Może to bajka tylko o Gorzowie i Cyganach a może prorocza wizja. Kto wie?

 

Romane Dyvesa 2009.JPG

 

Zdjęcie własne z Festiwalu Kultury Cygańskiej Romane Dyvesa z 2009 roku. Właśnie Święcicki z Piwnicy pod Baranami zaprasza wszystkich na ucztę…

 

Poprzednie wpisy o filmie Papusza, o Cyganach z mojego dzieciństwa, Gorzowie i wszystkich wątpliwościach ale też i zachwytach wydawały się zamknięte. Ale dzisiaj przypadkowo znalazłam w swoim komputerze wybrane kiedyś przeze mnie z różnych miejsc w necie informacje o historii Cyganów i temat wrócił… chcę opowiedzieć swój niedawny sen.

Pozwólcie, bym pisała o tych Ludziach nie Romowie, lecz Cyganie. Ten wymysł, by ich przemianować na Romów nie odpowiada mi, zresztą tak, jak i Papuszy, która protestowała przed tą zmianą . Mówiła, że jest Cyganką. Nie rozumiem dlaczego Cyganka ma być nazwą pejoratywną a Romka, nie. Dla mnie Cyganka to nazwa  piękna , tradycyjna,  niesie melodię z mojego dzieciństwa….

 W komentarzu do któregoś z moich wpisów, koleżanka opisuje ich dzisiejsze zachowania. Obrazek to niestety częsty  w wielu polskich miastach. Czytając historię Cyganów żal wielki przychodzi, że  teraz ci, którzy nie zdołali się wpisać w miejscową kulturę, przebić a nawet uzyskać sławę , jakich przecież niemało wśród nas, zostali wyrzuceni na brzeg rzeczywistości. Są jak szlam, szumowiny których się lęka i brzydzi i nie może zrozumieć miejscowa społeczność.

A może przy wysiłku władz , obywateli tych miast mogliby jeszcze rozkwitnąć i stać się miejscową atrakcją. Nie zapomnę widoku Cyganek na Rynku magicznego miasteczka Kazimierzem Dolnym nad Wisłą zwanym. Dość liczna ich grupa, odziana w czyste barwne spódnice buszuje wśród turystów , oczywiście proponuje wróżenie. Nie wiem gdzie i w jakich warunkach mieszkają , ale ponoć władze miasta uznały ich koloryt i nie tylko akceptują, ale popierają  ich  obecność.

I jeszcze niedawny obrazek z Ciechocinka, w którym byłam niedawno. Otóż łażąc o poranku po jednym z parków, wśród bardzo starych drzew usłyszałam jakiś zbliżające się w moim kierunku gromadne radosne szczebiotanie  . Rozejrzałam się. I zobaczyłam, jak jedną z alej wiodącą znad Wisły gna gromada Cyganek z mnogością dzieci. Wszyscy byli dobrze ubrani i  daleka wyglądali barwnie  czysto i świeżo.  Gromada ta była wysoce rozbawiona i przemknęła nieopodal mnie,  nawet na mnie nie zwracając  uwagi. Kilka dni później, gdy wyjeżdżaliśmy, zobaczyłam tę samą  grupę zmierzającą na przystanek autobusowy. Zapytałam taksówkarza, który nas właśnie podwoził dokąd oni się wybierają. Odpowiedział z uśmiechem, że do Torunia, do pracy. Wsiedli grzecznie do autobusu i pojechali w siną dal. Jak widać w tym mieście, gdzie zwykle pełno turystów znaleźli sobie zajęcie. A jaka to była praca, tylko można sobie wyobrazić. Ale była to praca, którą sobie sami wymyślili  i ochoczo do niej dążyli. No cóż, podobno żadna praca nie hańbi. Nigdy nikogo nie widziałam, by tak ochoczo biegł o poranku do swoich zajęć…tak więc, jeśli kto powie, że Romowie to leniuchy, stanowczo zaprotestuję…

Jednak mój Gorzów , jak na razie nie jest jeszcze miejscowością chętnie odwiedzaną przez turystów, ale może niebawem tak się stanie.

Przecież , mimo, że na uboczu kraju, to miasto  jest przepięknie położone nad wielką tu Wartą, malowniczo rozrzucone na siedmiu zielonych wzgórzach z XIV wieczną katedrą w samym sercu, fragmentem starych murów miejskich i zachowanymi uroczymi nadal  kamienicami oraz licznymi parkami ożywiającymi miejski pejzaż ma warunki, by przyciągać ludzi. Nieopodal można podziwiać piękne jeziora które pozostawił lodowiec, oczka zanurzone w przepastnych lasach, ciekawie rozrzucone dawne dworki i pałace, nie wszystkie w ruinie  i jeszcze zachowane linie kolejowe.

To wielkie atuty , by organizować pociągowe wycieczki z przystankami i oczywiście zwiedzaniem Gorzowa.

Taki pociąg turystyczny to nie mój wymysł. Gdy miałam ok. 14 lat, tj. ponad 50 lat temu! Pojechałam na taką wycieczkę . Byliśmy m. in. w Kołobrzegu. Spanie było w pociągu, wygodne i romantyczne. Pociąg gnał sobie bezdrożami, nie zatrzymywał się na stacjach a gdy byliśmy u celu, stawał na jakiejś bocznicy kolejowej , wysypywaliśmy się gromadnie , odbywaliśmy zwiedzanie, z którego poza Kołobrzegiem niewiele zapamiętałam. Ale powrót do własnego domku na torach śni mi się po nocach. Jakie ładne to sny, nie chce się z nich budzić. Oj, dzieciństwo moje kolejarskie się stale odzywa. Wystarczy jedno słowo pociąg a już całe fury skojarzeń, zapachów obrazów i wrażeń wolnością zwanych….

