Na medycznej ścieżce. Opuszczam Poznań. Dygresja o moim ” czasie”

Jak już pisałam wcześniej, po trzecim roku medycyny wyszłam za mąż.

Wiązało się to z koniecznością przeniesienia się do Warszawy.

 

Opuściłam Poznań bez żalu.

Miałam naturę człowieka, który nie ogląda się wstecz, nie wyobraża sobie co może go spotkać w przyszłości , tylko intensywnie żyje dniem codziennym .

Dopiero z upływem bardzo wielu lat , przyszedł okres w naszym życiu, że z dużym wyprzedzeniem planowaliśmy wspólne wyjazdy.

Nasze dzieci były już dorosłe, a  Mirek, mój mąż miał za sobą liczne przygody zdrowotne . Moi Rodzice , którzy wtedy jeszcze żyli, mieszkali w sąsiednim mieszkaniu wspólnego bloku w Warszawie przy ul. Broniewskiego 22 , jeszcze funkcjonowali wspierając się nawzajem.

Łapaliśmy więc oddech , ciesząc się wolnością i wówczas miłe było rozmyślanie o podróżach.

Lubiłam  przeglądać katalogi różnych biur podróży,  wybierać ciekawe miejsca, oceniać oferty i wcześnie rezerwować interesujące wyjazdy zagraniczne.

To było jakby zaklinanie  rzeczywistości, że nic się nie wydarzy w czasie oczekiwania . Ale oczywiście zawsze brałam pod uwagę możliwość konieczności rezygnacji.

Jeśli z jakiś powodów wyjazdy nie dochodziły do skutku, po wędrówce” katalogowej” i długim planowaniu czułam się tak, jakbym tam już była.

Tak więc w tym okresie praca i te podróże , czasem tylko wirtualne, pochłaniały mój czas. Istniała tylko teraźniejszość i przyszłość.

Przejście na emeryturę, a co za tym idzie,  poszerzenie  mojej „wolnej strefy czasowej” i co tu mówić, pewnie naturalna kolej rzeczy- starzenie się, spowodowało, że przyszły myśli o tym co było.

Dla swojego usprawiedliwienia, by nie szukać przyczyny w starzeniu się , znalazłam powód bezpośredni.

Otóż niewątpliwie moje pisanie w tym miejscu porusza pokłady wspomnień, do tej pory starannie przykryte grubą warstwą codzienności.

 

Na medycznej ścieżce. Szpitalna praktyka w Lidzbarku Warm.

 

Namówiłam Marylkę Durkiewicz, z którą mieszkałam w ciągu ostatniego roku w Poznaniu przy ul Sieradzkiej, na praktykę w Lidzbarku. Zalecono nam, by tym razem odbywała się ona w szpitalu powiatowym. Więc Lidzbark doskonale pasował, w dodatku miałam nadzieję, że moja Teściowa zgodzi się na zakwaterowanie Marylki w swoim domu. Byłam dziecięco naiwna i w ogóle sobie nie wyobrażałam, że może być inaczej. Gdy radośnie i beztrosko obwieściłam Teściowej , że przyjeżdżam z koleżanką, napotkałam na przysłowiową ścianę. Lodowatym tonem obwieszczono mi, że jest to niemożliwe, gdyż mieszkanie przy Mazurskiej jest za małe. Oczywiście , gdybym pomyślała rozsądnie, taki głupi pomysł nawet by mi nie przyszedł do głowy. Teściowie mieli dwa pokoje, ale wchodziło się najpierw do kuchni, potem do dużego saloniku i z niego do kolejnego pokoju . W takiej sytuacji Marylka zostawała na lodzie. Jednak Teściowa wyratowała mnie z kłopotu, gdyż załatwiła koleżance całkiem ładny pokoik na stryszku szpitalnym. Jednak od tej pory nasze kontakty z Marylką były już chłodnawe i potem się urwały.

Szpital w Lidzbarku Warmińskim był bardzo ładny. Budowla jeszcze poniemiecka, ale misterna, z wieżyczką i ładnym wnętrzem. Pierwsze wrażenie było przesympatyczne. Po nieprzytulnych klinikach , tutaj było kameralnie, czyściutko ,ładnie i przyjemnie pachniało.

Ja dostałam przydział na pracę w najpierw w oddziale chirurgii. Nie było to dla mnie szczególne przeżycie, bo miałam praktykę na chirurgii po pierwszym roku studiów. Tam widziałam bardzo dużo, przyjaźniłam się z pacjentami i tam zostawiłam moje serce.

