Na medycznej ścieżce. Ludzie z kliniki prof. Askanasa….

Jak już wspomniałam , na 6 roku medycyny mieliśmy  zajęcia w IV Klinice Chorób Wewnętrznych AM specjalizującej się w kardiologii . Mieściła się ona w opisanym już kompleksie  pocarskich stajni.

Kierował nią profesor Zdzisław Askanas o urodzie semickiej, posągowej, ale wyczuwało się tam większy luz niż w Klinice prof. Orłowskiego. Nie było popisowych pogromów  asystentów i studenci też czuli się mniej skrępowani. O samym profesorze już napisałam .

Jeszcze mam małe wspomnienie o ówczesnej asystentce a może tylko stażystce profesora- dr Kapuścińskiej, córce dr Benendy.

Wśród ludzi pracujących w tej klinice wyróżniali się panowie Lech Ceremurzyński i Jerzy Kuch. Ich sposób prowadzenia ćwiczeń był niezwykły. Obaj imponowali nam wielką wiedzą , błyskotliwym sposobem jej przekazywania i równocześnie niezwykłym luzem. W naszych oczach byli to prawdziwi pasjonaci  wiedzy w swojej dziedzinie. Zresztą potem obaj zostali profesorami i kierownikami  warszawskich klinik.

Być może zespół był jeszcze ciekawszy przed moim przybyciem do Warszawy, ale został znacznie uszczuplony, gdyż  pracowało tam wielu Żydów, którzy po sławnym marcu 1968 roku byli zmuszeni opuścić Polskę.

Większość z nich zamieszkała w Szwajcarii. …

 

Na medycznej ścieżce. Profesor Zdzisław Askanas- twórca nowoczesnej kardiologii polskiej.

 

przepraszam za poprzedni podpis- na zdjęciu nie jest to Profesor Zdzisław Askanas ze swoją żoną- adiunktem Kliniki AM( zdjęcie z internetu)- a jego syn- Aleksander z 2006. Podobieństwo z Ojcem niezwykłe. Dziękuję goni za uwagę


Miałam szczęście przypatrywać się pracy prof. Askanasa w czasie naszych studenckich zajęć w jego klinice, tj. IV Klinice Chorób Wewnętrznych  AM. Był zawsze skupiony, spokojny,  poważny , mądry, o przenikliwym spojrzeniu ciemnych migdałowych oczu. Asystentom pozwalał na samodzielne myślenie, i działanie- umiejętnie kierował zespołem. Jako jeden z nielicznych Żydów –lekarzy nie opuścił Polski w 1968 roku…

 

 

Zdzisław Askanas urodził się w 1910 roku w Warszawie. W 1935 roku uzyskał tytuł lekarza

i podjął pracę w II Katedrze i Klinice Chorób Wewnętrznych w Warszawie  kierowanej przez prof. M. Semerau- Siemianowskiego.

We wrześniu  1939 roku  wstąpił do armii- był jednym z bohaterów obrony twierdzy Modlin. Potem ukrywał się ze względu na swoje pochodzenie ale jednak działał w konspiracji pod pseudonimem „ Dąb”, pod koniec wojny organizował szpitale Rady Głównej Opiekuńczej ( RGO).

Po zakończeniu wojny ponownie wstąpił do wojska a potem pracował w departamencie Ministerstwa Zdrowia.

W 1948 do swojej kliniki wrócił jego pierwszy szef- prof. Semerau- Siemianowski i wtedy  Z. Askanas wrócił do pracy klinicznej.

W 1951 roku uzyskał tytuł dr habilitowanego, został docentem i w 1953 roku zajął się organizowaniem miejskiego oddziału chorób wewnętrznych, który wkrótce został podniesiony do rangi IV Kliniki Chorób Wewnętrznych A. M. w Warszawie.

W 1954 roku, otrzymał nominację profesorską.

Został konsultantem krajowym do spraw kardiologii, która dotychczas się rozwijała w ramach interny. Wówczas dzięki jego staraniom powstała Centralna Poradnia Chorób Układu Krążenia ( 1962) a następnie Instytut Kardiologii w warszawskiej Akademii Medycznej, gdzie w 1963 roku zorganizował pierwszy w kraju Ośrodek Intensywnej Opieki Kardiologicznej . Dzięki prowadzeniu szkoleń dla lekarzy z całego kraju, wyrosła ekipa nowoczesnych kardiologów, którzy rozpoczęli pracę w nowopowstających  Ośrodkach . W powstawanie tych Ośrodków i wyposażenie ich w nowoczesny sprzęt profesor  włożył wiele wysiłku i wkrótce w tym czasie w Polsce było ich więcej niż w Austrii a nawet Francji.

Wypracowany został „ polski model” rehabilitacji pozawałowej , później zaakceptowany i propagowany przez Światową Organizację Zdrowia.

Prowadzono nowoczesne badania epidemiologiczne w Płocku, Sochaczewie i Warszawie , które z równolegle biegnącymi badaniami amerykańskimi w Fremingham zapoczątkowały na szeroką skalę kontynuowane do dziś studia Światowej Organizacji Zdrowia nad rozprzestrzenieniem choroby niedokrwiennej serca i nadciśnienia tętniczego w Europie i na świecie.

 Prof. Z. Askanas był ekspertem tej organizacji, opracowywał koncepcje badań w grupach roboczych Światowej Organizacji Zdrowia. Dzięki wprowadzonej przez niego metodzie (uznanej za modelową w badaniach światowych) rejestracji ostrych incydentów wieńcowych wykazano ogromne niebezpieczeństwo tzw. fazy przedszpitalnej zawału serca ( śmiertelność ok. 40%). Dało to początek działaniom prewencyjnym w ostrym zawale serca.