Tak więc już widzę grupy turystów ze świata, jak wysiadają na lotnisku w Goleniowie albo Babimoście a potem zmierzają  do pociągu, który już nieco zasapany czeka nieopodal. I w drogę w drogę miły bracie śpiewać się chce….Tradycyjny parowóz ciągnąłby te ładne wycieczkowe wagony. Może miałby i nawet napęd elektryczny, ale co pewien czas, ku uciesze turystów wypuszczałby kłęby parnego dymu z komina i snopem iskier iskrzył niebo. Już widzę te głowy przybyszów tłoczące się przy oknach, by zobaczyć to widowisko a za oknem witałyby  zielone podgorzowskie wzgórza morenowe przytulone do szerokiej doliny Noteci i Wisły a potem  gdy ukaże im się Gorzów, miasto ze snów, moich dziecięcych snów,  zauroczy wszystkich swoją urodą . I łazęga się zacznie po miejscach z mojego dzieciństwa zapamiętanych , pięknych we wspomnieniach. Wdrapywanie się na każde z siedmiu wzgórz, widoki zapierające dech w piersiach , uliczki kręte moje działkowe a przy nich cudne domki otulone pnączami i wreszcie kręte schody na wieżę katedry, i stamtąd, z okien pomieszczeń które niegdyś dzwonnik zamieszkiwał jeszcze jeden ogląd miasta. W tej projekcji jest ono jeszcze inne, zawsze ciekawe…. Nie wątpię, że wszyscy ulegną magii mojego Gorzowa…

Może potem wszyscy zawitają na jedną z ciekawych wystaw fotografii albo malarstwa  , bo miejscowa kultura rozwija się pięknie, mimo odpływu i braku przypływu młodych sił. Oczywiście gdy dotykam tego tematu, od razu wciska się na moją klawiaturę dygresja. Dlaczego stąd uciekają? Czy tylko za pracą, czy nie przed skostniałymi władzami czy zamkniętymi nie tylko na kłódkę ale mocne zawiasy i zapory środowiskami. Znam z opowieści historię pewnej młodej , pełnej zapału i chęci pozostania plastyczki, której podcięto skrzydła i zmuszona sytuacją wyfrunęła w końcu do Szczecina, gdzie cieszy się wolnością.

Tak więc chcę pozostać przy może nierealnej ale kolorowej wizji miasta. Gdzie ludzie chętnie przybędą, spędzą tu czas a miejscowi popatrzą na to co dookoła  ich oczami i sami potwierdzą, że jest pięknie…Zresztą tak będzie, wróci miasto takie jak za Niemca, a może nawet ładniejsze. Czyste, zadbane i kolorowe.            

 Oczywiście w tej wizji są i Cyganie. Mieszkaliby w  malowniczych osiedlach na obrzeżu miasta z widokiem na pobliski las i zamgloną rzekę, w domach jak niegdyś woziastych, szerokookiennych malowanych w kolorowe kwiaty. I mieliby swoje ogniska i  śpiewy i muzykę i dzieci zadbane z tornistrami i skrzypcami pod pachą.

Moja grupa turystów wylądowałaby ostatecznie gdy już będzie się ściemniało w cygańskim taborze. A oglądania by wtedy było i ich domków i zaglądanie sobie w oczy, by odczytać co jest w tych cygańskich i wzajemne poznawanie . Atmosfera początkowo sztywna i na dystans pękałaby wolno stopniowo  ale nieodwracalnie.

A może jeszcze przed nadejściem zmroku, kto młodszy czy jakiś rześki staruszek z tej grupy turystów skorzystałby z oferty jazdy konnej. Bo przecież kiedyś Cyganie słynęli z hodowli i handlu końmi. Tak, jestem pewna, że obok swoich taborów mieliby padok i  piękne, jakże teraz popularne stadniny

I tak wieczorową porą, gdy wszyscy przybysze skonsumowaliby swoje kanapki albo jakieś cygańskie kociołkowe danie ( jeszcze nie wiem jakie, bo nie doczytałam) wśród przyrody, dymów ognisk wszyscy siedzieliby zauroczeni i zjednoczeni, siedzieliby kołem na trawie pachnącej zmrokiem, pod gwiezdnym migotliwym i tak szerokim jak nigdzie  niebem i  słuchaliby jak skrzypce cygańskie rzewnie grają, jak łka wielka harfa, którą widziałam na filmie Papusza- bo wszak Cyganie znanymi harfiarzami byli!

I niebawem tańce przy ognisku cygańskie porwałyby przybyłych. Opadłyby więzy konwenansów, zasad że czegoś nie wolno albo nie wypada i nawet staruszki w perukach ruszyłyby w tany za Cygankami ognistym. A może przedtem turystki założyłyby a może nawet kupiły szerokie kolorowe spódnice uszyte przez Cyganki, wielowarstwowe, by ukryć liczne kieszenie pod tą, która na wierzchu. I w tych spódnicach ociężałe przekarmione turystki odzyskałyby zwiewną młodość a na późniejszych zagranicznych wycieczkach miałby gdzie ukryć przed ewentualnymi złodziejaszkami swoje paszporty , pieniądze oraz zakupione szmirowate suweniry…

Nie piszę już w poprzedzającej ten wieczór wizycie na Gorzowskim Rynku. Nie, jednak ta specjalna wizyta na Rynku musiałaby być zaplanowana na następny dzień, po tych tańcach i szaleństwach.  Na Rynek przybyli by wszyscy by ostatecznie  pożegnać katedrę i dziewczynę fontannową ,   dopiero przed wyjazdem. Bo po tym wspólnym integracyjnym wieczorze, inaczej postrzegali by Cyganów , przyjaźniej i chętniej zgadzaliby się na ofertę- powróżyć, panie, powróżyć…. I znowu kolejne odbicie mojego myślenia. Od dawna mnie zastanawia ,  skąd Cyganki wiedzą  kto i  czego od ich wróżb oczekuje. Bo bardzo często przecież się zdarza, że wróżby , zresztą nie tylko Cyganek się spełniają . A może ludzie, którzy w nie wierzą wg tych wróżb  układają swoje życie…Wróżenie, dziwny to zawód. Ile w nim umiejętności i znajomości psychologii , wyczucia drugiego człowieka albo po prostu zwykłej zręczności w mamieniu. Swoją drogą nie wiem, może ktoś wie, jak do tego są przyuczane pannice cygańskiego rodu? A może tylko wystarczą silne geny …ciekawe…

Z tego wszystkiego zapomniałabym  o cygańskich suwenirach. Przecież Cyganie  byli wspaniałymi kotlarzami, sama pamiętam śliczne słonecznie lśniące miedziane  patelnie, które sprzedawali na wsi beskidzkiej.

I zapanowałaby wkrótce moda na ręcznie produkowane garnki i patelnie.

I każdy gorzowski i nie tylko gorzowski ale polski, europejski snob musiałby mieć w swoim domu zestaw takich malowniczych garnków. Bo te stalowe współczesne, jakieś niezdrowe teflony i takie inne są smutne, z niczym miłym się nie kojarzą. Kuchnia z miedzianymi ręcznej roboty garnkami byłaby marzeniem także mieszkańców Gorzowa. Przecież na część  cygańskich zarobków na pewno władze położyłyby łapę i  dziwnie przeobrażone tym sielankowym życiem obdarowywałoby i mieszkańców. Tak więc zarówno miasto jak i gorzowianie żyliby jak przysłowiowe pączki w maśle….