Ale po tygodniu zostałam przeniesiona na oddział ginekologii i położnictwa. I tutaj nowe doznania, wrażeń moc. Ordynatorem był starszy wysoki przystojny i nobliwy lekarz- niestety nie zapamiętałam nazwiska. Emanował spokojem i powagą. Ale obok kręcił się śniady niewysoki, bystrooki młody doktor. On wprowadzał tam atmosferę ciepłą, a nawet zabarwioną pewnym seksualnym ożywieniem. Jego śmiejące się oczęta pewnie niejednej pacjentce mogły zawrócić w głowie, gdyby nie specyficzne okoliczności. Oddział pełen bidulek w białych koszulinach, które to koszuliny były zwykle rozpłatane od piersi do brzucha, ze zwisającymi smętnie tasiemkami, którymi usiłowano  sznurować owo rozpłatanie. Dziewczyny z wielkim brzuchami na patologii ciąży albo z niewiele mniejszymi, tuż po porodzie pewnie nie miały w głowie uwodzenia swojego doktora, ale kto ich tam wie.? Oczywiście trochę żartuję, ale faktycznie dr Zdzisław Ścisło, bo tak się nazywał ten młodziutki, ożywiał klimat tego oddziału.

Dni spędzałam na badaniu pacjentek, opisywaniu ich stanu w historiach chorób, ale przede wszystkim na sali porodowej.

I tutaj po raz pierwszy byłam świadkiem porodów. Razem z rodzącymi nabierałam powietrza i gdy one miały przeć, ja też parłam. Udzielał się ten nastrój walki o nowe życie. I wydawało się, że też w niej uczestniczę, a na pewno w ten sposób pomagam .

To wrażenie było silne, niezwykłe i właściwie brakuje słów dla określenia tego cudu, gdy w kroczu pojawiała się główka, a potem mały pędrak wydzierał się na stoliku do badań.

A potem wielka radość matki, gdy już po porodzie oddychała z ulgą i cieszyła się słysząc krzyk swojego dziecka.

Oczywiście wtedy rodzące miały nacinane krocza, więc długo trwało, gdy dr siedział pomiędzy nogami położnicy  i cerował to nieszczęsne krocze.

Mimo zachwytów nad cudem narodzin, nigdy nie miałam marzeń, by zostać położnikiem.

Popołudnia spędzałam u Teściów, których uwielbiałam długo przedtem , zanim poznałam swojego Męża. Ich domek był położony u podnóża cudnego parku nad przełomem rzeczki Symsarny. Wędrując zboczami wysokich wzgórz, po wygodnych ścieżkach, które jeszcze pozostawili Niemcy, wśród burzy zieleni, w dole widziałam połyskującą rzeczkę. I nasycałam wszystkie zmysły urokiem tego miejsca. Miejscami odsłaniał się widok na miasteczko leżące w dole, z nieproporcjonalnie wielkim zamkiem Biskupów Warmińskich i wielką wieżą kościoła. Miasteczko zatopione we wzgórzach i ogromnej zieleni. Przy tej zieleni, wzgórzach, zamku i kościele , domki mieszkańców wydawały się jak pudełeczka z czerwonymi dachami. Wracałam o zachodzie słońca.

Niezapomniane były te chwile .

W niedzielę przyjeżdżał Mirek i szaleńczo się robiło, mimo, że trochę marudził przy Mamusi- widocznie lubił, gdy ciepło się nim opiekowała. W ogóle miała w sobie ogrom ciepła, wystarczało dla wszystkich.

 

Na medycznej ścieżce. O naszym ślubie.

 

W żoliborskim Urzędzie Stanu Cywilnego.Za nami od lewej: mój Tato, moja Mama i Teściowie. Za Teściową fragment głowy Grani.

 

Ten rozdział miał się znaleźć w planowanym opisie naszego wspólnego małżeńskiego życia, ale jest mi tak miły, że chcę się teraz podzielić swoimi wspomnieniami.

 

Różni chłopcy pojawiali się w moim życiu. Ale żaden nie budził mojego zainteresowania. Po prostu nie przychodziła miłość.

Aż nagle, w grudniu 1967 roku, mój świat zawirował.

Bo spotkałam Mężczyznę swojego życia. Kiedyś o tym opowiem, bo ta historia zasługuje na odrębny rozdział.

Zaplanowaliśmy termin ślubu, tym bardziej, że był już mężczyzną dojrzałym do małżeństwa. Ponieważ uczelnie poznańskie kończyły zajęcia w końcu maja, by zwolnić akademiki dla gości targowych , ostatni egzamin miałam 27 maja. Była to farmakologia, wielka kobyła, mnóstwo materiału do zrozumienia i wkucia. Ale poradziłam sobie bez problemów, zdałam na 4, co dało mi szansę zwolnienia z zajęć na uczelni warszawskiej gdzie nauka tego przedmiotu w odróżnieniu do akademii poznańskiej trwała nie jeden rok, a 2 lata.