Równolegle pracowały zespoły psychologów, które opracowały swoje  metody terapii prowadzonej równolegle z działaniami ściśle medycznymi . 

W tym zespole wyrastał znany naszej rodzinie Prof. Jan Tylka. Ten góral o niepożytej, zaraźliwej wręcz energii i optymizmie ładował puste akumulatory mojego depresyjnego wtedy męża. Jesteśmy przekonani, że w przypadku Mirka, sukces  jaki odnieśli kardiochirurdzy jest w równej mierze  udziałem zespołu psychologów, którzy potrafili przygotować do tak ciężkiej operacji i pomóc przy  wracaniu do życia” pełną piersią”…chwała im wszystkim….

 

Niestety działalność Profesora Z. Askanasa została brutalnie przerwana przez rozległy udar mózgu , który nastąpił w 1972 roku.

W 1973 roku odszedł od żyjących człowiek, którego nazywa się „ twórcą współczesnej kardiologii polskiej”.

 

Opracowałam na podstawie wspomnień prof. prof. Kraski, Rywika, Żochowskiego.( uczniów profesora Z.Askanasa)

 

 

Na medycznej ścieżce. dr Biskupska- kolejny przykład postępowania lekarza.

W czasie naszych  zajęć  studenckich w  I Klinice Internistycznej prof. Orłowskiego,  uczestniczyliśmy też w pracy poradni przyklinicznej.

Pracował tam pan, niestety nazwiska nie pomnę, który prowadził pacjentów z przewlekłą niewydolnością nerek , był małomówny i właściwie przekazał nam niewiele swojej wiedzy . Ale za to  pani dr. Biskupska , która zajmowała się chorymi z nadciśnieniem tętniczym, była istnym wulkanem wiedzy i zawojowała nas zupełnie. Bardzo dużo mówiła, ale było to ciekawe, każdego pacjenta informowała bardzo szczegółowo o swoich ew. wątpliwościach i celowości kolejnych badań czy zmiany leku. Podobał mi się ten sposób rozmowy z pacjentem, który stawał się nieomal partnerem lekarza w całym procesie diagnostyczno- terapeutycznym.

Wymagało to wielkiej umiejętności ze strony lekarza, by nie przekroczyć bardzo cieniutkiej linii wzajemnej zażyłości i zachować ledwie widoczną ale wyraźną przewagę  w tym procesie.

Gdy po ukończeniu studiów rozpoczęłam pracę , starałam się postępować podobnie. Nie wiem czy mi się to w pełni udało, ale nigdy nie otrzymałam sygnałów, że pomiędzy pacjentem a mną zaistniała dysharmonia.

Do tej pory pamiętam  porady dr Biskupskiej jak dokonywać pomiaru ciśnienia by uzyskiwać wiarygodny wynik, bardzo starannie omawiała z nami wszystkie przypadki, przeprowadzając różnicowanie.

Jestem jej bardzo wdzięczna, bo poświęcała nam dużo swojego czasu i energii.

Tej wiedzy było tyle, że początkowo odczuwałam chaos w głowie, jednak później problemy się porządkowały tym łatwiej, że uzyskaliśmy solidną podstawę w tejże poradni.

Na medycznej ścieżce. Wielka pozamedyczna pasja Profesora Tadeusza Orłowskiego.

Jak dobrze, że wspominając zajęcia w klinice pana profesora Tadeusza Orłowskiego zajrzałam do Internetu . I dopiero teraz dowiedziałam się, że był  jednym z najwybitniejszych polskich taterników, odkrywcą wielu tras i przejść w Tatrach, m.in  na Galerii Gankowej czy zachodniej ściany Łomnicy.

Był w tej dziedzinie indywidualistą, zwykle chodził sam w góry, unikając licznych grup.

 

Niesamowite to dla mnie odkrycie- zmieniające – ocieplające koloryt światła, w którym zapamiętałam profesora.

 

W Internecie znalazłam taki tekst, który cytuję z całości. Niestety miałam trudności ze znalezieniem nazwiska kobiety, która go napisała. Może szukałam niestarannie, może jednak pominięto je w opracowaniu internetowym.

 

<< Ludzie Tatr

Tadeusz Orłowski

 

Wraz ze śmiercią prof. Tadeusza Orłowskiego odchodzi cała epoka polskiego taternictwa. Tego sięgającymi jeszcze do lat przedwojennych. Taterników nie było wówczas wielu, przeżywali pełną harmonię z górami.

 

Dawne czasy poszły w dal…

 

 

 

Tadeusz Orłowski był dla mnie legendą tych czasów, miałam go zaszczyt poznać osobiście sześć lat temu. Zgodził się wówczas napisać o swym taternictwie do „Pamiętnika PTT”, artykuł ukazał się w tomie 12 (2003) ss. 115–132.

W tych swoich fragmentach tatrzańskich wspomnień zawarł swoją filozofię uprawiania taternictwa. Gdy Orłowski rozpoczynał swą działalność taternicką, panowało już przekonanie, „że w Tatrach nie ma już możliwości zdobywania nowych „sensownych” dróg”.

Sam jednak stał się wkrótce autorem kilku wspaniałych pierwszych przejść – m.in. na Galerii Gankowej czy zachodniej ścianie Łomnicy.