Tak więc snując te przyszłościowe plany jestem coraz bardziej pewna, że może nasze młodsze pokolenia odkupią zbrodnię, którą popełnili kiedyś ich dziadowie, zmuszając Cyganów do zamieszkania w miastach, zamknięcia w okropnych kamienicach i  powolnej degeneracji przy biernej akceptacji współmieszkańców….ale czy kiedyś pięknie wolne zwierzę   , zamknięte w brudzie nędzy i odgrodzone  murem obojętności, niechęci, wrogości może jeszcze odżyć jak przysłowiowy feniks z popiołów i powstać z kolan. Nie wiem….ale pomarzyć można….

To wszystko utopią jest, oczywiście to wiem, w sąsiednich krajach mury budują, by się odciąć od tej społeczności. Zniewolonej kiedyś, opuszczonej, niechętnej i wrogiej obcym. Jak zwierzęta, które dziczeją w niewoli…..

Ale może jednak kiedyś stanie się przysłowiowy cud i cały ten mój sen okaże się nie bajką a proroczą wizją. Kto wie?

 

 

Powrót do gorzowskiego domu na ” wichrowych wzgórzach”.

wichrowe wzgĂłrza ziemi gorzowskiej.jpg

 

 

 

 

 

 

Dawno porzuciłam swój Dom. Przez te długie lata wędrowałam po świecie. Ale stale pielęgnowałam w sobie jeden z najpiękniejszych obrazów wczesnej młodości, obraz podgorzowskich wzgórz…Gdy po 40 latach wracałam do Domu, okazało się, że One na mnie czekają.

 

W młodości  bardzo często przemierzałam trasę kolejową z Krzyża do Gorzowa. Pociąg jak dostojny staruszek poruszał się dość wolno i miarowo odliczał kolejne stacje. Znałam wszystkie na pamięć. Już w okolicy Górek Noteckich stawałam w oknie. Zawsze czekałam  na moment, gdy nagle otwierał się rozległy krajobraz. Krajobraz jak wielka księga.
Wtedy pociąg szczególnie zasapany przytulał się ciasno do ostrej linii wzgórz morenowych. I ze swoimi wzgórzami wyznaczał granice wielkich, wypełniających cały horyzont wiosennych rozlewisk Noteci i Warty.
 
Potem porzuciłam Gorzów, zabierając ze sobą  tylko wspomnienia. W swoim sercu i oczach zachowałam obrazy miejsc, gdzie się urodziłam i dojrzewałam. Czule je pielęgnowałam.
Wędrując po świecie, zawsze odruchowo szukałam miejsc podobnych. Nigdzie nie znajdowałam.
Aż kiedyś, za oknem pociągu York – Liverpool zobaczyłam „wichrowe wzgórza”, takie z jedynej, ale bardzo znanej powieści Emilii Bronte. O razu dostrzegłam niezwykłe podobieństwo do podgorzowskich wzgórz. Ale tylko na chwilę powróciło wzruszenie. Przecież tam nie było mojego Domu…
 
Do Gorzowa nie przyjeżdżałam, bo po prostu nie chciałam. Słyszałam, że Santok i okoliczne wzgórza zostają powoli zabudowywane. Bałam się tego spotkania i konfrontacji rzeczywistości z moimi snami.
 
Dopiero po 40 latach podjęłam decyzję odwiedzenia Gorzowa. Była pełnia lata. Kupiłam bilet kolejowy i samotnie wyruszyłam w podróż na zachód Polski, w moją podróż sentymentalną.
Specjalnie wybrałam połączenie z przesiadką w Krzyżu. W ulubionym przeze mnie Krzyżu, na bardzo znanym peronie wypatrywałam starych wagonów, ale czekał nowy i ładny szynobus. Też dobrze, pomyślałam sobie.
 
Zaczął się ostatni odcinek mojej podróży. Bałam się. Nie wiedziałam, co będzie dalej, co będzie czekało…
 
Doskonale rozpoznawałam tę trasę. Liczyłam kolejne stacje. Witały mnie lasy podgorzowskie, kiedyś pełne grzybów i niebo skłębione, niespokojne. Wydawało mi się, że jestem w moim starym pociągu z parowozem miarowo pykającym czarnym, kominowym dymem.
Zbliżałam się do Domu… Stanęłam w oknie, zachłannie wpatrując się w krajobraz.
Przecież tak długo czekałam na znajomy, dla mnie jedyny w świecie – widok. Czekałam, właściwie bez nadziei, że jeszcze istnieje.

 

Minęliśmy Górki Noteckie, niedługo Santok…

 

I to nie był sen, gdy nagle zobaczyłam ten Obraz. Obraz tak bardzo zapamiętany i czule karmiony wspomnieniami przez dziesiątki lat. Nie wierzyłam. To nie był sen.
 
To były Wzgórza mego dzieciństwa. Niezmienne. Nieujarzmione. Trochę poważne i dzikie, trochę nostalgiczne, a nawet  smutne. Rozwichrzone pieszczotami wiatru.  Beżowo zielone, ale złotawe przytuleniem słońca.
Niezmiennie ułożone wzdłuż wyraźnej linii, którą narysował lodowiec przed swoją śmiercią. Wzgórza chroniące swoją piękną leniwą i rozległą dolinę Warty i Noteci.
 
Tutaj był mój Dom. Odnaleziony Dom na „wichrowych wzgórzach”.

 

Zdjęcie i tekst własny zamieszczony przed laty w portalu MM- Gorzów pod nickiem Łuka

 

 

 

Stare pamiętniki.

Stary pamiętnik

 

Przyjaciółka zachowała swój stary, ponad 50 – letni pamiętnik. Zrobiłam zdjęcia niektórych wpisów. Teraz, kiedy chcę, wracam do moich dziewczyńskich gorzowskich czasów.

Na zdjęciu  pierwszym  wpis Mamy Przyjaciółki.

 

PamiętnikBajkaMama.JPG

 

 

 

Czytam i natychmiast  wędruję w przeszłość.

Jest późny zimowy wieczór. Mam 5 czy 7 lat, jasne włosy i czyste oczy. Przychodzę do Przyjaciółki. I jak zwykle  obie siadamy  na podłodze. Obok nas  Jej Mama coś szyje i opowiada przepiękne, wymyślone przez siebie bajki, mówi swoje wiersze.. Długo siedzimy nieruchome i zasłuchane. Jesteśmy w zaczarowanym świecie….To Ona, podobnie jak moja Mama, obdarowuje nas ogromną  wyobraźnią. I ta wyobraźnia stale w nas żyje mimo upływu tylu lat…

 

PamiętnikBajkiWpisProńko.JPG

 

 

 

Potem parę słów od Krysi Prońko, która zostawiła swój ślad w tym pamiętniku.