Bezpośrednio po tym egzaminie wsiadłam do pociągu , którym już jechała z Gorzowa moja Mama , i wylądowałyśmy w Warszawie. Ślub miał się odbyć za 4 dni, tj 1 czerwca 1968 roku.

W ogóle nie była przygotowana do tej ceremonii, która wprawdzie była tylko tzw cywilna , tj przed urzędnikiem.

W ogóle się tym nie przejmowałam, a przecież nawet  nie miałam sukienki, butów etc. Chciałam tylko być razem i obok mojej Miłości.

Dobrze, że Grażyna – Bratowa Mirka, mojego przyszłego Męża, stanęła na wysokości zadania i przejęła opiekę nade mną, beztroską gapą .

Do tej pory , gdy wspominam ten okres, dziwię się sobie i jestem wdzięczna Grani.

Przez kolejne dni szlifowałyśmy warszawskie bruki, odwiedzając liczne sklepy, gdzie ja zachowywałam się jak beznadziejna ale radosna ofiara.

W rezultacie moja opiekunka zdecydowała, że pomarańczowa sukienka z pięknej żorżety , którą wypatrzyła w Modzie Polskiej, najelegantszym wtedy sklepie , będzie odpowiednia. Potem jeszcze wybrała buty w sklepie przy ul. Chmielnej, zamówiła najlepszego w Warszawie fryzjera, Gabriela .

Nie wiem co Grażyna sobie o mnie myślała, ale nie zasłużyłam na pochwałę.

I tak , w pomarańczowej sukience, z gerberowym bukietem  i lokach na głowie stanęłam u boku Mirka w Żoliborskim Urzędzie Dzielnicowym przy ul. Słowackiego.

Idąc tam, zauważyłam kątem oka, że na sąsiednich drzwiach wisiała tabliczka- rejestracja zgonów. Ale w ogóle się tym nie przejęłam, tak zresztą jak i ceremonią ślubną.

Grażyna i Mundek Niedziałek byli naszymi świadkami, i poza naszymi Rodzicami Mirek zaprosił paru swoich kolegów.

Przedtem wybraliśmy w ORNO ( kultowym wtedy sklepem , zakładem produkującym niepowtarzalne wyroby ze srebra) dość grube srebrne obrączki , które teraz założyliśmy sobie nawzajem i tym samym przypieczętowaliśmy nasz związek. Pewnie miały magiczny wpływ, bo przetrwaliśmy już razem 44,5 lata!!!

Potem wylądowaliśmy w Restauracji Hotelu Europejskiego, miejscu wytwornym, ale ogólnie dostępnym.

Szczęśliwie wydzielono nam ustronne miejsce i zasiedliśmy przy wspólnym stole.

Tańce odbywały się na parkiecie, gdzie tańczyli już inni ludzie.

Ale nam się zdawało, że jesteśmy tylko my i dla nas grają. Przytulałam się do Mirka, który był bardzo poważny i tańczył tylko ze mną.

Myślałam, że zawsze tak będzie. Ale szybko się przekonałam, że mój mąż jest osobą bardzo zabawową i towarzyską , lubi bawić się z różnymi kobietami.

Po początkowych dąsach, szybko się nauczyłam też takiego stylu zabawyJ .

A to niezwykłe zachowanie mojego męża w czasie bankietu ślubnego zrozumiałam po latach. Wtedy, gdy się przyznał, że bardzo źle się czuł z powodu ropnia na pośladku.

Chyba nie spędziliśmy typowej  nocy poślubnej, bo w jednym pokoju, który posiadał M. spali moi Rodzice. Ale potem nadrobiliśmy zaległości.

Następnego dnia pojechałam do Lidzbarka, gdzie rozpoczęłam praktykę studencką. Zadano nam bowiem takie zajęcia w szpitalu powiatowym. Wybrałam więc Lidzbark, gdzie mieszkali moi Teściowie, których znałam od dawna i uwielbiałam….

 

Na medycznej ścieżce. Rok 1968- początek lat warszawskich

Gdy po 3 roku studiów wyszłam za mąż , przeniosłam się do AM w Warszawie.

Ta uczelnia różniła się od poznańskiej. Zresztą tak jak różni byli mieszkańcy tych miast.