W latach wojny Orłowski nadal uprawiał taternictwo, także bezpośrednio po wojnie, aż po rok 1957.

Był zarazem we władzach konspiracyjnego Klubu Wysokogórskiego PTT i redaktorem naczelnym „Taternika”.

Brał udział w powstaniu warszawskim, a po jego upadku wraz z Wawrzyńcem Żuławskim znaleźli się w Zakopanem. Stanisław Siedlecki zaproponował im schronienie się w Morskim Oku i tam doczekali się wyzwolenia.

W 1947 roku był uczestnikiem pierwszej powojennej wyprawy w Alpy.

„Nowe czasy” nie napawały entuzjazmem. indywidualisty Orłowskiego: „po wojnie sytuacja polityczna wymusiła na nas „usportowienie” działalności górskiej. W praktyce oznaczało to uprawianie taternictwa „stadnego” na odpowiednio zorganizowanych obozach i kursach i oczywiście całkowitą likwidację bezpośredniego osobistego obcowania z górami. Nie wspominam tych czasów z sentymentem”.

Gdy w 1957 roku ginie tragicznie pod Mont Blanc w akcji ratunkowej po Grońskiego i Jugosławian jego partner i najlepszy przyjaciel, Wawrzyniec Żuławski, ówczesny Prezes reaktywowanego Klubu Wysokogórskiego, Orłowski na krótko przejmuje ster klubowy w swoje ręce.

Coraz bardziej oddaje się jednak całkowicie swojej drugiej życiowej pasji – medycynie. Syn znanego profesora medycyny, Witolda Orłowskiego, na którego podręcznikach interny wychowały się całe pokolenia lekarzy tworzy wraz z prof. Janem Nielubowiczem podwaliny polskiej transplantologii. Problemów do rozwiązania było wiele, jak nowych dróg w Tatrach, bo to nie tylko kwestia przyszycia nowego narządu w miejsce schorowanego, nie mogącego dalej funkcjonować, lecz pokonanie bariery immunologicznej organizmu, któremu aplikuje się obce ciało w zamian za własne. Pracy naukowej w dziedzinie medycyny doświadczalnej i klinicznej oddawał się do ostatnich dni życia.

„Ulice Warszawy okazały się o wiele groźniejsze od najtrudniejszych ścian tatrzańskich; niestety cała seria wypadków na nich w praktyce mnie unieruchomiła”. W ostatnich latach miał kłopoty z poruszaniem się, ale codziennie instytutowy kierowca zabierał go do Instytutu i odwoził z powrotem.

Stronił od środowisk klubowych i wydawał się być przez to zapomniany. Wydawało mi się jednak, że z zadowoleniem przyjął moją propozycję napisania o sobie. Wiem, że kontakt z nim nawiązało także pismo „Góry”, na łamach których ukazał się wywiad z nim.

Nie zapominałam o nim, jako o seniorze, chociaż nie bywał na zlotach w Morskim Oku. Ale przed ostatnim odebrała córka jego telefon: prosił aby podziękować za zaproszenie i usprawiedliwić jego nieobecność złym stanem zdrowia.

Orłowski dużą wagę przywiązywał do przestrzegania zasad bezpieczeństwa w górach, był także w szeregach Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Udziela nam porad w swoim artykule: „Żelazną zasadą jest nieustanne pamiętanie, że w praktyce czym teren łatwiejszy, tym jest – paradoksalnie – bardziej niebezpieczny. W nim – zwłaszcza bezpośrednio po wyjściu z trudności – bardziej należy uważać przy zmianie każdego chwytu i nie odbiegać od zasady utrzymywania 3 mocnych punktów podparcia. Jeśli bowiem jeden z nich niespodziewanie się wykruszy, dwa pozostałe uratują życie na ogół nie asekurującemu się w takim terenie wspinaczowi. Nieprzestrzeganie tej zasady było przyczyną śmierci niejednego wybitnego taternika. W czasie mojej działalności górskiej przebyłem ponad 1000 dróg wysokogórskich. Ale dzisiaj brak mi przede wszystkim nie wspinaczki lecz możliwości bezpośredniego przebywania we wnętrzu gór, biwakowania w ich kolebach oraz możliwości swobodnego poruszania się po ich pięknych graniach i ścianach. To wszystko jest już niestety całkowicie na zawsze stracone i to nie tylko dla mnie. Tatry mojej młodości już nie istnieją”.

Czy tylko dla Niego?

Tadeusz Orłowski o sobie,

górach i wspinaniu…

 

Moje taternictwo nigdy nie miało charakteru sportowego, lecz raczej kwalifikowanej turystyki wysokogórskiej. W istocie stanowiło realizację potrzeby bezpośredniego obcowania z Tatrami. Są to bowiem góry unikalne, w tym sensie że łączą w sobie skały, jeziora, potoki i wieczne śniegi oraz obfitą, zawsze żywą florę. Dlatego stroniłem od schronisk – z wyjątkiem Roztoki, a po wojnie Morskiego Oka czy Kieżmarskiej Chaty, które traktowałem jako swoisty „obóz główny”.

