Losy moich Rodziców. Ślub …

Moją przyszłą Mamę- Stefę, pogrążoną w bezdennej rozpaczy, zupełnie nieobecną  ubrali w suknię ślubną i poprowadzili przed ołtarz.

Poddawała się biernie, z apatią.

Wacław udawał, że wszystko jest w porządku.

Zresztą wszyscy udawali, bo cóż mieli innego robić.

Gdy znalazła  się w kościele i usłyszała cudne niebiańskie organowe dźwięki pękły nagle lody w sercu Stefy.

Nie mogła się powstrzymać. Łzy same płynęły , zalewając twarz. Usiłowała hamować szloch, może nawet jej się to udało, może nie.

W pewnej chwili usłyszała cichy głos księdza Żuka, zaprzyjaźnionego z nią katechety, który łagodnie przywoływał ją do tego świata. Chyba to podziało orzeźwiająco, bo uroczystość przebiegała zgodnie z planem.

 

Pod koniec uroczystości zaślubin  wyjrzało wielkie słońce  i zagrało w witrażach.  

Ludziska zwrócili na to uwagę i wszyscy uważali, że  litościwe niebiosa zesłały tak cudną chwilę, na osłodę  osobistego dramatu panny młodej. Przecież jej przeżycia znali wszyscy, bo to było małe miasteczko, gdzie wszyscy się znali i wszyscy wszystko o sobie wiedzieli.

Przyjęcie ślubne było piękne, w domu Łukaszewiczów.

Rodzice nie opowiadali o tym, jak wyglądało.

Jednak Tato lubił wspominać poranne wydarzenie.

Było niesamowite.

Czerwcowy  ciepły poranek powitał wielki rzęsisty czerwcowy deszcz.

Przyszedł nagle i był ogromny.

Oczyścił powietrze i ustąpił tak nagle jak przyszedł.

Wtedy wszyscy wyszli przed dom ,  zdjęli buty i na bosaka tańczyli w deszczu…

 

Losy moich Rodziców. Milczenie Godziszki.

Moja Mama, Stefa  do końca miała nadzieję, że w tak ważnym momencie życia rodzina jej nie opuści.

W dniu ślubu od świtu wypatrywała w oknie czy nie przybywają bliscy jej ludzie.

Ale czekała nadaremnie.

Okrutna Godziszka milczała, a jej serce krwawiło.

Nie czuła żadnej radości ze ślubu, nawet żadnych emocji, zamknęła się w sobie, jak zresztą już potem nieraz bywało.

 

Losy moich Rodziców. Agnieszka…

List od Stefy z zawiadomieniem o terminie ślubu i zaproszeniem na pewno dotarł we właściwym czasie do jej rodzinnej  Godziszki.

Stefa upewniła się  , że tak jest.

Była w kontakcie listownym ze swoją przyrodnią siostrą Agnieszką.

To ona napisała do Stefy, że w Godziszce huczało. Oczywiście oficjalnie nikt o tym nie mówił, ale szeptano po kątach.

Agnieszka wprost spytała macochę- Mariannę, która potwierdziła, że list z Rakowa dotarł.

       Losy Agnieszki nie były łatwe. Zakochała się w Niemcu i wbrew woli rodziny wyszła za niego za mąż.

Z tego powodu  została wyklęta przez rodziców, ale po latach powoli przełamywała rodzinne lody , zbliżała się do nich.

Potajemnie udzielała pomocy młodszemu przyrodniemu rodzeństwu i w końcu nawiązała też jakieś kontakty z ojcem i macochą.
Jednak jej Niemiec nie miał prawa wstępu do rodzinnego domu i nigdy nikt go nie poznał.

Mieszkała w Bielsku z niechcianym i wyklętym przez jej rodzinę mężem i  była szczęśliwa…

      W pewnym sensie jej losy trochę wzmacniały Stefę, przywracały wiarę w siłę uczuć i możliwość sterowania własnym losem.

Na medycznej ścieżce. Nóż w żołądku.

Gdy spytałam go o dolegliwości,  powiedział, że właściwie żadnych nie ma, poza tym , że połknął w więzieniu nóż i nie wie co ma dalej zrobić.

Udałam, że informacja jest dla mnie jak chleb z masłem, zwyczajna, naturalna .

 Jednak w środku wszystko mi się zagotowało.

Pomyślałam, że sobie żartuje.

Pewnie usłyszał że jest jakaś młoda lekarka w przychodni i postanowił sprawdzić jak się zachowuję.

A w perspektywie opowiadać kolegom jak tę młodą zrobił w bambuko.

Ale wyparłam tę pierwszą myśl, bo pomysł w gruncie rzeczy nie miał większego sensu. Popatrzyłam na niego- był spokojny, poważny, ale wyluzowany tak,  jakby opowiadał o jakiejś obcej osobie i nieprawdopodobnej sytuacji.