I właśnie przenoszę się do sali gimnastycznej. Gramy jak zwykle w „kosza”. Kryśka jest  niewysoka jak na koszykarkę. Ale  wiadomo, że gdy zdobędzie piłkę, gna jak wicher przez boisko i zwycięża. Nawet nie wiedziałam , że lubi śpiewać .

Teraz często słucham Jej najpiękniejszych na świecie” małych smuteczków” …

 Na kolejnej stronie wpis  Jurka  Szalbierza.

Tak dawno odszedł. Nie zdążyłam się z Nim spotkać w dorosłym życiu. Myślałam o Nim często. I wreszcie kiedyś wyobraziłam sobie to spotkanie. Był późny letni wieczór i  gorzowska Aleja Gwiazd. I wtedy nadszedł. Jak zwykle obwieszony aparatami fotograficznymi. W myślach nazywałam Go Jasny. Jasny Chłopiec. Widziałam Jego twarz. Zachował swój  dziecięcy, nieśmiały i ciepły uśmiech . ..Teraz czasami otrzymuję  od Niego nowe, przedziwne zdjęcia. Zdjęcia  innego , nieznanego mi jeszcze świata ….najpiękniejsze z nich , to „ uśmiechnięte oko Pana Boga”

 

 

PamiętnikBajkiWpisZosia.JPG

 

 

 I jeszcze  pismo jakiejś dziewczynki . Jak przystało na najbliższą przyjaciółkę wpisała się aż dwa razy:)

Ta dziewczynka jest mi prawie nieznajoma. Ale powoli wygrzebuję z pamięci jej obraz. Widzę jej drobne i nieporadne dłonie. Dłonie jeszcze  ufne, niewinne, niedoświadczone i nieświadome życia. Dłonie bez wspomnień.  Czasem spierzchnięte od mrozu… Biorą  drewnianą obsadkę z metalową stalówką. Otwierają kałamarz z atramentem. I ze skrzypieniem stalówki na papierze z trudem przepisują cudze, niezrozumiałe wtedy myśli do pamiętnika koleżanki….i składają ten podpis jakby znajomy – Zosia Łukaszewicz. To  przecież byłam ja….…

 

PamiętnikBajkaJaSzersze.JPG

 

 

Może gdzieś w innych szufladach leżą podobne  dziewczyńskie stare pamiętniki . Kiedyś wydawały się dość prymitywne, zwykle były tam powielane cudze słowa . Ale zapamiętały czyjś  ślad dłoni,  ich treści teraz czytamy inaczej i  możemy wracać w te dni , które dawno minęły.

W te dni, które po prostu „przeminęły z wiatrem”

 

 

 

Tekst własny zamieszczony w Portalu MM Gorzów, w styczniu  2010 r. pod nickiem Łuka

Przedszkole muzyczne.

krysia Prońko w pr g rogu,marysia zielińska,ja,lat 6.jpg

 

Krysia Prońko ( znana piosenkarka, pedagog ) w prawym górnym rogu, ja poniżej.

 

Krótkie wspomnienie z przedszkola muzycznego.

 

Kolejne stare zdjęcie i wracają wspomnienia bardzo szczenięcych lat…

 

Były to wczesne lata 50 ubiegłego stulecia.

Przedszkole muzyczne  działające przy Szkole Muzycznej w Gorzowie przy ul Chrobrego .

Moje pierwsze tam kroki . Oczywiście z Mamą . Pamiętam , jakby to było dziś,  mroczną bramę wejściową  i   równie ponurą salę . A może to tylko mój  lękliwy nastrój ów mrok potęgował.

Bo właśnie miał się odbyć   egzamin wstępny do tego przedszkola .

Powitała nas duża  i piękna kobieta. Była sroga i  dostojna .  Jednak zachwycała   Jej  śniada uroda i   przecudne,  długaśne i szczupłe nogi . Pomimo tuszy  poruszała się z lekkością i gracją tancerki. To była Pani  Nowicka.

 Musiałyśmy odtwarzać dźwięki , które podawała na kamertonie . To był mój pierwszy i jedyny wyczyn śpiewaczy. Nie wiem na jakiej podstawie zostałam zakwalifikowana do przedszkola muzycznegoJ

…ale tam  był przede wszystkim taniec. Moja pasja. Taka do końca życia.

Na załączonym do artykułu zdjęciu  nasza trójka .Wystrojona i  przejęta . Za chwilę  parkiet będzie tylko nasz . Jesteśmy przygotowani , by wykonać śląski taniec, trojak.  Jeszcze czuję  te bardzo ciasno zaplecione warkocze. Nie mogłam zamknąć oczu ani  ust zesznurować. Ale najważniejszy był  strój. Bardzo starannie uszyty. Zupełnie nowy .Pachnący . Do gorsetu , z tyłu , nieomal pod karkiem miałyśmy przypięte kokardy z długimi końcami sięgającymi ziemi. Wstążki były malowane ręcznie. W kwiaty.  Sam urok . To był cud, że w tak mizernych , zgrzebnych czasach, ktoś wyczarował te kreacje…Jednak  w Gorzowie żyli  wtedy cudotwórcy …

 

 

przeszkole muzyczne antek paul.jpg

 

 

Od lewej Emilka Paul, Antek Paul- jej brat i ja

 

Tekst własny wrzucony kiedyś do portalu MM Gorzów pod nickiem Łuka/ Klarka

 

 

To se ne vrati….

I nadal tkwię w nastroju refleksyjnym. Może ta zimowa szara pogoda sprzyja rozdrapywaniu swojego wnętrza.

Wspominki ze ścieżki medycznej , losy moich Rodziców, pamiętnik Teścia zanurzają mnie w przeszłości.

Może jednak Marcin, syn miał rację mówiąc, że dopóki się żyje, żyć trzeba pełną piersią i patrzeć tylko do przodu. Nie cofać się, bo to niebezpieczne. Nie pisać o tym co było , ale rozmawiać, spotykać się z ludźmi.

Ale on ma niespełna 40 lat, w Jego wieku myślałam tak samo.

Ile miałam pary i wewnętrznej siły, by od świtu zabezpieczać dzieci, przemierzać bardzo liczne km do pracy tramwajami, autobusami w wielkim ścisku i smrodzie oddechów wczorajszych czosnkowo alkoholowych. Potem pacjenci, pacjenci, pacjenci. Pomysły na badania, poszukiwanie optymalnej terapii i naukowe opracowania wreszcie.

Było, minęło jak sen.