 Poznaniacy, mieszkający w swoim mieście od pokoleń, byli uporządkowani i  przewidywalni  . W czasach moich studiów, myślałam o nich- straszni mieszczanie w strasznych mieszkaniach. Wtedy uporządkowany Poznań wydawał się nudny.

Prawdziwi warszawiacy zginęli w Powstaniu albo zmienili miejsce zamieszkania. Klimat obecnej Warszawy tworzyli przybysze , którzy  niedawno opuścili swoje wsie i miasteczka.  I w atmosferze panującego w tym mieście ogólnego chaosu ,   zaczęłam doceniać walory mieszkania i studiowania w spokojnym stabilnym mieście i na uporządkowanej uczelni. Byłam zdziwiona , bo podczas gdy terminy kolokwiów i egzaminów w Akademii Poznańskiej były znane dużo wcześniej i nie ulegały zmianom, tutaj  do ostatniej chwili nie znaliśmy tych terminów . Nierzadko zdarzało się , że wreszcie ustalone terminy były zmieniane dosłownie w ostatniej chwili.

W czasie zajęć w klinice w Poznaniu , uczono nas, by nie siadać na łóżku badanego pacjenta , a w czasie obchodu nie trzymać rąk w kieszeni. Tutaj już w czasie pierwszych zajęć klinicznych zauważyłam, że dopuszczalne jest nie tylko siedzenie na łóżku chorego , ale wręcz nieomal wylegiwanie się obok.:) oczywiście trochę  teraz przesadziłam, ale ten fakt przejmował mnie niechęcią . Jednak powoli się przyzwyczajałam.

Na medycznej ścieżce. Propedeutyka pediatrii.

 

 Zajęcia kliniczne na 3 roku studiów były zdominowane przez wrażenia z propedeutyki interny, odbywanej w Klinice Profesora Roguskiego.

Ale  w tym samym czasie wprowadzona była też propedeutyka pediatrii. Niestety były to tylko wykłady. Widocznie tak przewidywał plan. Dlatego też nie było mocnych wrażeń, które by się wryły w naszą świeżą i chłonną pamięć.

Zapamiętałam jedynie ówczesną panią Docent Marię Goncerzewicz. Wykładała  ten przedmiot. Zwykle spacerowała za katedrą, czasami coś pokazując na tablicy.

Była bardzo przystojna, wysoka i dostojna. Pięknie nosiła dumną głowę, z włosami ciasno zaczesanymi i upiętymi w kok szczelnie zamknięty  na kształt muszli z bocznym wejściem .

W czasie wykładu wpatrywałyśmy się z zachwytem w tę wysoką  energetyczną piękną kobietę . Gdy tworzono Centrum Zdrowia Dziecka  w Warszawie , została dyrektorem naczelnym z  misją zorganizowania zespołu kierowników klinik . Poradziła sobie z tym trudnym zadaniem, ściągając najlepszych fachowców  z różnych ośrodków w kraju….

Pewnie jeszcze kiedyś o Niej opowiem…

Na medycznej ścieżce. Dzieje dializoterapii.

Wspominając moje tamte studenckie czasy, lata 1965- czytam w Internecie na temat historii dializoterapii.

   Początek tej historii, to działania Willera Kolffa, który w czasie drugiej światowej przeprowadził w Amsterdamie pierwszą na świecie dializę. .

Wówczas to Willem Kolff  wykonał w Amsterdamie pierwszą na świecie dializę. Wyprowadził on krew z ustroju pacjenta , przepuścił przez błonę celofanową umieszczoną w specjalnym aparacie i krew już oczyszczoną wprowadził z powrotem do ustroju. To była właśnie pierwsza sztuczna nerka.

W 1946 roku prof. W.Kolff ofiarował sztuczną nerkę Polsce, ale nigdy nie została wykorzystana. Prawdopodobnie zabrakło odważnych lekarzy, bo prowadzenie dializ to jest nie lada wyzwanie.

W 1957 roku powstał ośrodek dializ w Pradze czeskiej. Leczono tam kilku pacjentów z Polski.

W 1958 roku Prof. Jan Roguski ( nasz poznański profesor!)  i wtedy jeszcze doc Witold Orłowski z Akademii Medycznej w Warszawie przekonali polskie władze , że wożenie pacjentów do Pragi jest wstydem dla naszego kraju.

Nie było to łatwe, ale obaj lekarze byli uparci, ogarnięci ideą i co najważniejsze nie mogli patrzeć jak umierają ich chorzy, którym można było pomóc. Wyobrażam sobie ich determinację.

I  wreszcie  nastąpił moment dawno oczekiwany i podniosły. Zakupiono dwie sztuczne nerki .