 

Pierwsze lata powojenne nie sprzyjały uprawianiu nawet niekwalifikowanej turystyki na terenie Tatr. Początkowo przy schodkach zejściowych do Morskiego Oka znajdował się posterunek wojskowy, który zatrzymywał do chwili powrotu znad jeziora dowody osobiste turystów. Granica była zamknięta i dla jej przekroczenia należało dysponować paszportem, którego w praktyce nie można było uzyskać. Pozostawało zatem jedynie ryzykowne i grożące w owej sytuacji politycznej poważnymi polityczno-karnymi sankcjami nielegalne jej przekraczanie. Wskutek tego schronisko w Roztoce straciło swoje zasadnicze walory. Głównym ośrodkiem taternickim stało się schronisko w Morskim Oku, sprawnie i niesłychanie życzliwie zarządzane przez Wandę i Czesława Łapińskich. Dziunia Łapińska z powodzeniem zastąpiła „Mamę Grabowską” i stała się najpopularniejszą osobistością w ówczesnym polskim światku taternickim. Każdy czuł się w M. Oku jak we własnym domu.

 

Już sama konieczność przebywania na bazie w schronisku była dla mnie trudna do zniesienia. Na obozach spotkałem się po raz pierwszy z trzema próbami współzawodnictwa sportowego; z dwóch wyszedłem obronną ręką. Z trzeciej nie – nawet nie wiedziałem, o jej zaistnieniu. W żadnej z nich nie miało ono wpływu na moje plany.

 

Chciałem być w górach sam, a nie w towarzystwie dwustu osób. Zresztą miałem za złe Żuławskiemu i Wojsznisowi upowszechnianie taternictwa. Uprzedzałem ich: podcinacie gałąź, na której sami siedzicie. Tatry mogą pomieścić tylko około czterdziestu taterników, tak żeby nikt sobie nie deptał po nogach.

Obowiązki służbowe sprawiły, że na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych miałem szereg zobowiązań międzynarodowych i nie mogłem odwiedzać Tatr. Potem wpadałem w nie czasem tylko na parę dni, zazwyczaj deszczowych i błąkałem się samotnie po okolicach Doliny za Mnichem, Pięciu Stawów Polskich, Pańszczycy czy Piarżystej. Czasami wyskakiwaliśmy z Wandą Henisz-Kamińską na nietrudne wspinaczki w okolicy Hali Gąsienicowej i Morskiego Oka. Próbowałem włóczyć się samotnie po południowej stronie Tatr Słowackich. Niestety próby dostania się w głąb niezagospodarowanych dolin nie powiodły się,Tatry stały się po obu stronach granicy całkowicie niedostępne dla bliskiego bezpośredniego kontaktu. Tak więc moje prawdziwe przygody tatrzańskie, rozpoczęte w 1936 roku biwakiem w białczańskiej kolebie zakończyły się po 18 latach pod namiotem rozbitym u stóp mojego ulubionego Żabiego Szczytu Wyżniego.           

 

Jeśli czegokolwiek żałuję w swoim życiu, to tylko tego, że za mało przebywałem w górach. Niczego więcej! Po śmierci Żuławskiego, kiedy wróciłem z Wietnamu, namówiłem Bolka Chwaścińskiego na zorganizowanie wyprawy w Hindukusz. Przebywając za granicą nie mogłem należycie zaangażować się w jej organizację. Kiedy jednak dotarłem do Kabulu, okazało się, że zmuszony jestem już wracać do Polski, gdyż kończył mi się urlop. Musiałem wybierać: praca albo góry, czyli nie miałem praktycznie żadnego wyboru. Potem próbowałem jeździć jeszcze w Tatry, Pireneje i Dolomity – jednak za każdym razem trafiałem na niepogody. Ostatnią swoją drogę zrobiłem w 1980 roku wraz Arno Puškašem, z którym, nawiasem mówiąc, bardzo się przyjaźniłem. To był najlepszy taternik, jakiego znałem.

 

Ostatnie moje samodzielne szlaki taternickie przebyte w towarzystwie Arna [Puškaša] to pierwsze wejście od pd.-zach. na Szarą Ławkę – łatwo i bez asekuracji – a  z niej graniami na Skrajne Solisko oraz bardzo trudny wariant na pn. ścianie Popradzkiej Kopy. Planowanemu turystycznemu wyjściu na Sławkowski Szczyt zapobiegł świeży obfity opad śnieżny. Musiałem wracać. Pozostały za mną wspaniałe białe Tatry skąpane w słońcu. Jednak jeszcze w 2001 i 2002 roku udało mi się wyjechać kolejką na Łomnicę i na Łomnickie Ramię. Moi słowaccy przyjaciele już nie żyją. Jednak głęboko pragnę wyjechać jeszcze choćby raz na Łomnicę oraz złożyć kwiaty na grobie Toni i Arna.

 

Przy atakowaniu nowych trudnych dróg zawsze trzeba się liczyć z możliwością odpadnięcia od ściany. Ono jest bowiem jedynym pewnym dowodem, że w konkretnej sytuacji miejsce to jest nie do pokonania. Zanim udało się znaleźć właściwą drogę zdarzało mi się odpadać przy pierwszych przejściach np. na Galerii Gankowej, w Kominie Świerza, czy na Żabim Szczycie Niżnim. Takie „zaplanowane” i odpowiednio ubezpieczone odpadnięcia nie są groźne. Zdarzały się jednak i niezaplanowane, lub źle przygotowane. Z każdego z nich można było wyciągnąć odpowiednie wnioski. Już na samym początku nauczyłem się jednego: nigdy nie należy być biernym, lecz maksymalnie wykorzystywać każdą sekundę lotu. W praktyce zawsze dojdzie do zetknięcia się ze ścianą. Za wszelką cenę należy więc w czasie całego wypadku zachować pozycję pionową i nie dać się obrócić głową w dół. No i – oczywiście – należy mieć tą odrobinę szczęścia.