 Potem przyszła emerytura, powstał nasz nowy dom, taki jak wymarzyłam i nieomal zaprojektowałam. Dookoła rozciąga się wieś mazowiecka na  równinie  smętnej choć zielonej..

Zdarzały się jeszcze jakieś wzloty, spotkania, ludzie na drodze, wchłanianie wrażeń obcych ziem.

I wreszcie nadszedł czas powrotu  do korzeni. Do Gorzowa, miasta, gdzie przyszłam na świat. I które opuściłam mając niespełna 18 lat i zamknęłam za sobą  drzwi. Zdawało się, że na zawsze.

Okazało się, że te drzwi tak łatwo się otworzyły i wówczas buchnęła czająca się za nimi przeszłość.

 I wyszły uwolnione wreszcie tak silne jak kiedyś, a nawet zwielokrotnione długo tłumioną tęsknotą kolory, dźwięki, zapachy. Ożyły ulice dzieciństwa, stare nieraz piękne domy, zobaczyłam ponownie moje lipy, platany, kosodrzewiny i inne drzewa cudne, zapamiętane trwale. Odwiedziłam już nieistniejące działki na wzgórzach  i spotkałam cienie ludzi którzy odeszli .

I znalazłam się w swoim starym świecie i nowym poprzez ludzi, których poznałam teraz .

Bo wystarczyło jedno wejście do portalu Moje Miasto Gorzów i moje tam pisanie . Pisanie pełne czułości nasączone emocjami do granic bólu i oczekiwanie na odpowiedź innych. Tą odpowiedzią, odzewem  były  komentarze. Stanowiły one jedyny  ślad że ktoś przeczytał i na chwilę był ze mną …

I to minęło jak kolejny sen. Już nie ma takiego pisania w tym portalu. Zdaję sobie sprawę, że jest to naturalna kolej rzeczy i że zwykłe naturalne przemijanie się odbyło. Panta rei…

I z tego czasu pozostało kilka pięknych listów od goni i Jej czasem bardzo ciepłe komentarze pod moimi wpisami w portalu.

Teraz grzebiąc w  starych materiałach umieszczanych w tym portalu, pod moją , tj. Łuki

 „ Niedzielą na Głównym czyli fantasmorganiami peronowymi w mieście G. „ znalazłam taki wpis :

„ Podziwiam – za te wszystkie nawiasy, za spokój dobrze przeżytego życia, za to pogodzenie z nieuchronnością losu ( nie każdy to ma ), za chęć poznawania rzeczy małych i dużych, za nieustającą ciekawość świata, za otwarte serce. Życzę, by ten największy nawias jak najdłużej pozostawał nie zamknięty…

gonia „

 

Gdzie się podziały tamte czasy, tamte rozmowy….Pozostało wzruszenie….

 

To se ne wrati – jak mówią Czesi….

 

Niedziela na Głównym czyli fantasmagorie peronowe w mieście G.

 

I znowu sentymentalny powrót do Gorzowa. Przeglądam swoje stare zdjęcia i znajduję to- Dworzec PKP w moim mieście rodzinnym. A potem mój tekst zamieszczony pod nickiem Łuka w MM- Gorzów w pażdzierniku 2010 roku. I cofam się w czasie…

 

Niedziela na Głównym czyli fantasmagorie peronowe w mieście G.

 

 

Niedziela i noc na gorzowskim peronie. Właśnie wyjeżdżam. Jestem sama. Ogłaszają , że pociąg będzie opóźniony o 30 minut. Mam czas, dłużej pobędę w Gorzowie.

Rozglądam się i robię zdjęcia.

Peron jest oświetlony, może mało przytulny i przypomina perony dworcowe winnych miastach. Na jego końcu lśni tajemniczy drzewokrzew.

Siadam na ławce. Rozmyślam sobie. To jest mój dworzec i mój peron.

Główny w życiu. Nie wiem, ile razy stąd wyjeżdżałam (z Domu) i wracałam (do Domu).
Peron jest chropowaty, zdeptany nogami podróżnych.
Poniżej proste, gładkie, idealnie równoległe tory prowadzące gdzieś w świat. Za nimi następny peron.
Niedługo przyjedzie pociąg.

Rozmyślam i widzę jak te perony zamykają fragmenty mojego życia.

Są jak nawiasy.

Muszą być w parze.

Każdy się otwiera, a jego lustrzane odbicie zamyka treść, zdarzenia.

Chcę opowiadać o swoim życiu, ale zamiast zdań podrzędnych umieszczam te peronowe nawiasy.

Urodziłam się w Gorzowie  ( bo tutaj rodzice próbowali odbudować swoje życie po wojnie).

Gdy miałam 5 lat, razem z przyjaciółką uciekłyśmy z domu na działki  (bo chciałyśmy być dorosłe).

Często wyjeżdżałam nad morze  (było bezkresne, piękne i bardzo szumiało – teraz każdy szum lasu wydaje mi się szumem morza).

W pierwszej szkole zobaczyłam zadziwiające muszelki w podłodze  (bo często się dziwiłam, jak widziałam coś niezwykłego).

Miałam krzywe zęby  (bo oddziedziczyłam po przodkach).

W Gorzowie w latach 50. nie było ortodonty  (bo w Polsce ta specjalność dopiero raczkowała).

Dlatego jeździłam z ojcem do Poznania (bardzo lubiłam tam jeździć, bo smakowała mi masa plastyczna, z której wyrabiano aparat).

W Poznaniu zawsze chodziliśmy do baru mlecznego (bo lubiłam jeść leniwe w prawdziwym barze) oraz do sklepu z ołówkami (ołówki miały napisy Kooh-I-Noor i przyjemnie pachniały).

Zgryz mam nadal trochę nieprawidłowy ( bo nie lubiłam aparatu, aż sam się w końcu zgubił).

Potem chodziłam do LO za Wartę (bo kusiły mnie most i wielka rzeka w dole).

Studiowałam w Poznaniu  (bo tam była wonna Palmiarnia z ławkami i można było sobie czytać).

Często przyjeżdżałam do Gorzowa (bo tu jeszcze był mój Dom).

Wyszłam za mąż               (wcześnie, bo tak było najlepiej).

Urodziłam dużo dzieci       (bo chciałam mieć dużą, radosną rodzinę).

Potem tylko pracowałam     (bo to była moja pasja).

Teraz jestem na emeryturze (bo zawsze bardzo tęskniłam za luzem w życiu).

Jeszcze pracuję, a ponadto gadam sobie w MM-Gorzów (bo jednak bardzo lubię ludzi).

Czasami się modlę (bo muszę dziękować za to, co dobre i proszę o siłę).

Nie przyjeżdżam do mojego miasta rodzinnego (bo czuję, że tam nie mam już Domu).