Wyglądał normalnie, oczywiście nie licząc tych tatuaży.

Nie robił osoby zaburzonej psychicznie.

Tak czy inaczej należało go potraktować poważnie.

Tak zrobiłam, bo miałam taką zasadę.

Zapytałam spokojnie , naprawdę połknął pan nóż?

A jaki to był nóż?

Odpowiedział, że kuchenny.

Zbadałam człowieka jak przystało.

Brzuch był śniady, bez grama tłuszczu, miał wyraźnie zarysowane  ślicznie wymodelowane mięśnie, jak z atlasu anatomicznego. Poprosiłam, by je odpowiednio rozluźnił, co chętnie uczynił. Dokładnie i bardzo delikatnie zbadałam ten brzuch i nic nie budziło mojego niepokoju.

Zupełnie nie wierzyłam temu człekowi.

Ale dla porządku zleciłam zdjęcie przeglądowe jamy brzusznej w trybie pilnym.

Wrócił jeszcze tego samego dnia z kliszą w dłoni.

Opis nie był potrzebny.

Gdy popatrzyłam na to zdjęcie, osłupiałam.

Od tej pory już nic nie mogło mnie zadziwić.

To co zobaczyłam było jednoznaczne. Poniżej linii żeber skosem nieomal przez całą jamę brzuszną pokazał się najprawdziwszy nóż. Wyglądało to tak, jakby ktoś  specjalnie ten nóż położył na brzuchu pacjenta i zrobił zdjęcie rtg.

Jednak to było niemożliwe, zdjęcie było oryginalne, z zakładu rtg szpitala bielańskiego, wykonywał technik rtg  i wszelkie tego typu podejrzenia odpadały.

Tak więc faktycznie ten młodzieniec połknął nóż i spokojnie z nim przybył do przychodni.

A jeszcze przed skierowaniem na rtg zapytałam, kiedy połknął ten nóż. Odpowiedział, że ok. 2 tygodnie temu. I faktycznie, to co wydało się nieprawdopodobne okazało się najprawdziwszą prawdą.

Ostrze noża miało  już nadtrawione  jakby powygryzane brzegi.

Skierowałam go na Izbę Przyjęć Chirurgii na szczęście pobliskiego Szpitala Bielańskiego z zaznaczeniem kolorem czerwonym , że skierowanie jest na cito!

Dowiadywałam się potem, oczywiście przebył operację, powikłaną przetoką żołądkowo skórną.

A ja pozostałam bez odpowiedzi na pytania własne jak to możliwe, by normalny człowiek zdołał połknąć takie narzędzie kuchenne.

Nie wiem też w jakim celu to zrobił ?

Potem czytałam na takie tematy, ponoć takie zachowania więźniów są nieomal chlebem powszednim …..

 

Na medycznej ścieżce. Oznakowani pacjenci.

Z moich przeżyć przychodnianych zapamiętałam szczególnie jedno.

Otóż któregoś dnia do gabinetu wszedł wysoki smukły młody mężczyzna.

Wśród moich pacjentów rzadko zdarzały się osoby w tym wieku, gdyż dominowali starsi, chorujący na tysiące chorób równocześnie. No, może przesadziłam, nie tysiące, ale co najmniej kilkanaście.

Ten młody człowiek miał tatuaż w postaci kropek w zewnętrznych kącikach oczu i kropki pomiędzy palcami dłoni. Nie było to zjawisko nadzwyczajne, gdyż już wiedziałam, że określone grupy przestępców, czy tylko drobnych złodziei np. kieszonkowców znakowało się w ten sposób.

Czasami też widywałam osobników z wytatuowanym na lewej stronie klatki piersiowej wizerunkiem  kobiety. Jeden z nich miał na tym rysunku liczne linijne blizny. Dowiedziałam się przy okazji, że modą było reagowanie na jakieś problemy ze sobą, środowiskiem czy sympatią, nacinaniem takiego tatuażu nożem lub żyletką.

Niejednokrotnie pacjenci mieli tatuaż na ramieniu ze znaków imitujących dystynkcje wojskowe- kapitana, a częściej majora. To w świecie ludzi tego pokroju miało jakieś znaczenie, ale do końca nie wiem  jakie.

 Takie  obserwacje i  doświadczenia młodej lekarki miałam już za sobą.

Jednak ten pacjent zaskoczył mnie niezmiernie.

Losy moich Rodziców. Odpowiedzialność Stefy i oczekiwanie.

Po  rozmowie z ojcem Wacława, Tomaszem, Stefa nabrała siły.

Poczuła się odpowiedzialna za własne życie.