Jedną umieszczono w II Klinice Chorób Wewnętrznych w Poznaniu , kierowanej jeszcze przez Prof. Adama Biernackiego a następnie prof. Jana Roguskiego   , a drugą w I Klinice Ch.  Wewnętrznych w Warszawie, gdzie działał Prof. Witold Orłowski .

 Aparaty  działały przez kilka lat, potem polscy lekarze i inżynierowie wprowadzili kilka istotnych usprawnień w szwedzkich urządzeniach a właściwie skonstruowali je od początku.  

To była data rewolucyjna w polskiej nefrologii  . Od tej pory w Polsce uratowano życie wielu pacjentom  z przewlekłą niewydolnością nerek . 

 

Jak już pisałam wcześniej, miałam szczęście oglądać to urządzenie w poznańskiej Klinice , niespełna 8 lat po  zainstalowaniu. Już wtedy było nieomal w całości zrekonstruowane przez polskich inżynierów z poznańskich zakładów Cegielskiego.

I dostąpiłam   zaszczytu  poznania Wielkiego Człowieka Polskiej Medycyny, wspaniałego Lekarza i Nauczyciela , niewysokiego szczupłego o arystokratycznych rysach, pasji w oczach i wielkiej klasie Profesora Jana Rogulskiego.

A po trzech latach, w czasie zajęć w Akademii Medycznej w Warszawie  oglądałam dializy i z lękiem postrzegałam bardzo surowego Profesora Witolda Orłowskiego.

To byli Wspaniali Ludzie, niesamowicie zaangażowani zawodowo, których działania na pewno wspominają tysiące uratowanych pacjentów i ich rodzin. Dzięki Nim można uwierzyć w piękno Człowieka – Lekarza !

 

 

 

Na medycznej ścieżce. Dializoterapia

 

Nakłuta przetoka  tętniczo – żylna. Doprowadzanie i odprowadzenie krwi z urządzenia do dializy.

 

Lekarze od dawna obserwowali pacjentów ze schyłkową niewydolnością nerek. Przyczyny tego stanu mogły być różne, ale skutki metaboliczne były podobne.

Dochodziło do wielkiego nagromadzenia różnych substancji,  co powodowało ogólne zatrucie pacjenta. Próbowano zahamować proces zatruwania poprzez różne ograniczenia dietetyczne, podawanie leków wiążących toksyny. Jednak organizm pozbawiony funkcji nerek nie był w stanie długo funkcjonować. Medycyna była w takiej sytuacji bezradna.

Już bardzo dawno poznano budowę nerek i wiele mechanizmów za pomocą których ten narząd oczyszcza organizm. Najprostszy z nich to specjalne błony, oddzielające przepływającą krew od tego co się z niej przesączy tworząc tzw. mocz pierwotny. W tym moczu stężenie trucizn jest niższe niż we krwi co powoduje przechodzenie ich z krwi do moczu i następnie wydalenie z ustroju.

 

Ten mechanizm wydawał się bardzo prosty i już na początku XX wieku dojrzał pomysł, by skonstruować urządzenie do pozanerkowego oczyszczania organizmu i tym samym ratować życie pacjentów z przewlekłą niewydolnością nerek.

Największą trudnością było wynalezienie środka, który zapobiegałby krzepnięciu krwi w tym urządzeniu oraz wyszukanie odpowiedniej błony, która by odpowiednio tę krew filtrowała pozostawiając krwinki a usuwając jedynie toksyny.

Tuż przed II wojną światową wynaleziono heparynę. Hamowała ona krzepnięcie krwi, więc problem pierwszy wydawał się być rozwiązany. W czasie II wojny światowej w badaniach doświadczalnych użyto zwykłego celofanu. Spełniał on wszystkie oczekiwania i doskonale przepuszczał jedynie substancje nieprawidłowe.

Do zabiegu oczyszczania pozaustrojowego na żywym, chorym człowieku był przygotowany i odważnie go wykonał  William Kolff. I właśnie on po raz pierwszy w świecie, w czasie II wojny światowej w Amsterdamie przeprowadził skuteczną dializę.

Ze względów higienicznych, by zapobiegać zakażeniom z zewnątrz wydzielono specjalną salę i pracowali tam ludzie, którzy nie kontaktowali się z innymi pacjentami. Pacjent był ułożony na specjalnym łóżku osadzonym na wadze. Obok łóżka ustawiono urządzenie, które miało kształt walca, a w środku, za osłonami były nawinięte jak na szpulę celofanowe rurki. Było ich około 20 m. W tych rurkach przepływała krew pacjenta, tłoczona tam za pomocą specjalnej pompy. Szpula ta i rurki były zanurzone w specjalnie przygotowanym roztworze, który wysysał z przepływającej krwi substancje toksyczne. 