Rozmowy na MM G wystarczają mi zupełnie (więc nie muszę tak naprawdę podróżować).

Stale myślę, że jeszcze coś zobaczę i zrobię (bo podobno jestem optymistką – mówią, że noszę różowe okulary).

Umiem się cieszyć i oglądać to, co bardzo duże i to, co bardzo małe (bo w środku chyba jestem jeszcze dzieckiem).

Lubię tańczyć (ale nie mam z kim).

Mam już zmarszczki (głównie na twarzy, ale raczej nie na duszy).

To odziedziczyłam po przodkach (chyba po to, żeby zachwycać się genetyką).

Teraz mam coraz bliżej końca wędrowania (ale jestem pogodzona, bo każdy tak ma).

Potem przyjdą młodzi i piękni  (widzę ich dookoła i są naprawdę ładni).

Przede mną ostatni peron  (bo muszę w końcu zamknąć ten największy nawias) .

Cieszę się  (bo w tym innym świecie podobno jest też ciekawie i mówią, że tam grają trąby anielskie).

Kończę tę opowieść    (bo właśnie ktoś zachrapał).

Wypiłabym jeszcze piwo   (ale podobno na peronie nie można).

Zaraz będzie pociąg (i sobie gdzieś pojadę).

Nikt mnie nie żegna (bo i nikt nie witał).

Ta opowieść jest trochę dziwna (ale można czytać tylko to, co bez nawiasów – albo nie czytać w ogóle).

Ale to wina tych peronów i Wojtka Młynarskiego

(bo on jeszcze mi śpiewa w głowie ,,Na wszystkie smutki niedziela na Głównym…”)

 

 

 

Uśmiechnięte Oko Pana Boga.

Jurek zmarł  mając zaledwie 50 lat  .

Chcę go spotkać i wreszcie powiedzieć to , czego nie zdążyłam.

Powiedzieć, że go bardzo kochaliśmy….

 

I właśnie dzisiaj  umówiłam się  z Jurkiem .

Będzie czekał w Specjalnym Miejscu na gorzowskim Rynku.

Rynek zawsze taki kolorowy i rozfalowany , dzisiaj jest  poważny, zadumany listopadowo.

Właśnie powoli gaśnie dzień  i nadchodzi wilgotne jesienne zmierzchanie.

Wchodzę do tego Miejsca Specjalnego, do  tajemnego kręgu zakreślonego gorzowską „Aleją Gwiazd „ i ścianą katedry.

Jestem w samym jądrze miasta .

   Jurek  już czeka , stoi oparty o  ścianę katedry.

Ręce ma  założone do tyłu .

Staję obok i wtedy nasze dłonie przylegają do ciepłej  chropowatości zawsze zachwycająco wielkich katedralnych cegieł.

 Gdzieś, za naszymi plecami za masywną ścianą kościoła , ciężko oddycha przesycony modłami , ogromny główny ołtarz.

Nieopodal szybują , oswojone już z miastem , duchy sąsiedniego , nieistniejącego  cmentarza..

 

Zaczynamy rozmawiać .

I rozmawiamy , rozmawiamy jak nigdy .

Opowiadam, że  nazwałam go Jasny .

Że tylko jego zapamiętałam z tamtej klasy.

Zapamiętałam mimo , że nie należał do grupy chłopaków , na widok których wszystkim dziewczynom trzepotały rzęsy .

Nawet nie wiem czy  były w naszej klasie osoby , które tak naprawdę wiedziały co pulsuje w jego wnętrzu , jak patrzy na świat, o czym myśli i marzy.

       Widzę,  że zachował swoją łagodność i pogodny trochę nieśmiały chłopięcy uśmiech.

 

Opowiadam o tym jak ważna dla mnie była jego matka. Jak ją obserwowałam idąc na działki. Cieszyłam się , gdy widziałam jak siedzi za parterowym oknem. Jasnowłosa drobna  i krucha w bardzo grubych okularach , nieruchomo skupiona na swojej pracy.

Jej obecność oznaczała dla małej dziewczynki dobry spokojny dzień.

 

Wreszcie mówię to co najważniejsze , co było we mnie zawsze.  

Mówię to dopiero teraz.

Że go kochałam , że inni też go kochali .

Ale czy ktoś z nas  zdążył mu to powiedzieć , nie wiem…

Tylko się uśmiecha  , po swojemu dziecięco zakłopotany…

     Obiecuje, że  przyśle   zupełnie nowe fotografie Gorzowa.

Tak dużo ich już wykonał.

Cieszy się .

Przecież już pokonał czasoprzestrzeń i może wreszcie fotografować   z nieograniczonej perspektywy .

 Podobno jego miasto wygląda tak , jak  kiedyś wspólnie oglądana  scenografia  do  „Ptaków „ Arystofanesa.

    Proszę o jeszcze jedno zdjęcie, specjalne .

Obiecuje.

To będzie zdjęcie  Uśmiechniętego Oka Pana Boga .

Teraz czekam..

 

Zostaję  sama z Rynkiem , w objęciach nocy. 

Podchodzę do miejsca , gdzie Gorzowska Aleja Gwiazd.

W pełnym mroku nie widzę , ale wiem, że tam są .

Tak piękne, jak piękna jest pamięć miasta o swoich najbliższych ,  jak serce ofiarowane sercu.

Pod stopami czuję łagodne wypukłości rysunku płyt wpisanych w kamienne podłoże…

 

 

Gorzów, moje miasto. Jurek Szalbierz.

Taki dzień.

Trzeci dzień nowego 2013 roku.

Seweryn Krajewski rzewny w radio.

Samotność.

Niebo z twarzą poszarzałą, zapłakana ziemia.

Komputer.

Otwarty.

Czas powrotów.

Tylko daleka przeszłość jaśnieje.

Zakochanie we wspomnieniach.

Zakochanie w pamięci.

 

Znajduję wpis w portalu MM Gorzów już dawno zamieszczony przeze mnie pod nikiem  Łuka.

To spotkanie z  chłopakiem  z młodości, Jurkiem .

Wzruszenie.

Fala wszechogarniająca.

Jeszcze chwila w miarę przytomna na szukanie w necie.

Znajduję ślady.