To uczucie nie było jej obce, to była  cecha jej charakteru- odpowiedzialność.

Miałam tego przykłady , w dzieciństwie i potem, gdy mieszkaliśmy razem w Warszawie, od 1970 roku do końca życia rodziców, tj. 2000 – 2002 roku.

 

Stefa była odpowiedzialna, zahartowana trudnym życiem i konsekwentna. Przecież  opuściła dom rodzinny w 10 roku życia, zamieszkała kątem u obcych ludzi i uczęszczała do szkoły w wielkim nieznanym mieście.

I dała radę.

Potem wybrała pracę na dalekich wschodnich rubieżach Polski i bez lęku tam podążyła.

 

A jednak jak bardzo była związana z ojcem , jak krótko przez niego trzymana, świadczyły te opory przed ślubem , na który ojciec nie wyraził zgody.

 

A może czuła się rozdarta pomiędzy odpowiedzialnością za własne losy ale też za  liczną niezbyt zamożną rodzinę .

 

A może tylko było jej przykro, że jest samotna na tej wileńszczyźnie ,wśród obcych ludzi.

 

Może potrzebowała wsparcia.

Pewnie tak.

Nie wiem i już się nie dowiem.

Pewnie wszystkie wymienione elementy miały swój udział w tym, że tak bardzo czekała na przełamanie oporów ojca i jego zgodę.

 

Po rozmowie z Tomaszem, ojcem jej Wacława, uspokojona, podtrzymana na duchu , pewna swojej decyzji  napisała ciepły list do rodziców, uzasadniając  swój krok.

Zapraszała ich na ten ślub, licząc , że może wyślą chociaż jakiegoś delegata.

Wszak jej rodzina była tak liczna i wiele osób już było pełnoletnich , więc daleka podróż nie byłaby problemem.

Zresztą deklarowała, że przyśle pieniądze na bilety kolejowe.

Na medycznej ścieżce. Kat i ofiary.

Któregoś  dnia zachorowała koleżanka i mnie przydzielono wizyty w jej rejonie.

Nie znałam tych ludzi.

Blok był taki sam jak inne.

Gdy wysiadłam z windy ujrzałam widok przypominający pobojowisko.

Na korytarzu i na schodach walały się kubki, miski i inne dziwne przedmioty kuchenne.

Na ostatni schodku przed wejściem do mieszkania siedziała gromadka dzieci. Wyglądały jak biedne przerażone ptaszki. Panowała przeraźliwa cisza.

Zadzwoniłam do drzwi, już nie wiem kto otworzył.

W głębi mieszkania przez otwarte drzwi do niewielkiego pokoiku zauważyłam rozbabrane łóżko i leżącą pod piernatami ledwie widoczną  postać miniaturowej kobiety .

Zapytałam czy to pani jest chora, do której było wezwanie.

Kobiecina przyciśnięta do ściany przez wielką kołdrę  odezwała się słabym głosem, że tak, to ona.

Podeszłam.

Wyczułam fetor rzygowin, rozejrzałam się, nic nie było widać.

Zbliżyłam się do tapczanu.

Pani leżała nieruchomo , tylko patrzyła na mnie wielkimi oczami jak wystraszony ptak.

Zapytałam więc, czy jest w stanie przysunąć się bliżej krawędzi łoża, bym mogła ją zbadać.  

Poruszyła się opieszale.

Więc podeszłam jeszcze bliżej i odsunęłam kołdrę.

W wówczas ujrzałam miejsce skąd roznosił się ów  smród.

Zapytałam litościwie, czy to pani wymiotowała.

Odpowiedziała, nie, to nie ja, to mąż…..

Właśnie wyszedł …

 

Mimo upływu ponad 40 lat ten obrazek pozostał w mojej pamięci.

Pobojowisko na korytarzu, pod windą dzieci dziwnie nieruchome  o wystraszonych oczach   i kobieta w łóżku.

Bez uchwytnych objawów fizycznej choroby.

Ale z zapisanym na twarzy zespołem przegranego życia.

Alkoholizm męża i ojca. 

 

Krajobraz po bitwie.

Jednoosobowej pewnie.

Kat i ofiary….

 

Losy moich Rodziców. Rozważania o przyszłości.

Po siedmiodniowej przerwie wracam do wrzucania tych zapisków.

Przyczyną przerwy był wirusy. Zagnieździły się w komputerze i w naszych nosach i oskrzelach. Nadal  te objawy falują , jeszcze nie widać końca tej infekcji.. Najmłodszy wnuczek- Patryk jest jeszcze w szpitalu…

Teraz spadł śnieg, ale przed kilkoma dniami jakoś wiosennie śpiewały ptaki…

 

 

 

 

wracam do Losów moich Rodziców:

 

Wacław widząc radosną i ufną twarz Stefy, powrót jej siły i wiary w słuszność decyzji małżeństwa, był szczęśliwy.