Ponieważ każdy zabieg wymaga nakłuwania tętnicy i żyły chorego, wymyślono tzw przetokę. W tym celu na jego ręce, pomiędzy dłonią a łokciem nacięto tętnicę, wszywając rurkę  z tworzywa sztucznego, a drugi jej koniec wszyto do naciętej żyły. Krew z tętnicy przepływa przez przetokę i wraca do żyły tworząc zamknięty obieg. Umożliwia to częste nakłuwanie, bez bólu pacjenta oraz oszczędza cenne naczynia chorego.

Po nakłuciu przetoki, krew pacjenta jest tłoczona do celofanowych przewodów urządzenia do dializy. Przebywa odległość ponad 20 m. By zachować w tym czasie prawidłowe krążenie krwi chorego, w czasie każdej dializy dodatkowo podaje się ok. 500 ml świeżej krwi innego człowieka. Zabieg trwa ok. 6-12 godzin. Jeśli jest wykonywany z powodu tzw ostrej niewydolności nerek, tzn nagłego zatrzymania jej pracy na skutek różnych przyczyn może wystarczyć tylko jeden lub kilka do odzyskania zdrowia. Jednak gdy nerki są zniszczone, zabiegi wymagają powtarzania kilka razy w tygodniu.

 

O tym wszystkim opowiadał nam prof. Rogulski, było to jego pasją.

Podziwialiśmy odwagę ludzi, którzy nie wahali się, by w taki ryzykowny, nie pozbawiony ciężkich powikłań sposób ratować życie swoich chorych.

Na medycznej ścieżce. Sztuczna nerka.

 

Któregoś dnia, gdy w poznańskiej klinice odbywaliśmy zajęcia z propedeutyki interny, zaproszono nas do specjalnego pomieszczenia.

Lekarze byli przejęci i czuliśmy, że zobaczymy coś niezwykłego, nadzwyczajnego.

Wchodziliśmy kolejno, tłocząc się pod ścianą.

Prawie cały pokój zajmowała maszyneria: warczał silnik, pluskała pompa a w centrum stał ogromniasty kocioł z przykrywą.

Gdzieś daleko, poza tymi urządzeniami dostrzegliśmy zwykłe szpitalne łóżko a na nim chudziutkiego człowieka o szarej twarzy. Na krawędzi łóżka spoczywała jego koścista ręka z której wyprowadzone były przewody wypełnione krwią.

Gdyby nie obecność pacjenta, wydawać się mogło, że pomyliliśmy pokoje i teraz znajdujemy się w jakimś pomieszczeniu technicznym.

Profesor z dumą objaśnił nam, że mamy szczęście, i oto jesteśmy w tej klinice w czasach historycznych.

Bo całkiem  niedawno rozpoczęto tutaj nową erę w leczeniu pacjentów z niewydolnością nerek.

Ta metoda, która zmieniła rokowanie w ciężkich chorobach nerek nazwana jest dializą.

A aparatura, którą teraz oglądamy jest tzw sztuczną nerką. Wykonali ją inżynierowie z Poznańskich Zakładów Cegielskiego. 

Wydaje się, że nasze zajęcia były tak niedawno, a to już minęło ponad 50 lat.

I obecnie takie urządzenia to już XXI wiek, mają taki format, że nawet mieszczą się w kieszeni, ale nie zmieniła się zasada zabiegów.

 

Schemat urządzenia do leczenia nerkozastępczego czyli dializy.

 

 

Na medycznej ścieżce . Jeszcze na temat symetrii i asymetrii ciała ludzkiego

 

Z dzieła Leonardo da Vinci. Zdjęcie zamieszczone w Wikipedii.

 

W czasie zajęć z propedeutyki interny uporządkowaliśmy sobie wiedzę wyniesioną z anatomii  na temat budowy ciała człowieka.

W okresie życia łonowego człowieka jedna połowa ciała jest zwykle lustrzanym odbiciem drugiej.  Zwykle w czasie pokwitania nasilają się cechy pewnej asymetrii w budowie.

I w efekcie dopuszcza się niewielkie odchylenia , uważając , że mieszczą się w granicy normy.  

Zazwyczaj można stwierdzić skośne położenie mostka, pochylenie miednicy w jedną stronę, niewielkie boczne skrzywienie kręgosłupa, odchylenie nosa w jedną stronę.

Jeśli wykonamy zdjęcie twarzy , a następnie dokładnie podzielimy twarz na dwie połowy i każdą z połówek obejrzymy  razem z  jej lustrzanym  odbiciem, to otrzymamy dwie różniące się twarze.