 

Nigdy nie bałem się w czasie swoich wspinaczek. Ściana wygląda strasznie z daleka, ale jak się podjedzie blisko, wszystkie stromizny się „kładą”. Ja zresztą nigdy nie bałem się rzeczy, które ode mnie nie zależą. Nie dotyczy to tylko wspinania, ale także zdarzeń z okresu okupacji czy stalinizmu. Jednak czasami miewam silne lęki, ale tylko we śnie. Śniło mi się, że wspinam się w cholernie kruchej skale, bez możliwości asekuracji, ale wie Pan, to są sny tego rodzaju jak np. zaraz mam maturę, nic nie umiem, a przecież jestem profesorem.

 

Góry nauczyły mnie tego, że nie ma rzeczy niemożliwych. Proszę sobie wyobrazić: wszyscy wokół mnie twierdzili, że Galeria jest nie do pokonania, a mnie się to udało. Czterdzieści lat temu zacząłem wprowadzać transplantologię do Polski. Byłem internistą, ale zdawałem sobie sprawę, że jest to jednak zadanie trochę o podłożu immunologicznym. Zwróciłem się, więc do immunologów o pomoc, a oni powiedzieli: Panie Profesorze, niech pan sobie tym głowy nie zawraca, naukowo udowodniono, iż jest to niemożliwe. Pomyślałem sobie wtedy – skoro Galeria była możliwa, to i z tym sobie poradzę…

Nie potrzebuję wiele, by czuć radość z gór. Dwa razy byłem w Nowej Zelandii i dopiero za drugim razem udało mi się zobaczyć Mt. Cook. Poszedłem do doliny, położyłem się i patrzyłem na tę przepiękną górę. To są tak naprawdę piękne chwile. Nic mi więcej w życiu nie potrzeba.

 

Wypowiedzi T. Orłowskiego pochodzą z Fragmentów wspomnień tatrzańskich („Pamiętnik PTT” 2003, nr 12) oraz wywiadu udzielonego W. Kurtyce Góry pod powiekami (GÓRY 2004, nr 7–8).  >>

 

Przeczytałam i zamyśliłam się….surowy profesor w odwiecznych okularach z czarnymi oprawkami a ile ciepła w narracji… szkoda, że już nie można być bliżej, może posłuchać, zapytać. Życie uciekło …..

 

 

 

 

 

Na medycznej ścieżce. Dane oficjalne mojego profesora interny z czasów studenckich…

Tadeusz Orłowski urodził się 13 września 1917 roku w Kazaniu nad Wołgą.
Był synem jednego z największych polskich internistów- Witolda Orłowskiego o którym napisałam poprzednio.

Studia medyczne ukończył w czasie okupacji na Tajnym Wydziale lekarskim Uniwersytetu im. Józefa Piłsudskiego w Warszawie.

 

Od 1945 roku pracował w warszawskich klinikach  internistycznych, w 1963 , rok po otrzymaniu tytułu profesora,  został kierownikiem I Kliniki Chorób Wewnętrznych.

 

W 1975 roku utworzył w Akademii Medycznej Instytut Transplantologii, który stał się wiodącą placówką w zakresie przeszczepiania nerek w Polsce.

 

.

„Bez wątpienia zasługi Profesora Tadeusza Orłowskiego stawiają go w gronie najwybitniejszych polskich lekarzy XX wieku. Dzięki olbrzymiej wiedzy, talentowi organizacyjnemu stworzył polską szkołę interny, był również pionierem nowoczesnej nefrologii i transplantologii klinicznej. Pierwsza dializa w Polsce odbyła się w 1958 roku w Poznaniu, drugim ośrodkiem była warszawska Klinika, w której na początku 1959 roku rozpoczęto dializy przy użyciu sztucznej nerki Alwalla. W 1966 roku, po kilkuletnich badaniach doświadczalnych, uruchomił wraz z profesorem Janem Nielubowiczem program przeszczepiania nerek w Polsce. Uczestniczył w pierwszym udanym zabiegu przeszczepienia nerki 26 stycznia 1966 roku.”

Po przejściu na emeryturę nadal aktywnie pracował naukowo, kierując pracownią izolacji wysp trzustkowych dla celów transplantacji. W kwietniu 2008 roku zapoczątkowane przez Profesora badania zostały uwieńczone pierwszym w Polsce przeszczepieniem wysp trzustki u człowieka .

Nie wymieniam już jego działalności w międzynarodowych towarzystwach lekarskich, ani licznych podręczników jego autorstwa.

Zachowano go w pamięci jako człowieka o pięknej karcie podziemnej działalności okupacyjnej- od tajnego kształcenia studentów medycyny do udziału w Powstaniu Warszawskim w Batalionie Szturmowym” Odwet”  oraz pracy jako lekarza w szpitalach powstańczych.

 

Zmarł 30 lipca 2008 roku. Został pochowany w Warszawie na Cmentarzu Powązkowskim.

 

opracowałam na podstawie Wikipedii oraz informacji zamieszczonej w Pulsie- gazecie Izb Lekarskich

 

Na medycznej ścieżce. O profesorze Witoldzie Orłowskim, ojcu Tadeusza- mojego profesora interny.

 W poprzednim wpisie przypomniałam swoje czasy studenckie i zajęcia w Klinice którą kierował profesor Tadeusz Orłowski.

Wiedziałam, że był synem człowieka wielkiej sławy , również profesora medycyny- Witolda Orłowskiego( ur. w 1874 roku w Norwidpolu , zmarł w 1966 w Warszawie).

