coś tam wydrukowałem, jeszcze zamieszkując w Gorzowie. Zresztą przez łamy tego dodatku przewinęły się tak znaczące później nazwiska, jak Zdzisław Najder, Janusz Odrowąż-Pieniążek, nieżyjący już krytyk filmowy Konrad Eberhardt…Długo wtedy nie zastanawiając  się zaproponowałem Grochowiakowi, że kilka jego wierszy wyślę Lichniakowi- może wydrukuje? On przystał na to, przygotował kilka pisanych ręcznie utworów, ja wysłałem je do Warszawy. Po pewnym czasie na kolumnie młodych 332 numerze „Słowa Powszechnego” ukazały się bodaj cztery wiersze, wśród nich takie, jak „ Ave Maryja” i „ Notuję deszcz…” . Wkrótce potem w tym samym dodatku Lichniak opublikował moje krótkie omówienie tego interesującego debiutu poetyckiego. Te nasze młodzieńcze” grzechy” zostały skrzętnie odnotowane w I tomie „Słownika współczesnych pisarzy polskich” wydanego przez PWN w 1977 roku.

   Ale kiedy te wiersze Grochowiaka ukazały się drukiem, jego już nie było w Poznaniu. Zaalarmowany chorobą ojca, do którego był ogromnie przywiązany, wyjechał nagle do Leszna, nie dopełniwszy w terminie wypełnienia jakiś biurokratycznych , uczelnianych formularzy. Gdy po tygodniu wrócił do Poznania, znalazł swoje nazwisko wśród kilku innych, wypisane na tablicy dziekanatu i uznanych za skreślonych z listy studentów. Odwołania nie było. Nic więc Staszkowi nie pozostało innego, jak powrót do rodzinnego Leszna. Odwiedziłem go kilkakrotnie i wraz z Jackiem Łukaszewiczem , jego przyjacielem z leszczyńskiego gimnazjum, chodziliśmy na zawody żużlowe odbywające się z udziałem słynnego Smoczyka, urządzaliśmy skromne libacje alkoholowo- poetyckie, a Staszek po prostu szukał pracy.

      Znalazł ją później, w punkcie skupu makulatury i może właśnie wtedy i w tamtym miejscu odkrył piękno w przedmiotach brzydkich, kalekich i odrażających? Może właśnie wtedy pojawiło się w jego twórczości coś takiego jak fascynacja brzydotą, niezbyt fortunnie później określanego przez Przybosia pojęciem „ turpizmu”.

     Jednak Grochowiak długo nie pracował w tym punkcie skupu rzeczy zbędnych. Podczas jakiejś awantury na zabawie, temperament poniósł poetę i znieważył  stróża porządku publicznego. W konsekwencji – areszt, sąd , kilka miesięcy izolacji. To wówczas właśnie pojawił się ów debiut prasowy na łamach „ Słowa Powszechnego”. Wiedząc o jego perypetiach, wysłałem gazety z jego wierszami i moim omówieniem jego rodzinie z prośbą o przekazanie. I tak też się stało.

     Późniejsze nasze spotkania były coraz rzadsze. Mnie wiązał pobyt w Poznaniu , on zaś- po odzyskaniu wolności- został przygarnięty przez PAX i przeniósł się do Wrocławia, gdzie pracował w redakcji „ Wrocławskiego Tygodnika Katolików”, redagowanego przez Tadeusza Mazowieckiego. W zespole byli m.in. Władysław Terlecki, Jacek Łukaszewicz i Stanisław Chaciński. Ożenił się z koleżanką z lat szkolnych, Magdaleną Hermannówną, mieszkali w wynajmowanym pokoju niedaleko wrocławskiej Poczty, słynnej z zainstalowanej tam instalacji zagłuszającej audycje zachodnich rozgłośni. Gdy pewnego dnia odwiedziłem go, Madzia była już w ciąży i odpoczywała na tapczanie, my zaś całą noc przegadaliśmy przy koniaku w gęstym papierośnianym dymie, ale tym razem głównym tematem była proza. Staszek pracował nad powieścią „ Plebania z magnoliami”, pisaną na zamówienie PAX, wydaną podobnie jak pierwszy tomik wierszy „ Ballada rycerska” , w 1956 roku przez Instytut Wydawniczy Stowarzyszenia. Jednak do tej powieści wolał przez całe życie się nie przyznawać, dostrzegając jej liczne mankamenty artystyczne.

         Potem nadszedł wspaniały okres dojrzałej twórczości w jego życiu, praca w Warszawie, powstawały kolejne tomy wierszy, prozy, potem liczne utwory dramatyczne, słuchowiska radiowe i widowiska teatralne. Podczas moich nielicznych pobytów w stolicy byłem zawsze serdecznie goszczony w jego mieszkaniu na Sadybie. Ale przecież spotkaliśmy się i w Zielonej Górze, bowiem od lipca 1965 r. do 31 sierpnia 1966r. był kierownikiem literackim Teatru Lubuskiego, którego w tym czasie dyrektorem był Zbigniew Stok. Ale to już temat na całkiem inną opowieść.