Narządy wewnętrzne parzyste mogą się różnić kształtem, wielkością i lokalizacją.

-lewa półkula mózgu  zazwyczaj jest większa niż prawa

-lewe płuco ma mniejszą pojemność i jest zbudowane z mniejszej liczby płatów

-lewa nerka znajduje się wyżej niż prawa. Umowna dopuszczalna różnica długości nerek wynosi 0,5 cm

– u mężczyzn prawe jądro zazwyczaj znajduje się poniżej lewego w worku mosznowym.

Narządy nieparzyste mogą być położone symetrycznie jak ośrodkowy układ nerwowy, zewnętrzne narządy płciowe, pęcherz moczowy.

Asymetrycznie po stronie prawej położona jest wątroba, trzustka, a po lewej -śledziona, żołądek.

W niektórych zespołach wad wrodzonych można zauważyć znaczne  nasilenie asymetrii ciała.

Niektóre wady występują częściej w określonej połowie ciała. Np. przepuklina pachwinowa jest stwierdzana częściej po prawej stronie, a rozszczep wargi i zwiększona liczba palców, częstsze po lewej.

Zdarza się wyraźny patologiczny przerost połowy ciała określany mianem hiperplazji, czy hemihipertrofii.

O zaburzeniach rozwoju określanych jako odwrotne ułożenie trzewi  określane terminem łacińskim – situs viscerum inversus już wspominałam w poprzednich wpisach. Odwrotne ułożenie trzewi może dotyczyć narządów znajdujących się pod i nad przeponą lub tylko po jednej stronie przepony.

Dobrze zapamiętałam  lekcję otrzymaną w czasie zajęć z propedeutyki interny…

Na medycznej ścieżce. Samuel Goldflam

 

Właśnie  badam pacjenta i wywołuję objaw , który zaobserwował i wdrożył do codziennej praktyki lekarskiej  Samuel Goldflam. Do tej pory nosi on nazwę objawu Goldflama….

Warto o nim wspomnieć, bo to postać niezwykła i  w dzisiejszych czasach zadziwia niebywałą  aktywnością i  całkowitym bezinteresownym oddaniem problemom zdrowotnym i społecznym  .

Był nie tylko znakomitym lekarzem i naukowcem , organizatorem placówek medycznych ale także  znanym działaczem społecznym a także kolekcjonerem i mecenasem sztuki. 

Żył w latach 1852-1932 .Urodził się w Warszawie , zmarł w Otwocku.

Jego ojciec Wolf Goldflam był kupcem i prowadził  w Warszawie przy placu Za Żelazną Bramą skład „ Nouveutes”

Samuel Goldflam studiował na wydziale lekarskim Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego , w 1875 roku uzyskał tytuł lekarza.

W latach 1876-1883 pracował  w klinice chorób wewnętrznych w Szpitalu Św. Ducha u profesora Vilema Dusana Lambla.

Profesor go bardzo lubił i cenił. . Uwielbiali go  studenci, ponieważ chętnie objaśniał mało zrozumiałe komentarze profesora, który mówił słabo po rosyjsku a po polsku prawie wcale.

Na obchodach lekarskich  profesor Lambl zwykle kończył wizytę u pacjenta poleceniem :

” Gospodin Goldflam, zapiszitie jemu czto nibud”- ( „ panie Goldflam, zapisz pan mu cokolwiek”).

W 1978 roku Samuel Goldflam został ordynatorem tej kliniki.

W tym czasie przyjmował także pacjentów w bezpłatnej poliklinice  przy ul. Długiej.

W 1882 roku wyjechał za granicę, by pobierać nauki u Carla Westphala w Berlinie i Jean- Martina Charcota w Paryżu. Po powrocie wrócił na dawne stanowisko w klinice Lambla.

Wtedy też otworzył bezpłatną poliklinikę chorób wewnętrznych i neurologii. Ofiarował na ten cel swoje mieszkanie w Warszawie przy ul. Granicznej 10 .

W trzech pokojach, z pomocą kilku młodych wolontariuszy prowadził ją na własny koszt przez prawie 40 lat, tj od 1883 do 1922 roku.

Do uczniów i współpracowników Goldflama należał Salomon Bernstein , który od 1906 roku został współwłaścicielem tej polikliniki. Pracowali tam też  Zygmunt Bychowski, Henryk Higier i wielu innych.