Niedawno  przeczytałam w Pulsie, gazecie wydawanej przez Izby Lekarskie o niezwykłych jego losach. Oto najciekawszy moim zdaniem fragment tych dziejów związany z tworzeniem się nowego państwa Polskiego, który przedstawiam we własnej wersji redakcyjnej. 

 

W czasie pierwszej wojny światowej władze rosyjskie wydały zgodę na tworzenie wojska polskiego w różnych regionach kraju. We wrześniu 1918 roku w Kazaniu nad Wołgą rezydował sztab niedawno utworzonej  formacji wojska polskiego.

 Prof. Witold Orłowski otrzymał  wezwanie, by zorganizować u jej boku służbę sanitarną. Gdy  dotarł tam z rodziną,  niebawem  bolszewicy ponownie zajęli  to miasto i wówczas cofnęli zgodę na tworzenie tam wojska polskiego. W tej sytuacji sztab musiał opuścić Kazań .

Profesor pozostawił żonę z czworgiem dzieci w Kazaniu, gdzie ponoć mieszkali w bezpiecznym miejscu, a sam wyruszył z wojskowymi, w letnim płaszczu, mając jedynie 100 rubli w kieszeni.

Prof. pisze w swoim dzienniku „Zapewniono mnie, że gdy wojsko radzieckie w nocy wejdzie do Kazania, na pewno popije się, a wtenczas będzie wycięte. Tak się już stało w Syzraniu. Za parę dni zatem wrócimy” – wyjaśnia.

Ale do Kazania nie wróci już nigdy. Wędrują pieszo lub na zarekwirowanych koniach. Noclegi i żywność zdobywają, grożąc użyciem broni. Sterroryzowany naczelnik małej stacji kolejowej wystawia im pociąg do Ufy. Jednak tam zastają miasto z porozlepianymi afiszami, wzywającymi ludność do ewakuacji gdyż zbliżają się tam czerwonoarmiści.

Profesor postanawia jechać na opanowaną przez” białych” Syberię, do Tomska. Stacjonuje już tam polska dywizja, utworzona do walki z Niemcami.
Dzięki wstawiennictwu ministra w rządzie admirała Kołczaka, który zarządza Syberią profesor otrzymuje tam etat uniwersytecki. Przez 10 miesięcy , które spędził w Tomsku, sprawuje opiekę medyczną nad polskimi żołnierzami.

W sierpniu 1919 roku wyrusza do Irkucka z zamiarem utworzenia szpitala Czerwonego Krzyża dla rannych żołnierzy. Ale tam dociera do niego telegram od komisarza wojska polskiego przy admirale Kołczaku z informacją, że został mianowany profesorem zwyczajnym medycyny wewnętrznej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pisze: „Nie wierzyłem własnym oczom. Zostałem profesorem najstarszego uniwersytetu polskiego i jednocześnie otrzymałem pierwszą wiadomość o rodzinie”.

Rozważa różne możliwości wydostania się z Rosji do Polski.

Polski komitet narodowy w Irkucku próbuje zaangażować w te starania Romana Dmowskiego, który przebywa w Paryżu. Jednak po pewnym czasie Dmowski odpowiada, że mu się nie udało załatwić tej sprawy.

Profesor postanawia szukać okazji we Władywostoku, ale tuż przed wyjazdem zapada na dur osutkowy. Opuszcza Irkuck dopiero na początku lutego 1920 roku.

W tym czasie w placówce japońskiej w Czycie odbiera pismo z Ministerstwa Wyznań religijnych i oświecenia publicznego RP , zawiadamiające o nominacji na profesora UJ ( z 19.06.1919r) oraz list od żony, która pisze, że odnalazła go dzięki pomocy żony premiera Ignacego Paderewskiego- Heleny.

Wraca do kraju rosyjskim statkiem „ Jarosław” zarekwirowanym przez Anglików po wycofaniu się Rosji z wojny. Płynie z resztą polskiej dywizji syberyjskiej i rodzinami żołnierzy. Statek ten za caratu  przewoził galerników z Odessy na Sachalin, więc były tam bardzo trudne  prymitywne warunki a w dodatku   były kłopoty z zaopatrzeniem w żywność. I wkrótce z zapasów pozostała sól i cukier. Pasażerowie stawali się coraz bardziej zmęczeni i sfrustrowani.

Prof. Witold Orłowski jak zwykle starał się swoją aktywnością pobudzić lepsze nastroje wśród pasażerów. Organizował  kursy i wykłady dla dzieci i dorosłych. A trasa była bardzo długa. Płynęli poprzez Hongkong, Singapur, Kolombo. Adem, Port said, Gibraltar, Londyn, Kopenhagę do Gdańska.

To co zobaczył tak opisywał:
„Miasta, które zwiedziłem, miały piękne dzielnice europejskie i brudne, ciasne tubylcze, w których mieściła się masa miejscowej ludności o pożałowania godnym trybie życia”
– pisze. – „Niemile uderzał stosunek białych do kolorowych. Kolorowi nie kryli się z nienawiścią do białych. Tylko nas, Polaków, traktowali inaczej”.

Wreszcie 1 lipca 1920 roku statek zawinął  do Gdańska.

 

Profesor podejmuje pracę w Krakowie, Profesorowie Wydziału Lekarskiego przyjmują go życzliwie. Poza pracą kliniczną ma zajęcia ze studentami 4 i 5 roku, organizuje w klinice zebrania naukowe krakowskich internistów.