 

W notatkach Biblioteki gorzowskiej napisano:

Urodził się 24.02.1947 r. w Gorzowie Wlkp. Zmarł 16.12.1997 r. Pochowany na gorzowskim cmentarzu w Zaułku Zasłużonych, ma tablicę pamiątkową w Alei Gwiazd na Starym Rynku.  
Absolwent Studium Nauczycielskiego w Gorzowie (kierunek: biologia). Członek Gorzowskiego Towarzystwa Fotograficznego od listopada 1974 r. W 1977 r. przyjęty do Związku Polskich Artystów Fotografików, gdzie pełnił funkcję kierownika lubuskiej delegatury.  
   Po śmierci Waldemara Kućki w 1981 r. przejął funkcję przewodniczącego Komisji Artystycznej GTF.  
Pracował zawodowo jako reporter najpierw w redakcji „Celulozy” w Ko­strzynie, a od 1981 r. „Ziemi Gorzowskiej”.  
Miał dziewięć wystaw indywidualnych, pięć po­kazów autorskich, brał udział w 24 wystawach zbiorowych w kraju i zagranicą. W 1991 r. laureat nagrody im. Waldemara Kućki przyznanej przez wojewodę gorzowskiego.  
Jego zdjęcia publikowane były w albumie Polska (wyd. Arkady, 1980) oraz w pismach Teatr, Interpress, Neuer Tag, Gazeta Lubuska.  
Prace Jerzego Szalbierza znajdują się w zbiorach GTF, Galerii BWA w Miejskim Ośrodku Sztuki, w Muzeum Narodowym we Wrocławiu oraz Bibliotece Narodowej w Warszawie. Większość negatywów Jerzego Szalbierza zaginęła. Artysta nie przywiązywał do nich wagi.       Pozostały tylko te, które ocalił i przekazał do BWA jego kolega – Maciej Perliński.  

A tak pisze o nim  jego przyjaciel,  Jerzy Gąsiorek :

 

Jurek robił wiele rzeczy: uczył w szkole biologii, łowił ryby, grał na gitarze, głównie jednak fotografował. W tej wielości zajęć był nieco roztargniony, mijały mu pomysły i zapały. Jedynie do fotografii miał cierpliwość. Tu był profesjonalistą. Chciał być zawodowcem: zdawał na wydział operatorski Wyższej Szkoły Filmowej. Kiedy mu się nie powiodło, za namową Waldka Kućki zapisał się do GTF, a wkrótce wystartował do ZPAF. Został przyjęty bez problemów, mając w dorobku szereg wystaw i nagród. Na wielu pracach byłem modelem Jurka. Prześcigaliśmy się w pomysłach. Zabieraliśmy do samochodu kilka dziwnych przedmiotów, wyjeżdżaliśmy w plener i aranżowaliśmy scenkę zupełnie niekiedy surrealistyczną. Ale w tych scenach zawsze było jakieś przesłanie. Potem następowało najważniejsze: wywoływanie i obróbka filmu…..

 

Jerzy Szalbierz, mój Jurek.

Takiego już nie znałam.

Tak dawno to było.

Ile wody upłynęło w naszej leniwej i bujnej Warcie.

I tylko wzgórza gorzowskie pochylają się nad nami

Jak zwykle milczą i słuchają

A on , niespokojny poszukujący duch

Poszedł dalej, aż do krańca naszego czasu…w  daleki tajemny inny świat.

 

 

Jurek  zmarł 16.XII. 1997 roku.

Miał zaledwie 50 lat

Albo aż 50 lat

Bo może czas tak bardzo nasączony aktywnością

Liczy się podwójnie

 

Odszedł , ale dopóki o Nim pamiętamy, jest wśród nas, żywy i radosny.

 

Wracam do mojego miasta rodzinnego, do Gorzowa.

I jest ciepło promiennie jasno.

Niebo się uśmiecha.

Bo właśnie  spotykam naszą  młodość i kolegę z ławy szkolnej, wiecznego chłopaka z gitarą –  Jurka.

Jak Go nie kochać mówi moje serce….

 

 

 

cdn.

 

 

 

 

Zdjęcia ze zdjęć zamieszczonych w monografii o gorzowskim Klubie Jazzowym Pod Filarami.

 

 

 

 

Ostatnie śliwki tego roku…

Bardzo lubiłam  późne jesienne śliwki. Dziwiłam się , że ich słodycz narastała z  wiekiem , a najsmaczniejsze były te brzydkie i  zupełnie pomarszczone..

Łączyła nas  tajemnica  wspólnej jesiennej pory urodzenia ,   delikatny koloryt tych owoców utrwalony  na akwareli namalowanej przez ojca jeszcze w czasach wileńskich , ale najbardziej  ogrody.

Po tylu latach widzę, jak by to było zaledwie wczoraj, ogrody na gorzowskich wzgórzach .       Chodziliśmy tam pieszo , posłusznie dreptałam obok ojca , długo oglądaliśmy  konie  za dużym ogrodzeniem , prowadziły nas małe , kręte uliczki otoczone ładnymi niewielkimi domami . I nagle otwierała się wielka zielona przestrzeń. Zawsze witała  fragmentem nagiego piaszczystego zbocza , dla dziecka jawiącego się  jak ogromna  piaskownica spływająca w dół .W ogrodach królowały dorodne drzewa,  najczęściej śliwy. Ich owoce spadały na kolana siedzących na trawie…

     Kiedyś usłyszałam, że te ogrody już odeszły w przeszłość. Wybudowano tam wielkie domy. Nie chciałam  wracać do mojego miasta .

Ale jak wiadomo, najlepszym lekarstwem  jest czas. Odważyłam się . Pomyślałam, że domy , to tylko jakiś  znak czasu, ale ludzie? Jacy ludzie zamieszkali w tym magicznym śliwkowym raju? Czy są inni, czy czują się inaczej wiedząc, że mieszkają w moim zaczarowanym miejscu .

Poszłam  o świcie, żeby zobaczyć jak tam , na moich dawnych działkach , budzi się dzień. Stałam nieruchomo na skraju wzgórza.

Mieszkańcy pojawiali się stopniowo. Najpierw powoli wyłaniali się starsi panowie, wyprowadzali   swoje  psy, niektórzy leniwie wciągali dym z zapalonych pospiesznie papierosów , inni człapali po schodach z siatka pełną świeżych bułek.

Po niewielkiej pauzie, gdy słońce już stawało się widoczne ,  wielu  młodych ludzi  zwinnie zbiegało w dół , skacząc po dwa lub trzy stopnie na raz w dół, zapinając po drodze kurtki. Słychać było głośno zatrzaskiwane drzwi samochodów , już pracowały silniki i po chwili zaczęła panować wielka ciepła cisza.

Pomyślałam dziecięco rozczarowana , że mieszkający w moim zaczarowanym podziałowym miejscu  ludzie są zwykli , tacy jak wszędzie.