Wraz z innymi tworzył   Zakład dla Nerwowo i Psychicznie Chorych Żydów „Zofiówka”. W latach 1906-1926 był jej dyrektorem. „ Zofiówka” była w tamtym okresie największym szpitalem w Otwocku. Jednorazowo mogło tam przebywać około 300 pacjentów

W latach 1922-1932 Samuel Goldflam pracował jako wolontariusz ( tzn bez wynagrodzenia) w oddziale neurologicznym Szpitala na Czystem. Tam z Edwardem Flatauem doprowadził do utworzenia Naukowego Instytutu Patologicznego przy Szpitalu na Czystem w Warszawie.

Należał do  wielu towarzystw naukowych i dobroczynnych. Opublikował około 100 prac naukowych

Współtworzył Warszawskie Towarzystwo Lekarskie oraz Warszawskie Towarzystwo Neurologiczne , którego był pierwszym prezesem. Był członkiem honorowym Lubelskiego Towarzystwa Lekarskiego i Polskiego Towarzystwa Medycyny Społecznej.

Należał do kręgu założycieli „ Warszawskiego Czasopisma Lekarskiego „ .

Od początku wydawania „ Neurologii Polskiej „, tj od 1910 roku , do 1917 roku był członkiem jej komitetu redakcyjnego .

W 1922  roku ukazał się  VI tom „ Neurologii Polskiej „ poświęcony Goldflamowi z okazji jego 70 urodzin.

Utrzymywał bliski kontakt z Babińskim w Paryżu. 

Jego pacjentem, a przede wszystkim przyjacielem i wieloletnim współpracownikiem był Edward Flatau. Uważał on, że Goldflam jest nestorem polskiej neurologii . G. był w komitecie wydawniczym „ Księgi Jubileuszowej Edwarda Flataua „ , po czterech latach wygłosił przemówienie na jego pogrzebie.

Goldflam był znany z szerokiej działalności społecznej. Na tym polu współpracował z Januszem Korczakiem i Gersonem Lewinem.

Doprowadził do ponownego otwarcia Szpitala dla Dzieci im. Bersonów i Baumanów w Warszawie przy ul Śliskiej.  Z tym szpitalem wiążą się moje ciepłe wspomnienia. Ale o tym na pewno napiszę później, wtedy, gdy w moich wspominkach dojdę do momentu pracy w tym szpitalu.

W roku 1916 Goldflam aktywnie uczestniczył w założeniu Towarzystwa Przyjaciół Dzieci , którego został prezesem.

Współtworzył też  Towarzystwo Szerzenia Oświaty „ Daath” .

Działał w  Warszawskim  Biurze Informacyjnym  dla Emigrantów Żydów.

Był  honorowym przewodniczącym Towarzystwa Ochrony Zdrowia Ludności Żydowskiej.

Z grupą zaangażowanych tworzył  Towarzystwo Opieki nad Chorymi Nerwowo i Umysłowo Ubogimi Żydami.

Należał do   Towarzystwa Niesienia Pomocy Żydom Ofiarom Wojny.

Został prezesem Komitetu Warszawskiego i członkiem Centralnego Komitetu Stowarzyszenia Pomocy Studentom Żydom w Polsce.

Był  pierwszym honorowym członkiem Zrzeszenia Lekarzy Rzeczypospolitej Polskiej.

Przewodniczył organizacji Niezależnych Żydów .

Został  asesorem Towarzystwa Szerzenia Prawdziwych Wiadomości o Żydach.

W 1916 roku wybrano go  do Rady Miejskiej miasta Warszawy  z listy Zrzeszenia Żydowskiego Wyborczego. Mandat pełnił do 1919 roku.

Nie wymieniam  jeszcze wielu organizacji żydowskich i izraelskich w których aktywnie działał Samuel Goldflam, bo dla czytelnika może być to nużące. Wybrałam tylko te, które są wg  mnie najistotniejsze.

Samuel Goldflam nigdy nie założył rodziny.

Żył samotnie całkowicie poświęcając się swoim pacjentom , nauce i problemom społeczności żydowskiej.

Został pochowany na cmentarzu żydowskim przy ul. Okopowej w Warszawie.

Warto było przypomnieć sobie jego postać , bo większość  informacji zabrał nieubłagany czas. Ludzie, którym pomagał , odeszli w zaświaty .

Zniknęła ogromna część jego Warszawy, nie ma już świata dawnych warszawskich Żydów .

W naszej pamięci pozostał jako lekarz – naukowiec , który po raz pierwszy opisał miastenię ,  chromanie przestankowe oraz zapropnował prostą metodę badawczą, która ułatwia rozpoznanie jednej z chorób nerek….

Dopiero teraz, gdy przeczytałam o jego życiu  myślę ciepło o tej niezwykłej postaci…