Po 5 latach przyjmuje propozycję objęcia katedry diagnostyki i ogólnej terapii na Wydziale lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego. Klinika ta wówczas mieściła się w Szpitalu św. Ducha przy Elektoralnej.

W 1927 roku obejmuje katedrę szczegółowej patologii i terapii chorób wewnętrznych w Szpitalu Dzieciątka Jezus przy Nowogrodzkiej, którą prowadzi do 1947 roku. Dokonuje tam, ogromnych przeobrażeń. Wg obecnej opinii mądrych ludzi działa jak menadżer XXI wieku. Korzystając z pomocy wiceprezydenta miasta urządza oddział przemiany materii, który będzie obsługiwał wszystkich chorych szpitala. Organizuje znakomicie wyposażone pracownie biochemiczne, zdobywając fundusze od firm farmaceutycznych i Kasy Chorych oraz różne dotacje.

Stara się rozwiązać problem przewlekłej niewydolności krążenia poprzez rozpoznanie zaburzeń biochemicznych ustroju, które jego zdaniem wyprzedzają chorobę. Zauważyli to prof. z zagranicy a nawet prof. Gregersen z Nowego Jorku, ale miejscowi nie doceniali znaczenia badań swojego profesora. Dopiero po wojnie słysząc wykłady zapraszanych naukowców z zagranicy, zmienili zdanie.

Z Kasy Chorych otrzymuje pieniądze na urządzenie zakładu elektrokardiograficznego i dotacje na jego działalność. W rewanżu codziennie ma badać 6 chorych kierowanych przez kardiologów. Jednak zauważa, że żaden lekarz z Kasy Chorych nie skorzystał z tej oferty. …

 

Zapamiętano profesora z czasów okupacji, gdy z wielkim zaangażowaniem narażając się na niebezpieczeństwo zajmował się tajnym nauczaniem młodych kadr medycznych.

W latach 1928- 1948 był redaktorem naczelnym uznanego wydawnictwa :” Polskiego Archiwum Medycyny Wewnętrznej”

Otrzymał liczne  tytuły doktora honoris causa m. in. Akademii Medycznej w Łodzi i Uniwersytetu Jagiellońskiego.

 

.

Napisał znakomity 8 tomowy podręcznik chorób wewnętrznych .

Kiedyś otrzymałam od dr Kaczmarka z Gorzowa te książki, wydane na nieciekawym szarawym papierze, pachnące starym kurzem. Budziły mój  ogromny szacunek i wzruszenie. Gdy się zaczytywałam, treści wtedy wydawały mi się ponadczasowe…niestety ofiarowałam te tomiska młodej lekarce i poszły sobie w świat. A szkoda….

Na medycznej ścieżce. Profesor Tadeusz Orłowski i jego metody.

Miałam szczęście  , by pierwsze zajęcia z interny odbywać w dwóch chyba wtedy najlepszych klinikach. U profesora Tadeusza Orłowskiego  uczyliśmy się nefrologii a kardiologii  w Klinice  Profesora Askanasa.

W I Klinice Chorób Wewnętrznych ponownie zobaczyłam sztuczną nerkę. Już kiedyś opowiadałam o tej metodzie leczenia i jej historii przy okazji omawiania zajęć z propedeutyki interny na Akademii Medycznej w Poznaniu. Tam widziałam pierwszą polską sztuczną nerkę wykonaną na wzorcu szwedzkiej, ale z bardzo licznymi cennymi rozwiązaniami inżynierów zakładów im. Cegielskiego. Kliniką poznańską kierował prof. Jan Roguski i w temacie wprowadzania do Polski tej niezwykle cennej metody leczenia jaką była dializa współpracował z prof. Tadeuszem Orłowskim. Obaj byli pasjonatami , bardzo aktywnymi ludźmi i oczywiście lekarzami wielkiej klasy.

Teraz właśnie miałam szansę poznać prof. Tadeusza Orłowskiego.

Był to bardzo wysoki szczupły pan, z ciemnymi włosami, okrutnie  surowym spojrzeniem spoza nieodłącznych okularów w groźnej czarnej oprawce. Gdy pojawiał się na horyzoncie kliniki wszyscy pierzchali i ukrywali się choćby w mysiej dziurze. Był ostry, wymagający i bezwzględny.

Prof. T. Orłowski miał zwyczaj omawiania pacjentów w swoim gabinecie.  O określonej godzinie zbierali się tam wszyscy lekarze kliniki i studenci. I byliśmy świadkami scen dla nas przerażających.

Profesor na szczęście nas ignorował, ale za to swoich asystentów  dosłownie maglował. Wyglądało to jak wielka profesorska popisówa , efektowny, chociaż mrożący krew w żyłach pokaz profesorskiej wiedzy i władzy.

Zbieraliśmy się w gabinecie profesora, studenci tłoczyli się pod ścianą i na znak dany przez profesora, jego asystent czy asystentka wychodził na korytarz, zapraszając czekającą za drzwiami pielęgniarkę w pacjentem na wózku.

I rozpoczynało się wielkie teatrum. Pacjent umieszczany był na kozetce i ów asystent dokonywał prezentacji chorego. Oczywiście długo i zawile przedstawiał zebrany wcześniej wywiad z jego wszystkimi elementami jak cała przeszłość rodzinna, niepokojące objawy i okoliczności wystąpienia pierwszych i kolejnych objawów i dalszy przebieg choroby , leczenia etc.