Postanawiał w duchu, że nigdy nie zawiedzie ukochanej.

Że zawsze będzie przy niej.

Razem na dobre i na złe.

Na dobre i na złe razem.

 

I na marginesie wspominania tamtych czasów  rozmyślam sobie o  prawdach ponadczasowych.

O odwiecznych cechach młodości, takich jak ufność, wiara we własne siły i optymizm.

Dopiero życie przynosi refleksje i powoli pogrążamy się  w oparach smuty.

 

I to jest wielkie szczęście, że młodzi   nie wiedzą co ich czeka.

Bo rzeczywistość bywa okrutna i gdybyśmy ją znali wcześniej, może nie podjęlibyśmy tej walki jaką jest małżeńskie życie.

 

 

Zderzenie marzeń z rzeczywistością bywa niespodziewanie bolesne.

A  życie pisze pisze i pisze  swoje scenariusze, rozdaje testy do rozwiązania i czeka na nasz błąd, potknięcie.

.

 

I dopiero wtedy, gdy pozytywnie przejdziemy  razem taki test i wytrwamy w związku zachowując  wzajemny szacunek, czułość, przyjaźń możemy swoją smutę rozproszyć i cieszyć się tak właśnie przeżytym życiem.

 

Dałam się ponieść takim rozważaniem, ale cóż ja bidula mogę wiedzieć- dopóki żyjemy, przyszłość jest nadal  niepewna ….jeszcze nie czas na podsumowania…

 

Na medycznej ścieżce. Porządkowanie i kodowanie leków.

W tym jednym bloku mojego rejonu , w swoich ciupkach mieszkankach, z reguły w kawalerkach leżały chore, stare  kobiety.

Opiekowały się nimi sąsiadki, a może czasami  jakaś rodzina.

Jednak kogoś z rodziny widywałam rzadko.

Miały wiele kart informacyjnych  z pobytów szpitalnych.

Znalazłam tam ciekawostkę, że przyczyną hospitalizacji było np. spożycie lanatozydu w nadmiernej ilości. Był to powszechnie stosowany lek nasercowy, tzw naparstnica i jego dawkowanie w pojedynczych kroplach musiało być precyzyjne. Najczęściej były to 3- 4 krople dziennie.

Zastanawiałam się nad przyczyną przedawkowania. Okazało się, że przyczyna była prosta. Paniom się myliły buteleczki z tym lekiem z tzw. popularnymi  kroplami nasercowymi,  których można było bez większej szkody spożyć znacznie więcej niż naparstnicy .

W czasie jednej z wizyt tzw. patronażowych, tj obowiązkowo odbywanych w tamtych czasach przez lekarza rejonowego , które miały na celu ocenę stanu zdrowia starszych wiekiem mieszkańców, zajrzałam do szafki nocnej jednej z pań, oczywiście za jej akceptacją. 

Szafka była po brzegi zapakowana mnóstwem kolorowych buteleczek, flakoników, pudełeczek z lekami.

Wszystko było wymieszane , panował tam  wielki bałagan i większość zawartości szafki z ogromną ulgą wysypywała  się po otwarciu drzwiczek.

Po tym odkryciu w ramach  kolejnych  wizyt u starych ludzi mieszkających w moim rejonie zajmowałam się także porządkowaniem leków.

Segregowałam, wyrzucałam leki  przeterminowane, których była większość .

Zabierałam z domu kolorowe długopisy i malowałam na opakowaniach odpowiednich leków trzy kolory.

Leki, które miały być używane rano oznaczałam   kolorem różowym, leki południowe – czerwonym a wieczorne- czarnym.

Od tej pory posługiwałam się tym prostym kodem.

Odnosiłam wrażenie, że bardzo wiele tych pań nie  umie czytać,  gdyż znajdowałam u nich rozliczne karteczki, na których różnorodni lekarze wpisywali zalecenia dawkowania leków. Niektóre były wypisane nawet dość wyraźnie.

A może moje przemiłe zresztą pacjentki  miały tylko źle dobrane okulary, nie wiem.

 

 

Losy moich Rodziców. Powrót wiary w szczęście.

Na szczęście ślubu nie odwołano.

W czasie rozmowy z Tomaszem Stefa nabrała pewności siebie. Poczuła się silna, by stawić czoło wszelkim przeciwnościom.

Wielkie uczucie, które było w niej,  uskrzydlało.

Myślała, że teraz już wszystko może.

Przenosić góry.

Fruwać w przestworzach.

Nie wyobrażała sobie trudów i znojów życia w małżeństwie.

 Zresztą nikt, chyba nikt, kto zdąża w kierunku ślubu o tym nie myśli.