 

Ale nagle usłyszałam odgłos otwieranego okna. Spojrzałam na górne piętra .W otwartym oknie stała starsza smukła kobieta .W wielkim już słońcu na chwilę zamigotały szklane tafle okna, potem rozbłysły złote refleksy  na jej siwych włosach. Stała długo i patrzyła przed siebie. Co widziała? Nigdy tego nie zgłębię, nie dowiem się.

I zrozumiałam, że widok za oknem wielkiego bloku stojącego na szczycie wzgórz , zajmującego przestrzeń moich działek , może być przepiękny.

Że miasto , dolina wielkiej rzeki u stóp może być większym przeżyciem niż smakowanie późnych jesiennych śliwek.

Tekst własny zamieszczony przed laty w portalu MM Gorzów pod nickiem Łuka

 

Nie ma jak przyjaciele.

 

Wszystko splata się wg jakiegoś centralnego niebieskiego planu.

Im dłużej żyję, tym coraz częściej dochodzę do takiego wniosku.

No na przykład mój powrót do Gorzowa. Niespodziewany, wcale nie upragniony. Przypadkowy nieomal.

Wedzia ( czyli wnuczka Weronika) namówiła mnie by zakupić laptop, potem łącze internetowe, a następnie  zapisała mnie do Naszej Klasy. Ot, była taka moda, ja na emeryturze, więcej wolnego czasu. Czasu bardzo cennego, bo przeznaczonego wyłącznie dla siebie. Przez całe moje dość intensywne życie nie miałam takiej okazji i teraz cieszyłam się tym własnym, wolnym czasem jak dziecko pierwszą zabawką.

Gdy już się znalazłam w portalu Nasza Klasa pomyślałam do dawnych kolegach. Oczywiście poszukiwania rozpoczęłam od czasów licealnych, gorzowskich. Znalazłam kilka osób, napisałam maile. Odpowiedzieli.

I czułam , jak powoli wsysa mnie moja przeszłość. Ożywa , pulsuje i wzywa do konfrontacji. Konfrontacji tego co zapamiętałam, z rzeczywistością .

 

I właśnie dlatego przed czterema laty, po 40 latach nieobecności,  wróciłam do Gorzowa .  Spotkanie z kolegami ze szkolnej ławy było miłe, ale zresztą tak, jak w czasach szkolnych, co mnie stale zadziwia- ludzie których kiedyś lubiłam nadal byli bliżej niż ci, którzy kiedyś byli obojętni. Jednak z nikim nie znalazłam wspólnych, interesujących i porywających mnie tematów.

I wówczas  dowiedziałam się, że istnieje portal społecznościowy o nazwie Moje Miasto Gorzów( MM Gorzów). Na fali uruchomionych wspomnień i obudzonej z wieloletniego uśpienia  sympatii do tego miasta rozpoczęłam pisaninię do tego portalu. 

W tym też czasie zauważyłam grupkę znakomitych ludzi, których artykuły i komentarze wyróżniały się na tle innych.

Po nitce do kłębka, dążąc z dwóch przeciwległych stron- ja z okolic podwarszawskich a Oni z mojego Gorzowa, spotkaliśmy się na tej drodze. I okazało się, że  znajomość była trafiona, poważna i trwała . A nawet mogę powiedzieć, że posiada cechy przyjaźni.

Teraz nasze MM- kowe relacje trochę się rozluźniły, zresztą nasz portal zmienił swój charakter. Ale cóż się na świecie nie zmienia, panta rei….

Z większością nowych znajomych nie mam stałych kontaktów , ale wiem, że gdzieś są w świecie, działają w swoich blogach, innych portalach.

Ale o nich czasami myślę i odnoszę wrażenie, że wystarczy telefon lub mail i znowu mogę być z nimi blisko.

Najważniejszą Znajomością z tego okresu jest gonia. Pewnie jeszcze nieraz będę o niej wspominała, bo jest wspaniałym przewodnikiem – nie tylko prezesem klubu turystycznego  o melodyjnej i ciepłej nazwie „ Nasza Chata” ale też wielkim znawcą naszego wspólnego miasta- Gorzowa. Tak więc przy okazji moich powrotów do tego miejsca urodzenia, na pewno będzie o goni.

Dziewczyna to poważna , aktywna i niestrudzona w znoszeniu moich wahań nastrojów i stawiania mnie do pionuJ

Jestem Jej za to bardzo wdzięczna.

Jednym z wyrazów tego stawiania mnie do pionu jest przysyłanie mi zdjęć z Gorzowa , z cudnej bujnej przyrody podgorzowskiego krajobrazu oraz zdjęć mojej ulicy, pobliskiego najpiękniejszego na świecie wzgórza oraz  domu, w którym mieszkałam.

W ogrodzie michałowickim rośnie gorzowski kasztanek i lipka wyhodowane przez gonię i przez nią przytransportowane.

A także posiadam ekspozycję kamieni brukowych mojego starego Gorzowa, zbieranych przez tę niewielką Dziewczynę do plecaka i również dostarczonych do naszego domu. W ten sposób spędzam czas wśród fragmentów mojego miasta i nie mogę o nim zapomnieć co nie pozwala mi wpadać w mazowiecki marazm.

Oczywiście wszystkich zapraszam do oglądania tej ekspozycji i wspólnej zadumy nad tematem dowolnym….

 

Tak więc po tym przydługim wstępie pragnę zaprezentować ważne cechy mojej bliskiej Koleżanki.

O Jej szybkości i skuteczności działania  świadczą zamieszczone pod tym wpisem zdjęcia.

Otóż po przeczytaniu mojej opowieści o siostrze Babci- Oli i gorzowskim domu jej dzieci, tego samego dnia pognała na odległą od Jej miejsca zamieszkania ulicę i ów dom obfotografowała, nawet przez dziurę w parkanie.

 

Więc mogę teraz wrzucić tutaj za zgodą autorki te prawie gorące zdjęcia .

Miałam  jedynie pewne wątpliwości, do jakiego rozdziału przydzielić ten wpis i zdjęcia.

Ale ostatecznie zdecydowałam, że gorzowskie klimaty znajdą się w rozdziale zatytułowanym „ Powroty”

Może kiedyś moje wnuki i bliscy oraz dalecy znajomi zajrzą do tego miasta, bo naprawdę warto …..

Jeszcze raz dziękuję goni za chęci, wysiłek i ostateczny efekt – bliskie mi zdjęcia …..oto one

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Gorzów ( dawny Landsberg). Skrzyżowanie ulic Drzymały i Borowskiego. Dom poniemiecki a potem siostry mojej Babci- Oli Drzewieckiej, jej córki i zięcia- Maryni i Władka Nowickich Obecnie mieszka tam Władeczek Heyda- prawnuk mojej ciocio- babci.