Pacjent w tym czasie leżał sobie na tej kozetce i albo drzemał, albo wpadał w zadumę.

Przy okazji omawiania poszczególnych chorych  profesor długo i detalicznie przepytywał  swoich asystentów z nieomal  całej medycyny , nie oszczędzając słów krytyki. Do tej pory zadziwiam się , jak  wytrzymały w zespole Pana Profesora  miniaturowe blondynki, jak np. obecna profesor  Lilianna Gradowska. Ileż siły było w tej  drobnej kruchej kobiecie. Spotkałam ją po bardzo wielu latach, miałyśmy wykłady – ona z nefrologii dorosłych a je dziecięcej w kilku miastach Polskich, m.in. w Siedlcach. Pozostała piękna, drobna i krucha….

 

Na medycznej ścieżce. Kliniki…

Powoli ulegałam złudzeniu, że tylko w szpitalu jest prawdziwe życie. Wydawało mi się, że Rodzina- mąż , dzieci, Rodzice  są w moim innym i bezpiecznym świecie.

Bez reszty wciągały mnie zajęcia kliniczne.

Kliniki akademickie mieściły się w dawnych carskich stajniach położonych w samym sercu Warszawy , pomiędzy ul. Nowogrodzką, Oczki, Lindleya i Chałubińskiego. Teren był ogrodzony wysokim ceglanym murem z dwoma bramami i portierniami od strony ul. Nowogrodzkiej i Lindleya. Po pokonaniu portierni w której urzędował sędziwy i srogi pan, nagle otwierał się inny i tajemny świat. Mimo ciszy która tam panowała, już wiedzieliśmy, że za nią kryją się ludzkie tragedie, może czasem małe radości , krzątanina personelu medycznego , który przybywał tam i spędzał  wiele godzin swojego życia.

Działo się to w równo ustawionych pawilonach o kształcie  jednakowej wielkości prostopadłościanów, z niskim dwuspadowym  dachem , zbudowanych tak jak mur z czerwonej cegły, posiadających  wysokie dość wąskie zwykle puste okna .

 Całość była zatopiona  w pięknych ogromnych i bardzo starych drzewach., pod koronami których rozścielono wąskie uliczki i chodniki prowadzące do pawilonów.

Miejsce mogłoby być czarowne gdyby nie fakt, że wjeżdżały tam karetki i to często na sygnale.

I gdyby nie nasza wiedza, co się dzieje za pozornie pustymi oknami budynków można by spacerować cienistymi alejkami i myśleć o niebieskich migdałach.

To miejsce miało klimat i ma zresztą do tej pory, mimo, że pojawiło się tam kilka zupełnie nowych nowoczesnych obiektów

Na medycznej ścieżce. Pacjenci….

Już kiedyś pisałam o zajęciach na Akademii warszawskiej. Od 4 roku studiów dominowały zajęcia kliniczne.  Czuliśmy się coraz bardziej związani z zawodem, pacjentem. Jednym słowem można to nazwać aktywnym zaangażowaniem. Tak , czuliśmy jak pochłania nas życie innych ludzi i ich problemy . Jeszcze po zajęciach zawzięcie dyskutowaliśmy na różne medyczne tematy, próbując znaleźć własne złote  rozwiązanie diagnostyczno- terapeutyczne. Może to brzmieć śmiesznie, zwłaszcza po tylu przebytych latach w zawodzie, kiedy już wiadomo, że takiego złotego rozwiązania nie ma- zawsze są wątpliwości, które w dodatku się piętrzą….ale byliśmy bardzo młodzi , przejęci i ufni.

Już wtedy czułam, jak oplata mnie tajemna nić , która łączy i przywiązuje mnie do moich pacjentów. Myślę o nich często, widzę ich twarze, dłonie, czasami bezradne ciała, wracam do ich problemów i losu który pokierował ich życiem. …

 

Na medycznej ścieżce. Razem na tej ścieżce….

 

My w 1968 roku. Zdjęcie wykonane przez mojego Tatę- Wacława Łukaszewicza.

 

 

Jak już pisałam wcześniej od 1968 roku na mojej medycznej ścieżce pojawił się mężczyzna. I od tej pory stale Go tam spotykałam (*-*). Dzielił ze mną wszystkie, no nieomal wszystkie, trudy medycznego zawodu.

Ten mężczyzna to Mirek Konopielko który został moim mężem 1 czerwca 1968 roku, czyli wtedy, gdy byłam w połowie studiów medycznych.

Data ta była znamienna, bo oznaczała równocześnie Dzień Dziecka. Co nomen omen stało się prorocze, gdyż stworzyliśmy rodzinkę z czwórką dzieci.

Mirek dzielnie znosił moje wieczne uzupełnianie edukacji, nieobecności w domu w czasie gdy pełniłam dyżury i w ogóle tolerował to, że chcę pracować zawodowo i to z wielkim zaangażowaniem sił.

 Był tylko jeden warunek dla trwania w tej tolerancji, niepisany zresztą i nie omawiany nigdy. Musiałam funkcjonować w domu , gdy już w nim byłam, tak-  by wszystko grało. Mirek nie znosił obecności obcych ludzi w domu, więc nie zgadzał się na osoby, które mogłyby pomóc w pracach domowych. Nie lubił  stołowania  się poza domem i w tym temacie też nie ulegał moim wielokrotnym sugestiom.

A wobec tego po powrocie z pracy stawałam się samodzielną gospodynią domową na pełnym etacie. Wszyscy się domyślają, co oznacza termin samodzielna:-).